Supermarket-Supersamotność

Wchodząc do lasu nie widzę drzew, a ludzi. Pełno tu tych indywidualności. Gruby Dąb z rozłożystymi gałęziami to starszy pan schylający swe sterane ciężką pracą plecy po piłkę swego wnuczka małego Świerczka. Obok stoją dwie wysmukłe Brzozy rozmawiają o najnowszych trendach w modzie. Za nimi stoi strzelista Jodła poprawiająca swe rozwiane przez wiatr szpilki. Przedszkolanka Jarzębina potrząsając czerwonymi koralami prowadzi przez miasto wycieczkę roześmianych Bzów. Chłopiec Jeżyna dokucza Malinie ciągnąc ją za długie warkocze liści i uzbrojonych w kolce łodyg. Na pomoc dziewczynce biegnie mama dzika Grusza wymachując wałkiem grubych gałęzi. Rodzina Jałowców ogląda wystawę kwiatów na centralnej polanie miasta. Kasztan z Leszczyną na swej pierwszej randce bawią się rzucając szyszkami w okno pana Klona.

Jedynie na obrzeżu lasu stoi samotny Sosna patrząc na nieuchronnie zbliżający się w oparach spalin i papierosowego dymu, wśród hałasu rozstrojonych radioodbiorników i rzężących silników przyszłość –ekipę budowlaną uzbrojoną po zęby w piły i siekiery.

Pierwszy samochód zatrzymał się z przejmującym piskiem ledwo działających hamulców. Wysypała się z niego tona budowlańców. Na boki posypały się puste butelki po piwie, pod stopami po raz ostatni zatliły się niedopałki papierosów bez filtra. W powietrzu czuć już było smród zmian i potu.

Bzy powoli szły za swoją przedszkolanką przez pasy, wesoło popiskując. Panie Brzozy roześmiały się widząc niezdarnie biegnącego za piłką dziadka Dęba, bawiącego się z wnuczkiem.

Następny samochód i następni mężczyźni zatrzymali się pod lasem. Facet w czarnym eleganckim płaszczu rozwinął plany budowlane i machając niezdarnie rękoma pokazywał teren naokoło wyjaśniając jak zostanie on zagospodarowany na pożytek nasz, i naszego społeczeństwa. Budowlańcy kiwneli głowami na znak niemego przyzwolenia i zrozumienia i wrócili na ciężarówki po sprzęt. Powoli wyładowywali narzędzia zbrodni.

Mama Grusza zaczęła okładać Jeżynę po głowie wałkiem, niemo krzycząc jaki to z niego jest łobuz dręczący takie małe Malinki.

Pierwsza z pił spalinowych przecięła pulsującą w lesie ciszę swym złowróżbnym warkotem i szczękiem metalowych zębów.

Nagle wszystkie drzewa ucichły i zastygły w nienaturalnych pozach w oczekiwaniu na najgorsze. Nawet małe rozbrykane Bzy przestały popiskiwać z radości, że są na wycieczce. Powoli tonący w hałasie las zaczęły opuszczać pierwsze ptaki wykrzykując tragiczną nowinę śmierci.

Zaczeli. Padły pierwsze drzewa. Na boki rozbryznęły się krwawe drzazgi i strzępki korowatej skóry. Niemy krzyk wiatru przepłynął pomiędzy katem ,a ofiarą prosząc o litość.

Samotny Sosna z dreszczem nieznanych mu jeszcze emocji i strachu czekał na swój tragiczny koniec w obłoku spalin i wiórów. Lecz ten nie nadchodził. Wykorzystując tą chwilę samotnik pomodlił się o szybką śmierć i aby to nie była siekiera –powolny morderca.

Jeźdźcy apokalipsy zrobili sobie przerwę na papierosa. Pozostało im jedynie usunąć zwłoki i wyrwać pozostałości wraz z korzeniami, aby nie pozostał żaden ślad zbrodni. Zadowolony facet w czarny płaszczu zawołał przed swe oblicze majstra. Uśmiech zagościł na spoconej i brudnej twarzy wykwalifikowanego robotnika. Swą prawicą poprawił włosy pełne krwawych drzazg zmarłych istot. Część z wiórów upadła na ziemię. Ciężki roboczy bucior wgniótł je w trawę plugawiąc nawet ten zielony dywan.

Oprawcy wyjeli kanistry z benzyną. Powoli acz metodycznie polewali ociekające żywicą zwłoki łatwopalną cieczą.

Kiedy ona nadejdzie? Samotny Sosna zadał sobie to pytanie, a śmieć przystanęła obok ciesząc się nieszczęściem, a w jego twarz nie spojrzała nawet raz. Sosna rozejrzał się po pobojowisku. Zobaczył leżących na ziemi pobratymców. Ich zastygłe w grymasie bólu i agonii nieme twarze mówiły o wiele więcej niż jakiekolwiek słyszalne słowa.

Ktoś krzyknął:

- Poczekajcie został jeszcze jedna sosna!

Lecz mężczyzna w eleganckim czarnym płaszczu powiedział po chwili zastanowienia:

Niech zostanie będzie ładnym akcentem kolorystycznym na parkingu.

Ogień powoli przesuwał swój nienasycony jęzor po kolejnych trupach. Rozbłyskiwał bezwstydnie na strzelistych rączkach bzów. Każdy z mieszkańców lasu już dawno uciekł, jedynie wiewiórka przygnieciona swym byłym mieszkaniem nie miała tej szansy. Poczuła na swym futerku nieznane jej do tej pory mrowienie płomieni. Już po chwili jej delikatna skórka skwierczała niczym skwareczki smażące się na patelni. Nie schańbiła się choćby jednym piskiem. Zginęła jak jej przyjaciele drzewa milcząc.

Jedynie wiatr na parkingu śpiewał dawną pieśń ostatniego wolnego lasu.

I jedynie samotny Sosna zrozumiał jej sens.

Znów sam. Już całkiem sam.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • droga_we_mgle 3 godz. temu
    Podoba mi się pomysł z opisaniem drzew jako ludzi? Ludzi jako drzew? Tak czy siak, podoba mi się.

    "Poczekajcie został jeszcze jedna sosna!" - wiem że tu sosna jest mężczyzną, ale w krzyku budowlańca brzmi to nienaturalnie. Może warto zmienić na "został"? Sugestia.

    Mocne. Bym powiedziała, że to bardziej horror niż O życiu. Na pewno z pogranicza.

    Można powiedzieć, że sosna miał los gorszy od śmierci. Musieć na to wszystko patrzeć...

    Bardzo mi się podoba, i pomysł, i styl, i jako metafora.

    🌲

    PS: widzę, że wrzuciłeś trzy teksty naraz. Lepiej wrzucać maks 2 na dobę, bo więcej nie pojawi się na głównej, będą widoczne tylko jak ktoś wejdzie na Twój profil.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania