SUITA POETYCKA NR 1

✅ PUBLIKACJA W RAMACH CYKLU POETYCKIEGO 365 OKRUCHÓW DNIA

✅WIERSZ NR:1-12

✅ TYTUŁ:

✅ DATA:

✅ Autor:Andrzej Osiak

✅ Inspiracja:

✅ Wiersz dostępny na fb do dnia:30 III 2026

✅NASTĘPNIE ZOSTANIE PRZENIESIONY NA MOJĄ STRONĘ INTERNETOWĄ:

✅. https://andrzej.netgaleria.pl/?bmoje-wiersze

✅ Wiersz:

1 – Wiersz zamiast wstępu

Data: 1 I 2026

Nie zaczynam od obietnic, tylko od kroku jednego,

Ten tomik nie jest planem ani mapą na przyszłość, jest zapisem uważnym tego, co było po drodze.

Zanim dzień w wieczór spłynął, a myśl ucichła w ciszy, zbieram to, co się zdarza, nie pytając o sens.

Życie nie czeka nigdy, aż staniemy gotowi,

Inspiracje przychodzą i gasną bez pożegnania.

Nie zatrzymuję się długo, nie nazywam wszystkiego,

Biorę to, co jest teraz, i pozwalam iść dalej.

Nie wszystko chce być jasne ani prosi o wybór,

Nie wszystko domaga się decyzji i słów.

Czasem wystarczy spojrzeć i zapisać istnienie,

Pozwolić, by zostało, choćby tylko na chwilę.

To nie jest zbiór odpowiedzi ani prawd ostatecznych,

To ślad dni, które były — i już nie powrócą.

Trzysta sześćdziesiąt pięć prób bycia tu i teraz,

Zanim okaże się nagle, że było ich mniej.

Piszę, mówię i nagrywam, by nie zgubić chwil,

Czasem wierszem, czasem głosem zapisanym w drodze.

Miasto, góry i lasy, zmęczenie i zachwyt,

Śnieg pod stopą, cisza po rozmowie bez słów.

Interesuje mnie poranek i powrót do domu,

Ciepło, które zostaje, gdy dzień już się kończy.

Nie szukam definicji ani prostych wyjaśnień,

Bardziej obecności niż znaczeń i nazw.

To miejsce jest pamięcią i próbą ocalenia

Myśli, obrazów, spotkań i cichych pragnień.

Czytam głośno to, co było zapisane po drodze,

W samotności i bliskości, w ruchu i w bezruchu.

Jeśli coś z tego zostanie, to znaczy: wystarczy.

Jeśli coś zniknie — w porządku, tak miało się stać.

Najważniejsze, że przez chwilę było prawdziwe,

I że ktoś je zauważył, zanim zgasł jego ślad.

2 – STOK

Data: 1 I 2026

Weszliśmy na stok cicho, jakby mimochodem,

A ziemia przyjęła nas miękko i w sen.

Zaległa w nas nagle, jak dom po powrocie,

Jak strumień, co pamięta swój pierwotny bieg.

 

Grunt ciągnął nas ścieżką ukrytą pod ciałem,

Wchodził w nas powoli, ucząc tracić kształt.

Trawa i dziki kwiat nad nami się wznoszą,

Niosąc swą wolność — obcą ludzkim miarom.

 

Tu kruchość nie boli, jest tylko oddechem,

Cieniem liścia, co drży na nagiej skórze.

Ruda ziemia pachnie jak obietnica ciszy,

A niebo prześwituje myślą bez słów.

Krew dzikiego goździka płonie bardzo cicho,

Jakby chciała zapytać, jak daleko nam.

Wstajemy powoli, zostawiając w trawie

Najczystsze z kształtów — odciski naszych ciał.

3 – DUCZKI

Data: 2 I 2026

 

W Duczkach Czarna płynie jak myśl niedopowiedziana,

A wieś trwa cicho w cieniu własnych lat.

W aptecznym oknie gest i słowo są lekkie,

Jakby dzień chciał pomóc samemu sobie.

 

Miasto oddycha gdzieś dalej, za linią pól,

Tu spokój osiada na sercu jak mgła.

Duczki — tak małe, że niemal przeźroczyste,

A jednak mieszczą pamięć i chwilę obecną.

 

I każdy, kto przejdzie, zostawia tu część swojego pośpiechu.

✅ 4 – Maduro

Data: 3 I 2026

 

Maduro przechodzi przez miasto ze szkła,

Jak przez sen, w którym wszystko jest zbyt jasne.

Wolność odbija się w witrynach sklepów,

Delikatna, krucha jak obce słowo.

Ulica pachnie rozmową i kawą,

A sankcja unosi się jak cień chmury.

Miękki dywan przyjmuje krok bez pamięci,

Jakby noc nie chciała niczego zapisać.

Wraca z walizką pełną gestów,

A ironia zostaje — cicha jak pył.

 

5 – Prośba do TRYAMPHA

Data: 3 I 2026

 

Jeśli uznajesz władzę, która przyszła z daleka,

Weź także tę, która przyszła bez pytania.

Niech jadą razem —

Jak dwie walizki bez adresu.

A lud niech sam zdecyduje,

Komu oddać swój dzień i noc.

Bo cisza też jest wyborem,

Tylko rzadko bywa własnym.

6 – Prośba do TRYAMPHA (wersja dzienna – 004b)

Data: 3 I 2026

 

Jeśli uznajesz władzę, co z głosów nie wyrasta,

Weź też Batyra ze sobą — niech jedzie do miasta.

Skoro bez urn i prawa rozdaje się korony,

Niech jadą razem święcić porządek stracony.

 

Bo gdy wybór jest farsą, a prawo tylko tłem,

Tokaj niech ich rozgrzeszy — sumienie spłucze w cień.

A lud niech sam rozstrzyga, komu oddać swój los,

Nie temu, kogo namaści cudzy interes i głos.

 

Skoro uznajesz władzę bez głosu i bez prawa,

Zabierz Batyra w pakiecie — niech jadą, sprawa prosta.

Bo gdy fałsz wybiera fałsz i ręka rękę myje,

Świat mniej straci, jeśli razem zniknie towarzystwo czyjeś.

7 – Urodziny Krzysztofa Wielickiego

Data: 4 I 2026

 

Wielicki stąpał po szczytach lodowych,

Marzenia niósł wysoko ponad barany chmur powiewowych.

Zimowy Everest, Broad Peak i K2 –

Samotne kroki, w sercu ogień i duchu mocy wciąż trwa tu.

Korona Himalajów, czternaście dróg zdobytych,

Wyprawy samotne, lodowe szlaki poznanych widoków.

Dziś 5 stycznia – dzień, gdy świat Cię zna,

Niech echo gór niesie Twoją sławę w dal i wciąż trwa.

 

8 – Stary czekan

Data: 5 I 2026

 

Leży na strychu. Zardzewiały. Jakby spał po długiej drodze.

Ma ułamany ząb i pamięta chłód, który nie bolał —

tylko uczył oddychać. Były noce pod pałatką, cienkie jak sen.

Był wiatr, który mówił obcym językiem.

 

Była lina w dłoniach i świt, co przychodził bez obietnic.

Dotykał chmur, choć one o tym nie wiedziały.

Znał kamień, lód i milczenie szczelin.

Teraz milczy sam. Nie idzie już w góry.

Ale góry jeszcze o nim wiedzą.

 

9 – Idzie człowiek przez mrok

Data: 6 I 2026

 

Idzie człowiek przez mrok — nie po drogę, lecz po sens;

Księżyc, jak myśl niedopowiedziana, milczy w tle zdarzeń.

Cień jego pyta: kim jesteś, gdy światło nie chce znać;

A śnieg odpowie ciszą — bo prawda nie krzyczy.

Nie noc jest ciemna — to wzrok przywykł do pół-znaczeń,

I krok się chwieje nie od zimna, lecz od myśli.

Bo tylko ten, kto idzie, choć nie widzi celu,

Dochodzi — nie do miejsca — lecz do własnej miary.

 

10 – Z Radomia do Mąchocic Kapitulnych

Data: 7 I 2026

 

Z Radomia wyszli — nie z miasta, lecz z jego pamięci;

Z bruku, co zna ciężar stóp i lżejszy ciężar sumień.

Spod wież katedry, gdzie modlitwa nie potrzebuje głosu,

Bo echo wie, komu odpowiada cisza.

 

Święty Wacław patrzył długo z progu dawnej świątyni,

Jakby sprawdzał, czy idą z prośbą, czy z pytaniem.

Bo pielgrzym nie zawsze wie, czego szuka —

Częściej wie tylko, czego nie chce już nieść.

 

Minęli Rynek — kamień uczy cierpliwości historii,

Tu słowo było walutą, a obietnica ciężarem.

Zamek Kazimierza trwał w ruinie, lecz nie w zapomnieniu,

Bo prawo, raz wypowiedziane, nie umiera z murem.

 

Ratusz został w tyle — miara czasu zmieniła rytm,

Godzina przestała rządzić, gdy pacierz wrócił na miejsce.

Resursa milczała — rozmowa skończyła się wcześniej,

Bo droga nie znosi nadmiaru słów.

 

Szli wolniej — nie z braku sił, lecz z nadmiaru myśli;

Każdy krok był zdaniem, którego nie trzeba domykać.

Nie byli tłumem — raczej jednym pytaniem rozciągniętym,

Które oddycha między „było” a „będzie”.

 

Miasto ustępowało polu, pole — oddechowi,

A oddech przypominał, że ciało też się modli.

Bo pielgrzymka to nie ucieczka od świata,

Lecz próba zobaczenia go bez pośpiechu.

 

I gdy Mąchocice wzeszły nie jak punkt, lecz jak sens,

Nie cel był nagrodą — lecz droga, która zmieniła ludzi.

Wrócą innymi — choć twarze zostaną te same,

Bo nie miejsce się święci — lecz krok, który tam prowadzi.

 

011 – Latanie

Data: 10 I 2026

 

Po długich marzeniach nagle odkrywacie,

Że umiecie latać — wolność w sercu macie.

Najpierw w pokoju badacie swe granice,

Sufit i żyrandol są na wyciągnięcie.

Potem o poranku, gdy ludzi tak mało,

Przez okno wylatujecie — światło się stało.

Dachy i anteny zostają pod stopą,

Miasto się rozciąga jak mapa pod dłonią.

Nad gorami, lasami, nad morzem bez kresu

Roztacza się przestrzeń bez miary i stresu.

Widoki szerokie, niewysłownej mocy,

Wolność, co nie mieści się w ścianach ani w nocy.

Lecz wieczor przychodzi — zmęczenie i chłod,

Wracacie do pokoju, gdzie czeka was cud:

Koszmar powracający w każdej sennej chwili,

Że idziecie po ziemi, jakbyście nie śnili.

I to jest straszniejsze niż wysokość i wiatr —

Nie moc się wznieść więcej, gdy zna się już start.

 

012 – Biały koń

Data: 11 I 2026

 

Biały koń po klepisku wdowca wolno stąpał,

Jakby ziemia pamiętała więcej niż ludzie.

Mężczyzna sięgnął ręką — niepewną, osłabłą —

I czarną chustę związał tam, gdzie bywa sznur.

 

Nie po to, by kończyć — lecz by smutek podzielić,

Bo są ciężary, ktorych nie wolno samotnie.

Wtedy źrebak zarżał — głośniej niż potrzeba,

Jakby wołał to, co w nim jeszcze nie umarło.

 

Wspomniał strumień srebrzysty i dłoń pochyloną,

I jazdy bez uzdy po gorach i lasach,

Gdy pani była ruchem, a nie wspomnieniem,

A świat nie pytał jeszcze o cenę trwania.

 

Teraz koń bez rozkazu wciąż niesie istnienie,

A wdowiec okrywa go własnym milczeniem,

Pragnąc, by w skoku, w parze, w chwilowym uniesieniu

Ubyło mu choć tyle, ile waży samotność

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania