Strumieniem przez świadomość

Oczy jej się zamykały, gdy tak wbijała swój i tak już tępy wzrok w kartkę. Żadnego słowo nie mogło spłynąć z jej świadomości na palce ubrudzone atramentem. Tak, zawsze, gdy trzymała w ręku długopis, od razu była cała brudna. Niekiedy ją to śmieszyło, czasem – ja teraz – niepomiernie złościło.

Zacisnęła powieki. Nie, to za dużo. Odłożyła głowę w zgięcie swoich chudych ramion, gdy jej uszu dopadło kołatanie do drzwi. Współlokatorka, przebiegło jej przez myśl, lecz nie wstała i nie otworzyła – jak zawsze zresztą wyręczając zagubioną dwudziestodwulatkę. Tym razem to kołatanie było jednak inne; donioślejsze? W końcu sarknęła i wstała, ale gdy przeszła przez ciemny przedpokój na boso, raniąc swoje stopy zimnem granatowej posadzki, i podeszła do drzwi, serce jej stanęło.

Bo sobie przypomniała, kto miał dziś przyjść.

Zabrakło jej śliny w ustach, więc ruszyła po cichu po wodę do kuchni. Szła na palcach, mimo że nikt jej nie mógł usłyszeć, a po drugie – znajdowała się we własnym, do cholery, mieszkaniu na Mokotowie. Nie miała też obowiązku otwierać. Wcale nie musiała.

Ale potrzebowała.

Tak jak to było w jednej piosence, nie w tej, którą miała nagrać jutro z kuzynem; ale tej, którą miała za budzik w telefonie. I tak nie wstawała na czas – niecałe siedem godzin snu, brak marzeń sennych – Freud nie byłby zadowolony – pół owsianki na śniadanie – tu mama nie byłaby zadowolona – a potem bieg przez pasy. Nigdy, odkąd tu mieszka, się nie rozejrzała.

Piosenka teraz kołatała jej w głowie, a głos wokalistki był tak namacalny, że równie dobrze można było go wziąć za radio, które huczało donośnie od strony salonu sąsiadki przez tekturową ścianę co czwartek wieczór.

Słowa szły ni mniej, ni więcej: … I need someone to hold me close, deeper than I’ve ever known… love… rodeo…

A do tego skoczna muzyka, jakieś przewijające się obrazki niczym rolki z dziecięcych wspomnień. Tak, teraz czuła całą sobą tragizm szekspirowskich bohaterów, o których właśnie miała pisać rozprawkę. Nie zaliczy jej tego i tak – babka się na nią uwzięła i to od samego początku.

Spojrzała przez okno. Cały widok zasłaniała – czy raczej widokiem była – listopadowa mgła. Woda dawno się w kubku skończyła, a usta po wtóre wyschły. Zacisnęła pięści, że aż ból poczuła, tak jej się paznokcie w dłonie wbiły – czy czerwień pozostawiona na skórze to był tylko odcisk lakieru, czy coś więcej – tego nikt nie wie; zimno wpadało do pomieszczenia przez rozszczelnione okno już od jakiegoś czasu, teraz dopiero jednak włoski na karku jej dęba stanęły, bo wilgoć była chłodna – taka to polska złota jesień. Nie drgnęła nawet, by nie spłoszyć tej chwili. By nie spłoszyć tej, która za drzwiami czeka.

Powzięła decyzję – niech Hamlet nierozpisany zostanie, niech współlokatorka się już więcej do niej nie dobije, niech sąsiadka jak grała, tak gra te swoje przeboje lat dwutysięcznych w czwartkowy wieczór; kuzyn się jej nie doczeka jutro na próbie.

Bo ona odłoży szklankę, domknie okno, umyje ręce z krwi jak ulubiona Lady Makbet, prześlizgnie się po lodowatej w tej chwili posadzce, otworzy drzwi frontowe i…

Odejdzie w niebyt.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania