Stay with me | Rozdział 3

To straszne, jak jedna informacja potrafi wpłynąć na psychikę człowieka. Minęło jedynie parę dni odkąd wróciłem do domu ze szpitala, a już teraz śmiało mogę przysiąc, że zaczynam wysiadać. Jest naprawdę źle. Ta choroba mnie wyniszcza. Nie fizycznie, co pewnie z czasem się zmieni, ale przede wszystkim psychicznie. Poczucie winy nie pomaga mi w układaniu myśli. Za każdym razem, kiedy widzę Williama, czuję ten cholernie niewygodny ścisk w żołądku; moje serce staje w miejscu, a zmysł mowy odmawia posłuszeństwa. Nie potrafię mu powiedzieć prawdy. Po prostu nie mogę tego zrobić. Brakuje mi odwagi.

Dzisiaj czeka mnie kolejna wizyta u lekarza. Wprawdzie nie tylko jednego. Godzinę temu dowiedziałem się od mamy, że znowu jestem umówiony z psychologiem na siedemnastą. Zareagowałem lekką niechęcią na tę informację. Szczerze wątpię, że regularne konsultacje z psychologiem mają jakikolwiek sens. Wczoraj spędziłem w jego gabinecie raprem kwadrans, co i tak cudem zniosłem. Ponadto niczego korzystnego mu nie zdradziłem i, szczerze mówiąc, nie zamierzam tego zrobić przy następnej okazji. Czyli dzisiaj.

— Glenn! – nagle słyszę głos matki, który od razy wyrywa mnie z rozmyślań. Mimowolnie skupiam swoje spojrzenie na otwartych drzwiach. — Pospiesz się! Niedługo musimy jechać!

Wzdycham cicho i od razu podnoszę się z łóżka. Z oporem podchodzę do szafy, z której następnie wyjmuję czyste ubrania. Każda pojedyncza rzecz jest w kolorze smolistej czerni. Myślę, że polubię się z tą barwą. Idę do łazienki, gdzie szybko przemywam twarz i myję zęby. Ubieram się dość powoli, w międzyczasie zerkając na swoje odbicie lustrzane. Przez chwilę nie mogę oderwać odczu od tych paskudnych fioletowych sińców, lecz wreszcie wzdycham i kończę zapinać rozporek. Wychodzę z pomieszczenia i schodzę na dół. Od razu wpadam na rodzicielkę, która kończy wkładać potrzebne dokumenty do torebki.

— Wszystko spakowane — mówi, choć nie ma ku temu najmniejszej potrzeby.

Wychodzimy z mieszkania dość żwawym tempem i od razu kierujemy się na parking, gdzie stoi czarny kabriolet mamy. Siadam na miejsce pasażera i rozluźniam plecy, oczekując, aż kobieta upora się z opuszczeniem dachu i odpaleniem silnika.

— Pamiętaj, nie stresuj się – mówi, jednocześnie zapalając światła mijania. Zerkam na nią ukradkiem, nie okazując bezpośrednio zainteresowania. — Jestem pewna, że wszystko się ułoży i podąży tą dobrą ścieżką.

Nagle mrużę oczy, nieznacznie rozdziawiając buzię. Robi mi się ciężko w żołądku.

— Za dużo o tym myślisz. — Nawet nie myślę, co plotę. Mam chęć ugryźć się w język. — Nie zadręczaj się tak.

Kobieta otwiera szeroko oczy, a na jej twarz błyskawicznie wpełza smutek.

— Jak mogę o tym nie myśleć? To... nie jest takie proste. — Czuję, że moje słowa sprawiły jej sporą przykrość. Bez problemu wyłapuję ból i rozczarowanie w jej głosie. Mimo wszystko pozostaję cicho. Boję się powiedzieć coś więcej. Nawet nie mogę jej przeprosić. – Mój syn jest chory – wyraźnie podkreśla ostatni wyraz, a ja od razu czuję nieprzyjemne mrowienie w dłoniach. Zaciskam nadgarstki w pięści, jednocześnie spuszczając na nie wzrok. Nie mam odwagi, by spojrzeć matce w twarz.

— Przepraszam — mówię cicho, niemal niesłyszalnie. — Nie chciałem — dodaję po chwili.

— Nic nie szkodzi. — Kobieta przeciera oczy, w których zdążyły zebrać się pierwsze łzy. Dopada mnie poczucie winy. Nie chciałem doprowadzić mamy do płaczu. Nie mam do tego prawa.

Resztę drogi siedzę w ciszy. Mama też nic nie mówi. Jest w pełni skupiona na drodze i znakach, które zmieniają się co parę metrów. Domyślam się, że moje życie zrobi niedługo obrót o jeden półpełny kąt. Powoli tracę kontrolę nad tym, co mówię, co robię i co myślę. Pewne kwestie po prostu zaczynają mnie przytłaczać. Niektóre aż za bardzo.

Na miejscu dowiaduję się, że wcale nie jest tak źle, jak się zapowiadało. Lekarz mówi, że nowotwór jeszcze nie zdążył przenieść się na pozostałe organy, co z góry daje większe szanse na pozytywne przejście przez całe leczenie. Sporym minusem jest moje serce, które może sprawiać problemy. Cholerna niewydolność krążenia.

Patrzę na mamę, która odbiera od lekarza opakowanie tabletek, które mają przygotować mój organizm — w tym serce — do dalszych zabiegów. Mężczyzna ostrzega mnie, że po pierwszym zażyciu mogę czuć się niezbyt dobrze. Przyjmuję informację ze spokojem.

Lekarz radzi, aby przyjmować tabletkę regularnie wieczorem co najmniej trzy godziny po ostatnim posiłku. Kiwam głową na znak zrozumienia. Wkrótce po tym wracam do samochodu z mamą u boku.

Pierwszą kapsułkę zjadam dopiero późnym wieczorem. Stres uleciał ze mnie w błyskawicznym tempie, ponieważ nie poczułem niczego, co wymagałoby większej uwagi. Spodziewałem się nagłej fali mdłości, zawrotów głowy i tym podobnych, a nie dzieje się kompletnie nic.

Wzdycham z ulgą i siadam przed telewizorem. Po chwili dołącza do mnie mama, która odbiera telefon parę sekund później. Dedukuję, że zadzwonił ojciec z prośbą o pomoc. Mama odkłada aparat na bok i pyta mnie, czy oby na pewno czuję się dobrze. Odpowiadam szczerze i pozwalam jej na wyjście z domu. Zostaję sam, lecz nie martwię się ani trochę z tego powodu. W końcu nic mi nie jest.

...a przynajmniej tak mi się wydawało.

Nie mija nawet pięć minut od wyjścia rodzicielki, jak zaczynam czuć nieznośne wirowanie przed oczami. Marszczę brwi, lekko zdezorientowany, gdyż nie mogę w pełni dostrzec tego, co dzieje się na ekranie telewizora. Panikuję i podnoszę się do pionu, co jest ogromnym błędem. Wszystko zaczyna się wokół mnie kręcić, a ja, nie wiedząc, co się dzieje, zaczynam iść przed siebie. A przynajmniej tak mi się wydaje. W rzeczywistości kręcę się w kółko, co jedynie pogarsza mój stan. Nagle dopada mnie intensywny atak dreszczy, przez co zaczynam się trząść. Tracę całą siłę w nogach, czego wynikiem jest upadek na kolana. Huk roznosi się echem po całym piętrze, z czego zdaję sobie sprawę dopiero po chwili. Łapię się za ramiona i biorę spory wdech, co przychodzi mi z trudem. Teraz nawet oddychanie zrobiło się problematyczne.

— Glenn?!

Słyszę czyjś krzyk. Nie potrafię stwierdzić, do kogo należy ten głos. Nie wiem nawet, czy sytuacja nie jest wynikiem mojej wyobraźni. W końcu nie słyszałem, aby ktokolwiek otworzył drzwi i wszedł do środka. Może po prostu nie usłyszałem niczego, bo za bardzo skupiłem się na swoich objawach?

Słyszę parę ciężkich kroków. Mój słuch nie zawodzi mnie nawet w takiej sytuacji.

— Co się stało?!

Podnoszę głowę do góry, aby dowiedzieć się, kto zaszczycił mnie swoją obecnością. Obraz jest tak bardzo zamazany, że nie mogę stwierdzić, kim jest mój gość. Jego głos roznosi się głuchym echem w mojej głowie, w związku z czym nie mogę też wysunąć żadnego wniosku bazując na głosie. Mrużę oczy i po chwili dostrzegam bladą twaz, wokół której sterczą rozkopane, czarne włosy.

Tylko jedna osoba przyszła mi na myśl.

— Willy...? — pytam niepewnie, zdrabniając imię przyjaciela. Po chwili zdaję sobie sprawę, że od dawna go tak nie nazywałem. Zwracałem się tak do niego jedynie w myślach.

— Tak! — William odpowiada, a następnie łapie mnie za ramiona. Dopiero po chwili w pełni zauważam jego paniczne spojrzenie. — Co się stało, Glenn? Jesteś blady. Cholernie blady. – Chłopak powoli sunie palcami wzdłuż mojej lewej ręki, finalnie zatrzymując się na drżącej dłoni. Wzdrygam się pod wpływem jego delikatnego i jednocześnie ciepłego dotyku. Mam chęć trzymać tę dłoń w nieskończoność. — Jesteś lodowaty — dodaje po chwili szeptem.

I co niby mam mu teraz powiedzieć?

— To nic — mówię cicho. Czuję, że zawroty zaczynają ustępować. Powoli tracą na swojej intensywności. Lecz mimo wszystko nie brzmię wiarygodnie. Boże, co ja w ogóle plotę. Przede wszystkim nie wyglądam, jak osoba, która ma się dobrze. Najpewniej przypominam kogoś, kto jest o krok od utraty przytomności. Nie ma możliwości, aby Will uwierzył w moje słowa. Nie jest głupi.

— Nic?! Żartujesz sobie?! — Podnosi głos, czym mnie mocno zaskakuje. Jego twardy ton głosu automatycznie sprowadza mnie na ziemię. Nagle dopada mnie strach. Boję się, że już nic przed nim nie ukryję. Zaraz wszystko się wyda. Boję się tego jak diabli. — Czy ty w ogóle wiesz, jak wyglądasz?

Głośno przełykam ślinę, nie mogąc odpowiedzieć. Czuję, że jakaś niewidzialna siła trzyma mnie za gardło, sprawiając tym, że nawet najkrótszy wyraz jest ogromnym problemem. Odchrząkam cicho, walcząc ze sobą w duchu.

— Spokojnie, zaraz mi przejdzie — zapewniam łamiącym się głosem. Nie wierzę, że naprawdę dalej w to brnę. Przecież wszystko jest już jasne. Dlaczego muszę być taki beznadziejny? — O nic się nie martw.

Will mierzy mnie surowym wzrokiem. Szybko odwracam spojrzenie od jego poważnej twarzy i skupiam się na podłodze. Nie potrafię znieść tej ciężkiej chwili. Zaczynam czuć się, jakbym był na jakimś strasznym przesłuchaniu. A nie jestem. William nie zalewa mnie stosem niewygodnych pytań i nie wrzeszczy na mnie w akcie złości. On się po prostu o mnie martwi. Rozumiem to. Naprawdę to rozumiem.

— Nie wierzę ci. Zachowujesz się dziwnie już od dłuższej chwili — mówi bezpośrednio. Zauważył. Willy zauważył.

Zaczynam odczuwać narastającą potliwość dłoni. Mój oddech niekontrolowanie przyspiesza, do którego w mgnieniu oka dołącza chore sece.

I co ja mam teraz zrobić? Przecież nie mogę dłużej kłamać. Nie mam do tego prawa.

— Glenn, co się z tobą dzieje?

Zerkam ukradkiem na chłopaka i od razu dostrzegam nerwy na jego twarzy. Widzę, że William jest nie tylko zdenerwowany, ale również przerażony swoją niewiedzą.

— Czy nie jesteśmy przyjaciółmi? — pyta cicho. — Chyba możesz mi powiedzieć, co się dzieje? Przecież wiesz, że możesz na mnie liczyć. Zawsze. Wiesz o tym, prawda?

Zagryzam policzki od wewnątrz, aby nie wydać z siebie żadnego zdbędnego dźwięku. Spuszczam głowę, by Will nie dostrzegł spływających po mojej twarzy łez.

Nie chcę już dłużej tego ukrywać. Nie potrafię. Czuję się źle z myślą, że mam przed nim jakieś sekrety. On nie zasługuje na takie traktowanie. Zawsze był wobec mnie szczery i fair. Powinienem odwdzięczyć mu się tym samym, a nie ukrywać prawdę na swój temat.

Proszę cię, Willy. Pomóż mi. Tylko ty jesteś w stanie to zrobić.

— Jestem... — Waham się, lecz nie przerywam. Muszę to zrobić. Muszę to powiedzieć. Nie ma już odwrotu. — Jestem chory. — Cicho pociągam nosem. Jest mi tak cholernie źle. Mam ogromną chęć na płacz, jednak zdaję sobie sprawę, że nie mogę tego zrobić. Nie teraz.

— Przecież widzę, że jesteś chory — mówi z nutą niepewności w głosie. Nie rozumiesz, Willy. Nie rozumiesz.

Wciąż czuję ciepło jego dłoni spoczywających na moich ramionach. W duchu pragnę, aby chłopak nigdy ich nie zabierał. By już zawsze przy mnie był. Nadal nie mam odwagi na to, by spojrzeć mu w twarz. Boję się. Tak bardzo się boję. Słyszę jak William mówi, że za moment zadzwoni po pogotowie i moich rodziców, przez co machinalnie zaczynam kręcić głową. Mam chęć się roześmiać, ale nie robię tego. Powstrzymuję się.

— Will — przerywam mu, a następnie unoszę głowę i spoglądam prosto w jego niebieskie oczy.

William, widząc ogrom łez spływających po mojej twarzy, nieruchomieje. Po chwili jednak rozdziawia buzię, prawdopodobnie chcąc coś powiedzieć, lecz nie pozwalam mu na to.

— Jestem chory — powtarzam z nadzieją, że ta informacja wreszcie do niego dotrze w odpowiedni sposób. — Chory... na raka. — Znów spuszczam głowę, lecz tym razem zanoszę się płaczem, którego nie potrafię powstrzymać. Dopiero teraz zrozumiałem, jak źle jest. Dopiero teraz, kiedy powiedziałem to na głos.

Nagle czuję znajome ciepło. Nie nadążam z reakcją, jak długie ręce chłopaka oplatają moje roztrzęsione ciało i zamykają je w uścisku. Wyjątkowo przyjemnym uścisku. Głośno nabieram powietrze do płuc, które następnie zatrzymuję przez krótszą chwilę.

Dopada mnie szok.

Ta bliskość rujnuje moje bariery do reszty. Bez wahania zanoszę się donośnym płaczem, który przepełniają rozpacz i ból. Łzy nie chcą przestać płynąć, lecz w pewnym momencie po prostu przestaję zwracać na nie swoją uwagę. Skupiam się tylko i wyłącznie na swoim przyjacielu. Na chłopaku, który samą swoją bliskością potrafi pozbawić mnie wszelkich blokad.

Kocham go. Naprawdę go kocham.

A on mi o tym przypomina na każdym możliwym kroku.

— Przepraszam — mówi cicho. — Zostańmy tak przez chwilę.

Nie protestuję. Zamiast tego pozwalam odejść tej cholernej masce obojętności. Nie potrzebuję jej. Posiadam coś znacznie ważniejszego — osobę, przy której nie mam prawa udawać kogoś, kim nie jestem.

— Już dobrze — szepcze prosto do mojego ucha. Od razu się uspokajam.

— To jest... takie trudne...

— Wiem, wiem. — Willy oddala się ode mnie, a następnie wlepia spojrzenie w moją spuchniętą od płaczu twarz. Nie wstydzę się tego. Nie przeszkadza mi fakt, że brunet widzi mnie w takim stanie. Jestem tak bardzo pewien siebie, bo to właśnie on jest osobą, która przy mnie tkwi. I właśnie dlatego, że to Will, nie boję się okazać swoich szczerych uczuć. Szkoda, że dopiero teraz zaczynam to rozumieć. — Ale nie powinieneś się przemęczać — mówi po chwili, a ja kiwam głową na znak zrozumienia. — Spróbuj się przespać. Zostanę przy tobie, więc nie bój się.

Nie boję się. Nie, kiedy jesteś przy mnie.

Nie mówię tego na głos. Nie potrafię.

Korzystam z pomocy chłopaka i staję na nogi. Podchodzę do sofy, na której od razu się kładę. Wciąż jestem bardzo przerażony, lecz szybko zamykam oczy i obracam się na drugi bok. Zanim zasypiam, czuję dużą dłoń, która łagodnie przeczesuje moje włosy.

***

Budzę się przez rozmowę dobiegającą z kuchni. Mimochodem rozglądam się po salonie, lecz jedyne, co dostrzegam, to ciemność. Jestem sam. Wstaję powoli, w międzyczasie zastanawiając się nad godziną, jednakże w pewnym momencie wstrzymuję oddech, gdyż znów dopadają mnie zawroty głowy. Objawy szybko mijają, dlatego powoli ruszam w kierunku kuchni. Zatrzymuję się przy drzwiach prowadzących do pomieszczenia. Od razu rejestruję dwa głosy — jeden należy do mamy, drugi do Williama. Oboje rozmawiają o mnie, a dokładniej o chorobie, która mnie dopadła. Wysłuchiwanie tych wszystkich rzeczy sprawia, że znów robi mi się przykro. Opieram się plecami o ścianę, zadzierając łebek ku górze.

Jestem naprawdę ciekaw, o czym ci bliscy mi ludzie będą dalej rozmawiać. Julie — moja mama — bez zawahania zdradza Willowi wszystko, co do tej pory powiedział nam lekarz. Nie mam nic przeciwko.

Słuchając tego wszystkiego, nieświadomie osuwam się po ścianie w dół, a dłońmi zakrywam twarz.

Myślałem, że będę w stanie to wszystko ukryć. Myślałem też, że ta sztuczna maska, którą tworzyłem przez tak długi czas, wytrzyma i jeszcze zadziała na moją korzyść. Niestety, jeden, prosty gest ze strony bruneta wszystko zniweczył.

Ale... prawda jest taka, że nie żałuję. Odczuwam ulgę. Tę prawdziwą ulgę. Ociągałem się z wyznaniem prawdy tak długi, że teraz jest mi po prostu głupio przez fakt, iż nie zrobiłem tego wcześniej. Gdybym wiedział, jak wielką ulgę przyniesie mi bliskość przyjaciela, przyznałbym się od razu do prawdy. Nie mogę lekceważyć tej istotnej kwestii — faktu, iż mam przyjaciela. Osobę, która zawsze przy mnie jest, nie zważając na okoliczności i własne pragnienia.

Podnoszę się na nogi i chodzę do kuchni, gdzie od razu spotykam się z dwoma zatroskanymi spojrzeniami. Już nie boję się pytań i odpowiedzi. Po prostu robię to, co powinienem zrobić od początku. Szczerze rozmawiam z osobami, które kocham.

Żałuję, że zdecydowałem się na to tak późno. Ale czasu nie cofnę. Mogę potraktować tę decyzję jako nauczkę, dzięki czemu szansa, iż w przyszłości nie popełnię podobnego błędu, będzie wysoce prawdopodobna.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania