Stroboskop
Pęka woreczek z kulkami łożysk. Metal spada na beton: ping–ping–ping. Kulki rozbiegają się w szczeliny; jedna pod szafkę, trzecia kręci się za długo i cichnie.
Próbuję liczyć. Zanim dopowiem, miejsca się zmieniają. Dźwięk wyprzedza wzrok, odbija się od płyty, wraca ostrzej. W powietrzu — smar; na języku — moneta.
Dłoń sięga po kulkę. Palce zaciskają się na powietrzu, choć jeszcze widzę połysk. Ściany podchodzą bliżej.
Ciemność: zanik.
Błysk: zwarcie.
But skrobie po betonie. Podeszwa miażdży gips. Kulka strzela spod krawędzi, odbija się i wraca innym tempem. Ciało wchodzi w tryb ręczny: bark wyskakuje, biodro zostaje, głowa szumi. Oddech wchodzi bokiem.
Na plecach cienka strużka potu. Smak ozonu, jak po iskrze.
Kulka staje na krawędzi kratki i drży dłużej, niż powinno drżeć coś martwego. Zanim podejdę — znika jak kropla.
Paliwo wybucha — nie pcha tłoka, tylko bije w ścianki. Fala wraca nisko.
Ciemność: wyrwa.
Błysk: zapłon.
Staję w progu. Powietrze nieruchomieje. Rura syczy raz i milknie.
Wychodzę na podwórze. Blacha dachu gra bębnem. Z nieba nie leje — leci lód. Skóra staje się mapą uderzeń. Liczę do czterech — urywa mnie splot. Dźwięk pęka na dwie warstwy.
Moneta z kieszeni wypada, turla się i staje przy krwi z rozbitego kolana. Ciemniejąca kropka staje się miarą: wszystko dalej liczę od niej.
Schody w górę mają ten sam kolor co w dół. Na piątym stopniu gwiżdże szczelina. Łydka twardnieje pod prądem. W głowie miga obraz kolana; krew stoi jak znak, którego nie mijam.
W mieszkaniu wybieram metodę odwrotną: nie liczyć. Pozwolić im spaść, gdzie chcą. Uderzają o emalię zlewu, próg szafy, klawisze pilota. Pęknięcia idą wzdłuż nerwów. Nie stawiam oporu.
Ciemność: zacisk.
Błysk: skok.
Kolano dotyka skrzynki z narzędziami. W środku drobiazgi szeleszczą. Zaznaczam czarny punkt na nadgarstku. Plama, nie kontrola.
Podnoszę kulkę i czuję obcość gatunku: fragment cudzego mechanizmu. Wypuszczam. Niech wróci do swojego prawa.
Dzwonki w instalacji — ktoś trzyma przycisk za długo. Słuch wyostrza się tak, że słyszę tętnice w łokciu: raz — raz — raz. Zastyga mi dłoń nad podłogą; chwyt nie dochodzi.
Nie literuję. Nie odmieniam.
Czysty metal.
Grad słabnie. W środku zaczyna się druga seria. Tam, gdzie powinno spuścić — podnosi. Cząstki we mnie nie znają pogody. Walą dalej: po nerwach, powiekach, ziemiach niczyich między kością a skórą. Nie chcą rzędu — tylko ruchu.
Siadam na zimnym parapecie. Pod dłonią odpryski farby — chropowate jak sól. Druga ręka szuka kolejnej — nie ma. W gardle przechodzi niewidzialna igła.
Ciemność: odcięcie.
Błysk: przebicie.
Świetlówka trzepie światłem. Wspomnienie wchodzi i znika. W pół sekundy robi się pełno, w następnej — wydrążenie. Zawiesina kurzu rusza się jak para z ust.
Cząstki w głowie cichną. Zostaje echo metalu. Wraca ta kropka krwi: nieruchoma, pewna. Kładę na niej oddech.
Patrzę na czarne kółko na nadgarstku. Dotykam. W środku nic — ale obręcz trzyma. Mój znak.
Próbuję do czterech. Wychodzi: dwa i kawałek.
Dogasam.
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania