Srebrzysty szron
Ostatnio jest jakoś zimno.
O co chodzi?
Przymrozki?
Lód?
Po co to komu!
Tylko przeszkadza,
Jeździć się nie da,
A przewrócić się można.
Spadł pierwszy śnieg,
Cholerny.
Zasypał całą werandę.
Czy ja mam codziennie go usuwać?
Droga cała zamarznięta.
Co teraz?
Co z pracą?
Chcę do samochodu,
Ale nie mogę.
Zimne szkło się przykleiło i...
Nie chce się otworzyć.
Chyba nie pojadę do pracy...
"Boże ile jeszcze!"
Nie słyszę odpowiedzi – nigdy mi nie odpowiada.
Żadnego pożytku z niego nie ma.
Daje jakieś płatki śniegu, puch bialutki,
A denerwują wszystkich.
Czekaj, widzę coś.
Co to jest?
To dzieci na podwórku.
Co one tam robią?
Skaczą,
Biegają,
Dlaczego?
Jeszcze się rozchorują,
Podchodzę i krzyczę:
"Do domu! Kto wam będzie leki dawać? Rodzice nie będą was wiecznie leczyć!"
Dziecko podchodzi,
Daje mi kwiatek,
Opatulony w srebrzystą otoczkę,
Jakby magiczną,
A w moich drżących rękach —
Roztapia się
I zostaje sam kwiat.
Nagle przypominam sobie wszystko co robiłem w dzieciństwie...
To nie może być prawda,
Śnieg był bez szczeliny,
Bez złego imienia.
Patrzę się do góry i widzę,
Widzę białe gwiazdeczki spadające,
Wysuwam język i biorę jeden,
Taki największy.
Topi się, jak ja.
Może jest jednak z tego jakiś pożytek?
Jest zimny w smaku.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania