Strącony
Piekło…Czym jest piekło? Chyba w większości tym, czego Florian bał się przez większość swego ziemskiego życia. W jego naturze było zadzieranie ze wszystkimi wokół. Litość to dla niego zbrodnia. Na pewno? Nie lubił wielu ludzi, prawie wszystkich, gdyż prawie wszyscy nie lubili jego. Jednak na swój sposób kochał najbliższych. Rodziców, dziadka. 12 Sierpnia 2016 roku wyszedł z domu przejść się piękną ulicą handlową. Owa ulica była jego faworytką wśród ulic w rodzinnym mieście. W połowie długości tejże ulicy doszedł do skrzyżowania, które funkcjonowało bez sygnalizacji świetlnej. Na uszach miał ulubioną muzykę z końca lat dziewięćdziesiątych, słuchał jej bardzo głośno. Szedł pewnie przed siebie nie zważając na pojazdy przecinające jego trakt. Czarny karawan zabił go na miejscu. Nie było, co zbierać. Miał pierwszeństwo na zebrze, lecz wszedł na drogę nagle, nie patrząc w bok. Kierowca nie miał szans by cokolwiek zrobić. Gdy odzyskał świadomość znajdował się już w innym miejscu. To nie był szpital bądź kostnica. Tym miejscem była mroczna kraina. Przebywał jak się sam szybko zorientował w piekle. Zewsząd dobiegały go krzyki, odgłosy niewyobrażalnego cierpienia. Stał na skalnej ścieżce. Po obu jej stronach bąblowało gorące błoto w kolorze szarej sepii. Znad jego powierzchni wystawały poparzone kończyny, poparzone dłonie, poparzone palce. Florian uznał, iż musi iść przed siebie. Opary siarki drażniły jego nozdrza. Czuł, że ma do wypełnienia jakiś plan, niezależny do końca od niego. Szedł sześć godzin, sześć minut i sześć sekund. Ku jego zdziwieniu ukazał się przed nim LVCIFER. Upadły anioł zasiadał na tronie zbudowanym z ludzkich czaszek i piszczeli. Ten zwrócił się do Florka.
– Miałeś być egzekutorem mych zamierzeń, miałeś przynieść zagładę Ziemi, a ty głupcze spartaczyłeś robotę. W mym królestwie jesteś zerem. Nie chcę cię w mym kraju! – ryknął zagniewany Szatan.
– Przez całe życie gdzieś w głębi siebie oddawałem ci cześć, a ty mnie oddalasz, więc i ja się oddalę. Skoro cię zawiodłem to widocznie tak miało być, choć nosiłem w sobie mroczną nadzieję. Nie wiem, dokąd pójdę, a nawet, jeśli, to nie wiem czy mnie tam przyjmą. Ty zostań sam.
– Tak. Czyściec. Tam przyjmują prawie wszystkich. To taka enklawa nad brzegiem morza. Ciągle tam mają złotą godzinę. Jestem pewny, że szybko ci się tam znudzi. Żegnaj nieudaczniku. Tak bardzo, co do ciebie się myliłem.
– I ja także myliłem się, co do ciebie. Mam nadzieję, że spotkam tam Pana.
Na te sowa Florian zamknął w swym umyśle piekło, a otworzył czyściec. Radował się. Przypomniał sobie rozmowę z pewnym mężczyzną, który przeżył śmierć kliniczną. Opowiadał mu, iż nad brzegiem morza spotkał Boga, a on poprosił by ten powrócił…Jeśli chodzi o Florka to nie mogło być mowy o powrocie. Jego ciało nie mogło być już dużej naczyniem. Pierwszy raz poczuł się szczęśliwy. Tu przynajmniej mógł być wśród innych, podobnych mu ludzkich dusz.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania