Poprzednie częściStrzępy życiorysów

Strzępy życiorysów 2

Helner i Bonny

Brak synchronizacji może zabić. Ciebie, przypadkowego przechodnia w postaci leśnej dziwki. Helner bardzo starał się pogodzić wszystko w głowie. Każdą myśl, ale zapomniał o tym jednym zdradzieckim hamulcu ręcznym. Pick-up stoczył się na stromej szosie, nabierając prędkości z każdym kolejnym jardem. Nawet nie biegł za nim. Brak synchronizacji. Po prostu stał jak słup i obserwował. Dziewczyna zajęczała, zawyła, zaszlochała. Wszystko na raz, a potem jeszcze raz tylko ciszej, bo ból był już zapewne kurewski. Auto docisnęło ją do drzewa z najwyższym brakiem subtelności. Helner potruchtał do losowej ofiary, losowego zdarzenia. Blondynka ciągle płakała, ale z jej ust wydobywał się tylko zgłuszony dźwięk przełykanej śliny. Miała ciężko oddychać, pewnie nie chciała już żyć. Może przekalkuluje, ile kutasów zdążyła zaliczyć i wtedy zrozumie, że takiego finału potrzebowała.

— Dzień dobry — przedstawił się uprzejmie i niezdarnie jednocześnie. Zdjął zasłaniający kępki siwo-czarnych włosów kapelusz. — To był wypadek. Nie patrz tak na mnie. Umierasz, bo los tak chciał, nie ja.

Wymyślił to na poczekaniu, ot, tak, ale był dumny. Wyprężył pierś i w myślach zadrwił ze wszystkiego, co decyduje o życiu człowieka, ale głównie ze swojego losu. Przechytrzył go. Nie czuł nawet krzty poczucia winy. Piwny bęben napierał na koszulę jeszcze mocniej. Guziki błagały o litość.

— Nie…chse…przerosin — wydukała, próbując złapać więcej powietrza. Łzy nadal ciekły po policzkach, oczy nadbiegły krwią, taką samą jak ta sącząca się brzucha.

— Jesteś prostytutką?

— Tak.

— Nigdy nie widziałem prostytutki z wiklinowym koszem, chodzącej po lesie… Znaczy… kojarzę te wasze odmiany, no wiesz, dziwka miejska, wiejska, dziwka z misją, albo mieszańce. Te ostatnie chyba najgorsze są. Ale ty nie jesteś żadną z nich. Jesteś… leśną dziwką, prawda?

Kiwnęła głową, ocierając policzki wolną ręką. Druga była złamana w trzech miejscach, z czego jedno złamanie było otwarte, cholernie otwarte.

— Dla mnie to też chujowa sytuacja. Jestem nawet w gorszej pozycji niż ty. Ja będę musiał się tłumaczyć z tego gówna.

— Odjedź — jęknęła, zaciskając zęby. Ból narastał. Była silna, mimo chucherkowatej postury. Wyglądała jak zapałka ubrana w pończochy i zwiewną sukienkę.

Leśne dziwki mają jego gust, pomyślał. Naprawdę wpadła mu w oko. Twarz, mimo że zalana łzami i pełna bólu w oczach Helnera promieniała. Miał nadzieję, że nie nosiła majtek. W takiej temperaturze były zbędne.

Obszedł pick-upa i sprawdził uszkodzenia. Nie było ich wiele. Zbity reflektor, niewielkie wgięcia tu i tam. Sporo krwi na nowiutkim lakierze. To bolało, psuło wszystko.

— Zgłodniałem, wiem, że ty nie, ale ja jestem nawet, nawet głodny. I nie, nie wezwę karetki, przynajmniej na razie. Dajmy się scenariuszom rozwinąć, nie urodzą nowe, może ciekawsze. Czas pokaże.

Chwycił za wiklinowy koszyk dziewczyny. Był ciężki, ale nie pachniał niczym, co Helner znał. Zdjął wieczko. Obrzydzenie, jakiego doznał zmyło w głowie każdą myśl z żarciem. Wydał odgłos symulujący rzyganie, tak dla zasady, choć samo wykrzywienie twarzy wystarczyło. Dziewczyna chyba lekko się uśmiechnęła. Bolało, ale zawsze należy szukać pozytywów wokół. Nawet jak ich nie ma.

— Co to jest?! Okropne, obleśne…

— Wróbe…wrooo…

— Wróble?! Kurwa! Pieczone, patroszone wróble.

Przytaknęła. W tym samym momencie jej ciało przeszyła kolejna fala bólu. Jęknęła, głośniej niż wcześniej. Z nosa wypłynęła struga krwi.

— Nienawidzę wróbli. Nigdy nie jadłem, ale… przecież to są ptaszki. Małe, bezbronne.

— Były matwe…

— Czy matwe, czy martwe, nie miałaś prawa ich tak traktować. Stary jebako – poklepał pick-upa po masce – ty wiedziałeś.

Uniosła głowę wyżej niż wcześniej. Krew nadal spływała z nosa. Zlizywała ją i próbowała się uśmiechnąć. Dwie próby i każda niezaliczona. Helner podszedł bliżej niej. Zaczął macać, ale nie w stylu standardowego gwałciciela, raczej jak przykładny pan policjant z drogówki. Soczyste wnętrze dłoni dziewczyny zetknęło się z jego policzkiem. Był zadowolony.

— Tego oczekiwałem! Masz jeszcze trochę siły, będziesz żyć, a jak nie…zresztą, ki chuj się zastanawiać.

Wszedł do auta i powoli ruszył do tyłu. Dziewczyna padła na ziemię i ponownie jęknęła. Zaparkował pick-upa jakieś dziesięć kroków dalej, na poboczu.

— Trochę juchy ubyło, ale damy radę.

Pozwolił, żeby uczepiła się sprawną ręką jego szyi. On złapał za nogi albo nogę, co chwila było inaczej i zaniósł do kabiny. Posadził na miejscu kierowcy, lekko się uśmiechnął, poklepał po udzie, dobra, skończ. Ona wie, że ty nie z tych. Albo tak dobrze grasz.

Wrzucił bieg i ruszyli. Po półtorej mili skręcili w lewo w szutrową drogę pełną kolein wypełnionych po brzegi wodą.

— Mam chałupę, tu niedaleko bagien. Ludzie z daleka myślą, że jestem idiotą i mieszkam na bagnach jak jakaś bestia czy ki chuj. A do tych zasranych mokradeł mam dobre piętnaście minut piechotą przez las. A ty? Jak ty masz na imię? Nie wierzę, że leśna dziwka…

— Bonny.

— Noo, nawet, nawet. Ja lubię na ‘’B’’ jeszcze Bergone i Behristen. Ja jestem Helner, dla przyjaciół Helner, a dla reszty dziad z bagien, mokradlany dwunóg i jeszcze z pięćdziesiąt siedem innych nazw. Wiesz, jak jest.

— Nie mam…

— Przyjaciół. Tak, to oczywiste. Nie pytałem, bo logika zwyciężyła nad ciekawością. Wścibstwo to nie moja brocha. Kiedy żyjesz między drzewami, zwierzyną i tak dalej, przez dwie dekady, ciekawość ulatuje, bo zdajesz sobie sprawę, że ten świat nie obchodzi cię w ogóle. Jesteś tu jak na przystanku. Czekasz, cholernie długo, na ten wypucowany autobus, prawie pusty i jedziesz dalej. Nic nie jest warte większej uwagi niż ja sam.

Dotarli przed drewniany domek z zabitym jednym oknem. Werandka wyglądała jak z klasycznego slashera. Była obdrapana i częściowo spróchniała. Wysiadł i prężąc się przed maską, pokazał palcem na swój wymarzony raj.

— Nie zwracaj uwagi na okno. Drobne wypadek przy pracy.

Bonny nie wysiadała. Ledwo siedziała, mrużąc oczy. Ból nadal doskwierał, ale miała wrażenie, że traci na mocy. Helner znowu przeniósł ją, tym razem na fotel stojący na werandzie. Miała teraz widok na ścianę lasu rozdartą szutrową drogą a nad tym wszystkim bezchmurne niebo. Wiatr ucichł zupełnie. Słychać było śpiew ptaków. Raczej nie wróbli.

— Co z nimi?

— Masz na myśli wróble. Są w koszyczku na pace. Spokojna głowa, zakopię je przy najbliższej okazji. Nie toleruję tego typu praktyk.

— Nie są moje. One były dla klienta. One…— zasyczała z bólu. Z ust wodospad krwi.

Helner pochylił się i popatrzył.

— Co jest? Już? Musisz żyć, postaraj się nie umrzeć, mam tu zasięg, nie wiem jakim cudem, ale po karetkę zadzwonię. Nie lubię szpitali, nie jeżdżę tam. Taka schiza z czasów młodości.

Utrzymywała świadomość z trudem. Patrzyła przed siebie. Nie słyszała kompletnie nic, tylko szmer jak w zepsutym telewizorze. On dalej coś mówi. Co?

—… nie ma bata! Tu nas nic nie zaskoczy nawet koniec świata!

*******

Ernie i nieprzyjaciele

Ernie postawił sprawę jasno. Było trzydzieści stopni w cieniu, a on miał dolara. Wiedział, że około szesnastej jego ulicą będzie jechać lodziarka. Informacje zbierał żmudnie i kosztownie, ale kalendarzyk przejazdów załatwił i był z tego dumny. Wyszedł z mieszkania szczęśliwy. Nie, wyszedł bardzo szczęśliwy i lekki jak piórko. Wszystkie troski zrzucił do kosza przy drzwiach. Najlepsza, bordowa koszula leżała na nim jak idealnie skrojona. Miał pewne plany, jakieś dyskretne łowy, wszystko w zgodzie z poradnikami miłosnymi.

Ulica zakręcała trzykrotnie. Spokojnym marszem przeszedł pół mili, zanim spotkał kogoś na swojej drodze. Te bezcenne kroki w samotności z głową pustą od problemów, to było niesamowite. Taką samotność ubóstwiał. John Brauner ubóstwiał krew ofiar na swoich pięściach. Tradycyjnie klepał jakiegoś młokosa na swoim trawniku. Biedak błagał, poddawał się i poddawał, walił dłonią o ziemię, ale John był w transie. Na agresorze lubił sobie zamoczyć dłonie w czymś ciepłym i czerwonym. Jeszcze zanim Ernie zdążył minąć jego podjazd, Brauner rozwalił chłopakowi łeb i jak małe dziecko zaczął paplać się w tym, co z niego zostało. Żołądek Erniego przekoziołkował z obrzydzenia. Śniadaniowe płatki już kupowały bilet powrotny. Przełknął ślinę i zagryzł usta. Usłyszał Johna, wrzeszczał. Wrzeszczał coś i do tego jego imię.

—… matkę też ci wyrucham i spalę! — Zdążył zarejestrować końcówkę. Brauner poleciał sztampą. Ostatnio tępił te same teksty.

Nigdy nie zadawał pytań, na które odpowiedzi były nieoczywiste do granic. Dlaczego Brauner sprzątał praktycznie dzień, w jakiego dzień dzieciaka przed osiemnastym rokiem życia i nikt nic sobie z tego nie robił? Czasami Ernie miał wrażenie, że gra darmo, jakiegoś trzecioplanowego zapychacza, dla tej jednej gwiazdy wielkiego reality show. Czasami o tym myślał, głównie przed snem, zamiast rozmarzyć się o każdej dziewczynie w sąsiedztwie. John Brauner był gwiazdą w swoim własnym programie: Coś ci zrobię na pewno, ale nie obiecuję, że spalę ci rodzinę. Pasowało jak ulał. Gość rzucał groźbami z gatunku: spalę cię, spalę rodzinę, jak z karabinu maszynowego. Ale po co to roztrząsać. Po co czytać te życiorysy, które nas nie obchodzą? Zamiast tego, rozmarzyć się o dwóch waniliowych gałkach z posypką truskawkową.

Na pierwszym skrzyżowaniu na początku skręcił w lewo. Pomysł nietrafiony. Na jezdni ustawione były trzy radiowozy i ambulans. Przytomnie zmienił kierunek. Nawet lepiej. Był bardzo blisko domu Pitty Clower. Dziewczyna, z tego, co wiedział od zaufanych informatorów, zerwała z chłopakiem tydzień temu. Poszło o dragi. Pitty nie widziała siebie w objęciach ćpuna. Kiedy dotarł pod sam trawnik państwa Clower, najpierw usłyszał w myślach jak jego szczęka uderza w chodnik, a potem równie szybko zebrał ją i wytrzeszczył oczy. Pitty rozpoznał od razu. Miała na sobie ten sam błękitny podkoszulek, w którym widział ją ostatnim razem. Drugie dziewczyny nie kojarzył. Brunetka było wyższa od pity o jakąś jedną czwartą głowy i miała zdecydowanie większe pośladki i piersi wyglądające jak dwa balony z wodą.

— Cześć. — Co mu powiedzieć więcej? Zagadać o pogodzie, o szkole, o czymkolwiek? Nie miał odwagi przerwać amatorskiego pojedynku na gołe pieści i rwanie włosów.

Brunetka była zażarta, miała upór. Obie wrzeszczały na siebie i pluły przy tym. Pitty oblizywała co chwilę krew z rozciętej wargi w trzech miejscach. Język tańczył na ustach nerwowo. Trawnik, świeżo ścięty, pachnący latem zamienił się w ring. Ernie pomyślał, że nie przypadkowo tam trafił. W końcu potrzeba sędziego. Nie potrafił jednak zrobił ani jednego kroku, o mówieniu nie wspominając. Przybrał postać ludzkiego słupa i obserwował.

— W poniedziałki jeździ hycel, nadałabyś się do schroniska, suko! Tam sobie poszczekasz dowoli. — Nie znał Pitty od tej strony. Nie znał żadnej dziewczyny od jej złej strony. One chyba ich nie miały?

Brunetka zripostowało szybko, ale nieskładnie i niewyraźnie. Nie zdążyła się poprawić, bo przepiękny lewy prosty wjechał jak w masło albo margarynę dla uboższych.

— Cześć Ernie — usłyszał. Przeszył go dreszcz.

— Nie wiem, co się stało, ale chyba…

— Nic się nie stało. Emma miała dzisiaj zły dzień. Wymieniliśmy swoje zdania na ten temat — uśmiechnęła się. Czuł, że cały topnieje w środku. Dla pewności zrobił krok. Jednak nie było tak źle.

— Nie osądzę, kto miał mocniejsze argumenty.

— To chyba widać — oburzyła się nagle.

— Tak, ale ja nie lubię oceniać. Po prostu myślę, że subiektywność jest tu przeszkodą.

Spojrzała na niego ironicznie. Emma powoli odzyskiwała świadomość. Mamrotała coś pod nosem, coraz głośniej i głośniej, ale ciągle niezrozumiale.

— Ja myślę, że po prostu nie masz jaj, żeby powiedzieć coś sensownego. Miło się gadało, ale sam widzisz, że ona nadal się stawia.

— Tylko mamrocze…

— Stawia się, Ernie! Wkurwia mnie to!

— To nie koniec świata — powiedział cicho. Na pewno nie słyszała. Jak rozjuszony byk ruszyła na Emmę. Pięści poszły w ruch.

Znowu te błagania. Czarnowłosa Emma błagała blondynkę Pitty o przebaczenie. Była zasypywana gradem uderzeń i kroplami śliny zmieszanej z krwią. Okrzyki bojowe, zdarte gardło, chyba wbiła jej palec w oko. Odwrócił się do połowy, nie miał jaj, miała racje.

Słyszał ostatnie stłumione już okrzyki Pitty, kiedy podszedł do lodziarki. Facet w białym fartuchu i lekkim rudawym zarostem nie uśmiechał się jak na plakatach z lodziarkami i uśmiechniętymi lodziarzami. Był przygnębiony, miał oczy pełne smutku. Dłonie co jakiś czas opadały mu bezsilnie.

— Jaki? — spytał.

— Dwie waniliowe z posypką. Niech będzie truskawkowa.

— Służę.

Nałożył jedną gałkę i jakby zawiesił się na kilka sekund. Spojrzał w stronę Erniego.

— Skąd jesteś chłopaku?

— Niecała mila stąd. Praktycznie wypierdek miasta.

— Tam nigdy nie byłem. Mieszkasz za Johnem Braunerem. Za Pitty Hoghie na pewno. Znasz ich?

— Johnego, tyle o ile. Jego nie zna nikt, a Pitty, znam lepiej niż tego pajaca.

Facet spochmurniał. Nałożył drugą gałkę, posypał truskawkowymi wiórkami i podał Erniemu.

— Zabrał mi dzieciaka. Pół roku temu.

— To okropne…

— Każdy tak mówi, ale w gruncie rzeczy dla każdego to norma. Wszyscy tylko recytują formułkę o przykrości i szczerych kondolencjach. Ja tego nie chcę.

Ernie nie czuł już apetytu na zimne, przepyszne lody waniliowe. Czuł trochę wstydu, trochę skrępowania, a wszyscy okraszone posypką z ciszy, jaka nastała i żyła między nimi przez kolejne sekundy.

— Ile płacę?

— Osiemdziesiąt centów. Ale wiesz co, dam ci zniżkę. Siedemdziesiąt.

— Nie wiem, czy chcę…

— Chcesz. Widzę to w twoich oczach. Chcesz zniżkę, zaoszczędzisz i pobiegniesz do innej lodziarki. Każdy tak robi, dlaczego ty tego nie zrobisz? Pewnie, że tak zrobisz.

— Dam dolara, bez reszty. — Położył banknot na tacy gdzie leżały jakieś drobne.

— Prędzej świat się skończy, niż nie dostaniesz tej zasranej reszty, młokosie. Timmy też nie chciał, a potem leżał na trawniku Braunera, zgadnij czy żywy. A potem zabrał moje dziecko. Co za ironia. Sprzedaje dzieciakom radość, której nigdy już nie zaznam.

Reszta wylądowała na chodniku. Jedna moneta potoczyła się w trawnik, inne grzecznie czekały, aż Ernie je podniesie. Lodziarka odjechała z piskiem opon. Lody waniliowe smakowały dziwnie. Nie miał już ochoty na nic. Dwie niegdyś obłędnie przepyszne gałki wylądowały w koszu. W oddali zobaczył Pitty. Szła niezgrabnie, powłóczyła nogami. Włosy opadły jej na oczy. Krwawiła na lewym ramieniu. Pobiegł, naprawdę pobiegł.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • marok pół roku temu
    wus wus
  • Bajkopisarz pół roku temu
    „Dziewczyna zajęczała,”
    Jęknęła (lepiej)
    „nie urodzą nowe, może”
    Niech
    „Czy matwe, czy martwe, nie”
    Czy żywe, czy martwe
    „samotności z głową pustą od”
    Z głową wolną
    „Dlaczego Brauner sprzątał praktycznie dzień, w jakiego dzień”
    Coś tu zostało po poprawkach?
    „Drugie dziewczyny nie kojarzył. Brunetka było wyższa od pity”
    Drugiej
    Pitty
    „rozciętej wargi w trzech miejscach.”
    Rozciętej w trzech miejscach wargi
    „Język tańczył na ustach nerwowo”
    Język nerwowo
    „Nie potrafił jednak zrobił”
    Zrobić
    „nie miał jaj, miała racje.”
    Rację
    „uśmiechał się jak na plakatach z lodziarkami i uśmiechniętymi”
    2 x uśmiech. Uśmiechniętymi można zmienić w wesołymi
    „a wszyscy okraszone posypką”
    Wszystko
    „Sprzedaje dzieciakom”
    Sprzedaję

    Każdy ma w głowie jakieś stereotypy dotyczące zawodów, nacji, bywalców jakichś miejsce. Z Helnerem idealnie trafiłeś w moje wyobrażenie typowego Amerykanina z zapadłem mieściny gdzieś na południu Stanów Zjednoczonych, z Arkansas na przykład.
    Pierwsza część super, druga w treści też, choć tutaj już jakby domykasz historię. Ale druga część jest niedopracowana warsztatowo, jakbyś napisał i wrzucił bez dokładnego sprawdzenia. Oprócz tego co wynotowałem, można jeszcze kilka zdań przerobić, żeby brzmiały klarowniej i od razu było wiadomo o kogo chodzi – zwłaszcza we fragmencie gdy Ernie przechodzi obok domu Johna.
  • marok pół roku temu
    O kurde, ostatnia faktycznie niedopracowana. No pod koniec trochę poleciałem z błędami. Ta druga faktycznie jakoś tak mi szła chyba na szybszym flow i po prostu wyklarowało mi się zakończenie z tego wszystkiego bardziej oczywiste. Akurat pod koniec, dziwne :)
  • pasja pół roku temu
    Dzisiaj i jutro czytamy i komentujemy i zgadujemy Dziewięć tekstów wystawionych, a o hasło poprosiło 13 ludków; czyli 13 : 9.
    Kolektura otwarta.
    Obstawiamy i bawimy się dalej.
  • pasja pół roku temu
    Dodałam bo cię ominęli

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania