Spowiedź szatana

Było dżdżyste i mokre, nieprzyjemne, grudniowe popołudnie. Dobiegał końca najkrótszy dzień w roku. O godzinie 16 było już zupełnie ciemno. Padał deszcz ze śniegiem i wiał zimny, przenikliwy wiatr.

Drzwi kościoła uchyliły się cicho skrzypiąc i do środka wszedł wysoki, szczupły mężczyzna, około czterdziestopięcioletni. Zdjął czapkę, otrzepał śnieg z przemoczonej kurtki i niepewnie przesunął się dalej, w kierunku ołtarza. Przeszedł główną nawą rozglądając się stale. W końcu usiadł w pierwszej ławce. Siedział tak kilka minut, aż z zakrystii wyszedł młody ksiądz. Wtedy przybysz wstał i podszedł do niego.

- Przepraszam księdza, chciałbym się wyspowiadać.

- Rozumiem – odpowiedział kapłan. Ale proszę usiąść i poczekać. Zaraz poproszę księdza Stanisława, bo ja za moment muszę wyjść.

Przybysz usiadł z powrotem w ławce. Po chwili pojawił się drugi ksiądz, nieco starszy niż tamten. Rozejrzał się dookoła. W kościele było zaledwie kilka osób. Podszedł więc do mężczyzny siedzącego w pierwszym rzędzie.

- Czy to pan mnie szukał w sprawie spowiedzi?

- Tak proszę księdza.

- W takim razie chodźmy do konfesjonału.

- Ale… zawahał się przybysz. To będzie wyjątkowo długa spowiedź, może usiądźmy gdzieś z boku?

- Dobrze, jeśli pan tak woli – ksiądz był wyraźnie zdziwiony.

Usiedli w ławce pod ścianą i ksiądz spytał:

- Kiedy ostatnio byłeś u spowiedzi?

- Ze trzydzieści lat temu…

- Czy żałujesz za grzechy? – ksiądz był coraz bardziej zdziwiony i zmieszany zarazem.

- Całe moje życie jest jednym, wielkim grzechem. A czy można żałować całego życia? – spytał retorycznie.

- Co masz na myśli.

- Od lat czyniłem samo zło. Teraz za to płacę. Moja spowiedź musi być historią mojego życia. Na imię mam Jarosław. Jarek.

Po tym wstępie, Jarek zaczął swą długą spowiedź. Spowiedź swojego życia.

 

*

 

Gdy miał dwadzieścia lat, w 1986 roku trafił do wojska. To były trudne czasy, siermiężne i kryzysowe. Brakowało dosłownie wszystkiego, były kartki na większość towarów i panowała ogólne poczucie beznadziejności sytuacji. Wojsko było w tym wszystkim jeszcze większym koszmarem, którego można było uniknąć tylko poprzez studia. Ale Jarek Radwan na studia po maturze się nie dostał.

Początkowo, pobyt w wojsku był straszny. Pobór jesienią, później wyjątkowo ostra zima. On i jego koledzy często bywali nie tylko zmarznięci, ale i głodni.

Podobno człowiek może się przyzwyczaić do wszystkiego, nawet do zła. W drugim roku służby było już nieco łatwiej. Może właśnie dlatego, że się przyzwyczaił. Gdy po dwóch latach służby zbliżał się upragniony moment wyjścia do cywila, przyjechał do domu na przepustkę. Okazało się, że w jego rodzinie panuje straszna bieda i choroby. W miejscu pracy, które także odwiedził, wszystko się zmieniło, tyle, że na gorsze. Płacili grosze, zresztą wtedy, w 1988 roku, za polskie złote można było kupić wyjątkowo mało. Właściwie nie miał dokąd i po co wracać.

I wtedy dostał w wojsku ciekawą propozycję. Półroczna służba nadterminowa w polskiej jednostce stacjonującej w Libanie w ramach misji ONZ. Żołd płatny w dolarach, sześć miesięcy na bliskim wschodzie. Nie zastanawiał się długo i podjął wyzwanie. Wprawdzie jego matka była bardzo niezadowolona z przedłużenia służby wojskowej, ale Jarek nie wyobrażał sobie powrotu do codziennej biedy. Prawdę mówiąc, myślał nawet o wyjeździe na stałe, ale na razie kontrakt półroczny miał mu wystarczyć. Dalej się zobaczy.

Jesienią 1988 roku wylecieli z kilkoma kolegami do Bejrutu, stamtąd trafili do nowej jednostki. Nad jej bramą powiewała polska flaga obok błękitnej Narodów Zjednoczonych. Pośrodku widniał napis „Polbatt”. Otrzymali mundury z błękitnymi hełmami. Służba nie była szczególnie ciężka. Można powiedzieć, że nawet przyjemna. Oszczędzał zarobione dewizy licząc na to, że w Polsce uda się za to jakoś urządzić.

Wiosną 1989 roku jego kontrakt zbliżał się do końca. Należało myśleć o powrocie do domu. Jarek, podobnie jak większość jego kolegów, nie był zachwycony tą perspektywą. W Polsce zawalał się właśnie stary system polityczny i ekonomiczny. Kraj był w gospodarczej ruinie. Właściwie nie było po co wracać. I wtedy Waldek, jego przyjaciel z wojska, spytał go:

- Chciałbyś popracować za granicą trochę dłużej?

- Pewnie, ale kto mnie tu będzie chciał trzymać? – zaśmiał się Jarek, myśląc, że to żart.

- Mówię poważnie. Pamiętasz tego Araba z kawiarni, Ahmeda.?

Rzeczywiście, gdy w czasie przepustek przychodzili do pobliskiej kafejki napić się czegoś, rozmawiali z różnymi ludźmi. Był wśród nich około czterdziestoletni Arab imieniem Ahmed. Zawsze życzliwy i przyjacielski. Nieźle mówił po angielsku. Siedział prawie zawsze w tym samym miejscu, co nikogo tu nie dziwiło, bo tutejsi często tak robią.

Waldek opowiedział Jarkowi o swojej rozmowie z Ahmedem. Tak jak Jarek, nie miał chęci na powrót do Polski. Zwierzył się z tego Ahmedowi. A ten zasugerował mu możliwość pracy w wojsku w charakterze najemnika. Powiedział, że jego mocodawcy chętnie zatrudniają za niezłe pieniądze wyszkolonych żołnierzy. Dla kilku nowych zawsze jest miejsce.

Propozycja wydawała się interesująca.

- Ile można zarobić/ - spytał Jarek.

- Dużo więcej niż tutaj, jakieś 2000 dolarów miesięcznie plus wikt i opierunek.

Proponują kontrakt na rok. Tylko nie wiem jeszcze gdzie. Na razie musimy wracać do Polski. Jak sprawa nabierze rumieńców, dadzą nam znać.

- W zasadzie, to jest chyba nielegalne, ale kto by się tym przejmował. Nie zamierzam wracać na stałe do Polski. Ja bym spróbował – odpowiedział Jarek.

W trakcie najbliższej przepustki, obaj rozmówili się z Ahmedem. Był bardzo zadowolony, że są zainteresowani.

- Musicie tylko dać mi swoje adresy. Odezwę się wkrótce..

W kwietniu 1989 roku obaj zakończyli służbę w oddziałach ONZ i wrócili do Polski. Jarek ku przerażeniu swoich rodziców oświadczył, że nie wraca do pracy za 15 dolarów miesięcznie.

- Mam propozycji pracy za granicą. Wkrótce wyjeżdżam z Polski.

Jednak wiadomość od Ahmeda nie przychodziła.

Po kilku miesiącach jednak musiał pogodzić się z pracą za nic nie warte złotówki. Ale wiosną 1990 roku coś się zaczęło dziać.

Do Jarka przyszedł nieznany mężczyzna i powołał się na znajomość z Ahmedem. Powiedział, że praca dla Libańczyków na razie jest nie aktualna. Ale pojawiła się inna możliwość. Właśnie wybuchła wojna w Jugosławii i Serbowie chętnie zatrudniają cudzoziemców w charakterze najemników.

- Na Bałkany jest bliżej niż do Libanu. Pieniądze takie same, a paszport teraz w Polsce dają od ręki.

Po krótkim namyśle, Jarek przyjął propozycję. Pod koniec 1990 roku pojechał do Belgradu i trafił do serbskiego oddziału walczącego w Bośni.

Nie interesował się ich motywami, ideałami. Liczyły się pieniądze, które zarabiał walcząc ramię w ramię z Serbami, Rosjanami i wieloma innymi.

To co robili było może okrutne, ale nie on przecież dowodził. Za wszystko odpowiadali serbscy nacjonaliści. Ból i cierpienie pacyfikowanych muzułmanów oraz Chorwatów były nieuniknione.

 

*

 

Nie zastanawiał się przy tym nad moralną stroną swego postępowania. Trwała wojna, a on walczył w niej po jednej ze stron. Po tej, która płaciła.

Ciągle przedłużał swój kontrakt, miał już spore oszczędności. Swoje pobory deponował w zachodnioniemieckim banku we Frankfurcie nad Menem. Wiedział, że w Polsce wszystko się zmieniło, że jest nowy ustrój, ale wiedział też, że jest bezrobocie. A on czuł się coraz bardziej zmęczony walką, wiedział, że potrzebuje wypoczynku. Dalsze pozostawanie w Jugosławii mogło go kosztować życie.

Kolega Jarka, Waldek, ten sam, który wciągnął go w kontrakt, nagle dostał się pod ostrzał muzułmanów. Został poważnie ranny. W ciągu dwóch dni zmarł. To ostatecznie przekonało Jarka do powrotu do Polski.

W 1991 roku pojawiła się kolejna szansa no zakończenie wojny. Serbski polityk, Iwan Draganowić, rozpoczął starania o zakończenie walk. Wynegocjował kruche zawieszenie broni. Potem kolejne. Wreszcie wydawało się, że może uda się zakończyć walki na stale i przekuć kruchy rozejm w pokój. Ale to nie wszystkim się podobało. Szczególnie serbskim nacjonalistom, marzącym o tzw. Wielkiej Serbii.

Gdy kolejny kontrakt Jarka dobiegał końca, został zaproszony do dowództwa serbskiego w Bośni. Nie wiedział, o co chodzi. Przyszedł punktualnie w czystym mundurze.

Przy wejściu do sztabu podał swoje nazwisko.

- Generał was oczekuje – powiedział wartownik, wskazując Jarkowi drogę.

Wszedł do dużego budynku, wokół którego ułożono wał ochronny z worków z piaskiem. Naliczył osiem stanowisk karabinów maszynowych, a więc w środku musiał być ktoś niezwykle ważny.

Gdy wszedł do pomieszczenia wskazanego przez wartownika, adiutant siedzący przy biurku wstał i spytał o personalia.

- Jarosław Radwan – odpowiedział. Do pana generała.

- Proszę wejść. Wskazał Jarkowi drzwi obite skórą.

Gdy wszedł do dużego pokoju, nie wierzył własnym oczom. Za wielkim biurkiem siedział w wojskowym mundurze wysoki, siwy człowiek, którego wielokrotnie przedtem widywał, tyle, że w telewizji.

- Melduje się Jarosław Radwan – powiedział na powitanie.

- Dobry den. Jestem generał Ratko Mladić – powitał go gospodarz. Języki serbski i polski są na tyle podobne, że mogli się swobodnie porozumieć. Bez tłumacza.

Generał powiedział, że zna skuteczność działań bojowych polskich najemników. Wie też, że wśród nich wyróżnia się szczególnie Jarek. Dlatego chciałby go prosić, na koniec jego misji w Bośni, o jeszcze jedno.

- Muszę jednak na wstępie prosić, aby bez względu na pana decyzję, treść tej rozmowy na zawsze pozostała między nami.

- Rozumiem panie generale. Oczywiście.

- Jak panu wiadomo, nie wszyscy nasi rodacy są prawdziwymi patriotami. Wielu poświęciłoby dobro ojczyzny w zamian za kruchy pokój. Nie znają prawdziwej wartości naszej walki. A teraz jeden Serb, Iwan Draganović chce zniweczyć nasze wysiłki, pana i mój. I wszystkich naszych towarzyszy broni.

Wziął głęboki oddech i dodał:

- Musimy pozbyć się Draganovicia. Nikt nie dokona tego lepiej niż pan. To jest moja propozycja. Za zabicie Draganovicia oferuję 100 tysięcy dolarów amerykańskich w gotówce.

Jarek siedział osłupiały, nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Ale wiedział też, że taka kwota ustawi go na całe życie. A strzelanie do ludzi było jego pracą od ponad roku.

- Jak pan sobie to wyobraża, panie generale? – spytał.

- Nasz wywiad dysponuje wystarczająco dobrymi informacjami, aby wszystko panu ułatwić. Potrzebna jest tylko pana zgoda. Oczywiście, to nie jest rozkaz, ale prośba.

- Zrobię to – odpowiedział Jarek, jakby sam zdziwiony tymi słowami.

- Dziękuję. Wiedziałem, że mogę na panu polegać. Skontaktuję pana teraz z pułkownikiem Soboleviciem z naszego wywiadu, który przedstawi panu szczegóły potrzebne do zorganizowania akcji. Proponuję, aby 50 tysięcy dolarów przekazać na pana konto z góry, a resztę natychmiast po wykonaniu zadania.

Po chwili do pokoju wszedł pułkownik, o którym mówił Mladić. Dalsze ustalenia zapadną pomiędzy panami. Pożegnali się z generałem i przeszli do gabinetu pułkownika.

Sobolević miał gotowy plan akcji. Przedstawił go Jarkowi i poinformował, że zgodnie z ustaleniami serbskiego wywiadu, w ciągu dwóch dni musi znaleźć się w Sarajewie w hotelu Agora.

 

*

 

Był to hotel z mocno postrzelaną fasadą w centrum Sarajewa. Stał przy dużym placu i to było kluczem do dalszych działań.

Następnego dnia właśnie na tym placu miał się odbyć wiec z udziałem Draganovicia. Z okien hotelowych wszystko było widać jak na dłoni.

Jarek zameldował się pod fałszywym nazwiskiem używając paszportu dostarczonego przez Serbów Okna jego pokoju wychodziły na drugą stronę hotelu niż plac. Jednak wszystko zostało szczegółowo przygotowane.

W dniu akcji rano pokojówka przyniosła mu kopertę. W środku był klucz od pokoju 516, który Serbowie wynajęli od frontu na nazwisko jakiejś nieistniejącej osoby. Dołączony list precyzował szczegóły. Na łóżku pod kocem znajdziesz karabin snajperski i amunicję. Około godziny 14 na placu zjawi się Draganović. Załączam jego zdjęcie. Zastrzelisz go z okna. Karabin ma tłumik. Nikt nie powinien nic usłyszeć ani zauważyć. Po strzale włóż karabin pod koc, zamknij drzwi na klucz i idź do swojego pokoju. Zabierz niezbędne rzeczy i udaj się pod wskazany adres, gdzie będzie stał zaparkowany samochód z kluczykami w schowku. Pojedziesz nim do naszych stanowisk i pokażesz przepustkę, którą załączam. Dwa dni później, z Belgradu odlecisz do Polski. Ten list spal po przeczytaniu.

 

*

 

Około godziny 13 Jarek dyskretnie wyjrzał na korytarz. Nie było nikogo. Zabrał swoje prawdziwe dokumenty i cicho przemknął się do pokoju 516. Wszedł i starannie zamknął drzwi na klucz od wewnątrz. Następnie podniósł koc leżący na tapczanie. Pod nim leżał karabin ze snajperską lunetą i tłumikiem. Obok ułożono sześć naboi. Przez rękawiczki Jarek wziął jeden z nich i załadował do komory. Następnie otworzył okno i stojąc w głębi pokoju, wycelował w drzewo naprzeciwko. Nacisnął spust. Broń wypaliła bezszelestnie. Ugodzone drzewo zakołysało się nieznacznie. W ten sposób sprawdził sprawność i celność karabinu. Wszystko było w najlepszym porządku.

Załadował więc karabin drugim nabojem i ustawił przy oknie stolik, na którym miał oprzeć broń. Wycelował w kierunku podestu stojącego na ulicy vis-a-vis hotelu. Za niecałą godzinę miał się tam pojawić Draganović. Pozostało tylko czekać.

Na ulicy zaczęli zbierać się ludzie. Około godziny 14 podjechały dwa samochody. Z pierwszego wysiadł mężczyzna w czarnym garniturze i skierował swe kroki w stronę stopni na podest. Wszedł na górę i stanął przy mikrofonie. Tłum zaczął bić brawo i skandować coś głośno. Draganowić podniósł rękę w geście pozdrowienia, a gdy tłum ucichł, zaczął przemawiać. Mówił o konieczności zakończenia walk i zapewnienia opieki cywilom. O konieczności odbudowy kraju i współdziałania z innymi narodami.

Jarek obserwował to przez lunetę snajperską. Gdy przemawiający przerwał, aby przyjąć kolejną porcję oklasków, pociągnął za spust. Draganowić znieruchomiał, potem cofnął się i upadł na podest. Z jego czoła spływała stróżka krwi. Jarek wiedział, że takiego strzału nie można przeżyć.

Błyskawicznie rzucił karabin na łóżko i przykrył kocem. Okna nie zamykał, żeby z dołu nie zauważono tego i by nie zidentyfikowali pokoju, z którego padł strzał. Otworzył drzwi. Korytarz był pusty. Wyszedł. Ale nie wrócił już do swojego pokoju tylko skierował się do schodów i zszedł na dół. Przeszedł obok recepcji i wyszedł niespieszno na ulicę. Podszedł do tłumu zebranego obok podestu. Agenci ochrony zabezpieczali teren. Po chwili podjechał na sygnale ambulans.

Jarek nie zamierzał dłużej czekać. Powoli odszedł i skierował się w stronę wskazaną w liście, który dostał poprzez pokojówkę. Trzysta metrów dalej stała zaparkowana czerwona zastava 101. Drzwiczki kierowcy były otwarte. Na półce przed siedzeniem pasażera leżało małe zawiniątko. W środku były kluczyki. Uruchomił silnik i odjechał. Podróż do Belgradu zajęła mu prawie cały dzień. Kilka razy był zatrzymywany przez serbskie patrole, ale po okazaniu przepustki zawsze był puszczany dalej.

W Belgradzie zatrzymał się w przypadkowym hotelu. Nie kontaktował się z nikim. Na lotnisku kupił bilet i po kilku dniach odleciał do Warszawy.

 

*

 

Po miesiącu wyjechał do Niemiec, gdzie w banku odebrał swoje pieniądze. Nigdy nie miał w ręce takiej sumy. Serbowie wywiązali się z kontraktu, on zresztą też. Nigdy nikomu nie wspominał, co robił na Bałkanach ani jak zarobił fortunę.

W Polsce zdecydował się pójść na studia, kupił mieszkanie, a nawet ożenił się. Jednak po kilku latach coś zaczęło się psuć. Zdrowie zaczęło mu szwankować, podejrzewano nawet nowotwór. Żona okazała się złym wyborem. Rozwiedli się po pięciu latach małżeństwa. Zabrała mu tylko mieszkanie i część oszczędności. Za resztę kupił małą kawalerkę i próbował jakoś powiązać koniec z końcem pracując za niewielkie pieniądze.

I wtedy zaczął odnosić wrażenie, że ktoś go śledzi czy obserwuje. Kilka razy odebrał podejrzane telefony. Obcy głos pytał o niego i rozłączał się natychmiast. Do tego doszły wyrzuty sumienia, coraz silniejsze. Zaczął rozumieć, że to, co go teraz spotyka jest karą za zabójstwo, jakiego dopuścił się przed laty w Sarajewie.

Dlatego właśnie, nie widząc żadnej pociechy, po raz pierwszy od wielu lat poszedł do spowiedzi.

 

*

 

- Rozumiem mój synu. Ale musisz żałować swych grzechów, abym mógł udzielić ci rozgrzeszenia. Musisz też zaakceptować pokutę – podsumował jego długi wywód ksiądz.

- Ojcze, myślałem, że to, co mnie spotkało w życiu, jest już dostateczną pokutą – odparł Janusz.

Wstał i odszedł nie mówiąc słowa więcej. Zrozumiał, że i tutaj nie może oczekiwać pociechy. Wyszedł szybko z kościoła i poszedł w kierunku swojego mieszkania.

W połowie drogi dołączył do niego młody mężczyzna, którego jednak Jarek nie zauważył. Nie mógł go widzieć, bo szedł w odległości około 10 metrów za nim. Gdy Jarek wszedł do swojej kamienicy, tamten wszedł za nim. Wszedł też za Jarkiem na drugie piętro, a gdy Jarek otworzył drzwi, zaszedł go od tyłu i przyłożył pistolet do pleców.

- Cicho – wyszeptał.

Weszli do mieszkania. Napastnik kazał wejść Jarkowi do pokoju i zapalił światło.

- Siadaj – pokazał lufą fotel w rogu pokoju.

- Kim jesteś i czego chcesz? – spytał Jarek. Napastnik miał dziwny akcent. Mówił jakoś dziwnie, jakby nie po polsku.

- Nie znasz mnie, ale ja znam ciebie. Pamiętasz Sarajewo?

- O co ci chodzi?

- O mojego ojca. Zabiłeś go, diable. Zabiłeś Iwana Draganovicia. Ale ja cię szukałem i teraz znalazłem. I pomszczę ojca. Zginiesz jak pies.

Jarek siedział przerażony, ale nic nie mógł zrobić Wiedział, że opór nie ma sensu. Był bez szans. Napastnik miał broń, a on nie. Przekonywanie go, że to pomyłka też nie miałoby sensu.

Młody Draganović uniósł pistolet i bez słowa pociągnął za spust. Rozległ się cichy gwizd broni wyposażonej w tłumik.

Stróżka krwi ze skroni Jarka spłynęła na jego ubranie i fotel, na którym siedział. Już nie żył.

Po chwili młody Draganović zgasił światło i wyszedł niezauważony przez nikogo, zamykając za sobą drzwi. Broń wrzucił do studzienki kanalizacyjnej. Następnego dnia odleciał do Serbii.

Akt zemsty dokonał się.

 

Koniec

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • little girl 01.02.2016
    "- Ale… (-) zawahał się przybysz. (-) To będzie"
    "Pamiętasz tego Araba z kawiarni, Ahmeda.?" - bez kropki
    "- Ile można zarobić/ - tu miał byc chyba "?"
    "szansa no zakończenie wojny." - no - na
    " Jarosław Radwan – odpowiedział. (-) Do pana generała."
    - Proszę wejść. (-) Wskazał Jarkowi drzwi obite skórą.
    I kilka jeszcze takich niedociągnięć.

    Sam tekst... Dobrze mi się czytało, jednak samo zakończenie zawiodło moje oczekiwania. Zostawiam 4.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania