Strzał: Początek Chaosu // Status Uczestnik [Polish original version]

Godzina 18:00 — rozpoczęcie zmiany.

18:15 — zebranie... trzeba się dowiedzieć, co dziś w planach i na co mamy zwracać uwagę. Kryptonim dzisiejszych działań to „Strzał".

Strzał:

Przynajmniej my to tak nazywamy. Jest to jeden z najcięższych narkotyków / wszczepów dostępnych na rynku. Po przyjęciu jednego tak zwanego strzału można przejąć kontrolę nad uzależnionym bez jego wiedzy. A działa to tak, że mały droid, który jest w ampułce, trafia przez krew do twojego mózgu, tam się osiedla i łączy. Dla ciebie to kolejny strzał i euforia, a dla innych jesteś zabawką, która zrobi, co tylko chcą.

Nadal się zastanawiam, dlaczego ludzie to biorą, bo zanim pojawi się strzał euforii, pierwsza minuta jest najgorsza.

Ból od zastrzyku — niektórzy opisują uczucie, jakby ktoś przypalał was palnikiem.

Zimno — czujecie, jak wasze ciało zamarza.

Pot — oblewają was zimne poty.

Drgawki — widziałem je i nie polecam nikomu...

Straszny widok, kiedy ktoś sobie to wstrzykuje w ciemnej uliczce między śmietnikami. Też zdarzają się przypadki, że osoby nie przeżywają pierwszego strzału.

A jakie osoby to biorą? Głównie bezdomni, ludzie z problemami...

Depresja.

Smutek.

Ból.

Właśnie przez te osoby głównie są popełniane przestępstwa w naszym mieście. Nie mówię tu o jakichś małych rabunkach czy bójkach, ale też o misjach samobójczych. Te świry, które to wyprodukowały, są na tyle zdolne, że mogą kogoś oblepić ładunkami wybuchowymi i skierować w jakiś urząd lub w grupę niewinnych ludzi.

A ile to kosztuje? No właśnie — nie należy on do najdroższych, ale też nie jest najtańszy. Ceny wahają się między 25 a 130 kredytów.

Za 130 masz jedynie pewność, że strzykawka jest czysta i nieużywana wcześniej 10 razy. 25 to już inna bajka. To podaje ci diler i najprawdopodobniej ta ampułka / strzykawka jest ponownie używana. Krótko mówiąc... możesz coś złapać.

Pewnie zastanawiasz się, gdzie jest to produkowane? No właśnie... w tym jest cały szkopuł. Tego nikt nie wie. Żeby wyprodukować „Strzał", potrzebny jest dobry informatyk, który jest w stanie zbudować i zaprogramować cały proces przejęcia. Do tego wymagane jest sterylne pomieszczenie. Można zrobić takie tymczasowe miejsce i właśnie tam będziemy dzisiaj prowadzić swoją akcję.

Jedyny problem tego wszystkiego jest taki, że nie zawsze uda im się przejąć człowieka. Połączenie musi być zrobione w pierwszych sekundach od podania. Więc nie jest to takie proste i trzeba mieć do tego naprawdę zaawansowany sprzęt.

Odprawa trwała dosyć krótko. Śledczy przez dzień wytropili dilera i prawdopodobne miejsce, gdzie jest tworzony „Strzał" (zapomniałem dodać, że jest wiele wytwórni — nie ma jednego głównego ośrodka).

Miejsce:

Budynek mieszkalny, 16-piętrowy, na skraju miasta. Numer budynku 13, mieszkanie 24.

Ze wstępnych ustaleń w mieszkaniu może znajdować się około 6 osób. Nie można tego dokładnie określić, ponieważ cały dzień przewijają się tam osoby.

Naszym zadaniem jest początkowa obserwacja, a następnie atak... niby proste.

Po odprawie wziąłem sprzęt razem z moim partnerem i udaliśmy się do naszego samochodu.

— Jak myślisz, będzie łatwa akcja? — pyta mnie partner.

— Nie wiem, w sumie to pierwszy raz, jak znaleźliśmy prawdopodobnie laboratorium — odpowiadam. Tak naprawdę sam nie wiem, czego możemy się spodziewać.

Rozpakowaliśmy sprzęt na tylnej kanapie, uznaliśmy, że tak będzie łatwiej po niego sięgnąć. A mieliśmy go sporo:

kamery,

kamery termowizyjne,

skanery,

podsłuchy,

wkłady do kamizelek,

broń,

amunicja

i oczywiście coś do przekąszenia.

Droga na miejsce nie trwała długo, ale spędziliśmy ją w ciszy. Ja prowadziłem, a mój partner siedział w telefonie.

— Dobra, jesteśmy na miejscu — mówię i otwieram komputer pokładowy.

Sprawdzam jeszcze informacje, zdjęcia, nagrania. Nic nie powinno nam umknąć.

Mój partner rozpoczął obserwację terenu przez lornetkę, która też może robić zdjęcia i nagrywać. I oczywiście też widzę wszystko na żywo na ekranie komputera pokładowego, co ułatwia skanowanie terenu.

— Coś dużo ludzi kręci się przy tej klatce... — mówi po cichu mój partner.

— Masz rację, ale dlaczego nie wchodzą? — odpowiadam ze zdziwieniem.

Wygląda na to, że oni też mają ochronę — nie tylko w mieszkaniu, ale i przed blokiem.

— Czyli w obrębie budynku są żywe czujki...

— Ciężka sprawa, może się rozejdą — mówię, mając nadzieję, że tak będzie. Bo dlaczego zadanie miałoby być proste.

— Trzeba będzie ściągać naszego technika, nie mamy pewności, czy oni nie są kontrolowani.

Nasz technik jest w stanie zakłócić sygnał ich nadajników. Jedyny minus jest taki, że żeby mieć dostęp do częstotliwości, trzeba się zbliżyć na co najmniej 3 metry. I nie może to być nasz technik... Czyli już wiadomo, na kogo padnie wybór.

Przy klatce schodowej jest hologram reklamowy. Będzie można go zdalnie wyłączyć lub zakłócić. Wtedy jeden z nas będzie musiał się tam udać pod pretekstem naprawy. I musimy to zrobić szybko, żeby oni nie mieli czasu zapamiętać naszych twarzy.

Czyli teraz papier, kamień, nożyce i zobaczymy, kto wygra.

— Kurwa, pięknie... — jak zwykle moje szczęście.

— Dobra, przebieraj się i czekamy na technika — odpowiadam.

Po 15–20 minutach technik pojawia się na miejscu. Jego zadaniem na początku jest rozwalenie hologramu, co udaje mu się w ciągu 2 minut.

— Szybki skurwysyn — pomyślałem.

Dostałem od niego jeszcze malutki nadajnik. Miałem go trzymać w kieszeni i tyle — on miał wszystko załatwić.

Widzę, jak hologram miga i pstryka. Grupka obok najwyraźniej się wystraszyła i oddaliła się od klatki...

— Nie tak miało to wyglądać — pomyślałem i ruszyłem w stronę hologramu. W trakcie drogi obmyślałem plan, jak się do nich zbliżyć.

Widzę, jak na mnie patrzą, jakby mnie skanowali wzrokiem. Podchodzę do hologramu. Odkręcam blaszkę i zaczynam coś grzebać w kablach. Sam tak naprawdę nie wiem, co robię.

Przepinam.

Odpinam.

Podpinam.

Widzę, jak na mnie patrzą i widzę, jak tracą cierpliwość.

Ale wpadłem na świetny pomysł.

Wstałem.

Podszedłem do nich.

— Panowie, wiecie może, jak się zachowywał hologram przed zgaśnięciem?

— A co, my kurwa nianią jesteśmy tego gówna? Nie wiem, coś popstrykał, jakieś dziwne dźwięki wydał i umarł...

Skinąłem głową.

— Długo ci tam jeszcze zejdzie?

— Nie, nie, już kończę. Widzę, gdzie jest problem.

I po chwili hologram wraca do życia.

— No to jak naprawiłeś, to możesz spierdalać...

Spierdalać... pomyślałem. Zaraz to wy będziecie spierdalać. Albo wpierdalać papkę w więzieniu.

Wstałem i wróciłem do samochodu.

— I jak? Jest coś? — pytam technika.

— Nie. Nie ma nic.

— Kurwa... czyli nie będzie łatwo. Jak ich można odciągnąć? Będzie potrzebne wsparcie.

Chwila ciszy. Każdy patrzy w swoją stronę. Ale wiem, że myśli mamy te same — każdy chce ich rozproszyć.

— Musimy ich ruszyć — mówię — bo inaczej będziemy siedzieć tu do rana.

— Ale jak? — pyta młody.

Informatyk klika coś u siebie w komputerze i po chwili mówi:

— Mam dla was kilka opcji. Mogę włączyć alarm, alarm pożarowy lub wywołać ewakuację budynku.

Wiele myśli przechodzi mi przez głowę...

— Jesteśmy spaleni na dziś — dopowiada partner i spogląda w stronę klatki schodowej.

Dwóch stoi opartych o ściany po obu stronach drzwi, jeden siedzi na poręczy. A inni kręcą się bez celu... albo właśnie celowo robią zmyłkę.

— A jeśli wywołać chaos nie w klatce, a w całym budynku? Będziemy wtedy mieli okienko na jakieś 15 minut.

— A może dodajmy jeszcze kawałek ulicy? — dodaje informatyk.

— Tak! Ciemność to nasze okienko!

Widzę, jak mój partner uśmiecha się pod nosem.

— I wtedy wchodzimy.

Myślę: głupie.

Niebezpieczne.

Ale to jedyna szansa.

Czyli wchodzimy.

Technik na tylnej kanapie zaczyna działać w komputerze, szuka schematów budynku, ulicy i punktów zasilania.

Nasze hasło misji: „CHAOS".

— Panowie, przygotujcie się!

— 10 sekund...

Serce zaczyna wchodzić na wyższe obroty.

— 5 sekund...

Czuję zastrzyk adrenaliny.

— 3...

Patrzę na tego przy drzwiach, widzę, że coś mówi przez słuchawkę.

— 2...

— 1...

Światła gasną.

— Co jest, kurwa, gdzie moja latarka?!

— Spokojnie, nie szalej!

— Kurwa, co się tu stało?! Nie działają krótkofalówki!

Widzę, jak powoli oddalają się od klatki. W ciemności widać zecoraz więcej ludzi, którzy wychodzą na ulicę. Zaczyna tworzyć się chaos.

— Teraz — mówię.

Wysiadamy z samochodu i bezszelestnie kierujemy się w stronę klatki. Na szczęście mamy noktowizory, więc możemy wszystkich omijać bez większego problemu.

Dobiegamy do klatki. Drzwi otwierają się łatwo... za łatwo.

— Coś tu nie gra — szepczę pod nosem.

— Mieszkanie 24, piętro 4 — szepcze partner.

Powoli kierujemy się w górę. Na klatce nikogo nie widać ani nie słychać. Dziwne... blok wydawał się mocno zamieszkany.

Jedyne, co spotykamy na korytarzu, to małe awaryjne światła, które lekko migają, i hologramy z informacją o ewakuacji budynku.

Staramy się iść po cichu, ale każdy krok niesie się w oddali.

W pewnym momencie słyszymy trzask.

— Słyszałeś to?

— Tak... co to mogło być?

— Ktoś tam jest.

Spoglądam w górę, między schody i poręcze, ale nic nie widzę.

— No to zaczyna się zabawa.

Jesteśmy na 3 piętrze. Mam ostatnią szansę. Teraz albo nigdy.

Sprawdzam szybko kamerą termowizyjną i widzę ciepło na 4 piętrze, tuż za rogiem.

— Mam cię, skurwielu — szepczę pod nosem i ruszam.

Jednym sprawnym krokiem omijam rękę z metalową rurką, która celowała mi w głowę. Ląduję na ziemi i widzę, jak przygotowuje się do drugiego uderzenia.

Widzę jego świecące oczy i myślę:

— Co to kurwa jest... to niemożliwe, żeby tak świeciły.

Na szczęście mój partner był niedaleko. Skoczył na plecy tego gościa. Ten zaczął się szamotać jak byk na rodeo, ale mój partner nie dał za wygraną. Wyciągnął taser i potraktował go prosto w szyję.

— Był kurwa silny... taki nieludzki — mówi zdyszany partner.

Uznaliśmy, że mamy chwilę, żeby sprawdzić, kto to jest... albo co to jest.

Odwracam go na plecy i ku mojemu zdziwieniu ma na szyi miejsce do podpięcia portu...

Czyżby to był jakiś droid? Przecież wygląda jak człowiek.

Trzeba go zabezpieczyć i oddać do sekcji.

Kuję nogi i ręce tego czegoś i dołączam do partnera przy drzwiach.

— Wiadomo coś o wsparciu? — pytam.

— Tak, będą za 20 minut.

— Kurwa, nie możemy tyle czekać.

Spoglądamy na siebie.

— Wchodzimy.

Drzwi nie były zamknięte. Pewnie to ta „osoba" z nich wyszła.

W środku mieszkanie było oświetlone jasnym, białym światłem. W salonie znajdował się jakiś namiot z hermetycznym wejściem. Widać przez mgłę, że są tam 3 osoby — jedna na stole, dwie kręcą się obok.

Dookoła masa kabli, rur, komputerów z różnymi danymi.

Wielki ekran z opisem pacjenta... tak to wygląda. Zaznaczone różne miejsca. Jakby gotowe pod wszczepy.

I wtedy do mnie dociera...

To nie jest produkcja „Strzału".

To jest coś gorszego.

Tworzą coś... albo kogoś.

— Widzisz te lodówki? — szturcha mnie partner.

— Na co im tu lodówki...?

Są jeszcze dwa pomieszczenia: sypialnia i łazienka. Najpierw sprawdzimy je po cichu.

Kierujemy się do łazienki.

Im bliżej, tym gorzej pachnie.

Podchodzę do drzwi.

Lekko uchylam.

Widzę folię na podłodze.

Wchodzę.

I zamieram.

Wiszą.

Ciała.

Kobiety.

Mężczyźni.

Jak zwierzęta.

Każdy podpięty do jakiejś maszyny, która pokazuje ich parametry. Ciała są zimne, jakby zahibernowane... ale żywe.

Tylko po co?

Robię szybkie zdjęcia i wychodzę.

— Kurwa... nie wiem, co tu się dzieje... ale trzeba to zakończyć.

Idziemy do sypialni.

Zapach śmierci uderza od razu.

Metalowe beczki.

Każda z numerem i datą.

Otwieram jedną.

Ciało.

Młoda dziewczyna.

Martwa.

Zamykam.

Kolejna beczka.

Dzisiejsza data.

Otwieram.

Chłopak.

Jeszcze żyje.

Patrzy na mnie.

Ale już jest za późno...

Zamykam.

Na beczce widzę oznaczenie transportu... do jakiegoś Angelo.

— Dorwijmy tych skurwysynów — mówię.

W ułamku sekundy jesteśmy gotowi.

Wchodzimy za parawan.

— Stój, bo strzelam!

Zero reakcji.

Jeden rzuca się na mnie ze skalpelem.

Strzał.

Upada.

Drugi naciska jakiś przycisk.

Ciało ze stołu wpada do wanny z kwasem.

— Nie!

Za późno.

Rozpuszcza się na moich oczach.

Patrzę na drugiego.

Uśmiecha się.

— To jeszcze nie koniec... do zobaczenia...

Wstrzykuje coś w szyję.

Kilka sekund.

I koniec.

Nie żyje.

Nie znaleźliśmy fabryki „Strzału".

Znaleźliśmy coś gorszego.

Technicy zabezpieczyli ciała z łazienki i beczek.

Wiemy jedno — tworzyli tu coś nieludzkiego.

Cała aparatura zostanie przejęta do analizy.

Inne oddziały przeszukują blok i okolice. Nawet garaże będą sprawdzane.

— Czuję, że przyszłość nie będzie kolorowa — mówię do partnera.

— Ale będziemy na to gotowi.

— Miejmy nadzieję... — odpowiadam.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • droga_we_mgle godzinę temu
    Dynamicznie napisane, czyta się szybko. Jeśli będzie dalszy ciąg, będę czytać.

    Zachęcam również do czytania i komentowania innych - to pozwala nie zaginąć w opowijskim gąszczu.

    Pozdrawiam :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania