Starość - senny śpiew ptaka
Niema hiena wżera się w asfalt. Przenika struktury psychiki, której korzenie wrosły w dziąsła. Wyrwać tą strukturę, to stracić na moment uśmiech, a szerokość słońca na tle błękitnego nieba staje się wyłącznie zwężeniem źrenic.
Słodkie konowały. Słodkie poczwary. Słodkie, matowe, spokojne ściany rudery. Wchodzę do środka, jakbym właśnie znalazł interesującą mnie opowieść. A widziałem już piękne domy. Wnętrza nowoczesne, komfortowe, a nawet słodkie aromaty. Jednak nie było mi to zaszczepione. Nie było darem, który przenika limfę i oddech. Dlatego w murach rudery jestem tylko historią, której nikt w sobie nie rozpozna.
Darczyńcy skończeni. Skończone gratyfikacje sumienia. Wyryłeś na swetrze moralność, a potem pozwoliłeś, by szew lekko popuścił, jak gołębie w parku i nie zostało ci zbyt wiele, może tylko oddać jeszcze zagubioną beztroskę dzieciństwa starcom.
I cóż to przyszło? Z tych wszystkich, jaskrawych wiosen, gdy słońce mogło tonąć pośród soczystej trawy, wisieć na drzewie i łaskotać gałęzi po pąkach? Gdy powietrze było jeszcze świeże, bo ziemia złapała wreszcie oddech, więziona wcześniej pod lekkim śniegiem i lodem. Cóż to przyszło? Gdy rodziła się młodość, wigor, a wiara w siebie stanowiła oręż i tarczę, naiwną była, lecz miłą. Sam teraz starczość noszę w sobie. Nie jest to starczość, jaką widzę na ogół. Nie jest to starczość, która myśli, że rozumie, ani starość nadęta, bo upływ dziesiątek lat tylko utrwalił poczucie wyższości swych racji, którymi nigdy nie mógł sycić się intelekt, świadomych ich uzurpatorskiej mocy. Starość, myślę sobie, to senny śpiew ptaka, którego nikt nie chce słuchać, ale wtedy śpiewa najpiękniej, bo samemu sobie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania