Surowy fragment tekstu prosze o opinie

Dzisiejszy dzień nie różnił się niczym innym od poprzedniego. David, zgodnie ze swoim zwyczajem, wstał w pół do siódmej, pościelił materac postawiony na podłodze, wyczuł ugryzienia pluskiew na karku i wyruszył do kliniki Morgana. Był to jego stary przyjaciel, któremu w życiu poszło odrobinę lepiej niż Davidowi. Lecz to nic nie zmieniało.

Wyszedł z mieszkania kiedy jeszcze był mrok. Rozejrzał się dookoła. Widział ustawione w szeregu brązowe lepianki, które niczym nie różniły się od siebie samych. Przypominały tłum ludzi, w którym widać wyłącznie czubki głów gapiów a przy każdym z nich stała latarnia, jednak tylko nieliczne faktycznie działały i jeszcze mniej faktycznie świeciło. Odgarnął rękaw swojego obdartego płaszcza i wlepił wzrok w tarczę zegarka. Siódma. Powinni za chwilę włączyć reflektory. W jednym momencie zniknęła ciemność i błysnęło tak mocno, że David omal nie oślepł. W grymasie bólu opuścił głowę i kopnął najbliższą igłę pozostawioną na uklepanym deptaku, która na pewno należała do jednego z ćpunów tego piętra. Zawartość strzykawki rozlała się po glebie. Pachniała bardzo słodko. Po serii agresywnego mrugania otrzymał z powrotem pełnię swojej wizji. “Cholerne światła”, pomyślał David, przeklinając również pod nosem. Ominął białą kałużę i ponownie sprawdził panoramę piętra. Iluzja tłumu głów wyparowała wraz z zarysowaniem się odległych ścian piętra. Wyższe pięciokrotnie niż najwyższy budynek piętra, to jest fabryka pasztetu, w której pracował David, otaczały całą widoczną przestrzeń. Gdziekolwiek David nie spojrzał - ściana. Westchnął ze zrezygnowaniem i ruszył w stronę kliniki.

Domek Morgana funkcjonował także jako przychodnia, w której opatrywał wszelkie urazy jakie ktoś mógł doznać na piętrze, od zadrapań poprzez zmielone ręce, gdyby ktoś nieostrożnie wykonywał swoją pracę. Z zewnątrz nie różniła się ona praktycznie niczym oprócz postawionym nad drzwiami drewnianym znakiem z wygrawerowanym napisem “Dotkor”, na którym literówka była za droga do korekty, więc tak też zostało.

David zapukał do drzwi.

- Proszę! - usłyszał znajomy, pełny głębi, głos.

Nacisnął na zepsutą klamkę, która nawet nie drgnęła, więc po prostu popchnął. Otworzyły się bez problemu.

David wstąpił do środka. Wśród gnijących szafek, wyposażonych w wszelkie przyrządy medyczne i stołu operacyjnego z pożółkłym prześcieradłem z wielką plamą krwii na materacu zobaczył siedzącego na fotelu Morgana, który obojętnym wzrokiem zmierzył go i dał poruszyć się jednemu kącikowi ust. Ściągnął gumową rękawiczkę zębami i wstając z fotelu, wyciągnął rękę w stronę Davida.

- Panie Murphy. - rzekł z lekarską manierą Morgan.

David zaakceptował uścisk dłoni i usiadł na wskazanym przez doktora stołku z brakującą nogą.

- Ciebie też dobrze widzieć Morgan.

- Zgaduję, że przegląd? - zapytał.

David pokiwał głową twierdząco. Morgan wskazał mu stół operacyjny, mówiąc by się położył. David poczłapał w stronę brudnego materacu i, w miarę możliwości unikając wielkiej plamy krwii, legnął na nim. Poczuł jak ciecz z mokrego prześcieradła przedziera się przez jego odzież wierzchnią i osiada na jego plecach oraz to jak niestabilna była cała konstrukcja łóżka. Musiał balansować tak, by nie stosować za dużego nacisku na stół, spinając swoje mięśnie brzucha i wiercąc się z boku na bok coraz to bardziej mocząc się w cieczy. “Nigdy nie pozbędę się tego smrodu”, pomyślał David.

Gdy było mu relatywnie wygodnie spojrzał na Morgana, który właśnie szykował strzykawkę by pobrać jego krew. David zacisnął zęby. Nienawidził igieł.

- Teraz spokojnie. - oznajmił Morgan. - Może zakłuć…

- Powtarzasz to za każdym razem! I za każdym razem boli jak cholera. - David odwrócił się plecami do doktora. - Po prostu się pośpiesz.

Ledwo co skończył mówić, kiedy poczuł ukłucie na swoim ramieniu. Czuł jak ziemny metal powoli wciska się w jego skórę, przebijając żyłę, a potem, gdy Morgan podniósł tłoczek pobierając do strzykawki krew, jak opuszcza ona jego ciało. Wzdrygnął się.

Bez słowa Morgan odszedł od stołu. David z powrotem odwrócił się w jego stronę i zobaczył jak obserwuje zawartość strzykawki.

- Murphy… - powiedział nie odrywając wzroku od narzędzia. - Twoja krew jest już praktycznie czarna.

Nie kłamał. Ciecz ta nie miała koloru, który zwykle posiada krew. Podchodziła ona bardziej pod kruczy czerń z pasemkami czerwonego barwnika.

David spojrzał w ziemię. Pogrzebał swoimi kozakami w naniesionym przez nie błocie.

- Co to znaczy?

- Nie wiem.

David podniósł wzrok z ziemi i wlepił go w Morgana pogrążonego w bezruchu.

- Jak to nie wiesz?

- Nie wiem. - powtórzył. Zamknął oczy.

Powieka Davida drgnęła, wziął płytki oddech.

- To kto ma wiedzieć?! - David krzyknął wstając ze stołu operacyjnego, który runął na podłogę z metalowym szczękiem i odbił się od niej parę razy. - Musisz mieć przecież jakiekolwiek pojęcie o tym co tam widzisz! Co się dzieje? Czy ja…

Zamarł w połowie zdania. Usta na wpół otwarte, ręce wyciągnięte w agresywnej gestykulacji. Morgan otworzył oczy i podszedł do jednej z gnijących półek i wziął z niej szczypce, którymi odciął ostry czubek strzykawki. Podszedł do Davida.

- Nie drzyj się. Wezwą tu jeszcze straż. - powiedział jednostajnym głosem. Spojrzał na igłę pełną krwii w swoim ręku i włożył ją do przedniej kieszeni płaszcza Davida. - Nie wiem co to dokładnie znaczy. Twoja krew. Jednak mogę Ci zagwarantować, widziałem dużo odciętych kończyn i zmielonych palców - za dużo, ale nigdzie nie widziałem takiego koloru. - Westchnął głęboko. - Długo nie pożyjesz.

David trzasnął za sobą drzwiami z głośnym hukiem tak mocno, że siła uderzenia zrzuciła znak “Dotkor” koło jego stóp. Zamknął oczy i wziął oddech przez nos. Zamiast oczekiwanego spokoju dotarła do niego obrzydliwa sensacja ludzkich odchodów od sąsiedniego domu. Pięść Davida zacisnęła się mimowolnie. Z dzikim rykiem odwrócił się z powrotem do kliniki i zamachnął się na ścianę, robiąc w niej niewielkie wgłębienie i powodując sobie niezmierny ból. Ugryzł się w język, powstrzymując się przed przeklęciem. David rozejrzał się wokół siebie i zobaczył, że przed kliniką zebrał się mały tłum gapiów obserwujących go i jego zachowanie. Większość z nich była ubrana w dziurawe płaszcze i poszarpane podkoszulki, które nieubłaganie chciały rozlecieć się w niestanowiące żadnej całości kawałki tkaniny. Mała dziewczynka w tłumie zaczęła szeptać do swojej matki, która nachyliła się do niej i poprawiła przeźroczystą reklamówkę z żywnością w środku. Widocznie tłum wracał z odbioru tygodniowego przydziału jedzenia. David odchrząknął i poprawił kołnierz swojego płaszcza. Rzucił pod nosem przekleństwo i przepychając się przez zgromadzony tłum odszedł w kierunku (ratusza) by odebrać swoje własne racje, obserwowany nie tylko przez nich ale także przez Morgana wyglądającego przez okno zza odsłoniętej pożółkłej firanki.

Dzień zaczynał się perfekcyjnie. Gdy David uznał, że oddalił się wystarczająco od tłumu, oparł się o ścianę domu od którego z kolei uwalniał się aromat konserwowanego mięsa. A przynajmniej kawałów mięsa zmieszanymi z najróżniejszymi odpadami - pasztet, który produkowali w fabryce. Wszyscy. Bez wyjątku. Oznaczało to, że rodzina mieszkająca w tym domu zamierzała już przygotować posiłek. David, żeby zdążyć po własną część musiał przyśpieszyć kroku.

Mijając ogrom uliczek, które nie różniły się niczym od innych, tylko i wyłącznie oznakowaniem ulic, dotarł ostatecznie do ratusza. Budynku, który stanowił jedną z nielicznych odnóg od monotonności całego piętra. Rozmiarowo był tylko odrobinę większy od ordynarnego domu. Jednak tym co go wyróżniało jeszcze bardziej był materiał z jakiego go zbudowano - cegła, która stanowiła niemal atrakcję dla mieszkańców, a dokładniej wzory w jakie układały się przerwy między indywidualnymi cegiełkami. David czuł jakby mógł zgubić się w tych liniach, tak wiele skrętów i zakrętów. Uśmiechnął się. Ratusz był jednym z jego ulubionych miejsc. Coś tak dystansywnego, tak oddalonego od jego codziennego życia, a jednak czuł w tych wzorach pewne poczucie bezpieczeństwa. Coś znajomego.

- Spóźniłeś się. - te nagłe słowa wyrwały Davida z transu. Odwrócił się w stronę, z której dobiegał głos. Przed wejściem do ratusza stał mężczyzna. Był inny. Miał na sobie czarną marynarkę z białą koszulą pod spodem. Nosił spodnie, które nie były nawet dziurawe, na głowie miał bordowy melonik a między palcami trzymał papierosa. Nie pasował tutaj. - Zamknęli.

Nie mylił się. Ratusz wydawał przydziały żywnościowe do ósmej. Zegarek Davida wskazywał kwadrans po ósmej.

Nie odpowiedział. Zamiast tego przypatrzył się dokładniej mężczyźnie stojącym przed nim i zauważył, że on sam nie ma worka ani kosza z przydziałem. Mężczyzna uśmiechnął się, widząc zakłopotanie Davida.

- Oczywiście, gdzie moje maniery. - teatralnie ukłonił się ściągając melonik i wywijając nim na lewo i prawo. - Phill Mallory, do usług.

- David Murphy. Miło poznać.

Malloremu widocznie nie spodobał się grymas z jakim wymieniono z nim uprzejmości. Odchrząknął i pozbierał się ze swojej pozy.

- Pewnie zastanawiasz się co tutaj robię. Jednak pozwól mi zadać pierwsze pytanie. Na co się tak wściekałeś?

Dreszcz przeszedł po plecach Davida.

O czym ty mówisz?

Mallory zaśmiał się pod nosem i zaciągnął się papierosem.

Ten cyrk, który odstawiłeś przed kliniką waszego doktora. O co tam poszło?

Dlaczego cię to interesuje? - spytał David drżącym głosem. Odchrząknął by pozbyć się drżenia. - Przecież nie jesteś stąd.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • TheGuru godzinę temu

    Nadmiar przymiotników i powtórzeń

    błędy w opisie dialogów

    "wyczuł ugryzienia pluskiew na karku". nie wiem czy to sie czuje czy dopiero po czasie czuje się swędzenie.

    "Był to jego stary przyjaciel, któremu w życiu poszło odrobinę lepiej niż Davidowi." o kim mowa?

    "Wyszedł z mieszkania kiedy jeszcze był mrok. " może lepiej Wyszedł z mieszkania o zmroku.

    "które niczym nie różniły się od siebie samych." bardzo niezręczne

    "faktycznie działały i jeszcze mniej faktycznie". powtórzenia

    "Odgarnął rękaw"

    "z ćpunów tego piętra." jakiego piętra?

    "sprawdził panoramę piętra" ?

    Iluzja tłumu głów wyparowała wraz z zarysowaniem się odległych ścian piętra.. nie mam pojęcia o co chodzi. powtórzenia piętra.

    "Z zewnątrz nie różniła się ona praktycznie niczym". kim jest ona? od czego się nie różniła?

    "Gdy było mu relatywnie wygodnie". chyba lepiej względnie

    "zobaczył siedzącego na fotelu Morgana, który obojętnym wzrokiem zmierzył go i dał poruszyć się jednemu kącikowi ust" – niezgrabna konstrukcja.

    "nieubłaganie chciały rozlecieć się w niestanowiące żadnej całości kawałki tkaniny" – potworne zdanie.

    odszedł w kierunku (ratusza) by odebrać swoje własne racje" – po co nawias w tekście?

    "obserwowany nie tylko przez nich ale także przez Morgana wyglądającego przez okno zza odsłoniętej pożółkłej firanki" – trochę za dużo akcji w jednym zdaniu.

    "Coś tak dystansywnego". .... co to znaczy

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania