Studnia
W blask księżyca tułał się.
Miał zapałki - paczki dwie.
Zewsząd wilgoć, znany smród.
To samotność - pełen snów.
Nagle widzi coś, co znał:
Krąg z czerwonych cegieł trwał.
Podszedł żwawo, w niepewności,
Jakby z wnętrza głos z młodości.
- Jest tam kto? -
Zapytał raz.
- Może pomóc?
Nadszedł czas.
Zaczął wrzucać wpierw po jednej:
Iskra, płomień - spada prędzej.
Chwilę widać, potem gaśnie,
Aż mu przyszło puszczać garście.
Z dna tej studni echa brak.
I zapałek też już… tak?
Spojrzał smutno na swe dłonie -
To ostatnia i już płonie,
Jak nadzieja w jego oczach,
Aby pomóc na bezdrożach.
W końcu odczuł zimny chłód:
Nogi, palce - jakby lód.
I aż krzyknął wewnątrz niej:
- Oddasz jedną? Proszę. Hej!
Chwilę cisza - i nie zgadniesz:
- Nie mój problem, że już marzniesz.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania