Spokój na skraju apokalipsy
Nigdy nie chciał być mądry. Teraz, gdy stał się głupi, leniwy i tłusty, wkurzało go tylko to, że zapalniczki zbyt często się gubią, a za stracony czas nikt nie wydaje reszty. Mocna herbata i tytoń wystarczyły, by ludzie mogli całować go w dupę. Jednak nie tak jak u Tuwima, ze szlachetnym oburzeniem i zacięciem, raczej niespiesznie, bez nienawiści i strachu. Ludzie tuż obok żyli marzeniami – szkoda, że nie tymi spełnionymi. On nigdy nie chciał być mądry i teraz czuł satysfakcję, że tak doskonale mu się udało.
Patrząc na tysiące książek zapisanych na czytniku, wiedział, że nie przeczyta wszystkich, że nie zdąży przed końcem świata. Dlatego odpuszczał czytanie i grzejąc twarz w promieniach słońca, pozwalał na niemyślenie. Odwracał oczy od pokus świata i pielęgnował w sobie pustkę. Zarastał chwastami i przedzierając się wśród nich, udawał, że taka jest jego droga. Jedynym wyzwaniem była żona, nagrodą – jej miłość. Nie wspominając o grochówce, którą robiła doskonale.
Zaczął pisać wiersze, bo żona kochała poezję. Nawet rozumiał fragmenty swojego pisania, resztę dopowiadała ona. Jej analizy były jak papierek lakmusowy, na którym każde czułe słowo barwiło się łzą. W swoich utworach bronił sierot i dziewic, małych psów skulonych w bramach miasta. Wiersze śmierdziały papierosowym dymem i cierpieniem. Ciekawe, czy rzeczywiście był taki wrażliwy, a może po prostu miał talent do oszukiwania. Talent, o którym zawsze marzyłem. Dostałem niespełnienie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania