Śruborośl

często myślę o krzewie. tym, który wyrasta

między nami. jego istnienie jest jakby... a, pozwolisz,

że pójdę w obrazową i szaloną metaforykę.

 

to jakby na bazarze w Indiach, pośród wielorękiego

chłamu dla turystów, dostrzec złoty posążek.

 

nie bogini Kali, nie Sziwy, ale przedstawiający...

mnie samego, w dzieciństwie. tuż obok – drugi,

o twarzy dojrzałego mnie. i kolejny, wyglądający całkiem

jak nigdy nieistniejąca rodzona siostra.

czwarty: żona.

 

to otwieranie oczu, ust ze zdumienia

widząc hipnotyczny taniec figurek,

pytanie się w myślach "skąd to tutaj?".

 

ten krzew to taki właśnie uświęcony szok,

niespodziewany dar od losu (nie kosztowało nic,

ponadreligijne precjozum).

 

a każdy czas, gdy nie istniał, wszelkie,

nawet wiosenne chwile bez niego,

były niczym szatkownica do lalek

albo autokanibal-miłośnik Arki Noego,

co, z sercem na dłoni i z płuckami w drugiej,

podgryzał się, fałszywie nucąc "Się je je, się je je".

i jadł. i natychmiast trawił.

 

tak: to piękna i hipertrwała roślina o

korozjoodpornych liściach, łodygach.

 

również czujesz, jak tętni w sercu nasz

wspólny mechanizm. jak puszcza śrubki-pędy,

które spajają rzeczywistość.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • piliery 9 miesięcy temu
    A ot i tak bywa, że się słyszy co się chce: "sieje je, sieje je" :) "Szatkownica do lalek" bardzo mi leży.
  • Florian Konrad 9 miesięcy temu
    Świetnie, dzięki.
  • TseCylia 9 miesięcy temu
    Świetny ten wiersz, Florek. Pozdro:)
  • Florian Konrad 9 miesięcy temu
    Dziękuję.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania