Starzec i kot

- I co o tym myślisz Watsonie?

 

Starzec o fizjonomii naznaczonej pomarszczonymi, pobrużdżonymi policzkami, haczykowatym nosem, małymi, ale silnymi ustami rzucił okiem w stronę swojego kota, jedynego towarzysza i najwyraźniej adresata owego pytania, rudego, nieco grubawego i wyliniałego kocura, który właśnie kończył przełykać sardynkę. Zwierzę patrzyło na starca oczami pełnymi całkowitej i szczerej obojętności. Starzec lubił rozmawiać ze swoim kotem, w szczególności poruszać z nim tematy, które właśnie odkrył w lekturze, bez względu na jej charakter. Mógł to być rozdział książki lub też artykuł z gazety codziennej, nawet jeśli gazeta była sprzed kilku dni czy tygodni. Starca interesowała owa lektura w takim samym stopniu, w jakim była całkowicie obojętna kotu.

 

Ale starzec mimo to uwielbiał poruszać z owym rudzielcem ostatnio przeczytane wiadomości. Główne dlatego, że kot zawsze miał czas by go wysłuchać. Obojętnie, ale jednak był obecny. I nigdy nie komentował opinii starca, co też miało znaczenie. Nie wykazywał odrębnej opinii na żaden z poruszanych tematów, bez względu na ich ważkość dla losów świata i gminy. A to dawało starcowi spore pole do perorowania na temat przeczytanego artykułu, kierunku w którym zmierza świat, upadku obyczajów, zdziadzienia kultury i w ogóle o tym, że kiedyś to były czasy, a teraz czasów już nie ma. Była to jego wieczorna, czy też popołudniowo wieczorna rutyna, tradycja, którą święcił każdego dnia z prawdziwym namaszczeniem i satysfakcją godnymi lepszej sprawy.

 

Był stary. W zasadzie i on, i kot byli starzy. Z tym, że człowiek wydawał się na pierwszy rzut oka starszy niż był w rzeczywistości. Być może lata spędzone na posadzie przeciętnego, niewyróżniającego się urzędnika administracji miejskiej, wysłuchiwanie petentów z ich banalnymi, schematycznymi i powtarzalnymi problemami, ich łzawymi historiami, nudnymi opowieściami, w których on był tylko stołkiem, odcisnęły na nim swoje piętno. Był to pewien rys obojętności, zgryźliwości. Nie lubił swojej pracy. Był w niej tylko urzędnikiem, którego petenci przekonywali, straszyli, przekupywali, prosili, albo po prostu przekazywali beznamiętnie swoje sprawy. Na ulicy i tak go nie poznawali. Nie dlatego, że nie chcieli lub ignorowali. Był urzędnikiem. Z rzadka osobą. Miał biuro z drzwiami i numerem na drzwiach, miał biurko, krzesło, segregatory, a nawet pieczątkę. W tym zamku to były jego insygnia władzy. Poza biurem nikt nie zwracał na niego uwagi. Bez owych oznak możliwości i sprawczości był nikim, idealnym szarym nikim. To zmęczenie, znudzenie w połączeniu z lekceważeniem, a może jakąś formą pogardy dla innych osobników rasy ludzkiej nieco zmieniły jego rysy, nadając im charakter bardziej starczy, zgryźliwy, stetryczały. Gdyby miał ciągoty aktorskie mógłby w lokalnym amatorskim teatrzyku odgrywać rolę Scrooge’a podczas świątecznych przedstawień. I mógłby to robić bez większych inwestycji w makijaż i kostium. Tyle, że był urzędnikiem, więc nie miał ciągot. Jakichkolwiek, nie tylko aktorskich. To znaczy, może i miał, ale jakoś nigdy się nie objawiły, tłumione dostatecznie mocno przez znienawidzone tłumy petentów wciskających mu w głowę swoje petycje, apele, prośby, odezwy, wnioski i podania. A on był tylko biurem, regałem, skrzynką podawczo-odbiorczą. Bo przecież gdzieś to musiał też przekazać, czyli do swoich przełożonych. Tych nienawidził nawet bardziej niż petentów. Wobec petentów miał coś do powiedzenia, chociaż nie chciało mu się z nimi rozmawiać. Nie chciał też rozmawiać z przełożonymi, ale z nimi musiał. Nie miał innego wyboru. A co gorsza, musiał jeszcze ich wysłuchiwać bez przerywania. Potem wypełniać ich prośby i groźby. To wszystko wpływało na jego postępującą zgorzkniałość, która wpłynęła na jego fizis. W szczególności w momentach, kiedy próbował się złośliwie uśmiechać podczas czytania kolejnych wieści z jakże teraz odległego świata. Właśnie wówczas widać to było szczególnie. Było w nim coś spoza tego świata. Jakby już go opuścił, przynajmniej duchem.

 

Od wielu lat, w zasadzie to chyba od śmierci swojej żony, każdy wieczór, a nawet każde popołudnie i wieczór spędzał podobnie. Czytał wieści ze świata, ale także książki, magazyny i inne druki. Jakże to wszystko było odmienne od tego, co czytywał przez lata swojej pracy. I wszystko było dla niego tak samo odległe. Jakby działo się gdzieś na innej planecie. Albo przynajmniej w innej gminie. Czerpał z tej lektury sporo satysfakcji. Nie chodziło o to, czy czytana informacja jest relacją z życia wziętą, przesiąkniętą ludzką głupotą, chciwością, okrucieństwem i innymi cechami inteligentnych przedstawicieli gatunku homo sapiens, czy też zwykłą beletrystyką, gdzie podobne cechy były również na pierwszym planie. Wszystko dawało mu jakąś niepojętą satysfakcję. Czytał o wojnach, klęskach, zamachach, knowaniach i spadkach giełdowych. I to poprawiało mu humor. A ponieważ czuł się dobrze, więc chciał to uczucie podzielić z kimś jeszcze. W tym wypadku z Watsonem, który był jego jedynym towarzyszem owych popołudniowych wieczorów i wieczornych popołudni.

 

Wyliniały rudzielec, siedząc na fotelu w kręgu światła i ciepła promieniującego z kominka, patrzył na starca swoimi pozbawionymi emocji oczami. Jakby z lekką wyższością, charakterystyczną dla szlachetnie urodzonych, bez względu na gatunek. Jedynymi pasjami kocura, od wielu lat, było jedzenie potraw rybnych i spanie w cieple kominka. To drugie, w okresie letnim zmieniał na kanapę z widokiem na okno, to z kolei z widokiem na drzewo, z którego gałęzi, gdyby się na nie wdrapać, widać było jezioro. Wiedza o tym była wystarczająca na tyle, by nie wstawać i nie szukać widoku jeziora. Wystarczyło patrzeć w okno. Pod warunkiem otwarcia oczu, co rzecz jasna, nie zawsze było czynnością chętnie podejmowaną. Kocur był bardzo inteligentny. Wiedział, że swoje pasje może realizować w zasadzie jedynie dzięki starcowi, odwdzięczał mu się więc tą odrobiną uwagi każdego wieczoru pełnego lektur. Właściwie dlaczego nie. Lata nauczyły go czegoś, co można nazwać mądrością życiową. Skoro to starzec był sprawcą pełnej michy, to dlaczegóż opierać się tym drobnym obowiązkom? Z drugiej jednak strony, próżność czy też duma jednostki szlachetnie urodzonej (niech ktoś dowiedzie, że to nieprawda), nie pozwalała mu na zbytnią poufałość czy ekscytację pasjami czytelniczymi starca. W końcu, do cholery, nie był jakimś kundlem. Nie potrafił, nie lubił i nie miał zamiaru merdać. Czymkolwiek. I dla kogokolwiek. Okazywał dokładnie tyle zainteresowania ile wymagała tego etykieta szlachcica, który obserwuje działania gminu, który zapewnia mu żarcie.

 

- Popatrz Watsonie, posłuchaj tego… - ekscytował się starzec, kontynuując jakąś historię, która nie wzbudzała już dalszego zainteresowania Watsona. Wystarczy, że reagował na hasło „…Watsonie …”. Cóż szkodzi. Może za którymś cholernym razem zamiast kolejnej kompletnie nieinteresującej historii o upadku obyczajów i kultury, po haśle „…Watsonie…” padnie coś konkretnego, jak sardynka na przykład. Watson więc patrzył i słuchał, nie patrząc i nie słuchając. Był w tym mistrzem. Praktykował to z wytrwałością i cierpliwością mnicha buddyjskiego przez wiele długich wieczorów, które złożyły się na całe lata.

 

Stary zegar z kukułką na ścianie miarowo spóźniał się o minutę na każdą godzinę, stanowczo oświadczając to urbi et orbi głośnym tykaniem. Kukułka całkowicie ignorowała poczynania zegara. Ostatni raz głos wydała kilka lat temu. Było to jeszcze w czasach gdy zegar miarowo spóźniał się o minutę na dobę. Kiedyś to były czasy. Jednak współczesne lekceważenie jakości pracy okazywane przez zegar najwyraźniej nie wywołało entuzjazmu kukułki i ta rozpoczęła strajk. Okupowała wciąż wnętrze zegara, ale już nigdy nie okazała się światu, ani głosem, ani dziobem, ani jakąkolwiek instancją kukułczego ciała i ducha. Starzec nie zwracał już na to uwagi, kot był ciekaw czy kukułka jeszcze istnieje. Czy w ogóle istniała. A może była tylko wytworem wyobraźni. W cieniach rzucanych przez ogień z otwartego kominka wyobraźnia zaczynała działać jakby nieco mocniej. I za każdym razem powrót do rzeczywistości był coraz trudniejszy, coraz mniej pewny. Tak jakby granica między światami realnymi i nierealnymi coraz bardziej się zacierała, albo nieustannie przesuwała. A może jedno i drugie jednocześnie. Dlaczego jakiś inny starzec (albo przyszły starzec), podobno niejaki Schrödinger, wymyślił, że kot może jednocześnie być bytem i nie być bytem, a o jego właściwym losie decydował jakiś inny Schrödingerowaty, który owego kota zamykał w przemyślnym pudle, a potem znienacka otwierał? Przecież żaden kot nie był aż tak głupi, by tak się dać zrobić. No dobrze, może parę by się znalazło, ale czy tych kilka przypadków mogło posłużyć za ikoniczne przedstawienie całej rasy? Absurd. Niegodziwość. Profanacja świętej rasy kociej. A są przecież ptaki, które generalnie chowają się w dziuplach. Z kukułką na czele, która nie tylko się chowa w pudle, które (jakby tego było mało) jest mocno zmechanizowanym obiektem z możliwością uruchamiania różnych procedur i innych takich, ale w dodatku jest w każdym domu. No prawie w każdym, co i tak jest ogromnym potencjałem dla wszystkich tych naukowców, spiskowców, wywrotowców i innych sportowców życia codziennego. Rozmyślania na ten i podobne tematy nie były pasją kota, ale skoro i tak miał sporo czasu, a potrzeba samorealizacji w pasjach właściwych była zaspokojona, nic więc nie stało na przeszkodzie by sobie czym zająć myśli. Ot tak, bez specjalnej przyczyny.

 

Jak to się stało, że dwie tak różne istoty połączył los, trudno powiedzieć. Można opowiedzieć całą historię od momentu pojawienia się obu na tym łez padole, aby potem doprowadzić ją aż do owego wieczoru, który absolutnie niczym nie wyróżniał się na tle innych niezliczonych wieczorów ostatnich lat. Tylko co by to dało? Czy to dało by odpowiedź na pytanie jak to się stało? Być może, ale równie dobrze można by powiedzieć, że zdecydowała o tym ta siła, ta najpotężniejsza siła, która sprawia, że rzeczy się dzieją, że powstają gwiazdy i planety, ludzie się rodzą i umierają, a światy i imperia powstają i upadają, czyli… czysty i najprawdziwszy przypadek.

 

Starzec wstał od stołu. Nieco się wygiął by rozciągnąć plecy, po czym wolnym krokiem zaczął zmierzać do kuchni by nastawić wodę na herbatę. Kolejną tego wieczoru. Była to też jedna z tych przyjemności, których mógł sobie nie żałować na jesieni, czy też zimą swego życia. Uwielbiał nie tyle samą herbatę ile proces jej przygotowania, wybrania właściwej, zalania czajnika, kontrolowania zaparzania się naparu, wyczuwania woni ciepłej herbaty roznoszącej się po pokoju.

 

Czekał aż woda się zagotuje. Potem zalewał wrzątkiem susz, zamykał imbryk. Filiżanka już czekała w pokoju, obok lektury tegowieczorowej. Przyniósł imbryk z naparem do pokoju, ściągnął pokrywkę i pozwolił by zapach naparu zaczął powoli wypełniać pomieszczenie. Zamknął oczy. Przez chwilę słuchał trzasków pochłanianych przez żywioł szczap drewna w kominku. W końcu wziął głęboki wdech. Czuł jak zapach herbaty wypełniał mu nozdrza i płuca, razem z zapachem kurzu, papieru, kociej sierści i palonych szczap drewna sosnowego. To sprawiło mu przyjemność. Otworzył oczy i wrócił do lektury. Czytał bardzo powoli, cedząc każde słowo, i kolejne, i kolejne, aż w końcu wyłaniało się zdanie. Nie zawsze było to zdanie dobre, ale to mu nie przeszkadzało. A przynajmniej niespecjalnie.

Watson obserwował go w takich chwilach, z tą jednak różnicą, że tym razem robił to z nieudawanym zaciekawieniem. Były to te nieliczne momenty, w których kocur wydawał się… zainteresowany… zaintrygowany. Oczywiście, pierwsze wyjaśnienie tej zmiany nastawienia Watsona nasuwało się samo: może tym razem, oprócz herbaty w pokoju uniesie się także szczypta aromatu sardynki lub czegoś równie smakowitego. Ale czy to było jedyne logiczne wyjaśnienie? Czy gdyby kocur mógł coś powiedzieć, to czy podałby jakiś inny powód tego nagłego wzrostu zainteresowania? A to rodzi kolejne wątpliwości i hipotezy. Czy gdyby Watson mógł mówić, to czy zdecydowałby się cokolwiek powiedzieć? No bo niby dlaczego miałby mówić i bratać się z gminem. Cóż takiego mogłoby go zainteresować, wzburzyć czy też zaskoczyć na tyle, że zdradziłby swój ukryty talent. Idźmy dalej w tych dociekaniach. Czy jeśli Watson mógłby coś powiedzieć, i zdecydowałby się to zrobić, to w jakim języku? I to nie koniec. Po rozwiązaniu tych zagadek rodzą się kolejne. No bo kiedy się nauczył owego języka, no bo przecież nie podczas wspólnych wieczorów ze starcem. Nawet jeśli te wieczory przerodziły się w lata. A co jeśli nauczył się francuskiego podczas swej burzliwej młodości, zażywając uroków życia w śmietnikach małych francuskich miasteczek?

 

Ktoś teraz zarzuci tym pomysłom absurdalność, no bo przecież wówczas kocur nie trafiłby pod dach starca, miłośnika lektury i herbaty wieczorową porą, i to jeszcze kiedy ten starcem nie był. A przynajmniej nie takim. I na pewno nie miałby na imię Watson. Otóż, nic prostszego do wyjaśniania. Tę argumentację, o ewentualnej absurdalności takiego obrotu spraw bardzo łatwo zburzyć. Po pierwsze, nikt nigdy nie zapytał Watsona czy aby na pewno nazywa się Watson. Po prostu Watson, przez wrodzoną grzeczność, powodowaną szlachetnością pochodzenia, nie protestował kiedy ktoś go tak nazywał. Zresztą, nie było powodów by zaprzeczać. W końcu relatywnie często, po powołaniu się na owego Watsona, kocur otrzymywał sardynkę, śledzia, a nawet łososia od czasu do czasu. Czyli ta kwestia rozwiązana. Zajmijmy się kolejnym zarzutem. Jakim cudem kocur miałby trafić z francuskich małomiasteczkowych śmietników pod dach starca. Nic prostszego (chyba się powtarzamy, ale takie są fakty). Koty, szczególnie podczas przeżywania swej bujnej młodości, uwielbiają szwendać się i eksplorować nowe terytoria. A jeśli można poznać więcej, i to w dodatku bez wysiłku fizycznego… w końcu to już czasy kolei żelaznej. Prasa donosiła, ze nawet pies podróżował koleją, więc kot nie mógł być gorszy od byle jakiego kundla.

 

Należy dodać, że gdyby pojawiła się hipoteza, że kocur mówi po chińsku lub w innym języku z tego regionu geograficzno-kulturowego, to oważ mogłaby zostać uznana za nazbyt wydumaną, by nie powiedzieć absurdalną. Tak, jest to niemożliwe. I nie chodzi tylko o dystans czy też twardą składnię owych języków, ale przeszkody nieco odmiennej natury. Jak wiadomo, koty mogą z łatwością w owych szerokościach kulturalnych trafić do menu, co stawia pod znakiem zapytania jakąkolwiek podróż. Poza wyposażeniem kuchni, rzecz jasna. I to też na raczej krótkich dystansach, które kończyłyby się ostatecznie i nieodwracalnie w oleju i panierce. Jest to oczywista tragedia i niesprawiedliwość losu. Byś pozbawionym możliwości podróżowania przez taką błahostkę jak czyjeś upodobania kulinarne, głównie przedstawicieli gatunku homo sapiens. Tak, to potworne. Być w tym samym miejscu łańcucha pokarmowego co pies. Czy jest gorszy los? Ale zostawmy na razie te rozważania filozoficzne.

 

Zostaje ostatni problem. Skoro teza o tym, że podróżowanie z małomiasteczkowych francuskich śmietników wraz ze zdobytymi tam umiejętnościami, w tym posługiwaniem się językiem Dantona i Robespierre’a, pod dach naszego starca jest możliwy, to zastanówmy się jakim cudem starzec byłby w stanie odróżnić dźwięki wydawane przez kota w języku, w którym całkiem spore grono ludzi zamawia kawę i croissanta z pistacjami od standardowego języka kociomiałczowatego i mruczokotowego. Problemy starca ze słuchem raczej by nie ułatwiały tutaj sprawy.

 

Czy to możliwe, że istoty tak bardzo od siebie różne, nie tylko pod względem gatunkowym, ale pod względem upodobań i stosunku do rzeczywistości, czy to możliwe że takie dwie istoty nie tylko żyją razem pod jednych dachem, ale są wręcz nierozłączne i nieodłączne. Ich los jakimiś dziwnymi mariażami i splotami rzeczywistości związał je na dobre i na złe. Prawie jak małżeństwo doskonałe. Przy zgodzie, a przynajmniej niemej akceptacji obu stron. Złączeni do końca, jednej lub drugiej strony, w zależności od tego, co nastąpi pierwsze. Nigdy niczego sobie nie obiecywali, nawet o tym jakoś specjalnie nie rozmyślali. Bardziej to czuli. Razem jak planeta i jej księżyc, niby krążą, niby wykazują cechy indywidualne, ale są złączone niewidzialnymi i nierozerwalnymi nićmi losu. Oczywiście, gdyby zapytać, kto w tym duecie pełni rolę planety, a kto tylko satelity, zdania byłyby podzielone. Dokładnie po połowie. Ale skoro nie zagłębiają się w szczegóły tej zależności, a przyjmują ją taką jaka jest, bardziej od strony emocjonalnej, niewytłumaczalnej, więc ten problem nigdy nie pojawi się na drodze tych dwóch. A może dwojga. Jak kota samca tutaj traktować. Mniejsza o to. Nie zagłębiajmy się w szczegóły, w niczym nam nie pomogą.

Fakt pozostaje faktem, żadne z nich nie chciało być w innej konfiguracji, żadne też nigdy nie próbowało zmienić tego układu ciał jakże mało astralnych, a jednak spiętych czymś na kształt grawitacji czy też raczej jakiegoś zakrzywienia czasoprzestrzeni. Tutaj była ich przestrzeń i tutaj czas dla obu zwalniał podobnie. Poza tym układem i jego atrybutami, jak dach, ściany, kominek, zapachy herbaty, sardynek, kurzu i papieru w zasadzie nic innego nie istniało lub nie miało znaczenia. Znaczenie miał blask ognia, jego ciepło, głos starca, spojrzenie kota. To był cały wszechświat.

 

Czy cokolwiek i kiedykolwiek mogło zakłócić ten układ? No cóż, nie wolno nam zapominać o entropii, której żadna siła nie jest w stanie zatrzymać. Nawet gdyby zwolnić czas niemal do zera, to jednak nie zatrzyma to tej potężnej siły. Zresztą jaki sens miałoby zatrzymanie czasu? Gdy nie ma czasu, nie ma reakcji między ciałami, nie ma głosu, nie ma blasku, zapachu. Brak czasu jest niemal równoznaczny ze śmiercią, więc byłoby to zwycięstwo pyrrusowe. Zresztą, skoro entropii nie da się zatrzymać, to i śmierci nie da się zatrzymać.

 

A może gdzieś tu kryje się błąd. Może śmierć nie nadejdzie, może oni dwaj (lub dwoje) już po wsze czasy będą siedzieć w pokoju, starzec czytając i komentując na głos, kot - słuchając krytyki świata wygłoszonej przez starca…

 

A co jeśli życie tych dwóch (lub dwojga) jest tylko snem, z którego nie mogą i nie chcą się zbudzić. Kot śni sen o starcu, który pozwala realizować pasje życiowe, z jedzeniem i spaniem w ciepłych okolicznościach architektury. Starzec śni sen o kocie, któremu jest potrzebny, który mu towarzyszy w jego samotności. Śnią swój sen, każdy z osobna, ale jednocześnie razem, przenikając się swoimi historiami i uzupełniając swoje wyśnione realności. Dwaj podróżnicy, którym się wydaje, że tworzą świat tego drugiego. Jak wyglądałoby zatem przebudzenie obu?

 

Za oknem słychać było delikatne pomruki nadchodzącej burzy. Ciemne niebo gdzieś w oddali rozbłyskało białymi smugami. Wiatr zaczynał już bujać drzewem, które było widać z okna, a z którego gałęzi, gdy się na nie wdrapać, widać było jezioro. Teraz nie była to prawda. Jezioro zlewało się z czernią nieba. Błyski odbijały się w tafli sprawiając, że trudno było odgadnąć gdzie kończy się niebo, a zaczyna jezioro. I na odwrót. Słychać było narastający szum liści i traw. Pojedyncze krople zaczęły uderzać w szybę okna, z którego było widać coraz bardziej roztańczone przed podmuchy wiatru drzewo. Taniec ten wyglądał dość upiornie na tle rozbłysków czarnego nieba.

 

Starzec wydawał się tego nie dostrzegać. Chociaż trudno było podejrzewać by aż tak fascynowała go lektura. Kot pozostawał równie niewzruszony, obojętny. Delikatnie mrużył oczy obserwując starca. I tylko w tych oczach, mimo że zmrużonych, widać było jakąś zmianę. A może to tylko złudzenie? Wydawało się, że w jego spojrzeniu już nie ma obojętności. Raczej swego rodzaju koncentracja.

 

Odgłosy nadchodzącej burzy nasilały się, coraz bardziej natarczywie atakując ściany i szybę okna małego wszechświata dwóch śniących istot. Starzec wydawał się zasypiać, jakby rozpętujące się za oknem piekło było doskonałą kołysanką. Jego głowa powoli osuwała się nad stołem i lekturą, aż w końcu czoło dotknęło stołu, opierając się na kilku warstwach papieru. Kot cały czas obserwował starca. Odczekał jeszcze kilka chwil, po czym wstał, przeciągnął się, zeskoczył z fotelu i podszedł do starca.

 

Ogień w kominku wydawał się przygasać, pogrążając pokój w półmroku rozświetlanym białymi błyskami zza okna. Ściany pokoju wydawały się ożywać lub przynajmniej odkształcać. Kominek wydawał się teraz większy. Można było przysiąc, że rośnie. I to pomimo tego, że blask ognia z jego wnętrza zmniejszał się z każdą chwilą. Szczapy drewna, czy też to, co z nich zostało żarzyły się już tylko czerwienią, której poświata wypełniała cały pokój.

 

Kot zaczął ocierać się o nogi starca. Kiedy skończył, podszedł do kominka wpatrując się w żar dogasającego ognia. Jego oczy błyszczały czerwienią lawy. Odwrócił się i jeszcze raz spojrzał na starca. W jego wzroku nie było obojętności. Była duma zdradzająca szlachetne pochodzenie i coś wręcz rozkazującego, a jednocześnie niewidzącego, tak jakby kot nie patrzył na starca, ale przez niego, gdzieś daleko, poza granice pokoju, a nawet burzy. Jakby czekał na coś, wzrokiem wypowiadając niewypowiedziane.

 

Starzec, bez otwierania oczu, bardzo powoli zaczął się podnosić. Wstał od stołu i delikatnie się chwiejąc, stawiając niepewne kroki zaczął iść w stronę kota. Wówczas kot odwrócił wzrok od starca i ponownie skierował go na żar dogasającego paleniska. Wolnym krokiem, ale bez wahania ruszył w stronę kominka. W ciągu kilku chwil był już w środku, ale o dziwo nie tylko się nie poparzył, jego futro się nie zapaliło, ale on sam nie okazywał w ogóle lęku. Po prostu wszedł i zaczął zanikać. Najpierw wąsy, potem oczy i uszy, i tak dalej. Kiedy było widać już tylko ogon rudego kocura, w jego ślady ruszył starzec. W ogóle się nie schylając wszedł w żar kominka, jakby jego otwór był teraz wielkości drzwi lub wręcz wrót. I również starzec zaczął powoli zanikać, bez krzyku, bez lęku. A gdy już nie pozostał żaden ślad jego obecności w palenisku, żar zgasł zupełnie.

 

Burza coraz gwałtowniej dobijała się do okna, uderzając w nie strugami wody i podmuchami wichury. Ściany pokoju zaczęły drżeć. Nagły rumor i trzask ukazały dziurę w dachu, odczuwalną bardziej natężeniem odgłosów żywiołu niż widoczną. Tylko błyski na czarnym niebie pozwoliły dostrzec otwór co najmniej wielkości drzewa, które łączyło widok z okna z widokiem jeziora, widocznego, gdyby wdrapać się na gałęzie tegoż. Ale to trwało tylko przez kilka chwil, bo od tego momentu burza coraz gwałtowniej wciskała się do pomieszczenia. Teraz, gdy żywioł znalazł wyłom w fortecy tych dwojga, bez przeszkód zaczynał wypełniać całe pomieszczenie, niszcząc wszystko co napotkał na swojej drodze. Wściekłość żywiołu szybko zalała podłogi i resztki paleniska, rozbijając okno konarami i innymi resztkami drzewa, które z tego okna było widać, a z którego gałęzi, gdyby się na nie wdrapać kiedy jeszcze tworzyły drzewo, widać było jezioro. Teraz nic już nie było widać. Wichura porwała też już niemal cały dach, otwierając widok na czerń nieba rozrywaną od czasu do czasu białymi błyskami. Porwała też zegar, unosząc go wysoko w otchłań tej czerni. Zegar, nie bacząc na okoliczności, wciąż miarowo spóźniał się około minutę na około godzinę. Kukułka nie wydała głosu, pozostawiając tajemnicę Schrödingera nierozwiązaną. A może po prostu spóźniła się z reakcją. I to co najmniej o minutę, więc jeśli była w owym pudle zegara i zechciała okazać swe istnienie, to już tylko czarne niebo było tego świadkiem i niemym obserwatorem.

 

Coś, co jeszcze parę chwil temu było ciepłym pokojem i kuchnią wypełnioną zapachem herbaty, kurzu, papieru, palonego drewna, teraz tonęło w deszczu i ciemności, w niczym nie przypominając swego poprzedniego wcielenia. Na skutek gwałtowności nawałnicy zaczęły się uginać ściany, by już po chwili poddać się żywiołowi i runąć. Odgłos walących się cegieł i drewnianych elementów konstrukcji został całkowicie stłumiony przez wycie wichury, która wydawała się wydawać dziki krzyk rozkoszy oznajmujący jej zwycięstwo. Nic nie zostało z tego małego wszechświata. Zapadł się, pochłaniając zapach herbaty, kurzu i sardynek z możliwością zamiany na śledzia, a nawet łososia. Katastrofa pochłonęła głos starca, szelest papieru, trzaskanie szczap pożeranych w kominku i ciche mruczenie obojętnego kota, który słuchał nie słuchając.

 

Z braku obecności zegara, chociażby spóźniającego się miarowo o minutę na godzinę, trudno było określić ile czasu zajęło jeszcze żywiołowi pastwienie się nad resztkami świata starca i kocura. Jednak w pewnym momencie, na skutek zadowolenia z osiągniętych rezultatów lub po prostu wyczerpania energii, burza zaczęła powoli wytracać swój impet. Wiatr słabł, przestawało też padać. W tej chwili był to już zwykły, mały, jesienny (a może i wiosenny) deszczyk, który zawsze witany był przez naturę z wyczekiwaniem. W powietrzu unosił się ten charakterystyczny zapach mokrego drewna i traw, połamanych świerków i sosen, mokrej ziemi. Powietrze było przeniknięte wilgocią, ale nie było nieprzyjemne. Miało w sobie coś chłodnie ożywczego. Chociaż niebo wciąż było ciemne, to jednak coraz więcej blasku wypełniało otaczający świat. Na horyzoncie zaczynało jaśnieć. Powoli, miarowo, ale nieustępliwie. Wszystko wskazywało na to, że wstaje nowy dzień. Będzie raczej pogodny i słoneczny.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania