Świat idealny - rozdziały 1-14
Akt pierwszy
Sen
#0 Prolog
Zdziwienie. Inaczej tego nie potrafił opisać. Marcin był mocno zdziwiony, podobnie jak i reszta, która przy nim była. Stali na wprost wielkiego, trójkątnego, metalowego urządzenia, które miało wycięty środek. Przymocowane były do niego wielkie pierścienie, do których prowadziła mała sterta kabli różnej wielkości. Wszystkie prowadziły do jednego miejsca. Małego pokoiku, z drugiej strony portalu. Nie mieli pojęcia co tam może być. Widzieli tylko, lekki blask zza uchylonych drzwi.
-No popatrz, miałem rację, że wchodząc przez ukryte wejście w zamku tutaj trafimy. –ucieszył się Szymon.
-No tak. Tylko co to jest ? – zdziwił się Marcin.
-Nie mam pojęcia. Nie opisali jak to ma działać. Jest tylko opis jak to uruchomić. – powiedział Szymon patrząc w notatki. Było ciemno, a latarka nie dawała już za dużo światła.
-Ta hala wygląda jak z jakiegoś filmu science fiction. – powiedziała Agnieszka.
-Już wiem, chodźcie za mną! – powiedział podekscytowany Szymon. Ruszył wprost za kablami a następnie uchylił drzwi wchodząc do środka. Marcin był zdezorientowany. Chciał zerknąć co jest w środku, jednak wepchnął się mu Sebastian. Z trudem zauważył, że w środku był tylko stół, a na nim monitor. Kable prowadziły do niego. Sam monitor wyglądał, jakby został zrobiony w dwudziestym wieku.
-Czemu to coś nie ma komputera? – zapytał Sebastian.
-Bo wygląda na to, że tamto coś w sali obok nim jest.. – powiedział Szymon, i zaczął stukać w monitor. O dziwo ekran był dotykowy.
-To coś ma Androida wbudowanego. – otworzył oczy Sebastian.
-To, jeszcze to, to, i powinno działać. – powiedział Szymon, wstukując na monitorze odpowiednie polecenia. W sali obok zaiskrzyło. Marcin spojrzał, i stwierdził, że cały metal delikatnie iskrzy, jednak zaczęło to słabnąć. Spojrzał na Agnieszkę, która spojrzała na niego.
-No dobra, uruchomiłeś, ale co teraz? – zapytał Marcin.
-Według instrukcji… musimy tam wejść. – powiedział Szymon.
-Gdzie wejść ? – zapytał Marcin.
-Przejść pomiędzy trójkątem. – powiedział Szymon.
-Widziałam coś podobnego w filmie. Ale wątpię, aby to tak działało. – powiedziała Agnieszka.
-Wygląda jak portal do przeszłości. Albo raczej przyszłości. – powiedział Marcin.
-Kto jest gotów aby się przekonać? – zapytał Szymon.
-Jaja sobie robisz? Możliwe, że stoimy przed wielkim odkryciem! – powiedział podekscytowany Marcin.
-No właśnie. Może warto powiadomić naukowców czy coś? – zapytała Agnieszka.
-Jeśli ich wezwiemy, sami się nie przekonamy jak to działa. – powiedział Marcin. Wszyscy podeszli w międzyczasie pod portal.
-Złapmy się za ręce, i zróbmy to. – powiedział Szymon. Dał rękę Sebastianowi, i zaczął powoli iść w stronę portalu.
-To może być niebezpieczne. – powiedziała Agnieszka.
-Dlatego przejdziesz ostatnia. Jeśli coś się stanie… to puścisz się i polecisz po pomoc. – odparł Szymon.
-Dobra, daj rękę. – powiedział Marcin do Sebastiana a sam dał Agnieszce. Szymon przeszedł, i nie zniknął. Przeszedł cały z drugiej strony. To samo Sebastian. Marcin, miał być następny. Gdy podszedł zobaczył, że przez środek trójkąta, przebiega bardzo cienka bariera. Wszedł w nią, i poczuł iskrę na ręce. Usłyszał w swojej głowie bardzo cichy szept.
-Jeśli przeznaczenie zostanie skrzywdzone, wszyscy zginiemy. – nie miał pojęci kto to wymówił, jednak jego rozważania przerwał inny głos.
-Coś jest nie tak. – usłyszał Szymona. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że usłyszał go podwójnie. Zarówno za sobą, jak i przed sobą.
-Co to było? – zdziwił się Marcin.
-Ale, że co? Chodźmy na zewnątrz. Musimy zobaczyć czy wszystko jest dalej takie same… - powiedział Szymon, i lekko wystraszeni, ruszyli drogą powrotną.
#1 Przypadek? Nie sądzę
-Aaaaaa! – Marcin gwałtownie się podniósł. Był cały mokry od potu, i miał gęsią skórkę. Chwilę sobie przypominał swój sen, po czym stwierdził, że był nieco dziwny. Połowy z jego uczestników nie kojarzył. Znał tylko Szymona. Zresztą nie przepadał za nim. Usłyszał dzwonek telefonu. Jego smartfon wydał dość przyjemną melodie. Odebrał i czekał na głos z drugiej strony.
-Coś się stało synku? – usłyszał swoją mamę. Musiała słyszeć jego krzyk.
-Aaa, nie, skądże. Sen miałem. Takie tam… - powiedział Marcin.
-No dobrze. Już ci się chyba nie opłaca zasypiać. Zaraz szkoła. – usłyszał.
-Jaka szkoła? Żartujesz sobie? Co do zasypiania to masz rację. Zaraz będę się zbierał. Czekałem na ten wyjazd od dawna. – powiedział Marcin. Był bowiem zapisany na wyjazd nad morze. Za godzinę miał być już gotowy. Wyjazd organizowała jego gmina, więc większość osób będzie pewnie znał. Rozłączył się i wystrzelił z łóżka. Po raz kolejny zawadził głową o swój pochyły sufit. Zwijając się z bólu poszedł do garderoby. Stając pod drzwiami zaklaskał. Zaczęły się powoli rozsuwać.
-Fajne te nowe drzwi.. – stwierdził cicho Marcin. Wiedział też, że jeszcze kilka lat temu mogliby pomarzyć o takiej technologii. Był rok 2018 a on sam miał lat piętnaście. Popatrzył się w lustro i wystraszył sam siebie. Miał dość długie, kręcone i ciemne włosy, które teraz stały na wszystkie strony. Nigdy zbyt specjalnie nie lubił swojego wyglądu. Lubił za to swoje oczy, które miał dwukolorowe. Lubił też w sobie to, że był dość wysoki. Ubrał się szybko i zszedł po schodach na dół. Sen dał mu trochę do myślenia, przez co zabrał nieco dodatkowych rzeczy, które i tak pewnie się mu nie przydadzą. Około godziny później żegnał się już z rodzicami, którzy go zawieźli na miejsce zbiórki.
-Trzymaj się synku! Miłej zabawy. – powiedział na pożegnanie jego tata. Marcin wiedział, że to było fałszywe. Od zawsze nie lubił się z rodzicami. Za pewne teraz bardzo się cieszyli, że wyjeżdża. Zresztą, on sam bardzo długo czekał na ten moment. Przez zamyślenie, nie odpowiedział nic, i gdy się zorientował, że zapomniał się pożegnać, jego rodzice, już ruszali. Pokazał im tylko rękę na pożegnanie, a gdyby nie spora ilość osób patrząca na niego, pokazałby im środkowy palec.
„I Ty spełnij swoje marzenia, JUŻ DZIŚ!” – przeczytał Marcin reklamę kredytu, która pokrywała całą jedną stronę autokaru.
-Moim marzeniem byłaby zmiana rodziców. – powiedział sobie w myślach Marcin. Pociągnął walizkę i dołączył do osób, z którymi miał spędzić najbliższy tydzień. Akurat teraz, wszyscy zaczęli przepychać się, i lecieli w stronę wejść do autokaru. Każdy chciał zająć jak najlepsze miejsce. Marcin pewnie też by poleciał, jednak zapomniał, że ma wciąż walizki. Skończyło się tak, że wszedł do środka jako ostatni. Rozejrzał się. Nie znał połowy osób. Wszystkie miejsca, poza jednym były zajęte. Spojrzał na osobę, która siedziała obok pustego miejsca. Poszedł powoli, bo lekko się zaniepokoił.
-O cześć Marcin. Siadaj jak chcesz. – powiedział Szymon.
-No cześć. Obawiam się, że to ostatnie wolne miejsce. – powiedział Marcin, i usiadł obok.
-Mało osób jest z naszej szkoły. Spodziewałem się większej grupki. – odparł Szymon.
-Tak wyszło. Ale faktycznie. Jak tak się rozglądam, to nie widzę nikogo znajomego. – Marcin rozejrzał się, i zmrużył oczy. Jego wzrok zatrzymał się na siedzącym z tyłu chłopaku, pijącym sok. Przypominał osobę z jego snu. Wiedział jednak, że to nie możliwe, aby jego sen był proroczy. W głębi duszy jednak chciał tego. Jego przemyślenia przerwał głos z megafonu, który trzymała jakaś kobieta, zapewne ich opiekunka. Była raczej młodą kobietą przed trzydziestką. Wyglądała na farbowaną blondynkę.
-Dzień dobry! Gotowi przeżyć wakacje swoich marzeń ? – zapytała kobieta. Odezwała się cisza. Albo raczej odgłosy rozmów, gdyż mało kto zwracał na nią uwagę.
-Noo. – odparł jakiś chłopak z przodu. Najwidoczniej na to czekała kobieta, która uśmiechnęła się i odparła z energią w głosie.
-Dobrze! No to w drogę. Ja jestem Barbara Miód i będę przez ten tydzień razem z panem Romkiem sprawowała nad wami opiekę. Wstań może i się pokaż. – Mężczyzna nazwany Romkiem wstał. Był wysoki, szczupły, a jego twarz była bardzo zadbana. Miał równo przycięte włosy i szeroki uśmiech.
-O tego kolesia to ja znam! – krzyknął Szymon do Marcina.
-Ał. Nie krzycz. A kto to? – zapytał się Marcin. Odpowiedź jednak nadeszła sama.
-Jestem tutaj jako rodzic, jednej z uczestniczek, ale zajmę się grupą chłopców. Jak możecie się domyślić, pani Basia, przejmie grupę z dziewczynami.
-O Jezu, to mój ojciec. – odezwała się jakaś dziewczyna zaraz za jego głową. Marcin lekko zaskoczony odwrócił się. Głowę miała opartą na swoich rękach, które od łokci po dłonie, miała położone na jego fotelu.
-Nie jest chyba zły. No przynajmniej na pierwszy… znamy się? – zapytał Marcin patrząc lekko zdziwiony na nią. Wyglądała identycznie jak dziewczyna z jego snu.
-Tani podryw. Haha. – uśmiechnęła się do niego.
-Nie… znaczy tfu. Nie o to mi chodzi. Śniłaś mi się dziś… - zaczął Marcin ale ugryzł się w język.
-No to już lepsze. Ale nie znamy się jeszcze. Przynajmniej ja cię nie znam. – odparła dziewczyna.
-Szybki jesteś, jeśli chodzi o podryw. – zaśmiał się Szymon.
-Ja jestem Marcin, to jest Szymon, a jeśli sen nie kłamał… to jesteś Aga. – powiedział Marcin marszcząc brwi.
-Nie wiem skąd wiesz, ale trochę mnie to niepokoi. Mam się bać? – zapytała Agnieszka śmiejąc się.
-Sam się boję. Bo śnił mi się właśnie Szymon, ty, no i jeszcze jedna osoba, której nie znam, a siedzi kawałek dalej. – powiedział Marcin.
-Serio? – spytał ze zdziwieniem Szymon.
-A wyczuwasz w moim głosie choć trochę niepewności i braku zdziwienia odkąd się ona odezwała? – zapytał się go Marcin.
-Albo tam manipulujesz… albo mówisz prawdę. – stwierdziła Agnieszka.
-Albo będzie chciał aby sen się spełnił… ale to wiąże się z mówieniem prawdy. – Odparł Szymon.
-Więc co ci się śniło? – zapytała Agnieszka, wciąż wpatrując się w niego. Marcinowi było niezręcznie, więc wcześniej się lekko odwrócił w stronę Szymona.
-No… to lekko… dziwne. Raczej sen dział się w jakiejś dziwnej sali, niczym z filmu science fiction. Wchodziliśmy w dziwny, jakby portal. Taki przygodowy ten sen. – powiedział Marcin.
-E tam, no to się nie spełni. Ilość przygód w moim życiu wynosi minus sto procent. Leniwe życie jak nie wiem. – powiedział Szymon.
-Jak i moje. – stwierdziła Agnieszka.
-Ja mam ciągle pecha w życiu. Raczej nie mam takich przygód. Jak już to małe. – powiedział Marcin.
-Mogłoby się coś stać. – Stwierdziła Agnieszka.
-No i stało się. Autokar ruszył. – stwierdził Szymon.
-Jeśli na miejscu będzie jakiś zamek, to wiedzcie, że coś się dzieje. – odparł Marcin.
-Jedziemy do Słupska. Na pewno tam jakiś zamek jest. – stwierdził Szymon.
-Jakoś nie mam do tego głowy. Nie wyspałem się jakoś. Idę spać. – powiedział Marcin wyciągając z plecaka poduszkę.
-Dobranoc. – zaśmiała się Agnieszka, i odwróciła do siebie.
***
Ciemność i szum deszczu, opadającego na dach. Uderzenie pioruna, które na chwilę rozświetliło ciemność. Pomieszczenie. Nie było ono zbyt ładne. Po trzech łóżkach, można było domyślić się, że rozświetlony pokój, znajduje się w jakimś pensjonacie. Marcin nie ruszał się. Zorientował się, że ma w dłoni latarkę skierowaną w dół. Rozświetlił pokój i stwierdził, że okno za nim jest otwarte. Nagle usłyszał, że do drzwi, wkładany jest klucz. W drugiej dłoni trzymał dziwny przedmiot. Nie miał pojęcia co to jest. Położył szybko na stoliku i szybkim ruchem, znalazł się za oknem. Piorun zdążył tylko rozświetlić po raz kolejny pokój. Drzwi otworzyły się bardzo szybko i zanim jego głowa znikła całkiem za oknem, ujrzał samego siebie i Szymona. Dostrzegł też trzecią osobę, jednak nie widział jej twarzy, lecz same nogi. Zaskoczenie było tak wielkie, że upadł lekko niefortunnie. Jego lewą stopę przeszył niesamowity ból. Mimo to podniósł się, i kulejąc skoczył w stronę lasu. Uderzenie pioruna było ostatnią rzeczą, którą zapamiętał.
***
Uderzenie pioruna. Ciemność i szum deszczu opadającego na dach. Sama ciemność, jak i szum deszczu, była nieco inna jak przed chwilą. Do tego doszedł szum pracującego silnika autokaru. Marcin otworzył oczy, i wciąż widział ciemność. Lekko spanikował i chciał dotknąć swoich oczu. Jednak nieznana przeszkoda uniemożliwiła mu to.
-Aaa! – Marcin zrzucił czapkę ze swojej głowy.
-Haha. – usłyszał Szymona, który podniósł, jak się okazało swoją czapkę.
-No haha, bardzo śmieszne. – Marcin zmrużył oczy. Deszcz bębnił o autokar, a wokół panowała burza.
-No w końcu, ile można czekać. – zaśmiał się Szymon.
-Ile spałem? – zdziwił się Marcin.
-Około sześciu godzin. Ogólnie przespałeś postój, a teraz jesteśmy za Ciechocinkiem. Wkrótce wjedziemy na nową autostradę. – powiedział Szymon.
-Znów miałem sen. – powiedział Marcin, marszcząc czoło.
-Coś ciekawego? – zapytała Agnieszka, która znów nad nim wisiała.
-Powiedzcie tylko, jak długo trwa burza. – spytał Marcin.
-Pod koniec postoju się rozpadało. Czyli z dwie godziny temu. – stwierdził Szymon.
-Kurde. Musiałbym policzyć… - zaczął Marcin.
-A po co ci to? – spytał Szymon.
-Jeśli zasnąłem sześć godzin temu…, to gdy spałem, burza zaczęła się po czterech godzinach. Sny pojawiają się po dwóch godzinach jakoś od zaśnięcia. Więc albo to był przypadek, albo drugi sen. Tak, czy owak, hmm… wiecie gdzie będziemy mieli tam nocleg? – zapytał Marcin.
-Pensjonat Marzenie. – powiedziała Agnieszka.
-Okej, czekajcie… - Marcin wyjął telefon i wszedł w wyszukiwarkę.
-Ale… - zaczęła Agnieszka. Marcin pokazał jej aby na chwilę nic nie mówiła.
-Pensjonat Marzenie Słupsk. – powiedział Marcin, a jego telefon wyświetlił tekst na ekranie. Potwierdził, że chce wyszukać i po chwili wyskoczyło mu kilka stron. Wszedł w grafikę. Najpierw w oczy rzuciła się mu recepcja, czy raczej coś, co wyglądało jak recepcja. Drewniany stolik, a za nim dwójka uśmiechniętych, młodych ludzi.
-Nie możesz po prostu powiedzieć co ci się śniło? – Agnieszka nie mogła już wytrzymać ciszy.
-Cierpliwości. Zanim powiem, chce mieć całkowitą pewność… - zaczął Marcin.
-Pewność wobec czego? – spytał również zainteresowany Szymon.
-Że mam prorocze sny. – powiedział Marcin, pokazując im następne zdjęcie. Pokój z jego snu. Był on oświetlony i niby były w nim dwa łóżka, jednak styl pasował do tego z jego snu.
-Nasze pokoje? Ale co to ma do rzeczy? – zaskoczył się Szymon.
-No właśnie. – zapytała Agnieszka.
-Otóż śniła mi się akcja w tym pokoju. Sen był co prawda krótki, ale nieco dziwny. Prawdopodobnie nawet nie byłem w mojej skórze. – zaczął Marcin.
-Może ciszej. Bo przysłuchuje się nam moja sąsiadka. – powiedziała szeptem Agnieszka.
-No okej. Jeśli wieczorem, gdy będzie burza, przyjedziemy do pensjonatu, natychmiast muszę otworzyć drzwi do pokoju. – odparł Marcin.
-A właśnie. Z kim jesteś w pokoju? – zapytał Szymon.
-Wychodzi na to, że z tobą, i Sebastianem. – odparł Marcin.
-No ale co zobaczyłeś w tym śnie? – zapytała Agnieszka.
-W zasadzie niewiele. Burza była, i widziałem tylko szczegóły, gdy były błyskawice, albo świeciłem na coś latarką. Sen zaczął się w tamtym pokoju, i niemal od razu ktoś zaczął otwierać zamknięte na klucz drzwi. Położyłem coś na stoliku, i wyszedłem przez okno. Gdy opadałem na dół, dostrzegłem tylko mnie, i Szymona. Były jeszcze za drzwiami jakieś trzecie nogi, ale nie widziałem kogo. Dlatego myślę, że w naszym przyszłym pokoju, może się ktoś, lub coś pojawić. – powiedział Marcin.
-Ale wiesz co? Możemy wziąć pokój dwu osobowy i wtedy już nic się nie stanie. – powiedział Szymon.
-A nie ciekawi cię, co się stanie? – zapytał Marcin.
-Powiem wam tyle. Jeśli faktycznie ma się coś stać, biorę pokój naprzeciwko was. Jakby co, piszcie zawczasu. – powiedziała podekscytowana Agnieszka.
-Nie mam waszych numerów. – powiedział Szymon.
-To już nie kłopot. – powiedział Marcin, po czym wpisał Szymonowi swój numer. To samo zrobił Agnieszce.
-Puszczę ci sygnał. – powiedział Szymon. Następne pięć minut poświęcił na wymyślaniu nazw, ich kontaktów. Skończyło się, że Szymona nazwał po prostu Szymon, a Agnieszkę, Aga.
-Może pójdziesz jeszcze raz spać? Może coś ci się przyśni. – powiedział mu Szymon.
-Spokojnie. Nie chce mi się już. – odparł Marcin. Akurat zjechali z autostrady, po to, aby po kilku minutach wjechać na kolejną. Kilka minut obserwował krajobraz, jednak nie było mu wygodnie, bo nie siedział pod oknem. Marcin zauważył zaświecony ekran w telewizorze, kawałek przed nimi.
-Będzie film. – stwierdziła Agnieszka
-Ciekawe co… - na ekranie wyświetlił się wybór między włączeniem filmu, wyborem scen, i opcjami dodatkowymi. Osoba, która wybierała film, weszła w opcje dodatkowe. Zmieniła wersję Angielską na Polską. Jak się okazało – mieli oglądać epokę lodowcową część siódmą.
-Eh, dajcie spokój. Widziałem to już. – powiedział Marcin i lekko zły, włączył sobie muzykę w słuchawkach. Następnie włączył gierkę, i zapomniał o wszystkich wokół. Jakoś dwie godziny później, gdy film się skończył, dotarli do Koszalina, gdzie miał być ostatni postój, przed celem. Było po siedemnastej, a burza w każdym bądź razie nie zamierzała jeszcze odejść. Wszyscy przebiegli do pobliskiego Mc Donalda, który był niemal całkiem pusty. Była tylko obsługa. Marcin zamówił jako jeden z pierwszych. Zgubił gdzieś Szymona i Agnieszkę, więc do stolika przy samym oknie, usiadł samotnie.
-Marcin! – usłyszał Szymona. Wkrótce, razem z Agnieszką dosiedli się do niego.
-Wygląda na to, że burza, będzie jeszcze trochę trwać. – powiedział Marcin.
-No co zrobić. Widać, tak miało być. – stwierdził Szymon.
-Myślicie, że będą nam sprawdzali pokoje? – spytała Agnieszka.
-Pewnie jakoś o 22, a potem pójdą spać. Rano zapewne, 6, może 7. Chociaż nie wiem. To są zwykłe wczasy. Więc do 9 myślę, że dadzą nam pospać. – stwierdził Szymon.
-Wolne? – usłyszeli głos dziewczyny, którą Marcin gdzieś już widział. Wtedy zorientował się, że siedzi w autokarze koło Agnieszki.
-Tak, spoko, siadaj. – powiedziała Agnieszka.
-Twój ojciec tu idzie. - stwierdził Marcin.
-No tak, ostatnie miejsce mamy wolne, wryje nam się tutaj. – westchnęła Aga. Wtedy to Marcin usłyszał kolejny głos, zza pleców, co go wystraszyło lekko.
-Mogę się dosiąść? – Marcin spojrzał za siebie.
-Więc to teraz, jest ten moment, który zadecyduje o naszej znajomości – pomyślał Marcin, i zanim cokolwiek powiedział, odpowiedziała za niego Aga.
-Siadaj! Szybciej! – Sebastian nie wiedział o co chodzi, jednak usiadł lekko zdziwiony. Aga spojrzała na swojego tatę i uśmiechnęła się do niego marszcząc brwi. Tamten odszedł i dosiadł się do innej grupki.
-Wybaczcie, że tak się dosiadam. Wy już pewnie się poznać zdążyliście, a ja… - zaczął Sebastian.
-Spokojnie. Czuj się jak wśród swoich. – powiedział Szymon.
-No to cześć Sebastianie, ja jestem Marcin, to jest Aga, Szymon… a jej nie znam jeszcze. – zaśmiał się Marcin wskazując wszystkich po kolei.
-Haha, miło. Jestem Jowita. Ale to już mniejsza o to. – machnęła ręką Jowita.
-No ja właśnie jestem Sebastian. Ale jakoś cię nie znam. Skąd znasz więc moje imię? – zapytał lekko zdziwiony Sebastian.
-Wiesz. Długa historia. Opowiem ci potem. – machnął ręką Marcin.
-Lepiej nie przy niej. – powiedział Szymon, mówiąc o Jowicie.
-I tak, wszystko słyszałam. Spokojnie. – powiedziała Jowita, niewinnie się uśmiechając.
-Hm. Więc mamy coraz więcej osób, które cokolwiek o tym wiedzą. No dobra, skoro tego chcesz, to wtajemniczę cię. – powiedział Marcin, i zaczął mu opowiadać wszystko.
-Coś chyba nie pyknie. Na zewnątrz się rozpogadza. – stwierdził Sebastian, gdy Marcin skończył.
-Częściowo, wszystko idzie tak, jak wyśniłem. Znaczy się, na przykład cała grupa ze snu jest tutaj, no i Jowita do tego. Wszystkich całkiem przypadkiem spotkałem. Musiałbym się przespać aby coś wyśnić. – stwierdził Marcin.
-No to śpij, i tak jeszcze z półgodziny czasu mamy. – powiedział Szymon.
-Widzisz… to tak nie działa. Sny pojawiają się dopiero po dwóch godzinach jakoś od zaśnięcia. – odparł Marcin.
-No to faktycznie, nie da rady. – westchnął Sebastian.
-Ile mamy czasu do Słupska? – zapytała Agnieszka.
-Może godzinka. Też odpada opcja z zaśnięciem po drodze. – powiedział Marcin.
-Jak chcemy trafić do tych twoich podziemi ze snu? – zapytała Jowita.
-Tak się składa, że zabrałem trochę rzeczy, które się nam zapewne przydadzą – stwierdził Marcin.
-Sprzętu? – zapytała Agnieszka.
-Owszem. Przyda się w poszukiwaniach. Tylko potrzebujemy znaleźć pierwszą wskazówkę, która da nam jakieś rozwiązanie, odnośnie wejścia do podziemi. – powiedział Marcin.
-Mówiłeś coś o zamku. W Słupsku jest jeden zamek. Może poszukamy czegoś w środku? – zapytała się Jowita.
-No w zasadzie, to dlaczego nie? – uśmiechnął się Marcin.
-Dobra tam. Ekscytujemy się tym, jakbyśmy mieli całkowitą pewność, że coś się stanie. Zmieńmy temat może. – powiedział Szymon.
-No w sumie, co ma być to będzie. – uśmiechnął się Marcin, i zajął się dojadaniem swoich frytek. Pół godziny później wszyscy stali przy autokarze. Burza przeszła, a deszcz już też powoli się kończył. Kierowca wpuścił wszystkich do środka.
-Czekajcie, pójdę jeszcze w krzaki. – rzucił Marcin przez cały autokar, na co wszyscy popadli w lekki śmiech. Nie czekając na odpowiedź nauczycielki, ruszył za Mc Donalda. Z drugiej strony był podjazd, gdzie podczas podróży, można było zamówić jedzenie, bez wyjścia z samochodu. Gdy podchodził do rogu budynku, zaraz przed nim przeleciał jakiś zakapturzony chłopak z bardzo podobnym plecakiem, jaki on miał w autokarze. W ręce trzymał gazetę, którą wypuścił.
-Hej! Wypadło ci coś! – Krzyknął Marcin. Zakapturzony chłopak tylko poleciał w stronę drogi, i zniknął Marcinowi z zasięgu wzroku. Lekko zdziwiony tym zdarzeniem, poszedł w stronę krzaków. Minutę później wracał tą samą drogą. Wiatr lekko rozwiał kartki gazety, które leżały teraz już w sporej odległości od siebie. Marcin podniósł dwie kartki, i ruszył do reszty. Jak się okazało, wciąż jeszcze nie było kilku osób więc musieli czekać.
-Jakiś koleś mnie prawie zabił. Nie no, spokojnie, po prostu na kogoś wpadłem. – zaśmiał się Marcin, widząc lekkie zdziwienie na twarzy Szymona.
-A te kartki? – zapytał Szymon o trzymane kartki w dłoni Marcina.
-Strony z gazety, tego co mnie prawie zabił. – odparł Marcin.
-A to wywal. – odparł Szymon.
-Może się przydać. Nie wziąłem papieru z domu. – odparł Marcin wsadzając gazetę do plecaka.
-Już niedługo. – westchnął Szymon.
-Widzę, że wszyscy są! Możemy ruszać! – usłyszeli panią Basie. Jak usłyszeli tak też się stało. Autokar ruszył i wjechali na drogę ekspresową ku Słupsku.
-Gdy dotrzemy, bądźmy czujni i ostrożni. – powiedział Marcin odwracając się do Agnieszki.
-Marcin! Patrz za okno! – krzyknął Szymon. Wyprzedziła ich ciężarówka. Za kierownicą siedział zakapturzony człowiek, który wpadł wcześniej na Marcina. W dodatku na ciężarówce był napis, napisany jakąś farbą.
-„Bądźcie czujni i ostrOOżni”! Przecież sam to powiedziałem moment temu. – zmarszczył brwi Marcin. Tir przejechał i pomknął dalej.
-O kurde… - zdziwił się Szymon.
-O co tu chodzi? Mam wrażenie, że to wszystko nie jest przypadkiem. – powiedział Marcin.
-Nic nie dzieje się przypadkiem. Wiedz o tym. – powiedziała Jowita.
-Masakra jakaś. Nie wiem o co tu chodzi. Byłem czujny już wcześniej. Zwracam raczej uwagę nawet na nieistotne rzeczy. – powiedział Marcin.
-I czemu w napisie ostrożni, były dwie litery o? – zapytał Szymon.
-Nie wiem. Koleś miał za dużo farby pewnie. – zaśmiał się nerwowo Marcin.
-Dwa o, jak w Google. – powiedziała Jowita.
-Myślisz, że chciał nam dać jakąś wskazówkę? – zapytał Szymon.
-Zaraz. Czy ten koleś nie siedział już wcześniej w Mc Donaldzie, stolik obok nas? – zapytała Agnieszka.
-Kurde! Nie zwróciłem uwagi na taki szczegół… - zdenerwował się Marcin.
-Jeśli tam siedział, to i słyszał wszystko. Myślicie, że chciał nas ostrzec? – zapytał Szymon.
-Zapewne tak. Ej, bo taki pomysł mam. Mówiliśmy, że nie mamy żadnych wskazówek odnośnie położenia tej sali. A jeśli, Google, da nam odpowiedź? – zapytał Marcin.
-Niby jak? Przydałby się jakiś laptop czy coś. – powiedziała Agnieszka.
-Mam laptopa, ale na nic on nam, jeśli tam nie będzie wi-fi. – stwierdził Marcin.
-Obserwujcie drogę. Może coś jeszcze się pojawi. – stwierdziła Jowita.
-Masz rację. A ja muszę się od stresować. – powiedział Marcin, zakładając na uszy słuchawki. Widząc, że Szymon obserwuje drogę, włączył sobie internet w telefonie, i zapomniał na chwilę o reszcie. Zapomniał tak bardzo, że po jakimś czasie wystraszyło go szturchanie Szymona.
-No? – zapytał Marcin zdejmując lewą słuchawkę z ucha.
-Dojechaliśmy. – odparł Szymon. Marcin zmrużył brwi i się zdziwił. Faktycznie, część osób wstała, i zaczęła ubierać bluzy.
-Szybko coś. – stwierdził Marcin.
-No jeszcze jest w miarę jasno. Burzy też nie ma. Więc chyba sen się nie spełni. – powiedział Szymon.
-Ale i tak coś tu nie gra – stwierdził Marcin.
-Wstawaj, nie chce mi się tutaj tkwić dłużej. – odparł Szymon.
-Idę, idę. Ałć. Ale takie podróże męczą. – westchnął Marcin.
-Kiedyś wymyślą teleportacje, mówię ci. – powiedział Szymon.
-Też tak myślę. Na przykład, dziesięć lat temu jakoś powstały telefony dotykowe, a teraz i one przestają być mocne. Ludzie wolą Google Glass, albo mają tablety. Te od Google są fajne. Wiesz? Mam nawet w plecaku. – powiedział Marcin.
-No Google, odkąd pamiętam miało szybki rozwój. Najpierw w Internecie, potem robiło własne produkty. – powiedział Szymon.
-Poczekaj, może się przydać do robienia zdjęć. – powiedział Marcin.
-Ale co? – zapytał Szymon.
-No Google Glass. – powiedział Marcin. Zaczął grzebać w plecaku.
-To można tym robić zdjęcia? – zdziwił się Szymon.
-No pewnie. I to normalną jakością, tak jak samemu widzisz. – powiedział Marcin wyciągając plastikowy pojemnik z okularami.
-Nie miałem pojęcia tak szczerze. – odparł Szymon. Oboje zdążyli wyjść już z autokaru. Marcin zaczął się rozciągać. Zrobił też na szybko kilka zdjęć. Widać było, że przeszła tutaj burza. Teren był dość mokry i obfity w wielkie kałuże. W końcu wszyscy wyszli z autokaru. Jako, że na Marcina padały zdziwione spojrzenia innych, domyślił się, że powinien zdjąć swój sprzęt.
-Dobrze grupo, przeliczyłem was, więc możemy udać się do środka. – powiedział pan Roman.
-Mamy godzinę za sześć siedemnastą. Ja mam nadzieję, że już nam dziś dadzą spokój. – westchnął Marcin.
-A daj spokój. Dziś wieczorek integracyjny. – westchnęła Agnieszka.
-Dobra, chodźmy, bo oni już wchodzą. – odparł Marcin. Ruszyli z grupą, ciągnąc swoje bagaże. Marcin już wcześniej, w autokarze patrzył na zdjęcia pensjonatu więc nic go nie zdziwiło. Cały drewniany, jedynie kominek był kamienny, ale również odcień mógł mylić się z drewnem. Niedaleko leżał stół, a za nim dwa krzesła. Wcześniej pomyśleli, że to jest recepcja. W rzeczywistości, był to kącik dla kreatywnych. Na stole leżały kredki, mazaki, farbki i pastele. Do tego pełno, w większości popisanych kartek. Na środku pokoju był dywan, ze skóry niedźwiedzia. Na jednym z końców była dorobiona jego sztuczna głowa, z wielkimi zębiskami. Przy kominku stały dwie sofy i drewniany mały stolik. Marcin już wiedział, gdzie będzie spędzał wieczory.
-Noo, więc gdzie jest jakieś powitanie? – zapytała jakaś dziewczyna w tłumie.
-Już do nich dzwonię… - powiedziała pani Basia. Okazało się jednak to nie być konieczne, bo zanim pani Basia odnalazła swój telefon w dość sporej torebce, przyszło dwoje, na oko pięćdzisięcio letnich staruszków.
-Dzień dobry młodzieży. Zapewne jesteście zmęczeni. Zróbcie jakiś podział, a jak oni pójdą, to musimy porozmawiać. – powiedział właściciel do pana Romana.
-Ou… no dobrze. – odparł pan Roman lekko zdziwiony.
-No więc klucze… - powiedziała na wstępie pani Barbara.
-O ile pamiętam, pokoje na pierwszym piętrze są dwu osobowe, a na wyższych piętrach trzy osobowe. – powiedział pan Roman.
-Dajcie nam moment. – powiedziała pani Barbara i zaczęła szeptać z panem Romanem.
-Obawiam się tego przybycia do pokoju. – powiedział cicho Marcin.
-Ryzykujemy i bierzemy trzy osobowe? – zapytał Szymon.
-No okej. Sebastian, ty z nami, nie? – zapytał jeszcze Marcin dla pewności.
-Wiadomo. – uśmiechnął się Sebastian.
-No dobrze, to może bez narzucania, najpierw niech podejdą ci, którzy chcą być tylko w dwójkę w pokojach… - powiedział nagle głośno pan Roman. Podeszły może trzy pary.
-No ale mówiłem o parach damsko damskich, lub męsko męskich, a nie o parach innej płci. – odparł pan Roman na widok jakiś dwóch osób, których Marcin nie kojarzył.
-To już rodzeństwo nie może być razem? – zapytał chłopak.
-Rodzeństwo? Poczekajcie… za chwile o tym pomyślimy, na razie poczekajcie. – powiedział pan Roman. Pani Barbara rozdała w międzyczasie klucze parom, a pary udały się już wolno do pokoi.
-Jakieś toalety tutaj są? – zapytał Marcin.
-No tam chyba masz znaczek. – powiedział Szymon, wskazując drzwi kawałek dalej.
-Chodź, bo ważna sprawa. – powiedział Marcin.
-Jak ważna to idę. – powiedział Szymon. Oboje poszli i pomyśleli, że może to dziwnie wyglądać. Oboje się załatwili i spotkali z powrotem przy myciu rąk.
-Mimo wszystko chce, aby sny się spełniły. Zrobimy tak. Jak będziemy mieć już klucz, to ja otwieram drzwi i wchodzę do pokoju pierwszy. Ogólnie, spróbuję zrobić to tak, jak wyglądało w moim śnie. – odparł Marcin.
-Chodźmy lepiej, bo klucze się skończą i nici z planu. – odparł Szymon.
-Fakt, lekko zawaliłem. Oby Sebas pomyślał i zabrał klucz. – powiedział Marcin. Wystrzelili razem z toalety i dołączyli do grupki. Zostało ich może z piętnastu.
-Dobra, wy możecie być w sumie razem. – wskazał pan Roman na jakąś trójkę dziewczyn.
-Tylko my z facetów zostaliśmy, więc chyba spoko. – powiedział Marcin. Po chwili zostało ich jeszcze sześciu. Aga, Sebastian, Marcin, Szymon, i jakieś dwie dziewczyny.
-I otóż problem jest taki, że została już tylko jedna trójka, no i jedna dwójka. Musicie wybrać, kto z kim. – powiedział pan Roman.
-Ale to jest pokój czteroosobowy. – powiedział jeden z właścicieli, który nagle zjawił się obok.
-Dasz radę Aguś z chłopcami? – zapytał pan Roman swoją córkę.
-A spokojnie. Jestem grzeczna, znasz mnie. – uśmiechnęła się Agnieszka.
-No to po kłopocie. – uśmiechnęła się pani Barbara dając Agnieszce klucz do ręki.
-Chodźcie. – zachęciła Agnieszka. Ruszyli wzdłuż korytarza.
-Jesteśmy na trzecim piętrze aż. Nie pamiętam, abym w śnie zeskakiwał z wysoka. – powiedział Marcin.
-I co teraz? – zniesmaczył się Szymon.
-Chodźmy. Nic już nie zrobimy. – odparł Marcin. Po długiej i morderczej drodze, udało im się w końcu dostać pod drzwi. Marcin bez nadziei włożył klucz w drzwi, kiedy nagle, w środku pokoju coś spadło na ziemię. Nie czekając na innych, Marcin przekręcił drzwi, i jak to była w takich momentach, klucz nie chciał przeskoczyć na końcu.
-Nosz… - powiedział Marcin. Kręcił kluczem, aż w końcu drzwi udało mu się otworzyć. Otworzył je na oścież i poczuł na sobie gwałtowny podmuch. Okno było otwarte na oścież, a Marcin nie zobaczył nikogo, kto mógłby coś zrzucić. Mało tego. Nic nie zauważył aby leżało na podłodze. Zostawiając bagaż podleciał do okna i wyjrzał na zewnątrz. Kawałek dalej, po łące, biegł zakapturzony koleś, którego Marcin już wcześniej spotkał.
-Chodźcie! – krzyknął Marcin. Podleciała najpierw Agnieszka. Spojrzała przez okno i natrafiła na niego wzrokiem.
-Spóźniliśmy się trochę. Nie było burzy, ale on był. – machnął ręką Marcin. Reszta podleciała do okna, akurat, gdy Kapturnik zniknął w lesie.
-O kurde… chyba miałeś rację… On naprawdę ma racje! – powiedziała podekscytowana Agnieszka.
-Tak. W śnie położyłem ten przedmiot na biurku. – powiedział Marcin, biorąc z parapetu, coś dosyć ciężkiego.
-Ale co to jest? – zapytał Sebastian.
-Wygląda jak wyrzeźbiony w jakimś kamieniu zegar z kukułką. Pytanie po co to jest? – zapytał Marcin.
-Rzeczywiście, jest daszek, drzwiczki i stopka, która opiera się o kamień. – powiedział Szymon.
-Drzwiczki wyglądają, jakby serio się otwierały. Widzicie? Jest jakiś otwór, chyba na klucz. – powiedział Marcin.
-Czyli musimy znaleźć klucz. – odparł Sebastian.
-Chyba nie trzeba będzie. – uśmiechnął się Marcin grzebiąc w kieszeniach. Wyjął… klucz.
-Masz klucz! – podekscytował się Szymon.
-Uniwersalny. Zobaczymy, czy wyczuje ten zamek. – odparł Marcin. Wsadził klucz do dziurki, i nacisnął guzik na górze klucza. Zaczął szczękać metal o metal, jednak nic poza tym. Marcin po chwili dał sobie spokój i wyjął klucz.
-Nie da rady? – zapytał Szymon.
-Nie da, jesteśmy znów w martwym punkcie. – powiedział Marcin. Odłożył figurkę i rzucił się na łóżko zmęczony.
-Jeśli tamtemu komuś tak naprawdę zależy abyś szedł jego śladami, to i do klucza nas doprowadzi. – stwierdziła Agnieszka.
-Czyli wystarczy poczekać. – oznajmił Marcin. Po tym, jak wszyscy się wypakowali, nadszedł czas na kolacje. Całą czwórką zeszli na sam dół i usiedli pod kominkiem. Było dość ciepło, więc w kominku leżało jedynie drewno, ułożone w ładny sposób. Nikt nie myślał, aby go zapalić.
-Cieszmy się wakacjami. Rozejrzyjmy się, może coś tutaj nie gra. – powiedziała Agnieszka.
-Co ma nie grać? – zapytał Sebastian.
-Aaa, bo Seba nie widział tego… Kapturnik pojawił się znów w czasie jazdy, informując nas napisem, że mamy być ostrożni i uważni. – powiedział Szymon. Marcin rozejrzał się po sali. Było ich około trzydziestu, a schodzili się coraz to nowsi. Zaraz obok siedziało rodzeństwo, które mimo wszystko dostało jednak pokój razem. Nieco dalej Jowita gadała z jakimiś dwiema Gotkami. Jeszcze dalej, Marcin zauważył jednego ze swoich kumpli, Dawida. Nie chciało mu się jednak iść z nim witać. W kąciku dla kreatywnych, siedziało kilka młodszych uczestników i rysowali coś na kartkach. W kącie, siedziały cztery dość tajemnicze osoby. Na pierwszy rzut oka byli oni dość bogaci. Mocne ubrania, drogie komórki, oraz dość mocny laptop. Był nawet lepszy jak ten od Marcina, który wziął ze sobą.
-Tamta czwórka na końcu nie wydaje się przyjaźnie nastawiona. – stwierdził po chwili Marcin.
-Czemu? – zapytał Szymon, patrząc na nich.
-Nie gap się. Obserwują wszystkich i komentują to między sobą. Do tego wyglądają jak młodociane dresy. – odparł Marcin.
-Nie żeby coś, ale my też obserwujemy tu wszystko i gadamy między sobą. – powiedziała Agnieszka.
-Nie wiem. Wyłapuje wszystko co podejrzane. A ci? – zapytał Marcin pokazując na rodzeństwo obok nich.
-A co z nimi? – zapytał Szymon.
-On jej dał buzi. – stwierdził Marcin.
-No to, raczej nie jest podejrzane. I powiem ci, że nieźle wkręcili opiekunów. Jakby się mój ojciec dowiedział, to by mieli przerąbane do końca. – powiedziała Agnieszka.
-No raczej, nie inaczej. – stwierdził chłopak, udający brata swojej dziewczyny.
-Haha, nieźle. – zaśmiał się Marcin. Wyjął przy okazji laptopa i uruchomił go.
-Możecie nam pomóc? – zapytała jego dziewczyna.
-Hmm, to zależy o co chodzi. Nawet się nie znamy. – odparł Marcin.
-Jestem Monika, a on to Filip. Nie przyjechaliśmy tutaj na wczasy. Mamy dużo ważniejszy cel. – powiedziała Monika.
-No ej, mieliśmy nie ujawniać się… - zaczął Filip.
-Nie pozwolili ci laptopa zabrać, a potrzebujemy map i informacji. – powiedziała Monika.
-No dobra… więc nie zdradźcie nic nikomu o tym co zaraz usłyszycie. Chodzi o sprawę dworku, księcia Bogusława. No więc w średniowieczu, czy jakoś tak, panowała sobie tutaj taka dynastia. Przez wieki gromadzili skarby. Skarbu nie odnaleziono, a sprawa nie została nagłośniona. Więc, jeśli nikt nie odnalazł skarbu, to być może wiemy, gdzie go szukać. – powiedział podekscytowany Filip.
-No nie wierzę. Przygody się do mnie kleją odkąd tu jestem. – Marcin pokręcił głową z niedowierzaniem.
-To pomożecie? Jeśli już coś znajdziemy, to dla naszej dwójki przynajmniej połowa całej stawki. Reszta dla was, do podziału. – powiedział Filip.
-Wchodzimy w to. Więc, gdzie znajduje się wasz skarb? – zapytał Marcin.
-Dworek zamienili na taki zameczek, który stoi niedaleko. Możemy wybrać się jutro, jakby był wolny czas. – powiedziała Monika. Nagle coś nad nimi zaczęło lekko skrzypieć.
-Słyszycie to? – zapytała Agnieszka.
-Tak, widziałem jakieś osuwiska za domkiem. Pewnie po deszczu się osuwa ziemia. – stwierdził Marcin.
-To… czemu my stąd nie uciekamy jeszcze? – zapytała przerażona Monika.
-Niee, spokojnie. Jakby dom miał się zawalić, to raczej byśmy to wcześniej jakoś odkryli. W sensie ściany musiałyby być popękane, cały dom musiałby skrzypieć przy najmniejszym podmuchu wiatru… - oznajmił Marcin.
-Ale ten dom wyraźnie zaczyna dawać nam ostrzeżenia. – powiedziała Monika.
-Spokojnie, zobaczymy co będzie w następnych dniach. – powiedział Marcin.
-Tylko, że to były akurat kroki ludzi. – uspokoiła ich Agnieszka.
-Ludzi? Ale co tam jest, tak w ogóle? Przecież pokoje są umieszczone w drugiej części pensjonatu. – powiedział Sebastian.
-No właściciele muszą chyba gdzieś mieszkać. Nie wiem… - stwierdził Szymon. Kroki akurat ucichły, ale zaraz po nich, zaczęło się coś jeszcze gorszego.
-O w mordę… - słyszycie? – zapytał Filip.
-Ktoś sobie na organach gra. Powaliło ich? – zapytał Marcin. Nagle kącik dla kreatywnych przewrócił się na ziemie a dzieci z piskiem uciekły po schodach do góry. Poza tym kilka mniejszych grupek przysunęło się bardziej pod kominek.
-No i nie pogadamy o skarbie. – westchnął Szymon.
-Spokojnie, mamy tydzień, aby go odnaleźć. – powiedział Marcin. Muzyka ucichła, a z kuchni, przyszli dwaj właściciele, ubrani w kucharskie, białe fartuchy z białymi czapami.
-Na kolację dziś, rosołek! Ale, co się wam stało? Wyglądacie, jakbyście wszyscy zobaczyli ducha. – powiedział zdziwiony właściciel.
-Wystraszyli się grających organów. – wyjaśnił jeden z czwórki, siedzącej w kącie. Oni chyba jako jedyni zachowali spokój podczas całej tej akcji.
-Organy? A cóż to za brednie? – zapytał drugi z właścicieli.
-No grały sobie… - powiedziała jakaś dziewczyna z tłumku na środku.
-Pewnie komuś telefon dzwonił. – machnął ręką właściciel. Na wózku na kółkach, który przywieźli stała wielka misa z rosołem, a obok misy, pełno mniejszych misek dla wszystkich feriowiczów. Nikt już nie skomentował jego wypowiedzi. Mógł mieć rację, przecież wciąż nie było wszystkich, a ktoś mógł po prostu zrobić wszystkim głupi żart.
-Więc chodźmy jeść. – stwierdził Sebastian, po czym wszyscy ruszyli jeść.
***
Po skończeniu posiłku, wszyscy rozeszli się swoim tempem do pokoi. Marcin poszedł jako jeden z pierwszych. Gdy doszedł na swoje piętro, stwierdził, że nie zauważył wcześniej drzwi na strych. Był jednak dość zmęczony podróżą, aby to zbadać. Otworzył drzwi, i zauważył znów otwarte okno. Na zewnątrz, wiatr zaczynał nabierać na sile a w oddali widać było błyskawice. Zauważył wtedy małą karteczkę, która była w połowie przygnieciona posążkiem. Zamknął okno, po czym odczytał na głos zawartość karteczki.
-Obserwuj jeszcze dokładniej, niż dotychczas. Nic nie dzieje się przypadkiem. Podpisano K.
-Co tam gadasz do siebie? – zdziwił się wchodzący do pokoju Szymon.
-Tajemniczy Ktoś, zostawił kartkę. – powiedział Marcin i dał ją Szymonowi.
-K, jak Kapturnik. – zdziwił się Szymon.
-K jak Kowalski, K jak Krawczyk, K jak Kamil. Długo by wymieniać. – wzruszył ramionami Marcin.
-Ale czemu akurat napisał K? Jak myślisz? Moim zdaniem nas podsłuchuje. Wie, że go nazywamy Kapturnik. Jak napisał, nic nie dzieje się przypadkiem. Do tej pory mieliśmy dość sporo wydarzeń. Połączmy to w całość. – powiedział podekscytowany Szymon.
-Zapisz to na kartce, opowiedz reszcie grupy. Dziś już nie mam siły na myślenie. Zapewne masz rację, a teraz nic już nie zrobimy. Jeśli on nas słyszy, to jak nie mam racji, niech mi tu zagrają organy. – powiedział Marcin. Jak, że nic nie usłyszał, wyszedł z pokoju do łazienki. Gdy wrócił, reszty nie było, jednak nie miał już siły myśleć co z nimi. Na dobranoc, zagrały organy. Marcin nie wiedział, czy to reakcja Kapturnika, czy przypadek. Przysłuchał się i odkrył, że muzyka dochodzi, z drugiej części domu, tam, gdzie słyszał wcześniej kroki. Po chwili wszystko ucichło, pozostały tylko krzyki z innej części domu. Zapewne młodsi reagowali na organy. Włączył muzykę w słuchawkach po czym zasnął.
#2 Nawiedzony dom
Marcin zerwał się z łóżka. Coś mu nie pasowało. Ściany wokół trzeszczały a on sam nie wiedział co jest grane. Na zewnątrz było ciemno. Wybiegł z pokoju, nieco przerażony. Za nim z pokoju wyszedł Szymon.
-Co się dzieje? – zapytał Marcin.
-Mnie się pytasz? Wszystko się sprawdza… - powiedział Szymon.
-No to teraz musimy… - zaczął Marcin.
-Ciii! – szepnął Szymon. Zamilkli, ponieważ wśród trzeszczących ścian, usłyszeli kroki na schodach.
-Idą tu! – wystraszył się Marcin.
-Kto? – zapytał Szymon nieco przerażone.
-Oni! – szepnął Marcin, wciągając Szymona do pokoju. Zamknął szybko drzwi swoim kluczem.
-Wiedzą, że my wiemy o nich… myślisz, że chcą nas załatwić raz, na zawsze? – zapytał zdziwiony Szymon.
-Nie wiem. Ale… - niedokończył, ponieważ ktoś mocno przywalił w ich drzwi.
-Co jest grane? – zapytała obudzona Agnieszka. Sebastian również podniósł głowę.
-Obawiam się, że musimy zrobić, to co robił Kapturnik. Zejść po linie! – przeraził się Marcin.
-Opowiadałeś nam inną, podobną wersję tego. – zauważył Szymon.
-Każdy sen, odnośnie tej sprawy nie spełniał się idealnie. Zawsze coś było innego, niż we śnie. – odparł Marcin, otwierając okno. Wiatr i deszcz uderzyły dość mocno w niego. Upadł na ziemię, co było ostatnią rzeczą, którą zapamiętał…
***
Marcin obudził się z krzykiem. Znów śnił mu się sen, którego nie zrozumiał. Miał wrażenie, że śni nie swoje sny.
-Co się stało? – spytał Sebastian, który już nie spał.
-Kolejny proroczy sen. Boję się teraz… - westchnął Marcin.
-Co ci się śniło? – zapytała zaciekawiona Agnieszka.
-Trzeszczały ściany, po czym wyleciałem z pokoju, na korytarz. Za mną wyleciał Szymon. Spytał się mnie co jest grane. Powiedziałem mu, że wszystko się sprawdza… tylko, że nie wiem o co mogło chodzić. – powiedział Marcin.
-Hmmm, może sen się sprawdzał we śnie? – zaśmiał się Sebastian.
-No nie wiem. Tak czy siak, usłyszeliśmy kroki, a ja się wystraszyłem, bo wiedziałem kto to. Nazwałem ich, „oni”. Schowaliśmy się w pokoju, który zakluczyłem. Gdy zaczęli się dobijać, obudziło to was. Szymon wcześniej jeszcze spytał mnie, czy chcą nas załatwić, bo niby wiemy o nich. No więc wyglądało na to, że chcieli nas załatwić. Zaproponowałem ucieczkę po linie, a Szymon powiedział, że opowiadałem wam już ten sen, tyle, że inną wersję. Stwierdziłem, że każdy sen, był inny jak jego późniejsza rzeczywista wersja. No i tu by się zgadzało. Wczoraj przez guzdranie, sen nie wypalił, ale Kapturnika widzieliśmy. – powiedział bez przerywania Marcin.
-Mamy się bać? – zdziwiła się Agnieszka.
-Jeśli chcecie, to możecie przerwać tą przygodę. Jakoś nie boję się aż tak, choć lekki niepokój tam mam. – odparł Marcin.
-Żartujesz chyba! – powiedział zdziwiony Sebastian.
-Słyszycie? Ktoś gra na gitarze. – przerwała rozmowę Agnieszka.
-Były organy, teraz gitara. No co? Mają tutaj może jakieś kółka muzyczne. – odparł Marcin.
-Niee… na zewnątrz ktoś gra. – podeszła do okna i sprawdziła to. Pokazała im ręką, żeby to zobaczyli.
-O kurde, co to ma być? – zdziwił się Marcin.
-Jak dla mnie, to… nie wiem. – powiedział Szymon. Zobaczyli mianowicie stary jak świat samochód typu ogórek. Był żółty, miał zasłony w oknach, a ze środka wysiadło sześć młodych osób. Jeden z nich grał na gitarze.
-No jasne! Animatorzy. – stwierdziła Agnieszka.
-Czyli opiekunowie? – zdziwił się Szymon.
-Ale to Romek i Baśka mieli się nami zajmować. – zdziwił się Marcin.
-Tylko przez pierwszy dzień. Oni organizują, a animatorzy, będą nas na grupy dzielić, no i każdy zajmie się swoimi. – powiedziała Agnieszka.
-Głupio… - zaczął narzekać Sebastian.
-Nas zapewne dadzą do jednej grupy. Mnie, Sebastiana, no i Marcina. – powiedział Szymon.
-Chodźmy może na dół. – powiedziała Agnieszka. Wszyscy zlecieli po schodach, dołączając do sporej grupki zebranych już osób. Wyszli przed dom i obserwowali całe zajście. Na Agnieszkę, machnął ręką pan Romek, więc opuściła chłopaków.
-E tam, nic się nie dzieje ciekawego. – stwierdził Sebastian.
-Psyt, chodź na moment. – zagadała go Monika.
-Więc o co chodzi? – zapytał Marcin.
-Będzie może dziś jakiś czas wolny? – spytała się go Monika.
-O ile wiem, to jak wrócimy z obiadu. Czyli nieco później. – odparł Marcin.
-Bylibyście dziś do dyspozycji? Zamierzamy pójść do tego zamku. – odparła Monika.
-Naturalnie. Miałem wam tak w ogóle coś sprawdzić. Jakąś mapę czy coś. – powiedział Marcin.
-Tak. Przydałaby się mapa podziemi dworku z siedemnastego wieku. – powiedziała Monika.
-Hmm, będę w pokoju to poszukam. – stwierdził Marcin. Stracił z zasięgu wzroku Agnieszkę i Szymona. Sebastian z kolei gadał z jakąś dziewczyną, więc nie chciał mu przeszkadzać. Znów usłyszał kroki nad sobą.
-Dziwne to wszystko. Organy, kroki. Dziwni staruszkowie, oraz można tu wliczyć czwórkę, która wczoraj się nie wystraszyła tego wszystkiego. – powiedziała Monika.
-No właśnie. Nie wiem co jeszcze można tu wliczyć. – westchnął Marcin. Jego rozważania zakończyło nadejście sporej grupki osób. Wszyscy byli w piżamach lub mieli nałożone na siebie długie i ciepłe bluzy.
-Śniadanko za chwilę! – usłyszeli schodzącą po schodach panią Basię. Jak powiedziała tak też się stało. Zanim wszyscy zeszli, do kuchni wjechał wózek z kanapkami. Kierowali po raz kolejny raz, ubrani staruszkowie, w białe czapy i fartuchy.
-Mniam! Pora na jedzonko. – uśmiechnął się Marcin, ruszając do talerza. Wziął kilka kanapek i po chwili namysłu, poszedł z nimi do pokoju. Minął po drodze jakąś dziewczynę, która go zaczepiła.
-Widziałam wczoraj, że masz laptopa. Dasz mi wejść na fejsa? – spytała się go. Marcin szczerze się zdziwił.
-Laptop… ale nie ma Internetu. – odparł Marcin.
-Nie ma problemu. Wzięłam przenośny. – odparła.
-To dam ci tablet na godzinkę – odparł Marcin.
-Dziękuję. Powiem ci, że myślałam, że będzie tu jakaś kafejka, czy coś. – powiedziała dziewczyna.
-Ale w kafejce jest internet. Więc po co ci taki internet przy sobie? – spytał Marcin.
-No właśnie w razie, gdyby nie było Internetu, ani kafejek. Wiedziałam, że ktoś weźmie cokolwiek ze sobą. – odparła dziewczyna.
-Do tej pory, kogo nie poznałem to miał jakiś ukryty cel podróży w to miejsce. Rozumiem, że chcesz wypocząć? – zagadał Marcin, ruszając powoli do swojego pokoju. Nieznajoma podążyła za nim.
-Co? Też tego ktoś szuka? – zdziwiła się dziewczyna.
-Mówisz o skarbie, ukrytym w zamku? – zapytał Marcin.
-Skarbem tego nie nazwałabym. Podobno jakaś figurka, warta grube dziesiątki tysięcy znajduje się w pobliżu tego miejsca. – powiedziała dziewczyna.
-Figurka? – zdziwił się Marcin.
-Taki kamienny zegar z kukułką. Ale najcenniejsza jest jego zawartość. Mówią, że istnieje tylko jeden, jedyny klucz takiego rodzaju, który zaginął. Otwiera on ten posążek, a zawartość ponoć zawiera jedną z największych zagadek ludności. – powiedziała podekscytowana dziewczyna. Marcin otworzył szeroko oczy. Przecież taka figurka leżała w jego pokoju, do którego szli. Musiał coś wymyślić.
-Hmm, no to jakoś wygląda mi na brednie. Zresztą, nawet jeśli byśmy mieli posążek, to skąd weźmiesz klucz? – zapytał zdziwiony Marcin.
-Niedźwiedzia głowa. – uśmiechnęła się dziewczyna, wyjmując okrągły przedmiot, niewiele przypominający klucz.
-Chcesz mi powiedzieć… że był on na dole od samego początku? – zdziwił się Marcin.
-Dokładnie. Wystarczyło trochę wczytać się w wikipedie i strony z legendami o tym miejscu. – powiedziała dziewczyna.
-Chcesz stworzyć duet? Co bym dostał, jeśli miałbym w jakiś dziwny sposób tą figurkę? – zapytał Marcin.
-Że być z tobą? Wiesz, nawet nie wiem jak masz na imię. – powiedziała dziewczyna zdziwiona.
-Aaa, nie taką parę. Duet poszukiwaczy skarbów. No a tak w ogóle, Marcin jestem. – powiedział Marcin stając przed swoim pokojem.
-No moglibyśmy. Ale tylko, jeśli posiadałbyś figurkę. No a ja nazywam się Gosia. To co, dasz ten tablet? – spytała się go.
-Więc… mam dla ciebie coś zupełnie lepszego. – uśmiechnął się Marcin otwierając drzwi. Teraz wiedział o co chodziło Kapturnikowi. Miał odkryć, że w dywanie, na środku salonu, w głowie niedźwiedzia, był ukryty klucz. Zrozumiał też, że teraz musi być z nią w grupie, a jego pierwszy sen, który jeszcze śnił w domu, będzie nie do zrealizowania. Zapewne grupa będzie nieco bardziej rozbudowana. Marcin rozmyślając wszedł do środka, zapraszając Gosię do siebie.
-To znaczy? – zapytała się go.
-Popatrz na stolik. – uśmiechnął się Marcin. Patrzył na Gosię i na jej zmianę wyrazu twarzy. Przyjrzał się jej. Miała ciemne włosy, oraz lekko piegowatą twarz. Do tego ciemna koszulka z rockowym zespołem.
-Znalazłeś przede mną! Jesteś wielki! – ucieszyła się Gosia.
-To może chcesz odkryć zawartość? – zapytał Marcin.
-Już jestem cała podekscytowana! – podleciała Gosia do posążka i wsadziła klucz wprost do otworu. Chwilę kręciła, po czym mechanizm sprawił, że drzwiczki otwarły się, a zza drzwiczek wyleciała mała kukułka. Wyleciała dosłownie, ponieważ wystrzeliła na podłogę. Po chwili powoli, zaczął wysuwać się stary papier.
-Kartka? – zdziwił się Marcin.
-Pewnie opis miejsca, albo nawet lokalizacja. – powiedziała Gosia. Marcin wziął kartkę, po czym lekko zawiedziony, dał ją Gosi.
-Potrafisz mówić po niemiecku? Mam w szkole tylko francuski. – westchnął Marcin.
-Niestety nie. Przecież chodzę z tobą do szkoły. Tylko jestem rok starsza. – powiedziała Gosia.
-Aa, to przepraszam, że cię nie poznałem. Faktycznie, taka znajoma lekko twarz. – uśmiechnął się Marcin. Nagle do pokoju wpadł Sebastian, a z nim jakaś dziewczyna.
-Oj… myślałem, że jest tutaj pusto. – powiedział zdziwiony Sebastian.
-Potrafisz niemiecki? – zapytał się go Marcin.
-W szkole tylko angielski i rosyjski mam. – powiedział Sebastian zdziwiony.
-A to nieważne, możesz iść.- machnął ręką Marcin.
-A ty, jaki miałeś cel podróży w to miejsce? Taki sam jak ja? – zapytała się go Gosia.
-Niee, u mnie to było tak, że byłem nastawiony na spokojne wakacje. A teraz śnią mi się dziwne sny odnośnie niedalekiej przyszłości, śledzi mnie jakiś koleś, ten sam, który mi dał do pokoju ten posążek. –westchnął Marcin.
-Dlaczego więc chciał, abyś miał ten posążek? – zapytała Gosia.
-Do teraz nie wiem. Zbyt skomplikowane. Dawał mi tylko wskazówki, chyba co do położenia klucza. To znaczy, abym go znalazł. Ale mnie uprzedziłaś. – powiedział Marcin.
-Byłeś za mało spostrzegawczy. Znalazłam przypadkiem, gdy wystraszyliśmy się organ. – powiedziała Gosia. Jak na zawołanie, w drugiej części domu, zaczęły grać organy.
-No co to ma być. Miałem nadzieję, że mimo wszystko, to jednak był czyiś dzwonek komórki. Jednak jeśli to prawda, to właściciel chyba nie potrafi odbierać telefonu. – westchnął Marcin.
-Dobra. Dzięki za wszystko, ale teraz potrzebuję ten tablet. – powiedziała Gosia. Organy akurat ucichły.
-Mogę zatrzymać kartkę? Znajdę kogoś kto zna niemiecki, a jak mi nie ufasz to zrób sobie zdjęcie. – powiedział Marcin.
-Racja. Ufam, ale wiesz. Mówiłeś, że każdy miał inny cel podróży tutaj, to ktoś raczej może tego samego szukać. Jeśli tak jest, to wiesz, że mogą ci to nawet siłą odebrać.- powiedziała Gosia.
-Możesz mieć rację. Też zrobię zdjęcie, a papierek bym nawet zniszczył, tak na wszelki wypadek. – powiedział Marcin.
-Nie wiem, czy to dobry pomysł. Może jest jakiś ukryty szyfr po zgięciu kartki, czy coś. Poczekaj, aż ktoś ci tego nie przetłumaczy. – powiedziała Gosia.
-Marcin! Czemu… stoicie, przy tym? – zdziwiła się Agnieszka, która weszła razem z Szymonem.
-Miała klucz. Więc przecież nie okradłbym jej. Pomoże nam. – powiedział Marcin.
-Umiecie niemiecki? – spytała z nadzieją Gosia.
-Ja potrafię. I to całkiem nieźle. – ucieszył się Szymon.
-Więc tłumacz. – podał mu Marcin kartkę.
-To coś… było w figurce? – zapytał Szymon.
-No tak. I kanarek. – powiedział Marcin.
-Ten kanarek… wygląda jak klucz! – zdumiała się Agnieszka, która podniosła go z ziemi.
-Pokaż… - Marcin był zdziwiony. Obejrzał go, po czym stwierdził, że faktycznie. Kształt kanarka, skrzydła, dziób i ogon, sprawiały wrażenie, że kanarek jest kluczem.
-Dajcie mi chwilkę. – powiedział Szymon. Wyjął okulary, co wszystkich zdziwiło.
-Ładnie ci w nich. – powiedziała do niego Agnieszka. Pokazał palcem aby wszyscy byli cicho. W końcu ciszę, mlaskanie Marcina, ciche gwizdanie Sebastiana i stukanie na tablecie Gosi, przerwał podekscytowany Szymon.
-Nie rymuje się za bardzo po Polsku, za to po niemiecku ciekawie dosyć to brzmi. Otóż posłuchajcie. Ukryte dworku drzwi, w miejscu gdzie ciągle grzmi. Południe otworzy drogę ku prawdzie. Historia się już nie liczy, jest inna niż dotychczas. Prawda ta unieszczęśliwi podróżnika, który aby wszystko naprawić, będzie musiał wiele przeżyć. – powiedział Szymon nieco powoli.
-Hmm? Nie rozumiem. – stwierdziła Agnieszka.
-Dworek, to ten zamek. W moim pierwszym śnie, mówiłeś o ukrytych drzwiach. – stwierdził Marcin.
-No to widzisz. Wszystko się jak na razie układa. – powiedział Szymon.
-Miejsce, gdzie ciągle grzmi, to chyba ogólnie Słupsk. Przecież nawet teraz słychać w oddali burzę, mimo, że jest tam ładnie. – powiedziała Agnieszka.
-Południe otworzy drogę, ku prawdzie? – zapytał Marcin.
-Nie wiem. Południowa część zamku? Nie mam pojęcia. – stwierdził Szymon.
-O co chodzi z tą historią? Jak może być inna, niż ta, którą znamy? – zapytał Marcin.
-Może chodzi o teleporter. Mówiłeś coś, że ci się śnił. – powiedział Szymon.
-I to by się zgadzało. Odkryliśmy maszynę cofającą w czasie! – podniecił się Marcin.
-Jesteś pewny? – zdziwiła się Gosia.
-Nie. Ale jak mówiłem, mam sny. Przyśniła mi się dziwna maszyna pod ziemią. Jeśli to prawda… to rzeczywiście, możemy mieć kłopot z powrotem. Jak to powiedział Szymon, wiele przeżyjemy aby to naprawić. Ciągle wszyscy są ze mną? Nikt nie wymiękł? – zapytał się Marcin grupy.
-No o czym ty mówisz? Do końca jesteśmy ekipą. – powiedział Szymon. Reszta tylko pokiwała głowami.
-Naszym następnym celem, będzie odwiedzenie zamku w Słupsku. Dziś po obiedzie będzie czas wolny podobno. Więc idziemy. – powiedział Marcin.
-Nie koniecznie. Animatorzy mają dla nas jakąś grę podchody. – oznajmiła Agnieszka.
-No nie… ale dobra, mamy wciąż sporo czasu.- powiedział Marcin.
-A co teraz będzie?- zapytał Szymon.
-Zabawy integracyjne. To znaczy, każdy, będzie poznawał każdego, co lubi ta osoba, jakieś tego typu zabawy. Bardziej dla młodszej grupy, ale musimy przetrwać. – powiedziała Agnieszka.
-Więc chodźmy może. – powiedziała Gosia. Marcin wyszedł z pokoju zamykając drzwi. Zeszli wszyscy na dół, gdzie wszyscy kończyli jeść posiłek. Marcin zszedł po schodach, i coś mocno nagle uderzyło go prosto w czoło. Wyglądało jak kamień i spadło na ziemię. Poczuł, że leci mu krew z czoła i lekko się zdenerwował. Podniósł z ziemi przedmiot i szukał winnego. Gdy takiego nie znalazł, zaczął oglądać, czym oberwał. Jego zdumienie było wielkie.
-Muchobot… - stwierdził głośno Marcin.
-Że jak? – zapytał schodzący za nim Szymon.
-Mucha robot. Uderzyła mnie w czoło. Chyba wiemy, skąd Kapturnik wie o wszystkim. – pokiwał głową Marcin. Reszta, która z nim schodziła, dopiero teraz, zauważyła, że krwawi.
-Nic ci nie jest? – wystraszyła się Agnieszka.
-Spokojnie. Mam w pokoju apteczkę. Nie chce mi się iść, więc pożyczę od naszych dziwacznych staruszków. – odparł Marcin, skręcając w stronę drzwi do kuchni. Zostawił muchę w kieszeni, a sam zapukał do drzwi. Po chwili otworzył mu jeden ze staruszków.
-Ojej, a cóż to się dzieje? – zapytał się go na start, prawie niezrozumiale. Staruszek szybko zrozumiał swój błąd, wkładając sztuczną szczękę.
-Zawadziłem głową o coś metalowego. Można to jakoś zatamować? Bo czuję, jak mi już krew cieknie po szyi. – powiedział Marcin.
-Leonid! Gdzie mamy bandaże? – krzyknął staruszek.
-W tej szafce pod talerzami. – odparł drugi staruszek. Marcin wiedział już jak ma na imię.
-Dobrze młody synu. Na wojnie nie raz zdarzało mi się krwawić. To nic strasznego. – odparł staruszek.
-Spokojnie, przecież nic się nie dzieje. Chciałbym zapytać o dziwne sprawy, które mają miejsce w tym domu. Mógłby mi pan wyjaśnić? – zapytał się Marcin.
-No dobrze… widziałem, że masz wielu znajomych. Nie chciałbym, aby wybuchła panika. Musisz mi obiecać, że nikt nie dowie się o tym wszystkim. Wszystkie wycieczki jakoś przez to przechodzą, no i mają przeżycia do końca życia. Prawda jest taka, że w tym domu straszy. Jeśli słyszycie organy, kroki na strychu, widzicie cienie, albo czujecie zimne powietrze, czy jeszcze co innego, nie bójcie się. Do tej pory duchy nic nikomu nie zrobiły. Musisz wiedzieć, że strzegą one tajemnicy tego domu. Jeśli ktoś będzie chciał wejść na strych, może nie wyjść cało, bo duchy nie dopuszczą tam nikogo. Dlatego wejście, jest zamknięte, a klucz już dawno nie istnieje. – powiedział smutno staruszek. W międzyczasie owinął głowę Marcina.
-Czyli to miejsce, to po prostu nawiedzony dom? – zapytał powoli Marcin.
-Nawiedzony pensjonat jak już. Chyba wszystko gra. Miłej zabawy. – powiedział staruszek, wyraźnie kończąc rozmowę. Marcin wyszedł zza drzwi i powitały go oklaski.
-Co to ma być? – zdziwił się Marcin.
-Nie zjadł cię? – zapytał jakiś młodszy uczestnik wycieczki.
-Dziwny, ale miły staruszek, Nie ma się co bać. – uśmiechnął się Marcin. Oklaski po chwili ucichły, a Marcin dosiadł się do Szymona i Agnieszki. Sebastian siedział całkiem gdzie indziej, Gosia, siedziała na dywanie, a Filip i Monika, byli również daleko od nich.
-Co słychać? – zapytał się Marcin na powitanie.
-Bez zmian. Taką największą, to chyba to, że zaczęło nam się nudzić. – odparł Szymon.
-Znów są kroki. Jakby mocniejsze. – powiedziała Agnieszka słysząc ruchy na strychu.
-E tam. Idzie się przyzwyczaić. – odparł Marcin.
-Brr… ale zimno tu mają. – powiedział Szymon.
-Zimno? Może lekko. Spokojnie. – odparł Marcin. Był nieco spokojniejszy bo wiedział, że to wina nawiedzonego domu. Za razem też bał się, że poszukiwanie skarbu, albo wejście do zamku, do jego podziemi, rozbudzi demony. Wtedy przypomniał sobie sen. Poczuł gęsią skórkę. Obiecał nikomu o tym nie mówić, więc musiał trzymać język za zębami.
-Są wszyscy? Więc zaczynamy. Ja jestem Michał. Będę od dziś animatorem, który zajmie się najmłodszą grupą chłopców. Obok mnie jest Krzychu, który weźmie najstarszych chłopaków. Dziewczyny będą z Jagną oraz Marzeną. Dojadą do nas jeszcze dwie osoby, ale to za godzinkę. Więc zaczynamy zabawę. Chodźcie wszyscy, ustawmy się w kółku. – powiedział Michał. Miał na oko dwadzieścia kilka lat. Mimo braku włosów, nie był wcale brzydką osobą.
-Zacznę od siebie. Jestem Michał i lubię zarabiać pieniądze. – powiedział Kilka osób popatrzyło na niego zdziwiona, kilka się roześmiało. Pokazał palcem na pierwszą lepszą osobę. Przypadkiem trafiło na jednego z czterech chłopaków, którzy wczoraj się nie wystraszyli.
-Ja? No ja Adrian jestem. Lubię narty i kręgle. – powiedział chłopak. Na pierwszy rzut oka wyglądał, jakby się niczym nie przejmował. Miał ciemne włosy, podobnej długości co u Marcina, oraz był też podobnego wzrostu. Wskazał następną osobę, którą była Monika.
-Hmm, jestem Monika, mam szesnaście lat i lubię konie. – powiedziała Monika. Wskazała Filipa, który jej szepnął aby zmieniała to. Ona jednak się tylko zaśmiała.
-Pff, jestem Filip, lubię… nie wiem no. – powiedział Filip wskazując Agnieszkę.
-Jestem Aga, jest mi coraz zimniej, i lubię słuchać muzyki. – powiedziała.
-Jeśli dziewczyna mówi, że jest zimno, to trzeba ją przytulić. – szepnął Marcin do Szymona.
-Serio? – zapytał zdziwiony. Agnieszka tymczasem wskazała Szymona.
-Serio. – odparł Marcin.
-A jak ja powiem, że mi zimno to mnie też powinna przytulić? – zapytał cicho Szymon i dodał już głośniej. - No serio jest tu zimno. Jestem Szymon, lubię jeździć za granicę i poznawać inne kraje. – odparł Szymon, wskazując na Marcina.
-Jestem Marcin, jak już ktoś wcześniej powiedział, tak samo jak on lubię narty i kręgle. Do tego lubię słuchać muzyki. – powiedział Marcin, wskazując na Gosię.
-O jak miło. Nazywam się Gosia i już mi się tutaj bardzo podoba. – powiedziała, wskazując na drugiego z animatorów.
-Jestem Krzysiek i jestem kreatywny. Stworzyłem wam mnóstwo zabaw na ten wyjazd. – powiedział Krzysiek. Wyglądał na jakieś trzydzieści lat. Wskazał kolejną osobę. Marcin i tak wszystkich nie zapamiętał, poza czwórką, która im się wczoraj rzuciła w oczy. Nazywali się Adrian, Daniel, Dominik oraz Adam. Jako, że ich też było czterech, w podstawowej ekipie, bez Gosi, Filipa i Moniki, nazwał ich wrogą czwórką.
-Grupy będą dziesięcio osobowe. Ja biorę tych najstarszych. Ma ktoś ponad siedemnaście lat? – zapytał na początek Krzysiek.
-Najstarsi mają po szesnaście. – odparła Agnieszka.
-Więc, kto z chłopców ma szesnaście lat? – zapytał Krzysiek. Rękę podniósł Marcin, Filip, Szymon, Adrian oraz Dominik.
-Więc nas tylko pięciu będzie? – zapytał Filip.
-Nie, nie. Kto ma piętnaście z chłopaków? – zapytał Krzysiek. Tym razem ręce uniosło sześć osób. W tym Sebastian, Daniel oraz Adam. Zostali oni dodani do grupy. Było też dodanych dwóch, których jeszcze nie znali. Marcin przypomniał sobie, że jeden miał na imię Łukasz, a drugi Konrad. Następnie zostały wybrane pozostałe grupy, po czym odezwał się Krzysiek, ich animator.
-Myślałem, czy nie zacząć kolejnej zabawy, ale zimno tutaj. Ubierzmy się i chodźmy na zewnątrz. – powiedział Krzysiek. On jako jedyny nie miał na sobie piżamy.
-Dobra, bo mam już wrażenie, że nad sufitem unosi się para wodna. – powiedział zdziwiony Filip. Udali się szybko do pokoju. Marcin po raz kolejny był przed resztą. Otworzył drzwi, po czym zaczął szukać jakiejś kartki od Kapturnika. Tym razem nic nie znalazł. Gdy reszta przyszła, wyszukał sobie ubrania na dziś. Były to czerwone hawajki oraz biała koszulka z obrazkiem miasta. Wskoczył pod pościel i szybko się przebrał.
-Czy nie wydaje wam się, że coś dziwnego się tutaj dzieje? – zapytał Sebastian.
-To znaczy? – zapytała Agnieszka.
-Chociażby ten spadek temperatury. – odparł Sebastian.
-Mówią, że jak spada temperatura, to, że w pobliżu są duchy. – powiedział Szymon.
-Duchy nie istnieją. – powiedział Marcin.
-A mogłem zostać w domu. Jak ja przeżyje te siedem dni?! – wystraszył się Sebastian.
-Już sześć. Spokojnie. Przecież, jakby tutaj coś było, to by o tym pisali w Internecie… - zaczął Marcin, po czym nagle przeraził ich trzask drzwi zaraz za nimi. Co gorsze nikt przy nich nie stał. W tle grały organy, a na dole skrzypiała podłoga. Za Marcinem, pod pościel, oczywiście swoją, wskoczyła Agnieszka.
-Chodźmy stąd jak najszybciej. – odparła, szybko dosyć się przebierając. Nie trzeba długo było czekać. Równocześnie przebrali się pozostali, a potem już wszyscy wylecieli z pokoju jak najszybciej. Dziesięć minut później stali przed hotelem. Jak się okazało mieli ćwiczyć przed bieganiem.
-Póki nas jeszcze nie znają, może wymkniemy się i skoczymy obadać zamek? – zapytał Filip.
-Okej, w czasie biegów można. – powiedział Marcin. Zaczęli biegi dość powoli, ze względu na młodszą grupę. Marcin szybko sprawdził na GPS swoje położenie. Byli jakieś dwa kilometry od zamku, jednak z każdą chwilą odległość ta malała. Z oczu znikł im pensjonat, a zamiast niego, ukazało się nadmorskie miasto, pełne pamiątek i sklepów turystycznych.
-Kiedy pojedziemy nad morze? – zapytał jakiś młodszy chłopiec.
-Dziś się integrujemy, a jutro zamierzamy właśnie tam się udać. – powiedział Krzysiek.
-No to jutro nici z szukania. – powiedział cicho Marcin.
-Musimy zacząć dziś. – powiedział Szymon.
-Wiem, plan mam taki, abyśmy w trójkę, może Sebas będzie chciał to w czwórkę skoczyli na zamek. – powiedział Marcin.
-Seba to wątpie. Jakąś laskę spotkał i z nią ciągle przebywa. No ale co zrobić. – odparł Szymon.
-Nie wygląda to dobrze. Zostało półtora kilometra do zamku i znów zaczyna to rosnąć. Filip, chodź tu. – zawołał Marcin. Jednocześnie zwolnili, zostając z tyłu.
-Wymykamy się zaraz. – powiedział Marcin.
-Z tyłu biegnie drugi animator. Musimy to na jakimś zakręcie zrobić i być w miarę w środku grupy. – powiedział Filip. Przyspieszyli więc, powoli już sapiąc z przemęczenia.
-Teraz! – powiedział Marcin, po skręceniu obok jakiegoś domu. Szybko zszedł z drogi chowając się za jakimś domkiem. Kilka osób to zauważyło i byli raczej zdziwieni. Ukryli się za płotkiem, a gdy reszta przebiegła, ruszyli w biegu daleko przed siebie.
-Jeszcze pół kilometra! – powiedział Marcin, gdy przerwali bieg, kilka minut później.
-Już blisko. – stwierdził uśmiechnięty Filip.
-Już go widzę nawet chyba. Bo nie wygląda na zamek, a patrzyłem już jak miał wyglądać. – powiedział Marcin, pokazując palcem przed siebie. Budynek miał kremowe ściany, oraz jasno niebieski dach. Budynek nie wyglądał na zamek, raczej na kościół. Ponad dachem wystrzelała do góry nieco wyższa wieża. Było też dużo okien. Dotarli pod zamek chwilę później.
-Wchodzimy? – zapytał się Szymon.
-No przecież nie przyszliśmy aby popatrzeć na to, czy jest ładny, tylko aby zobaczyć już co nieco. – powiedział Filip. Marcin otworzył drzwi, po czym weszli do środka. Zaskoczyła ich ciemność. Znaleźli włącznik i nieco rozjaśniło się wnętrze.
-Proponuje znaleźć najniższe miejsce w budynku. – odparł Marcin.
-To schodami w dół. – powiedział Filip. Marcin zszedł jako pierwszy. Na dole już było jasno.
-Nie mam pojęcia gdzie tu może być coś takiego. – odparł Szymon.
-Mają tutaj bibliotekę, toalety. Ja pójdę do toalety, wy pokręćcie się po bibliotece.
-Jak skończysz, to dołącz do nas. – odparł Filip. Marcin skoczył do toalet. Były lekko zaniedbane. Wymagały raczej remontu. Szybko się załatwił i rozejrzał. Pomyślał, że może dobrze zrobi, jak będzie pukał w ściany. Zaczął od ścian z pisuarami. Stwierdził jednak, że ściana obok jest dziwnie pusta. Zaczął pukać. Niechcący natrafił na spękaną płytkę, która prawie spadła mu na nogę. Popatrzył w dół, i zobaczył dziwną małą półkę kamienną, przymocowaną w połowie do podłogi a w drugiej połowie do ściany. Była wielkości pięć na pięć centymetrów, a w środku, były wgłębione dwa dziwne wzory. Marcin wyjął klucz w kształcie delfina i wsadził go. Co dziwne, zadziałał. Przekręcił go, a w środku coś się przekręciło. Nie potrafił jednak już wyjąć go z powrotem, przez co lekko się zdziwił. Zaczął się mocować, jednak bezskutecznie. Marcin wyszedł i wszedł do biblioteki. Natrafił na Filipa i Szymona siedzących przy stole kawałek dalej. Siedzieli nad jakąś książką i wymieniali uwagi.
-Znaleźliśmy coś. – powiedział Szymon, widząc Marcina.
-Ja znalazłem wejście. – powiedział Marcin.
-To zaraz. Posłuchaj tego. W osiemnastym wieku, żył pewien władca, który miał tutaj majątek. Zgadnij gdzie mieszkał. – powiedział Filip.
-No w tym zameczku. – odparł Marcin.
-W naszym pensjonacie. Na nim kończy też się dynastia. Zginął broniąc swojego skarbu. Piszą, że od tamtego czasu w tamtym miejscu straszy. Pasuje jak ulał. Nasz pensjonat. Wyobrażasz to sobie? Skarb pewnie jest ukryty po tej części co i organy grają. – powiedział Filip.
-Apropos, potrzebujemy drugiego klucze delfinka. – powiedział Marcin.
-Poszukamy na strychu. Wracamy. – powiedział Szymon.
-Może nie mówmy nikomu o tym, że straszy. Tylko się wystraszy grupa. – powiedział Marcin.
-No spoko. Ale Monice powiedzieć muszę o skarbie i ogólnie. – powiedział Filip.
-No dobra. To idziemy, czy coś szukamy? – zapytał Marcin.
-Pokaż szybko nam swoje znalezisko. – powiedział Szymon. Marcin zaprowadził ich do toalety. W środku był jakiś mężczyzna, więc każdy wszedł do innej kabiny, czekając aż tamten skończy. Gdy tylko wyszedł, Marcin wskazał na podłogę pod ścianą.
-Nie rzuca się w oczy, więc nikt nie powinien nam go zabrać. – powiedział Filip. Próbował jeszcze wyjąć klucz, jednak i on nie potrafił. Szymon nie wierząc, myślał, że potrzeba siły, więc również spróbował. Odleciał jedynie do tyłu, ponieważ źle chwycił klucz.
-Dobra, nie da się. Chodźmy bo się połapią. – powiedział Szymon. Wyszli z budynku obserwując jeszcze ściany i sufit. Na ich szczęście nie było kamer.
-Wracamy w nocy. – powiedział Filip.
-Co chcesz wracać. Ciągle bez klucza jesteśmy. – powiedział Marcin.
-No w sumie. Wejdźmy tam jeszcze dziś. – powiedział Filip.
-Damy radę. – powiedział Szymon. Ruszyli biegiem, który zajął im około dziesięciu minut. Gdy dotarli pod pensjonat nikogo nie zauważyli. Weszli do środka najciszej jak potrafili.
-Chyba… - zaczął Filip, jednak Marcin kazał mu być cicho.
-Za fotel! – szepnął głośno Marcin. Usłyszał bowiem czyjąś rozmowę.
-Musimy tylko znaleźć chwilę czasu. Wiem już, gdzie będziemy mogli to odnaleźć. – usłyszeli znajomy nieco głos. To był Adrian, z drugiej czwórki. Opadł na fotel.
-No tak. Informacji dostarczyło nam kilka osób, które też szukają tego co my. – powiedział Adrian. Marcin popatrzył lekko otwierając oczy mocniej na Filipa.
-Jak będziemy mieli czas, to wejdziemy tam. Reszta chyba już wraca, będę kończył – powiedział Adrian, po czym podniósł się, ruszając przed pensjonat. Poczekali chwilę a gdy Marcin zauważył, że Filip chce coś powiedzieć. Marcin pokazał palcem na usta.
-Dawaj, dawaj! – powiedział Marcin z rosyjskim akcentem. Ruszył szybko podkulony w stronę schodów. Za nim ruszył Filip, oraz Szymon. Dotarli szybko do pokoju, gdzie Marcin szybko dopadł kawałka swojej gazety, którą upuścił Kapturnik. Wziął też długopis po czym napisał krótko.
„Jesteśmy na podsłuchu” – dopisał po sekundzie jeszcze. „Zmieńcie ubrania i widzimy się przed pokojem” – jak polecił, tak też zrobili. Minutę później Marcin zamykał drzwi.
-Więc tak. Oni mają pokój jedno piętro niżej. Filip, musisz stanąć na warcie na schodach, pomiędzy niższym piętrem, a tym niżej, na wypadek gdyby wrócili. Usłyszysz ich, wpadasz szybko do nas. – powiedział Marcin.
-A my co? – zapytał Szymon.
-Potrzebujemy dowiedzieć się nieco o naszych wrogach. – powiedział Marcin.
-No dobrze, a potem? – zapytał Szymon, gdy stanęli pod ich drzwiami.
-Potem najwidoczniej musimy wejść na strych i go przeszukać. – westchnął Marcin.
-Boisz się? – zapytał Szymon, gdy Filip stanął już na warcie.
-Po tym śnie lekko tak. Ale to jeszcze mamy czas. – odparł Marcin. Otworzył w międzyczasie ich drzwi kluczem uniwersalnym. Co ciekawe, poza tymi drzwiami, wszyscy mieli normalnie otwarte. Widocznie nie tylko Marcin posiadał uniwersalny klucz.
-Teraz cicho. Jak podsłuchują, to skapną się, że tu jesteśmy. Pewnie mają pokój na podsłuchu. – powiedział Szymon. Marcin pokiwał głową i otworzył drzwi. Na samym początku coś przeskoczyło. Mianowicie Marcin nadepnął na linkę po wejściu do pokoju.
-No teraz to już na pewno się domyślą – pomyślał Marcin i westchnął. Weszli do pokoju, który prawie nie różnił się niczym od ich pokoju. Na stole leżała książka, na łóżku sterty ubrań. Była też dziwna walizka pod ścianą. Marcin gnany przeczuciem właśnie do niej ruszył najpierw. Otworzył, a zawartość go zamurowała. Najbardziej nowoczesny laptop, jaki Marcin w życiu widział, dwa dziwne metalowe joysticki, i małe metalowe kulki w woreczku.
-Muchoboty! A więc to tak podsłuchiwali. – stwierdził Marcin w myślach. Jak na razie wszystko co się działo gdzieś go doprowadzało. Kapturnik miał rację. Nic się nie działo przypadkiem. Zamknął walizkę, bojąc się, że może to wszystko uszkodzić. Szymon z kolei grzebał im w torbach. Marcin wstał i rozejrzał się. Następnym jego celem była książka leżąca na stoliku.
-Poradnik początkującego podróżnika. – przeczytał tytuł w myślach. Otworzył ją na stronie tytułowej, a później na spisie treści. Podpunkty lekko go zdziwiły. „Szok po pierwszej podróży.”, „Jak odnaleźć się w nowym miejscu.”, „Spis wszystkich możliwych światów”. Więcej przeczytać nie zdołał, gdyż Filip nadleciał i kazał im szybko wyjść. Marcin położył książkę niechętnie. Chętnie dowiedziałby się o co w niej chodzi. Zamknął szybko pokój, po czym spytał.
-Wrócili, tak? – zapytał Marcin.
-No już słyszałem jak się na dole drą. – powiedział Filip.
-No fakt, słychać. Zła wiadomość. Zerwałem jakąś linkę przy wejściu do pokoju. Jak się skapną to po nas. – powiedział Marcin.
-No to źle. – westchnął Szymon.
-Znalazłeś coś? – zapytał Marcin.
-Mieli poupychane po torbach różne sprzęty typu śrubokręty, nawet młotek był. Mają broń, ale spokojnie. Wziąłem amunicje. – powiedział Szymon.
-No nie! Mieliśmy nic nie ruszać… jeszcze zginiemy przez ciebie. – powiedział Marcin.
-No nie przesadzaj. Czuję się przynajmniej bezpieczniej. – powiedział Filip.
-No w sumie racja. Nie chciałem naskoczyć. No ale słuchajcie. Głowa mnie od tego aż boli już. Ale to może też od porannej akcji z muchą robotem. – powiedział Marcin.
-Odwiąż to może, bo tak strasznie wyglądasz. – powiedział Szymon.
-I dobrze. Mają się mnie bać. – uśmiechnął się Marcin, mimo tego jednak zdjął opaskę. Czoło miał lekko od zaschniętej krwi.
-Teraz jeszcze gorzej. – powiedział Filip.
-To oni mi to zrobili. Mieli w walizce jakiś profesjonalny sprzęt do sterowania muchobotami. W dodatku mieli jakąś książkę. Jakiś poradnik początkującego podróżnika. Nie zdążyłem jej przejrzeć, ale widziałem lekko spis treści. Czy podpunkt „Spis wszystkich możliwych światów.”, nie brzmi wam dziwnie? – zapytał się Marcin.
-Lekko. Może źle przeczytałeś? – zapytał Szymon.
-Nie sądzę. Raczej tak właśnie pisało. Będziemy mieć okazje, to sprawdzę tą książkę. – powiedział Marcin. Na schodach pojawiła się Agnieszka.
-Mam wrażenie, że zniknęliście? – zapytała się lekko podejrzliwie.
-Dobrze zauważyłaś. A rezydenci się połapali? – zapytał Marcin.
-Chyba nie. Gdzie byliście?
-W zamku. W jednym wielkim skrócie, potrzebujemy wejść na strych. – Powiedział Marcin.
-Kiedy to zrobimy? – zapytała Agnieszka.
-Tak myślę, że z rana, kiedy ryzyko wykrycia będzie praktycznie nie do wykrycia. – powiedział Filip.
-Błąd. W czasie obiadu. – poprawił Marcin.
-Idę opowiedzieć o tym Monice. – powiedział Filip i poleciał na dół.
-Wiemy, jak nas podsłuchiwano. – powiedział Marcin.
-Ale kto? – zapytała zdziwiona Agnieszka.
-Adrian i reszta jego pokoju. – powiedział Marcin. Zaczął wtedy dokładnie opowiadać jej, co się zdarzyło, odkąd opuścili grupkę. Pod koniec opowieści, przybiegła Gosia, która oznajmiła im, że wszyscy muszą iść na dół.
-No co znowu? – westchnął Marcin cicho.
-Zajęcia grupowe. – westchnęła Gosia.
-Jak mus to mus. Idziemy. – oznajmił Marcin. Wszyscy powlekli się powoli ku dołu. Gdy przyszli, akurat podzielili grupę na mniejsze części. Grupki udały się na zewnątrz, a ich grupka została sama z Krzyśkiem.
-Powiedzcie, co chcielibyście robić? – zapytał Krzysiek na wstępie.
-A co może robić najstarsza grupa na tym wyjeździe? – zapytał Filip i wzruszył ramionami.
-No tak, macie racje. Jeśli nikomu nie powiecie, możemy pojechać do pobliskiego Aquaparku. – powiedział Krzysiek.
-O! To już jest coś. – oznajmił Sebastian.
-No to weźcie skoczcie do pokojów po swoje stroje, no i widzimy się za dziesięć minut w moim vanie. – powiedział Krzysiek. Marcin miał już dość biegania po schodach na samą górę. Jednak było dużo wad, mieszkania z dala od opiekunów. Przebrali się szybko i ruszyli z powrotem na dół. Mimo, że przyszli po pięciu minutach, mimo wszystko byli ostatnimi, którzy przyszli. Marcin spojrzał czujnie. Wroga czwórka nawet na nich nie spojrzała. Możliwe, że pomyśleli, że sami sobie nadepnęli na tą linkę.
-Meldujemy się. – powiedział Szymon.
-No to możemy jechać. – odparł Krzysiek. Wszyscy wsiedli do vana. Marcin, Szymon i Sebastian usiedli z samego tyłu.
-To może nad morze pojedźmy? – zaproponował Konrad.
-Nie jest to głupi pomysł. Tylko, że jak się pospieszymy, to i tak, spędzimy tam niecałą godzinę. – powiedział Krzysiek.
-Wystarczy. – odparł Konrad.
-No dobra, nikt nie protestuje. Więc jedźmy. – powiedział Krzysiek. Zapalił furgonetkę, po czym wytoczyli się po wyboistej drodze. Dotarli do głównej ulicy i ruszyli tą samą drogą, którą wcześniej wrócili z zamku. Gdy zbliżyli się do zamku, Marcina uwagę, zwrócił na siebie facet w kapturze.
-Psssst, Kapturnik na prawo. – powiedział Marcin. Kierował się w stronę zamku, co było nieco dziwne i podejrzane dla Marcina.
-Może on jest zły, no i jest z nimi? – szepnął Szymon.
-Nie brałem tego w sumie pod uwagę. – odszeptał mu Marcin.
-Dobrze, przerywając ciszę, żeby nie było, że nic nie robiliśmy, nauczę was kilku szant, czyli pieśni morskich. – powiedział Krzysiek. Reszta ich drogi minęła śpiewająco. Marcin na chwilę się rozluźnił. W końcu, dojechali do Ustki, gdzie mieli normalnie chodzić na plażę. Krzysiek zaparkował vana na płatnym parkingu.
-Drogo jak nie wiem. – skomentował, gdy tylko się oddalili od wąsatego strażnika. Ruszyli ścieżką przez las, która z kolei doprowadziła ich do wybrzeża. Zanim je zobaczyli, zaczęła się drewniana ścieżka, którą dotarli do wąskiego przejścia, schodkami w dół, prowadzącymi już prosto na piasek. Marcin skaleczył się o niebieską barierkę, z której schodziła farba, odkrywając pod spodem rdzę.
-Uważaj na siebie. Najpierw to czoło, teraz palec. – stwierdził animator. Marcin z kolei wziął palec w zęby i wyjął kawałek, który wszedł mu pod skórę.
-Spokojnie, mam lekkiego pecha po prostu. – powiedział Marcin.
-Dobra, mamy tak na oko pięćdziesiąt minut. Potem idziemy od razu. Nikt się nie może dowiedzieć, pamiętajcie. – powiedział Krzysiek. Wszyscy zdjęli buty, i weszli na suchy i gorący piasek.
-Idzie sztorm. A przynajmniej jakaś spora ulewa. Jutro możemy nie mieć jak tutaj dojechać. – powiedział Filip.
-No to będziemy siedzieć w domu. – wzruszył ramionami Marcin.
-Jeśliby miało już padać, to w planach jest właśnie kręgielnia, pójście na basen, no i podchody wewnątrz budynku. – powiedział Krzysiek.
-Zobaczy się jutro. – wzruszył ramionami Adam.
-Więc dobra, tutaj rozbijamy chwilowo obozowisko i tutaj wracacie za pięćdziesiąt minut. Zrozumiano? – zapytał Krzysiek.
-Oczywiście. – odparł Marcin i ruszył biegiem ku morzu.
#3 Wstęp wzbroniony
Dwie godziny później, wszyscy kończyli już jeść obiad. W powietrzu dawało wyczuć się dziwne napięcie. W oddali słychać było burzę, która była już coraz bliżej. Marcin, Filip, Agnieszka, Monika oraz Szymon siedzieli przy kominku i obserwowali wszystkich.
-Jeśli mamy zdążyć przed nimi, to musimy tam iść powoli. – odparł Marcin.
-Na strych? – zapytała Agnieszka.
-Nie mamy wyboru nawet. Potrzeba nam tego drugiego klucza. – powiedział Marcin.
-Dobra, widzę, że wszyscy już zjedli. Teraz macie pół godzinny odpoczynek, a później spotykamy się tutaj. – powiedział głośno Krzysiek.
-Teraz. Mamy chwilkę. – powiedział Szymon.
-Najpierw skoczymy do pokoju po sprzęt. – stwierdził Marcin.
-Sprzęt? – zapytała Monika.
-Tak, idźcie powoli pod pokój, ja tam polecę i pozbieram swoje rzeczy szybko. – powiedział Marcin, po czym rozpędził się i wbiegł na górę, wymijając połowę grupy. Otworzył drzwi i podszedł do swoich rzeczy. Wziął co musiał i wyszedł na zewnątrz pokoju, gdzie czekali już wszyscy.
-Musimy to Marcin jakoś zrobić potajemnie. Zobacz, drzwi są zamknięte na łańcuch. Twój klucz otworzy kłódkę, która jest do tego przymocowana. Jedna osoba będzie musiała zostać i zamknąć to z powrotem twoim kluczem. – powiedział Filip.
-Po co? – spytał Marcin.
-Mówię, że musi być potajemnie. Jak nagle pojawią się oni, to zauważą. – powiedział Filip.
-Przewidziałeś, jak wrócimy? – zapytał się go Marcin.
-Osoba, która zostanie, po prostu poczeka na pukanie, no i otworzy nam. – stwierdził Filip.
-No można tak zrobić. – odparł Marcin.
-To kto zostaje? – zapytał Szymon.
-Ja mogę. Jakoś boję się lekko. – stwierdziła Monika.
-Więc dobra, będzie ostra jazda bez trzymanki. – powiedział Marcin wyjmując z kieszeni swój klucz uniwersalny.
-Jak mam to zamknąć potem? – zapytała Monika.
-Patrz. Klucz u góry ma guzik. Wciskasz go, po czym najpierw robi się w kształcie normalnego klucza, który wkładasz do zamka, a potem znów wciskasz i przytrzymujesz, aż nie usłyszysz kliknięcia. Otóż to. – powiedział Marcin, który akurat usłyszał kliknięcie. Zdjął kłódkę i zaczął odplątywać łańcuchy, jednak po chwili przestał, gdyż robiły dość spory hałas.
-Czemu się zatrzymałeś? – zapytał Filip.
-Dawajcie ktoś głośno muzykę, aby zagłuszyło. – powiedział Marcin. Usłyszał po chwili jedną piosenek Green Daya.
-Dobra, otwieraj! – krzyknął Szymon.
-Więc… witaj przygodo. – uśmiechnął się Marcin, zrzucając łańcuch. Uchylił drzwi i spojrzał na resztę.
-Teraz powiesz pewnie, że kto się boi, może się wycofać, tia? – zapytała Agnieszka.
-Gdybym to powiedział, to musiałbym się wrócić. Ale jako tako to ja mam sprzęt więc, jesteśmy ode mnie nieco uzależnieni. – stwierdził Marcin, wyjmując trzy latarki. Rzucił je Szymonowi, Filipowi i Agnieszce, a sam włączył swoją w telefonie. Spojrzał jeszcze na godzinę.
-No nieźle, myślę, że znajdziemy go tam. – powiedziała Agnieszka mówiąc o kluczu.
-No, chodźmy bo mamy dwadzieścia jeden minut do zbiórki. – powiedział Marcin.
-Dobra, zamknij za nami. – powiedział Marcin do Moniki, która całowała na pożegnanie Filipa.
-Uważajcie na siebie. – powiedziała do nich Monika. Gdy drzwi się za nimi zamknęły, Marcin zdał sobie sprawę, że są w ciemnym, dość rozległym pomieszczeniu, które na dodatek od razu rozjaśniało od burzy, która była już blisko.
-Coś tutaj tak lekko strasznie. – stwierdziła Agnieszka.
-No zgodziłbym się. Poczekajcie… - powiedział Marcin i uciszył wszystkich. Piętro niżej lekko zaskrzypiała podłoga.
-Czują nas… - szepnął Szymon.
-Dobra, i tak nie mamy nic do stracenia. Duchy, władco tego miejsca, który zginąłeś w obronie swojego skarbu! Potrzebujemy tylko jedną rzecz, która otworzy pewne miejsce. Chcą go wykraść źli ludzie, a my nie chcemy wojny, tylko szukamy przygody. Daj nam szansę! – powiedział głośno Marcin. W czasie przemowy Marcina, podłoga nieco zaczęła trzeszczeć, jednak z czasem łagodniało, po czym całkiem przestała.
-Serio się udało… - szepnął Filip.
-Musimy tylko znaleźć ten klucz cały. Rozglądajcie się. – powiedział Szymon. Wszyscy świecili latarkami na około. W pomieszczeniu było pełno kartonów, pudeł, zakurzonych skrzyń, oraz wielu nieokreślonych przedmiotów. Klucza w kształcie kukułki jednak nie było.
-Patrzcie tam. – powiedziała Agnieszka świecąc na dziwny przedmiot w oddali.
-Wygląda jak taka harfa… - zaczął Marcin.
-To schody chyba. – przerwał mu Szymon.
-No faktycznie. Serio musimy tam iść? – zapytał Marcin.
-Najwyraźniej. – powiedziała Agnieszka.
-A może on po prostu nas ciągnie w pułapkę? – zapytał nagle Filip. Wszyscy zamarli z przerażenia, po tym co powiedział Filip.
-Nie mogłeś… zachować tego dla siebie? – zapytał cicho Szymon.
-Wybacz… takie myśli mi się nasuwają, że masakra. – powiedział Filip.
-Zostaw je więc proszę dla siebie. – powiedział nieco wkurzony na niego Szymon.
-Spokojnie… - zaczął Filip.
-No nie spokojnie, kiedy chodzi o moje życie! – krzyknął Szymon.
-Ale mam też dobre myśli. Chodźmy na przód, zamiast stać drugą minutę przy tych schodach. – powiedział Filip. Zaczęli powoli schodzić schodami w dół. Ku swojemu nieszczęściu, Marcin ruszył pierwszy, a gdy zorientował się, że nikogo przed nim nie ma, nie mógł już się cofnąć. Serce biło mu jak szalone. Na niższym piętrze, było niemal pusto. Pod ścianą stał szkielet, była też jakaś szafa, jednak nie wyglądała jak miejsce w którym mógłby być jakiś klucz. Gdy ruszył w stronę szafy, poczuł, że robi się mu zimno. Czyli szedł w stronę duchów.
-Zawracamy! – powiedział wystraszony Marcin. Polecieli do kolejnych schodów prowadzących niżej. Piętro wyglądało tym razem na nieco inaczej. Było zawalone starymi meblami, łóżkami, które wyglądały po prostu, jak wcześniejsze wyposażenie tego hotelu.
-Zaraz… jeśli on tutaj już dużo wcześniej umarł… to jak oni to tutaj donieśli? – zapytał Filip.
-Może, staruszkowie żyją w zgodzie z duchami. Nie wiem. – odparł Marcin.
-Popatrz za schody… - powiedział z lekkim przerażeniem Szymon. Marcin powoli odwrócił głowę, bojąc się co zastanie. Zobaczył duże, zniszczone i dość stare organy.
-A co, jeśli ono nagle zacznie… - zaczął Marcin, ale nie dokończył. Nagle usłyszeli głośną muzykę, płynącą z organów.
-O ja piernicze… uciekamy! – wrzasnęła Agnieszka. Tym razem to ona zleciała pierwsza schodami w dół. Marcin wywalił się na samym dole i nieco boleśnie upadł. Zaczęli obserwować, co tym razem przyniosło im kolejne piętro.
-Ej, to już parter, a tam jest jakaś klapa w dół z drabinką. – pokazał palcem Marcin. Poza tym, na tym piętrze była pozrywana podłoga, ściany zabrudzone czymś dziwnym, a z sufitu zwisały poniszczone lampy. Było mało mebli, największe wrażenie robiła chyba zdobiona toaletka, ustawiona zaraz obok schodów. Na górze stał mały kuferek.
-Na dół bym nie chciał schodzić. Kto wie co tam jest. – oznajmił Szymon. Marcin, który już nieco przestał się bać, podszedł do kuferka i zdjął go. Organy przestały grać.
-Myślisz, że tam może być klucz? – zapytał się Filip.
-Nie wiem, potrzebujemy uniwersalnego klucza, bo jest zamknięta. – westchnął Marcin.
-Duchy chyba nie będą zadowolone, ze zabieramy im sprzęt. – szepnął Filip.
-Nie ważne. Jak już tutaj dotarliśmy, to nie ma sensu wracać z niczym. – oznajmił Marcin.
-Niepokoi mnie ta klapa w dół. To miejsce wygląda, jak żywcem przeniesione z takiej jednej strasznej gry… schodziło się do ośrodka badawczego, gdzie były różne straszne stworzenia… - zaczął Szymon.
-Musiałeś to mówić? Teraz ja się boję, bo mam jeszcze gorsze myśli! – powiedział niespokojnie Filip.
-Mimo wszystko, chciałabym tam zejść… - westchnęła Agnieszka.
-Jeśli tak dalej pójdzie, to i tak będziemy musieli tam uciekać czy coś. – powiedział Szymon.
-Niby czemu? – zaskoczył się Marcin.
-No w tej grze, nie było innej drogi ucieczki… - zaczął Szymon.
-Nie kończ lepiej, wracajmy. – powiedział Marcin, po czym ruszył do góry.
-Słyszycie? Na dole słychać jakieś głosy. – powiedział Szymon.
-Raczej stłumione krzyki. Faktycznie, Marcin ma rację. Chodźmy. – powiedziała Aga. Reszta już bez żadnych protestów ruszyła. Marcin parł przed siebie. Reszta dogoniła go dopiero przy organach. Tym razem już nie odezwało się. Gdy weszli po schodach zamarli.
-Gdzie jest ten pieprzony szkielet?! – pisnął Szymon. Nagle pół metra za ich plecami usłyszeli stąpanie po ziemi i trzask paneli. Marcin spojrzał szybko i ujrzał machający im szkielet.
-Aaaa! – krzyknęli wszyscy i ruszyli biegiem do góry. Odkryli przynajmniej co sprawiało, że podłoga skrzypiała. Dobiegli do drzwi i zaczęli dobijać się do drzwi. Usłyszeli jak opada łańcuch, i po chwili otwarły się drzwi. Ujrzeli zdziwioną lekko Monikę, która im się odsunęła. Marcin przejął swój klucz z jej rąk i zamknął drzwi w kilka sekund.
-Macie? – zapytała się ich Monika.
-Nie mam pojęcia. Coś mamy. – odparł Marcin.
-Byli tutaj, ale widząc mnie zawrócili. – powiedziała szybko Monika.
-Że Adrian? – zapytał Marcin.
-Właśnie on. Ale chyba nie domyślili się. – powiedziała Monika.
-No jeśli nie mamy podsłuchów to na pewno nie. – uśmiechnął się Marcin.
-No i powiem wam, że mamy jeszcze pięć minut. – uśmiechnęła się Monika.
-Chodźcie do mnie. – powiedział Marcin chowając kuferek pod koszulkę. Gdy byli już w środku, Marcin podszedł do okna, a reszcie powiedział aby usiedli. Włożył klucz do zamka, pełen złych przeczuć. Usłyszał, jak klucz próbuje dopasować się do zamka, nie chciał jednak go otworzyć.
-No i co teraz? – zapytał się Marcin wzdychając głośno. Przerwał mu je jednak delikatny brzdęk, który oznajmił, że zamek został otworzony.
-Działa! – ucieszyła się Monika.
-No tak, nie mów hopsa, póki nie skoczysz. – pokiwał głową Filip.
-Otwieram… - powiedział Marcin, powoli otwierając wieko. To co zobaczył, lekko przewyższyło jego oczekiwania.
-Czyli co? – zapytała Agnieszka.
-Znaleźliśmy skarb tego domu. Tylko nie potrzebnie przyrzekałem, że nie zabierzemy nic. – westchnął Marcin.
-Pokaż, pokaż! – rzucili się wszyscy do Marcina.
-Jest i klucz. – uśmiechnął się Filip. Wyjął go i położył na parapecie.
-Obiecaliście, że nie weźmiecie? Ale o mnie chyba nie było mowy? – zapytała Monika.
-No nie było. Ale zostawmy to na wszelki wypadek. Odniesiemy jutro. – powiedział Marcin, zamykając wieko i zamek na klucz.
-Chodźcie na dół już. – powiedziała Agnieszka.
-Więc w drogę. – oznajmił Marcin, chowając skrzynkę pod łóżko. Wziął też klucz do kieszeni i schował cały sprzęt również pod łóżko. Wyszli z pokoju i zeszli po schodach. Słyszeli przybliżającą się burzę, która rosła ciągle na sile.
-Coś czuję, że będzie mocna burza dziś. – powiedział Krzysiek, gdy już zasiedli do stołu.
-Możliwe. Będziemy musieli tutaj zostać? – zapytała jakaś dziewczyna.
-W ogóle, ktoś się tutaj boi burzy? – zapytał Krzysiek. Zgłosiło się może pięć osób.
-Zapewne kilka razy więcej osób nie podnosi bo się boi wyśmiania. – skomentował głośno Filip. Od razu kilka par oczu przeniosło wzrok na niego. Otworzyły się drzwi do kuchni, z której wyszli znów staruszkowie wraz z obiadem. Tym razem były ziemniaki z licznym koperkiem, oraz kotlety schabowe. Do wyboru były też liczne surówki. Marcin oblizał się, ponieważ obiad spełniał jego normy. Wszyscy znów ruszyli do wózków, i nakładali sobie co i ile zjedzą. Marcin dołożył sobie mizerie i usiadł do Agnieszki i Szymona. Filip wraz z Moniką jedli nieco dalej, Sebastian usiadł również z innymi osobami, a Gosia rozmawiała z kimś przez telefon, jedząc jednocześnie. Spokojnie siedziała wroga czwórka, która obserwowała resztę.
-Myślicie, że to już dzisiejsza noc będzie tą ze snu Marcina? – zaczęła Aga.
-No ja mam nadzieję. Za długo czekamy na to już. – odparł Szymon.
-Spokojnie, mi tam jakoś nie spieszno. – westchnął Marcin.
-Oj Cinek, Cinek, będzie dobrze. – stwierdziła Aga.
-Skoro tak mówisz, to ci zaufam. – odparł Marcin. Po jedzeniu nadszedł czas na zajęcia w grupach. Jak się okazało, wszyscy mieli wspólnie oglądać film. Marcin, który już to widział, usiadł w kącie i założył słuchawki lekko zasypiając. Nieco później obudziło go lekkie szturchanie. Otworzył lewe oko i zobaczył Gosie. Zdjął słuchawki i uśmiechnął się do niej.
-Byliście już to zobaczyć? – zapytała się go Gosia.
-Aa, no dzisiaj. Znaleźliśmy drugi klucz i ogólnie boimy się, że ktoś nam go zwinie. – odparł Marcin.
-Jakbyście coś znaleźli… to była umowa, pamiętaj. – uśmiechnęła się do niego.
-Lecisz na kasę? – spytał Marcin.
-Niee… ale wiesz, za kasę można wiele kupić. Mówią, że pieniądze szczęścia nie dają, a dopiero zakupy. – uśmiechnęła się Gosia.
-Obawiam się, że skarbu tam nie będzie, raczej jakaś machina. – powiedział Marcin.
-Tam gdzie szukałam o tym jakiś informacji, była mowa o skarbie. – powiedziała Gosia.
-Skarbem raczej nie muszą być pieniądze. – stwierdził Marcin.
-O co biega? – wtrącił się Sebastian siedzący obok.
-Jeśli nie wiesz o co chodzi, to chodzi o pieniądze. – wzruszył ramionami Marcin. Sebastian pokiwał głową i wrócił do rozmowy ze swoją znajomą.
-Wiesz, że widziałam dziś koło naszego pensjonatu jakiegoś dzikusa? – zapytała Gosia.
-Żul jakiś? – zapytał Marcin.
-Raczej… dres. Miał na sobie bluzę z kapturem.
-A… wiesz może, co robił? – zapytał Marcin.
-Szedł od pensjonatu i spotkał się z jakąś inną osobą w kapturze. – odparła Gosia.
-Czyli… ich jest więcej… - zaskoczył się Marcin.
-Coś o nich gadaliście wcześniej to pomyślałam, że ci się ta informacja przyda. – powiedziała Gosia.
-Dziękuję, martwi mnie, kim mogą być. I czy są zagrożeniem, czy raczej pomocą.– stwierdził Marcin.
-Oj Cinek, Cinek, będzie dobrze. – stwierdziła Gosia, po czym odeszła do koleżanek. Marcina zdziwiło to, bo dałby sobie rękę uciąć, że Aga mu identycznie powiedziała, nieco wcześniej. Wzruszając ramionami, założył słuchawki i powrócił do drzemki. Przerwał mu ją Sebastian, gdy film się skończył.
-Chodź do pokoju, bo mam wrażenie, że oni coś knują. – powiedział Sebastian wskazując na Adriana.
-Dobra, powiem ci przy okazji co cię ominęło. – powiedział Marcin. Podparł się o murek i stanął. Ruszyli do pokoju, pod którym stała reszta, czekając aż Marcin im otworzy.
-No w końcu. – ucieszył się Szymon.
-Spokojnie, nie ma się gdzie spieszyć. – odparł Marcin wyjmując klucz.
-Nie wiem jak wam, ale mi się chce spać. – powiedział Szymon i od razu, gdy Marcin otworzył drzwi skoczył na swoje łóżko. Gdy wszyscy weszli, Marcin zamknął drzwi na klucz.
-Miałeś opowiedzieć o tym co dziś się stało. – powiedział Sebastian.
-No dobrze… czekaj chwilkę. – Marcina zaniepokoiło drobne uderzenie w drzwi. Zerknął w odpowiednim momencie, by ujrzeć wlatującego Muchobota.
-No dobra, mamy faktycznie czas. – stwierdził Sebastian. Marcin zaczął przeglądać plecak, po czym wyjął znalezione wcześniej dwie strony gazety opuszczonej przez Kapturnika. Wyjął również długopis i zaraz nad napisem nazwy gazety „Kurier Cieszyński” zaczął coś pisać. Zatrzymał się jednak patrząc na nazwę.
-Kapturnik ma coś wspólnego z naszym pochodzeniem.– powiedział Marcin, wołając wszystkich do siebie. Szybko jeszcze napisał na górze strony, „Mamy w pokoju podsłuch.”
-Kurier Cieszyński? Nie kojarzę takiej gazety, a powiem wam, że mój tata czyta ich pełno. – powiedział Sebastian.
-A jesteś dokładnie z Cieszyna? – zapytał Szymon.
-No tak się złożyło. – pokiwał głową Sebastian. Jako, że nie byli zaciekawieni zawartością, wszyscy wrócili na swoje łóżka.
-Pochwal się kogo sobie upatrzyłeś. – powiedziała Agnieszka do Sebastiana.
-Jak upatrzyłem? Mówicie o Oli? – zapytał zdziwiony Sebastian.
-No tej dziewczynie. – powiedziała Agnieszka.
-Aa, no dobra. Podoba mi się, ale chcemy się lepiej poznać zanim będziemy razem. – odparł Sebastian.
-Poprawnie. Najlepsze są takie związki, gdzie obie osoby się już nieco znają. – uśmiechnął się Marcin.
-A wy kogoś macie? – zapytał się Sebastian reszty.
-Mnie to tam nikt nie chce, ale norma, jakoś idzie się przyzwyczaić. – wzruszył ramionami Marcin. Spojrzał znów na gazetę.
-Miałam niedawno chłopaka, ale był niezłym mięczakiem, zbyt łatwo się urażał, łatwo mu było o płacz. Nie chcę kogoś takiego. – odparła Agnieszka.
-Ja za to… no ja to szukam i szukam, ale pomyślałem kiedyś, że jak mam kogoś mieć, to nic na siłę. – uśmiechnął się Szymon. Marcin spojrzał na nagłówek jednego z artykułów. „Google powoli przejmuje kontrole nad światem.”
-Co nam wiadomo o Google? – zapytał szybko Marcin.
-Są mapy z Google, jest tłumacz, poczta, usługa Google Plus, You Tube jest poniekąd połączone z nim. Są telefony z Google. No i wyszukiwarka Google Chrome. – powiedział Szymon.
-No właśnie. Dodajmy Google Glass, które zresztą mam, nie tyle mapy co i GPS. Hmm, no może i mają udział w wielu czynnościach w Internecie… ale tutaj pisze, że oni przejmują kontrolę nad światem. – stwierdził Marcin.
-Nie pisze, tylko jest napisane. – zaśmiał się Szymon.
-Cii, mam dysleksje. – zaśmiał się Marcin.
-Poza tym, to tak specjalnie pewnie piszą, aby zachęcić do przeczytania artykułu. – powiedziała Agnieszka.
-Czekaj, poczytam co piszą niżej. Kapturnik dał nam do zrozumienia, że musimy być ostrożni, plus wszystko co podejrzane obadać. Czy to nie przypadek, że znalazłem gazetę z artykułem o Google? – zapytał Marcin. Nagle podłoga zaczęła pod nimi skrzypieć, a w oddali organy grały głośno i chaotycznie jak jeszcze nigdy wcześniej.
-Coś je wkurzyło? – zdziwił się Sebastian. Marcin wstał, po czym lekko zdziwiony podszedł do drzwi. Klamka poruszyła się ku jego zdziwieniu w dół. Nagle coś mocno uderzyło w drzwi tak, że Marcin aż pisnął z wrażenia.
-Szybko, zastawiamy pokój! – krzyknął Marcin. Wziął Szybko razem z Sebastianem i Szymonem przenieśli łóżko Sebastiana.
-Teraz nie wejdą chyba. – powiedział Szymon. W drzwi ponawiały się uderzenia.
-Oby nie wywaliło to coś drzwi z zawiasów.
-O nie… to już teraz. Sen się spełnia, tu i teraz. – szepnął Marcin.
-No nie gadaj… czyli co my zrobimy? – zapytał Szymon.
-Wziąłeś im naboje… raczej nas nie zastrzelą. – odparła Agnieszka.
-Jakie naboje… o czym wy… - Sebastian był zdziwiony.
-Nie ma czasu na to! – Marcin przeskoczył bagaże na środku pokoju dobiegając do swoich. Wziął plecak i wrzucił do środka gazetę. Rozejrzał się po pokoju i otworzył okno.
-Mamy skakać? – zapytał zdziwiony Szymon.
-Jest lina, a na dole zachęca nas do zejścia Kapturnik. Pali fajkę. – stwierdził Marcin.
-A jak spadniemy? – zapytała Agnieszka.
-Trzymaj się mocno i powoli opuszczaj. – polecił jej Marcin.
-Mam iść pierwsza? – zapytała Agnieszka.
-Jak masz się wahać to zostań ale nie narażaj reszty. – powiedział Marcin. O dziwo Szymon jako pierwszy bez żadnego słowa wszedł na parapet zrzucając przy tym kwiatka na podłogę. Złapał linę i zwinnie obrócił się i zaczął powoli opuszczać.
-Dobra idę. – westchnęła Agnieszka. Marcin pomógł jej w miarę bezpiecznie wejść na okno i złapać linę. Musiała jednak wykonać pierwszy krok poza okno i szybko się obrócić. Zrobiła to po chwili wahania. Marcin spojrzał za siebie. Drzwi powoli puszczały, było widać pęknięcia.
-Całe szczęście, że te drzwi są stare i solidne. – stwierdził Sebastian patrząc jak za oknem znika nie lekko przerażona Agnieszka.
-Powiem ci, że całe szczęście, że burza przeszła bokiem, bo lina była by mokra. – odparł Marcin.
-Złazisz? – zapytał się Marcina Sebastian.
-Nie ma ani chwili wahania. – odparł Marcin, po czym bardzo zwinnym ruchem wskoczył na parapet. Obrócił się tyłem już na nim, po czym złapał linę prawą dłonią i lekko opuścił swoje nogi. Potem oparł drugą dłoń o parapet i złapał szybkim ruchem linę drugą dłonią. Sam lekko się zakręcił i obrócił do ściany bokiem.
-Dobra, idę za tobą, bo zawiasy pękają! – powiedział Sebastian. Marcin musiał jednak jeszcze wykonać pierwszy ruch w dół a odkrył że to nieco trudniejsze. Spojrzał w dół i jeszcze bardziej się przeraził. Kapturnik zniknął, a Sebastian był już w połowie. Agnieszka już też była nieco ponad Szymonem. Marcin zaczął się opuszczać, gdyż Sebastian czekał tylko na niego. Przełamując strach, oparł nogi o ścianę i zaczął pracować rękoma.
-Podobnie jak na ściance wspinaczkowej, kiedy się chce wracać w dół. – powiedział Marcin.
-Tak, tyle, że teraz nikt cię nie ciągnie w dół, ani nie masz żadnego zabezpieczenia. – odparł Sebastian, który już zaczął się obracać drugą stroną.
-Nie pocieszasz! – krzyknął Marcin.
-Przymknąłem nawet okno. Jak nie wyjrzą w dół, to się nie zorientują. – odparł Sebastian.
-No już lepiej. Ale mieli podsłuch to wiedzą. – westchnął Marcin.
-Raczej nie słuchali już odkąd duchy się odezwały. – powiedział Sebastian.
-Apropos, jakoś ucichły jak wyszliśmy. – powiedział Marcin.
-Bo to jest nawiedzony dom, a nie nawiedzona okolica domu. – stwierdził Sebastian.
-To chyba tak nie działa… - westchnął Marcin. Oboje skupili się na zejściu. Gdy byli w połowie usłyszeli Szymona.
-Już niedaleko, nie poddawajcie się!
-Damy radę! – krzyknął Sebastian. Gdy Agnieszka dotarła do ziemi, Marcin źle się chwycił liny, co poskutkowało kolejnym obrotem, oraz tym, że Marcin zaczął się szybko zsuwać.
-Aaa! – krzyknął desperacko Marcin. Udało mu się jednak zatrzymać, gdyż złapał linę nogami. Był już półtora metra nad ziemią, więc zsunął się po prostu.
-Wyglądało to groźnie, będziecie sławni, jak wstawię ten filmik na You Tuba. – uśmiechnął się Szymon, który wszystko nagrywał przez Google Glass Marcina.
-Haha, fajnie, fajnie. – zaśmiała się Agnieszka. Sebastian dołączył do nich po chwili.
-Lecimy na miasto! – powiedział Marcin, pełen dziwnych przeczuć, że mogą być ścigani. Polecieli przez błotnistą dróżkę, która wiodła do ich pensjonatu. Gdy wlecieli do miasta, zaczęło kropić. Wciąż słychać było w oddali burze.
-Zbiera się na ten deszcz i zbiera już całkiem długo. – stwierdził Szymon.
-Więc lepiej jak wejdziemy do zamku przed jego gwałtownym spadkiem z nieba. – odparł Sebastian. Zmęczyli się już po chwili, głównie to Agnieszka i zgodnie z jej prośbą przestali biec, a szli już tylko w stronę celu, który był zresztą widoczny. Na niebie gwałtownie się zaczęło ściemniać przez chmury i lunął deszcz w momencie w którym akurat podeszli pod drzwi zamku. Weszli ośrodka i udali się os razu w stronę toalet.
-Mieliśmy wziąć Filipa, Monikę i Gosię. – westchnął Marcin.
-No ale i tak jak widzisz wszystko potoczyło się jak w twoim śnie odnośnie tego w jakiej ekipie zejdziemy na dół. – odparła Agnieszka.
-Gorzej, co zrobimy po powrocie. Idziemy tutaj tak, jakbyśmy byli co najmniej pewni co ten portal robi. – odparł Marcin.
-Masz w ogóle klucz? – zapytała Agnieszka.
-No mam w kieszeni. – powiedział Marcin wyjmując drugi z kluczy, których potrzebowali. Wsadził go do drugiej dziurki na klucz i przekręcił. Nagle rozległo się ciche stuknięcie i ściana przed nimi, zaczęła się otwierać w ruchu obrotowym, ostatecznie ustawiając się bokiem.
-Myślisz… że ktoś to zauważy? – zapytał Sebastian.
-Czekaj, bo tam jest ciemno. Mam latarkę w telefonie i dwie normalne, których używaliśmy wcześniej na strychu. – odparł Marcin rozdając latarki Agnieszce i Sebastianowi. Szymon miał swoją w telefonie.
-Opowiesz w końcu co i jak? – zapytał Sebastian.
-Tak, ale to jak będziemy schodzić na dół. – powiedział Marcin świecąc latarką w ciemność. Mimo lekkiego strachu i wielkiego niepokoju, wszedł w ciemność jako pierwszy. Ujrzał zaokrąglony korytarz, który po kilku metrach zaczął lekko opadać w dół, mimo braku schodów.
-O masakra. Nikt tędy tak jakby nie chodził dawno. Pełno tu kurzu, który unosi się w powietrzu. Do tego ten mech na ścianach. – stwierdził Sebastian, który wszedł za nim.
-No ekipo, więc idziemy na dół, ku przeznaczeniu. – uśmiechnął się Marcin. Zauważył, że po ich stronie była mała dźwignia. Zmienił jej kierunek i przejście zaczęło się zamykać.
-Nie no, ten portal musi tam być. – uśmiechnął się Szymon.
-Masz pomysł, gdzie znikł Kapturnik? – zapytała Agnieszka.
-Jeśli jego celem było abyśmy to odkryli… może i będzie na dole. – stwierdził Marcin.
-Wątpie, w śnie go nie było. – odparł Szymon.
-Też fakt. Mam wrażenie, że znów mamy odkryte wszystkie karty, tylko nie potrafimy tego poskładać w całość. Ostatnio wszystko logicznie się połączyło. – stwierdził Marcin.
-Pomyślimy nad tym jak wrócimy. – odparła Agnieszka.
-Mam jedynie pomysł, że Kapturnicy to jedna grupka, ta stojąca po naszej stronie, oraz druga grupka, czyli wroga czwórka na czele z Adrianem. Oni nie chcą za nic abyśmy tutaj byli przed nimi. – powiedział Marcin.
-Na dole jest jakieś światło! – krzyknął Szymon. Minęli jakieś rozgałęzienie. Chcieli się zatrzymać, ale z lewej strony usłyszeli dziwne echo, przypominające nieco wiatr.
-A co tam znów może być? – zapytał się Marcin.
-Sprawdzimy potem ewentualnie. – oznajmiła Agnieszka.
-Już blisko, jest ciekawy jak nie wiem co, co takiego skrywają te drzwi z pod których widać to światło. – powiedział podekscytowany Marcin, który był już bliski ich otwarcia. Dobiegł wręcz do nich i spojrzał na resztę. – gotowi? – Zapytał pełen podekscytowania.
-Dawaj, dawaj! – zawołał z rosyjskim akcentem Szymon. Marcin uchylił drzwi i stanął jak wryty. Zdziwienie. Inaczej tego nie potrafił opisać. Marcin był mocno zdziwiony, podobnie jak i reszta, która przy nim była. Stali na wprost wielkiego, trójkątnego, metalowego urządzenia, które miało wycięty środek. Przymocowane były do niego wielkie pierścienie, do których prowadziła mała sterta kabli różnej wielkości. Wszystkie prowadziły do jednego miejsca. Małego pokoiku, z drugiej strony portalu. Wszystko tak, jak to widział Marcin w śnie. Z taką różnicą, że oni wiedzieli co znajduje się w małym pokoiku za portalem.
-No popatrz, miałeś Marcin rację, że tutaj trafimy. –ucieszył się Szymon.
-No tak. Tylko co to jest ? – zdziwił się Marcin wskazując na portal.
-Nie mam pojęcia. Nie opisali jak to ma działać. Jest tylko opis jak to uruchomić. – powiedział Szymon patrząc w notatki, które znalazł na stoliku przy ścianie. Było ciemno, a latarka nie dawała już za dużo światła.
-Ta hala wygląda jak z jakiegoś filmu science fiction. – powiedziała Agnieszka.
-Już wiem, chodźcie za mną! – powiedział podekscytowany Szymon. Ruszył wprost za kablami a następnie uchylił drzwi wchodząc do środka. Marcin był zdezorientowany. Chciał zerknąć co jest w środku, jednak wepchnął się mu Sebastian. Z trudem zauważył, że w środku był tylko stół, a na nim monitor. Kable prowadziły do niego. Sam monitor wyglądał, jakby został zrobiony w dwudziestym wieku.
-Czemu to coś nie ma komputera? – zapytał Sebastian.
-Bo wygląda na to, że tamto coś w sali obok nim jest.. – powiedział Szymon, i zaczął stukać w monitor. O dziwo ekran był dotykowy.
-To coś ma Androida wbudowanego. – otworzył oczy Sebastian.
-To, jeszcze to, to, i powinno działać. – powiedział Szymon, wstukując na monitorze odpowiednie polecenia. W sali obok zaiskrzyło. Marcin spojrzał, i stwierdził, że cały metal delikatnie iskrzy, jednak zaczęło to słabnąć. Spojrzał na Agnieszkę, która spojrzała na niego.
-No dobra, uruchomiłeś, ale co teraz? – zapytał Marcin.
-Według instrukcji… musimy tam wejść. – powiedział Szymon.
-No wiem, jak w moim śnie. Prawie co do słowa. – Marcin był na tyle zdziwiony, że nie potrafił wyrazić jak bardzo jest zdziwiony.
-Widziałam coś podobnego w filmie. Ale wątpię, aby to tak działało. – powiedziała Agnieszka.
-Wygląda jak portal do przeszłości. Albo raczej przyszłości. – powiedział Marcin.
-Kto jest gotów aby się przekonać? – zapytał Szymon.
-Jaja sobie robisz? Możliwe, że stoimy przed wielkim odkryciem! – powiedział podekscytowany Marcin.
-No właśnie. Może warto powiadomić naukowców czy coś? – zapytała Agnieszka.
-Jeśli ich wezwiemy, sami się nie przekonamy jak to działa. – powiedział Marcin. Wszyscy podeszli w międzyczasie pod portal.
-Złapmy się za ręce, i zróbmy to. – powiedział Szymon. Dał rękę Sebastianowi, i zaczął powoli iść w stronę portalu.
-To może być niebezpieczne. – powiedziała Agnieszka i ich zatrzymała na kilka sekund.
-Powiem po raz kolejny. Kto nie chce przechodzić, najlepiej jak zostanie. Jeśli nas nie będzie, to trzeba będzie kogoś poinformować. – oznajmił Marcin. Chwycił Sebastiana za rękę a swoją podał Agnieszce, ponieważ widział, że wszyscy chcą iść. Szymon wszedł jako pierwszy i pojawił się po drugiej stronie. Nigdzie nie zniknął ani nic. Stał ciągle w tym samym miejscu. Sebastian zaraz po nim zrobił to samo, również nie zniknął. Marcin przeszedł powoli. Gdy podszedł zobaczył, że przez środek trójkąta, przebiega bardzo cienka bariera. Wszedł w nią, i poczuł iskrę na ręce.
-Coś jest nie tak. – usłyszał Szymona. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że usłyszał go podwójnie. Zarówno za sobą, jak i przed sobą. Usłyszał go w lekkim echu, które odezwało się szybciej niż pół sekundy po pierwszym zdaniu.
-Co to było? – zdziwił się Marcin.
-Ale, że co? Chodźmy na zewnątrz. Musimy zobaczyć czy wszystko jest dalej takie same… - powiedział Szymon.
-Stój. W śnie ruszyliśmy do góry. Chodźmy sprawdzić może ten pokoik obok. – powiedział Marcin. Wszedł tam jako pierwszy i spojrzał na monitor. Był tam jakiś dziwny wykaz, coś w stylu tabeli. Było to jednak nieczytelne, bo to, co można byłoby uznać za dane, wyskakiwały pod postacią matriksowych symboli. Jedynie przypisane do nich numerki były czytelne. Nie były zbyt wielkie, raczej miały wartości od 0.0001 do maksymalnie 0.3. Jednak kilka parametrów było nieco większe i wahały się numerkami od 1, po nawet 52. U góry ekranu były trzy literki. A, S oraz T. Migała jedynie literka A.
-Co to może oznaczać? – zapytał Szymon.
-Są trzydzieści dwa parametry jak tak patrzę. Więc nieco sporo. Zrobię im zdjęcie. – odparł Marcin, robiąc zdjęcie telefonem. Szymon zrobił również poprzez Google Glass Marcina.
-No i nieco lipa, bo nic nie ogarniamy. Pisze coś w tej twojej instrukcji? – zapytała Agnieszka.
-Nie, jest mało co. – odparł Szymon.
-Czyli, że co. Wracamy? – zapytała Agnieszka.
-Tak, teraz możemy już wrócić. – powiedział spokojnie Marcin.
-W życiu nie byłem bardziej podekscytowany jak teraz… - mruknął Sebastian.
-Filip będzie zły, bo tego nie zobaczy. – stwierdziła Agnieszka.
-Spokojnie, nagrywa się cały czas. – odparł Szymon. Odeszli od portalu pełni niepokojących przeczuć.
-Znając nasze szczęście, wyjdziemy w czasach dinozaurów. – powiedział Sebastian.
-Wątpię, że to maszyna czasu. Raczej to by było coś o wiele bardziej skomplikowanego. – powiedział Marcin.
-Zgaduję, że normalnie pojawimy się w tym samym miejscu i czasie i będziemy się tłumaczyć naszą nieobecnością. – odparł Szymon. W międzyczasie opuścili już pomieszczenie z machiną.
-Mam wrażenie, że to rozgałęzienie jest dużo węższe niż przedtem. – odparł Marcin.
-Nie zwróciłem uwagi, ale można ogarnąć na nagraniu. – uśmiechnął się Szymon. Po chwili doszli do ukrytego przejścia. Pojawili się w zamkowej łazience. Marcin, Szymon i Sebastian jak na zawołanie weszli do trzech kabin pozostawiając Agnieszkę samą. Dwie minuty później całą czwórką wyszli z zamku. Było ciemno i nie było ani śladu deszczu.
-Albo spędziliśmy tam dłużej, niż trzy godziny, albo nie wiem. – stwierdził Marcin.
-Zegarek mi pokazuje nieco po dwudziestej. Nie powinno być tak ciemno. – zaniepokoił się Szymon.
-Dziwne… - stwierdził Sebastian.
-Zsynchronizuje godzinę, może po prostu mi telefon nawala. – odparł Szymon.
-No mam to samo. – stwierdził Marcin.
-Zsynchronizowało mi na dwie i pół godziny później niż miałem wcześniej. – powiedział Szymon.
-Bez sensu. Coś tu nie gra. Możliwe, że dokonaliśmy podróży w czasie. O dwie i pół godziny. – podekscytował się Marcin.
-Niby po co Kapturnik miałby nas wysyłać w niedaleką przyszłość? – zdziwiła się Agnieszka.
-Może coś się miało dla nas złego wydarzyć. – podsunął Sebastian.
-Nie głupie. Ale w takim razie, skoro Kapturnicy mieliby znać przyszłość… to znaczy, że oni są z przyszłości! – powiedział Marcin nieco podekscytowany.
-Chodźmy, może nie odkryli naszej nieobecności. – powiedział Szymon. Nagle ich rozmowę przerwał telefon Marcina.
-No to powiem wam, że raczej odkryli. Moja mama tak bez powodu by nie dzwoniła. – westchnął Marcin odebrał. – Co jest? – zapytał sucho.
-Ale co ma być? Nie dzwoniłeś, martwiliśmy się z tatą. – odparła mama Marcina.
-Że jak? To co powiedziałaś jest totalnie bez sensu. Przecież wy nigdy się nie martwicie. – odparł Marcin.
-Ale coś ty! Zawsze synku mój najdroższy. – powiedziała jego mama.
-Mateusz był przecież waszym ulubieńcem. – odparł Marcin.
-Oboje was tak samo kocham. No ale dobra, opowiadaj co tam się u was dzieje. – odparła jego mama.
-Wiesz… ja może jutro do ciebie zadzwonię… nie… nie mam czasu za bardzo. – odparł Marcin.
-To baw się dobrze, kocham cię! – zdziwiło i zamurowało go to.
-Ko… kocham cię… - powiedział Marcin i spojrzał na słuchawkę. To rzeczywiście była jego mama. Rozłączył się i zapatrzył w dal.
-Co się stało? – zapytała Agnieszka.
-Pierwszy raz w życiu usłyszałem od mamy, że mnie kocha. To takie… aż mam dreszcze. – Marcinowi z oczu wyciekła mała łezka.
-A czemu to takie dziwne dla ciebie? – zapytał Szymon.
-Nienawidzimy się z rodzicami. Tylko mój brat się dla nich liczy. A ja się nie liczyłem nawet przed jego przybyciem. Nie wiem co ja im zrobiłem. Zawsze się wyzywamy… chętnie się mnie pozbyli na ten wyjazd… a tu słyszę miłą, troszczącą się matkę… - powiedział Marcin w zamyśle.
-Nie wiem co ten portal zrobił z twoją matką, ale… co jeśli będzie więcej takich dziwnych zmian? – zapytał Szymon.
-Zobaczymy w pensjonacie! – powiedział Sebastian. Całą czwórką rzucili się ku pensjonatowi. Kwadrans później byli na miejscu. Drzwi były zamknięte, ale Marcin miał swój klucz przy sobie, więc otworzył je bez problemu. Cicho je otworzył i wszyscy wtargnęli do ciemnego salonu. Nie było nikogo, więc początkowo zaczęli panikować.
-Aż tak nas przeniosło, że jesteśmy przed przyjazdem tutaj? – zaniepokoiła się Agnieszka.
-Spokojnie, zobaczmy nasz pokój. – odparł Marcin. Po raz kolejny wada z wdrapywaniem się na ostatnie piętro, dała się we znaki. W końcu stanęli przed drzwiami. Mimo, że wroga czwórka wcześniej wyrwała je z zawiasów, drzwi były całe. Marcin włożył klucz, jednak drzwi były otwarte. Zapalili światło, a to co zobaczyli, sprawiło, że stanęli jak wryci. Zobaczyli mrużących oczy Monikę, Filipa i jeszcze jakieś dwie osoby w ich łóżkach. Do tego Monika spała z Filipem, więc jedno łóżko pozostawało wolne.
-Cześć wam, co jest grane? – odezwał się Filip.
-Może wy mi to wyjaśnicie? – zapytał Marcin, który był nieco zamurowany.
-No ale to wy do nas wpadliście. – stwierdził Filip.
-Chodź na chwilę na zewnątrz. – zachęcił Marcin. Wszyscy się wycofali i zaczekali na Marcina i Filipa.
-O co chodzi? – zapytał nieco zaciekawiony Filip.
-Pamiętasz o ukrytym przejściu w zamku? – zapytał Marcin.
-Jakie ukryte przejście, o czym ty mówisz? – zaciekawił się Filip.
-Inaczej. O skarbie chyba pamiętasz. – zapytał Marcin. Filip zbladł.
-Przecież… ja… nie mówiłem nikomu… Monika ci wygadała? – zapytał Filip.
-Wiesz… właśnie próbuje zajarzyć co się stało… gdzie mamy pokoje? – zapytał Marcin.
-No… tutaj? – zapytał Filip, wskazując drzwi naprzeciwko ich.
-Dzięki ci wielkie. Nic się nie bój, jutro ci opowiem wszystko. – stwierdził Marcin.
-No ale… chyba należy mi się jakieś wyjaśnienie. – zapytał Filip.
-Oj Filipie… nie możemy jutro? – zapytał Marcin.
-I znów… skąd wiesz jak mam na imię? Gdy była zabawa z przedstawianiem się, udało mi się jakoś wymigać od opowiadania o sobie… - zaczął Filip.
-Jutro… - powiedział zdecydowanie Marcin, po czym przeprosił Filipa i otworzył wszystkim drzwi. Pokój w którym się znaleźli był nieco inny niż ich poprzedni. Miał jedno dwuosobowe łóżko, i była jakaś wielka szafa. W dodatku za łóżkiem Szymona znaleźli puszki po piwie.
-Co się dzieje? Bo nie ogarniam tego.- zaczął Szymon.
-Mam kilka przypuszczeń w głowie. Jest to jednak bardzo abstrakcyjne. – zaczął Marcin.
-Cała ta sytuacja jest abstrakcyjna. – stwierdził Szymon.
-Znajdujemy się, w świecie alternatywnym. Wyjaśnię wam to prosto. Po prostu nagle, w pewnym momencie naszej historii , oś czasu rozdwoiła się, a na każdej zaczynały się zdarzać coraz to bardziej inne wydarzenia. Im dalej od punktu rozdwojenia się osi, tym większe różnice, między tym światem, a naszym światem. – powiedział Marcin i spojrzał na nieco zszokowaną resztę. Nikt nic nie mówił, więc kontynuował.
- Przykładowo inna osoba wygrywa wojnę, albo w wyborach prezydenckich zostaje wybrany inny prezydent niż jest u nas. Teraz pomyślcie, co by było gdyby? Jedna z teorii głosi, że światów jest nieskończenie wiele, i powstają one cały czas. Świat w którym jesteśmy teraz, będzie oddalony od naszego o góra kilka tygodni. – odparł Marcin.
-Ty… ty tak serio? – zapytał Sebastian.
-Oczywiście. Pomyślcie tylko. Po co, mieliby nam zmieniać pokój pod naszą nieobecność? Albo czemu nagle rozwalone drzwi są poskładane w całość? Moja teoria to wyjaśnia. – odparł Marcin.
-A twoja matka? Przecież od zawsze jej nie lubiłeś. – powiedział Szymon.
-Hmm… tutaj zaczynają się schody. Nie wiem jeszcze o co chodzi, ale myślę, że odpowiedzi udzielą nam nasi wrogowie. – odparł Marcin.
-Kapturnik, czy Adrian i reszta? – zapytał Szymon.
-No jasne, że Adrian. Ale to jutro. Sprawdzał ktoś może, lub wie, co się tak w dwa tygodnie do tyłu działo na świecie? – zapytał Marcin.
-W sensie, że wydarzenia? – zapytał Sebastian.
-Coś tam o Ukrainie było, ale to już od kilku lat o tym mówią. – stwierdziła Agnieszka
-A, to wiem. Jakieś miasto zajęli Rosjanie. – stwierdził Marcin.
-Właśnie patrzę na wydarzenia. Zrobię screena, a jak przejdziemy jutro ponownie, to porównamy. – powiedziała Agnieszka.
-Po co chcesz przechodzić? A jak nas wywali w świat, gdzie oś czasu rozdwoiła się powiedzmy gdzieś podczas rozbiorów? – zapytał Marcin.
-Nie jesteśmy pewni. Chcemy mieć przecież pewność. – stwierdziła Agnieszka.
-No nie wiem. Ile jest światów, gdzie mam normalną rodzinę? – zapytał Marcin.
-Jak to powiedziałeś, nieskończenie wiele. – podpowiedział Szymon.
-Racja. Chodźcie spać. Na dziś sporo wrażeń. – odparł Marcin. Wszyscy położyli się, olewając Już fakt, że się nie myli. Marcin zasnął prawie od razu. Sebastian zresztą też.
-Nie boisz się, co będzie dalej? – zapytał Szymon Agnieszki.
-Jakoś nie za bardzo. Nie mówiłam chyba tego wcześniej, ale gdy przechodziłam przez portal, miałam tak jakby wizję. – stwierdziła Agnieszka.
-Co widziałaś? – zapytał Szymon.
-Widziałam same złe rzeczy, mimo to, jakoś się nie boję. – stwierdziła Agnieszka.
-Gdzie w tym logika? – zapytał Szymon.
-Przeczucie. Intuicja. Tak czy owak musimy dowiedzieć się jak to wszystko działa. – powiedziała Agnieszka.
-Tak w czwórkę to nie ma sensu. Ktoś z naszej czwórki będzie musiał zostać. A nie będę to na pewno ja. – stwierdził Szymon.
-Raczej musimy trzymać się razem. Wiem, że nie mamy nikogo, kto mógłby być kimś w rodzaju kogoś, kto by nas informował o sytuacji w świecie do którego byśmy przybyli. – stwierdziła Agnieszka.
-Marcina raczej nie zostawimy. W końcu to dzięki niemu wszystko się stało. – stwierdził Szymon.
-Więc zostawimy Sebasa? – zapytała Agnieszka.
-Nie powiedziałem tego. Jeśli ta teoria w ogóle jest prawdziwa… możemy przemierzać niezliczone światy! W życiu nie miałem większej okazji na przygodę. Możliwe, że to coś, na co czekałem od zawsze. – powiedział Szymon, na końcu ziewając głośno.
-Nie chcę by coś nas rozdzieliło. Musimy się w czwórkę trzymać razem. No i pewnie masz rację. – odparła Agnieszka.
-Ja właśnie też nie. Chodźmy spać, bo ja już tutaj powoli nie mogę. – westchnął Szymon.
-Późno już. Chodźmy lepiej. – powiedziała Agnieszka.
-Więc dobranoc, miłej nocy. – powiedział Szymon gasząc światło. Agnieszka jeszcze szybko się przebrała, a Szymon zasnął obserwując ją w ciemnościach.
#4 Powrót
Płonący wrak dziwnego samochodu, z którego dymiło na pół kilometra w górę, był pierwszą rzeczą która rzucała się w oczy. Dalej było już tylko ciekawiej. Rozpoznał swoją miejscowość, staw przy którym mieszkał. Zmieniło się tylko tyle, że zamiast zamku, który u niego, był zamieniony w kafejkę, bibliotekę, pizzerie i mini hotel dla odwiedzających, stał normalny zamek, otoczony murami i fosą. Do zamku, przez główną bramę, wpadała asfaltowa ulica, po której poruszały się normalnie samochody. Marcin odwrócił się spoglądając na Agnieszkę i Szymona.
-Tak, to jest to miejsce. – odparł Marcin.
-Poznaję. – stwierdził Szymon.
-Czyli, tak jak się umawialiśmy, musimy wejść do zamku. – powiedziała Agnieszka.
-Dokładnie, po czym uciec z tego świata. – stwierdził Szymon.
-Zanim to zrobimy, chciałbym zobaczyć swój dom. – odparł Marcin, po czym ruszył w dół góry. Co dziwne, mimo braku wielu domów, które były w jego świecie, jego dom stał, tam gdzie zawsze, w nieco innym kształcie, jednak podobnym kolorze.
-Może akurat będzie coś na obiad. – stwierdził Szymon.
-Wątpię. Oni raczej się mnie nie spodziewają. Zrobimy to po kryjomu. – powiedział Marcin.
-Czyli? – zapytał Szymon.
-Tylko ty masz jakieś ubrania na zapas. – stwierdził Marcin.
-Czyli mam ci dać bluzę? – zapytał Szymon sięgając do plecaka.
-Tak, nie mogą mnie odkryć. Wystarczy, że ostatnio już namieszałem… - odparł Marcin. Założył bluzę i ubrał okulary. Nastała dla niego ciemność i wszystko ucichło…
***
Marcin obudził się jako pierwszy. Poszedł wziąć szybki prysznic. Umył jedynie włosy, a gdy usłyszał ponaglający głos Szymona, postanowił szybko wyjść. Minutę później wyszedł z łazienki owinięty ręcznikiem.
-Chodź szybko, bo nie uwierzysz. – powiedział Szymon.
-Co się dzieje ? – zapytał szybko Marcin.
-Musisz to po prostu zobaczyć. – powiedział Szymon. Weszli do ich pokoju, gdzie leciała jakaś rockowa muzyka.
-Skąd to leci? – spytał Marcin.
-Patrz na moje buty. – uśmiechnęła się Agnieszka. Marcin otworzył oczy ze zdumienia. Buty miały specjalne wcięcie na pendriva, który był włożony równolegle z butem w taki sposób, że nie wystawały buta.
-Niezłe to. Znalazłaś w rzeczach swojej alterki? – zapytał Marcin.
-Alterki? – zapytała Agnieszka.
-No alterki. – powiedział Marcin.
-Ale, że jak? – zdziwiła się Agnieszka.
-Come on… no nie wiecie? Przecież ktoś musiał tutaj być. Nasze alternatywne ja. Ktoś, kto żyłby tym innym życiem za nas. – stwierdził Marcin.
-Nie pomyślałam o tym. – odparła Agnieszka.
-Ja tam bez różnicy. Wiem tyle, że tutejszy ja lubi papierosy. – rzekł Szymon.
-Musiałbym przeszukać swoją torbę. – odparł Marcin. Wszedł jednak pod kołdrę i szybko się ubrał. Minutę później przeszukiwał już swoje bagaże.
-Czyli myślicie, że ile jest nas, we wszystkich razem wziętych światach? – spytał Sebastian.
-Nieskończenie wiele. Tyle ile światów. Chociaż, powiem, że nawet więcej. Jeśli istnieje nieskończenie wiele kombinacji, to są nawet światy w których nie ma nikogo z nas. Nie wiem jak to działa, ale szczerze to fajnie byłoby to odkryć i spisać. – odparł Marcin. Usłyszeli pukanie do drzwi. Marcin pokazał palec na ustach, a drzwi powoli otworzyły się. Marcin, który stał prze drzwiach odskoczył lekko. Była to jednak tylko dziewczyna, która podobała się Sebastianowi.
-O hej Oluś. – zdziwił się Sebastian. Oluś z kolei nie była zdziwiona. Podeszła w podskokach do Sebastiana... po czym stanęła na palcach i pocałowała Sebastiana, jak gdyby nigdy nic. Sebastian, który stał przodem do Marcina, zrobił wielkie oczy do Marcina, po czym je przymknął. Pozostali szybko udali, że ich to nie interesuje.
-Chodźmy na dół. – odparł po chwili Sebastian. Marcin tymczasem kontynuował przeszukiwanie torby. Jej zawartość nie różniła się zbytnio. Różnicą była jedna koszulka, której Marcin wcześniej nie widział. Drzwi zamknęły się z trzaskiem, a zakochani zniknęli za nimi.
-To było nieco dziwne. – stwierdziła Agnieszka.
-Chodźmy obczaić czy ktoś już czasem nie siedzi w holu. – zaproponował Szymon.
-Może będzie i nasza wroga grupka. Mam nadzieję, że nie mylę się w tym, że oni najwyraźniej wiedzą o światach alternatywnych. – powiedział Marcin.
-Wszystko to wydaje się być niezwykle pokręcone. – stwierdził Szymon. Całą trójką wyszli z pokoju.
-Wręcz przeciwnie. Wszystko jest logicznie połączone. Nic się nie dzieje przypadkiem, przynajmniej jak na razie. – stwierdził Marcin.
-A twoje sny? Co to ma wspólnego z tym wszystkim? – zapytała Agnieszka.
-Do dziś myślałem, że były one aby mnie tu doprowadzić. Tymczasem mimo, że przeszliśmy przez ten portal, to mam je w dalszym ciągu. – powiedział Marcin.
-A co ci się śniło? – zapytała Agnieszka.
-Coś jakby inny świat alternatywny, ale z większymi nieco zmianami. – powiedział Marcin.
-No dobra, może ten sen poinformował cię, abyś odnalazł tamten świat? – zapytał Szymon.
-Ja to tam nie wiem co to wszystko oznacza. – pokiwał głową Marcin. Gdy dotarli na dół, okazało się, że nikogo tam nie było.
-Jakie pustki. Co jest grane? – zdziwił się Szymon.
-Po prostu jest wcześnie bardzo. – odparła Agnieszka.
-Ja jestem. – usłyszeli za swoimi plecami głos Filipa.
-Straszysz ludzi… - westchnął Szymon.
-Miałeś wyjaśnić. – powiedział od razu Filip do Marcina.
-Odkryliśmy przeznaczenie tego skarbu co wy szukaliście. – westchnął Marcin.
-Że jak? – zdziwił się Filip.
-Jejku, byliśmy w zamku, po czym na dole, za ukrytym przejściem był długi tunel, który prowadził do wielkiej sali. W sali tej była dziwna machina. Tak czy owak, przeszliśmy przez nią, po czym trafiliśmy do świata alternatywnego, jakim jest właśnie ten świat. – powiedział Marcin.
-Hmm… a może ta machina uszkodziła wam waszą świadomość i tylko wam się tak wydaje, że jesteście w świecie równoległym. Przecież to jest prawie niemożliwe. – odparł Filip.
-Mamy nagranie z całej akcji. – odparł Szymon.
-Nie no nie trzeba. Możecie mnie zaprowadzić w tamto miejsce? – zapytał Filip.
-No ale chyba nie teraz? – zapytał Marcin.
-A kiedy? Ponad godzina do śniadania przecież. – stwierdził Filip.
-Chyba żartujesz. Spędziliśmy tam góra pół godziny a wyszło dużo więcej według czasu. – odparł Marcin.
-A no chyba że tak. Czyli najlepiej będzie dopiero po kolacji. – stwierdził Filip.
-Nikomu nie mów, nie wiem czy wiesz, ale jeśli to prawda, to najprawdopodobniej jakby każdy się o tym dowiedział, to wiele osób chciałoby się przenieść. W końcu ktoś by się dowiedział, rozgadał dalej. Później byłoby już gorzej. Wyobraź sobie, że do naszego świata zamiast nas trafiliby tacy, którzy mieliby taki świat, w którym wydarzenia są podobne ale na przykład o kilka lat są do przodu. Mogliby zmienić nasz zaplanowany bieg historii. Nie wiem co mogłoby się stać. Gdzieś kiedyś usłyszałem takie ciekawe zdanie. Jeśli przeznaczenie zostanie skrzywdzone, wszyscy zginiemy. – odparł Marcin.
-Hmmm, zapewne połowa słuchaczy nie dałaby rady tego zrozumieć. Ja jednak interesuje się podróżami w czasie i poniekąd właśnie światami alternatywnymi. Jaki był więc mój alter? – spytał Filip.
-No a jaki miał być? Inny na pewno. Wydajesz się tutaj być pewniejszy siebie. Początkowo jak tu przyszedłeś przestraszyłem się ciebie lekko. – stwierdził Marcin.
-No ciekawe, dobra, ja lecę w sumie. Nie ogarnąłem się a muszę być gotowy przed śniadaniem. Pozwól tylko, że powiem to jednej osobie. – poprosił Filip.
-Monika u nas też pomagała więc możesz powiedzieć w sumie. – stwierdził Marcin.
-No właśnie o nią mi chodziło. Dzięki Marcinie, dzięki za zaufanie. Do potem. – Filip z uśmiechem odszedł. Marcin dopiero się zorientował, że reszta ekipy gdzieś przepadła.
-Tylko, czy to dobry pomysł ufać w tym świecie komuś poza naszą czwórką? – zapytał się Marcin cicho sam siebie.
-Też o tym pomyślałam. Chyba znalazłeś mój skarb. – stwierdziła Gosia, która nagle poruszyła się z jednego z foteli. Miała identyczny kolor sukienki, więc ciężko było ją odróżnić.
-Słyszałaś wszystko? – westchnął Marcin.
-Nie chciałam podsłuchiwać. Po prostu siedziałam, a wy mówiliście głośno. Spokojnie, nikomu nie powiem. – powiedziała Gosia z uśmiechem.
-Tak, ty jesteś okej. Gdyby nie ty, to nic byśmy nie zdziałali. Dałaś mi klucz. – stwierdził Marcin.
-Klucz? – zdziwiła się Gosia.
-Czekaj… mówiłaś, że był w głowie niedźwiedzia. – Marcin zerwał się z wrażenia i podbiegł do dywanu. Schylił się i wyjął z głowy niedźwiedzia metalowy klucz. W tle domu odezwały się organy.
-Jakim prawem ten klucz tam jest? – wystraszył się Marcin.
-Świat alternatywny. Tutaj wszystko potoczyło się inaczej jak w twoim.
-Raczej tylko niektóre fakty. Tak teraz patrząc na to wszystko, stoimy przed wielkim odkryciem. Muszę to zbadać. – powiedział Marcin.
-Wiem, że cię nie znam, imię znam tylko dlatego, że tamten z którym mówiłeś nazwał cię Marcin. Mimo, że cię nie znam, mam pytanie, mogę pójść z wami? – zapytała Gosia.
-Według mnie, cztery osoby to już dużo. Ale jeśli bardzo tego chcesz, to dziś wieczorem idziemy. – powiedział Marcin.
-Dziękuję ci. Obiecuję, że nikomu nie wyjawię. – powiedziała Gosia.
-Dobrze. Więc do później. – odparł Marcin. Ruszył schodami do góry, jednak spotkał po drodze wrogą grupkę. Tamci go minęli jak gdyby nigdy nic. Marcin chwilę walczył, sam ze sobą, czy zagadać. W końcu nie miał pewności i nie był odważną osobą. Ku jemu zdziwieniu, odważył się i zszedł za nimi. Adrian usłyszał go i odwrócił się lekko zdziwiony.
-Mam pytanie. Tylko jeszcze nie wiem jak do końca je zadać. – odparł Marcin.
-A długo ci to zejdzie? – zapytał Adrian.
-Zależy tak naprawdę od tego jak na to zareagujesz. – powiedział Marcin. Zauważył przy tym, że jego zachowanie jest drastycznie inne niż to z jego świata.
-Idźcie, dogonię was. – machnął ręką Adrian.
-Okej, spytam wprost. – zaczął Marcin gdy reszta odeszła w miarę daleko.
-Wal. – zachęcił Adrian.
-Nie jesteście z tego świata, prawda? – zapytał Marcin.
-Ty też nie. – odparł mocno zdziwiony Adrian.
-No, okej, czyli miałem rację – uśmiechnął się Marcin.
-Ale kiedy przeszedłeś przez portal? Nie jest już trochę długo czynny. – stwierdził Adrian, który nie przestawał być zdziwiony.
-Dziś w nocy. A czemu miałby być nieczynny? – zdziwił się Marcin.
-Jakim cudem dziś… coś ci się nie pomyliło? – zapytał Adrian.
-Dotarłem tu przeszedłem przez portal bo nie wiedziałem do czego on służy. – stwierdził Marcin.
-Zaraz… gdzie był portal, którym tu trafiłeś? – zapytał się Adrian.
-No tutaj, pod zamkiem dokładnie. – odparł Marcin.
-Czyli jednak jest drugi portal… miałem na myśli taki z Zebrzydowic. – powiedział Adrian podekscytowany.
-W Zebrzydowicach jest portal?! – Marcin był zaskoczony.
-Nie jest czynny. Tkwimy w tym świecie już kilka tygodni i nie wiemy jak wrócić. – odparł Adrian.
-Więc… chyba wystarczy przejść tylko. – stwierdził Marcin.
-Owszem, przydałoby się również ustawić kod, który by nam pozwolił wrócić do domu. Jednak dopóki komputer nie posiada odpowiedniej mocy, nic nie zrobimy. – stwierdził Adrian.
-Jaki to kod? – zapytał Marcin.
-Według instrukcji, wszędzie muszą być zera. – stwierdził Adrian.
-A co, jeśli są numerki, ale to co jest przed nimi po prostu działa na zasadzie znaczków z Matrixa? – zapytał Marcin.
-No właśnie. Musi być moc. Potrzebna jest aby właśnie te znaczki przestały tak skakać. – odparł Adrian.
-Wieczorem idziemy by znów przejść. – odparł Marcin.
-Nie. Zabraniam ci. – powiedział stanowczo Adrian.
-Czemu niby. Jeden na miliard może doświadczyć takiej przygody. – odparł Marcin.
-Nie jesteśmy jedynymi, którzy podróżują. A niestety jest to niebezpieczne. – powiedział Adrian.
-Niby dlaczego? – zapytał się Marcin.
-Nikt nie wie, co zasila tak naprawdę portal. Prawdopodobnie to nasza planeta go zasila. Kable ciągną się głęboko pod portalem. – odparł Adrian.
-Skoro im bliżej jądra się znajdujemy, tym jest cieplejsza temperatura, to kable w końcu stopnieją. Nie ma szans aby zasilała je ziemia. – stwierdził Marcin.
-Autor instrukcji co do podróży między światami równoległymi też rozważał taką opcję. – odparł Adrian.
-A gdyby tam powiadomić jakiś naukowców? Może to oni by pomogli i dali radę wrócić was do waszego świata? – zapytał się Marcin.
-Nie rozumiesz? Nikt nie ma prawa o tym wiedzieć. To jest tajemnica, o której świat nie ma prawa wiedzieć. Poinformowaliśmy tak jednych w innym świecie, a oni nas chcieli zabić, za to, że posiadamy tak wielką wiedzę. Pawłowi się nie udało. Wzięli go do niewoli. Jak już, to sami musimy wrócić. Ty tutaj zostań, ten świat nie różni się bardzo od twojego. Zawsze kilka pierwszych przejść nie robi wielkiej różnicy. Każda jedna rzecz może się zmienić. Nie ma nic stałego, zapamiętaj to sobie. – powiedział Adrian.
-No dobra, ale może jesteśmy w stanie pomóc z zasilaniem do komputera? – zapytał Marcin.
-Nie sądzę. Ze względów bezpieczeństwa, specjalne ogniwa zostały ukryte. Potrzebnych jest ich dziesięć. W instrukcji jest tylko mapa, która doprowadzi do informacji gdzie znaleźć ogniwa. Problem jest taki, że nie wiemy jak ją zrozumieć. – odparł Adrian.
-No nic, potem się odezwę aby ją zobaczyć. – odparł Marcin.
-Skoro trafiłeś do portalu przypadkiem, może i przypadkiem ją odczytasz. – stwierdził Adrian.
-No dobra. Coś jeszcze muszę wiedzieć? – zapytał się Marcin.
-Uważaj na organizację Google. W tym świecie nie spotkaliśmy się z wielkim zagrożeniem, jednak pamiętaj, oni wiedzą o światach alternatywnych, a jeśli nie daj Boże usłyszą od was o tym, możecie czuć się zagrożeni, bo oni też starają się wyeliminować wszystkich którzy wiedzą o światach równoległych.
-No ja go zabije… dzięki wielkie, do potem! – Marcin wystrzelił jak z procy do swojego pokoju. Był pusty. Znalazł szybko swoje Google Glass, które założył. Po załączeniu okazało się, że są zawirusowane. Cały ekran wypełniły powiadomienia, które ciągle tylko przybywały. Marcin zdenerwował się lekko, i wywalił je przez okno. Podparł się o parapet, ponieważ nagle doświadczył silnego bólu głowy i osłabł. Przez chwile miał wrażenie, że usłyszał szept. Po chwili odzyskał siłę, jednak ból głowy pozostał. W dodatku szumiało mu w uszach.
-Co to było… - Marcin rozejrzał się lekko zdezorientowany i przerażony. Usiadł na łóżku i podparł głowę rękami i zamknął oczy.
-Co się dzieje? – usłyszał czyiś głos przez mgłę.
-Nie… nie wiem. – stwierdził Marcin. Poczuł czyiś dotyk na swojej głowie.
-Trzymaj się, jeszcze nie czas na ciebie, weź to. – powiedział głos, którego dalej nie rozpoznał. Podniósł mu głowę i Marcin pomyślał, że zaczyna śnić. Zobaczył bowiem Kapturnika. Wyglądał niczym Assassyn, tyle, że miał inny kolor stroju niż oni. Czarny kaptur, ciemna maska na oczach, średniego rozmiaru broda Niestety nie miał dalej pojęcia kim jest ta osoba. Wydała mu się bardzo znajoma.
-Co… - zaczął Marcin ledwie ogarniając.
-Za każdym razem, gdy będzie ci źle, po prostu weź łyka. – powiedział Kapturnik dając Marcinowi ciemną butelkę do połowy pełną.
-Ale, co to jest? – wystraszył się Marcin. Powoli zaczynało mu przechodzić. Szok jaki wywołał Kapturnik działał jak lekarstwo.
-Dowiesz się w swoim czasie. Ciao brachu! – powiedział Kapturnik i wyskoczył przez wcześniej otwarte okno.
-Kto to był? – usłyszał niewyraźnie kolejny głos stojący w drzwiach. Wzrokiem rozpoznał Gosię.
-Nie pytaj bo nie wiem. Nazywamy ich Kapturnikami. – stwierdził Marcin otwierając prezent od Kapturnika. Powąchał a zapach sprawił, że już z nim było lepiej. Pachniało dość przyjemnie, jednak pierwszy raz w życiu czuł taki zapach.
-Wbiegał po schodach i poszłam za nim. Nie myślałam, że go znasz. – stwierdziła Gosia.
-Pierwszy raz do mnie zagadał. – stwierdził Marcin, którego znów rozbolała głowa.
-Coś ci jest? – wystraszyła się Gosia.
-Nie mam pojęcia co jest grane. Ale mam tego dość. – powiedział Marcin i wziął jeden łyk.
- Oj Cinek, Cinek, będzie dobrze. – stwierdziła Gosia i usiadła obok niego.
-I jest! – powiedział Marcin zdumiony. Aż wstał i popatrzył zdziwiony na Gosię.
-Na serio? – Gosia była zdziwiona.
-To coś działa na serio. I przepyszne. W życiu nie piłem takiego czegoś. – powiedział Marcin.
-Dasz spróbować? – spytała Gosia.
-Nie brzydzisz się tak po mnie? – spytał Marcin.
-Nie no, nie ma czego. – odparła Gosia.
-Tylko, że to jest lekarstwo, nie wiem, czy picie bez dolegliwości jest dobre. – powiedział Marcin.
-Najwyżej mi coś będzie. – stwierdziła Gosia. Powąchała przy czym się skrzywiła.
-Co jest? – zapytał Marcin zdziwiony.
-Może lepiej ci to oddam. Sam zapach odpycha. – odparła Gosia.
-Bez sensu. – stwierdził Marcin, który jeszcze raz powąchał. Nic się nie zmieniło. Wzruszył ramionami i schował dziwny napój do torby.
-Ej! Bo jest źle! – Krzyknął nagle Adrian. Za nim stał Adam z Dominikiem.
-Co się stało? – zapytał Marcin.
-Obserwują nas. – odparł Dominik.
-Że kto? – zdziwił się Marcin.
-Korporacja Google. Musimy stąd natychmiast uciekać. – powiedział Adam.
-Hm no okej, wezmę tylko plecak. – stwierdził Marcin. Wyjął plecak spod łóżka i spojrzał na Gosie.
-Mam zostać? – zapytała lekko nieśmiało Gosia.
-Wie o wszystkim? – zapytał Adrian.
-Niechcący usłyszała naszą rozmowę. Można jej zaufać, wiem co mówię. – odparł Marcin.
-Co się dzieje? – zapytał Szymon. Razem z Agnieszką przecisnęli się przez wrogą czwórkę i wpadli do pokoju.
-Zwijamy się już teraz. – odparł Marcin. Wzięli szybko plecaki i wyszli z pokoju. Ruszyli za Adrianem, Dominikiem i Adamem. Wkrótce dołączył też Daniel.
-Co z Sebasem? – zapytał Szymon.
-Tutaj jest szczęśliwy. Niech zostanie. – odparł Marcin.
Ruchy, ruchy! – krzyknął Adam. Zadzwonił równocześnie telefon Adriana.
-No halo, co się dzieje? Już? Za dziesięć sekund wyjdziemy frontowymi drzwiami! – Krzyknął Adrian rozłączając się jednocześnie. Nie miał nawet czasu schować telefon. Cała ósemka przeleciała przez hol z prędkością światła. W holu siedział między innymi Filip z Moniką, oraz Sebastian z Olą. Patrzyli na nich z osłupieniem. Długo to nie trwało. Wlecieli w drzwi które otwarły się dość szybko i z trzaskiem uderzyły o ścianę. Z przodu domu stał van, z którego wyleciał Animator Krzychu.
-Wskakujcie! Michał już rusza! – usłyszeli Krzycha.
-Gdzie jedziemy? – zapytała się Agnieszka.
-Portal. Taka sytuacja to wyjątek. Mimo, że mówiłem ci abyś już nie przechodził, nie chcę was narażać. Zostaniecie w następnym świecie. – powiedział Adrian do Marcina. Wszyscy szybko wsiedli i van ruszył po dziurawej drodze.
-Boję się troszkę. – powiedziała cicho Gosia, tak, że usłyszał ją tylko Marcin i być może Szymon.
-Spokojnie, jesteśmy tu wszyscy. – pocieszył ją Marcin.
-Zimno mi. – odparła Agnieszka.
-Pamiętasz co ci mówiłem Szymon? – zapytał się go Marcin po cichu.
-Jak dziewczynie zimno to trzeba ją przytulić? – zapytał Szymon nieco głośniej.
-Byłoby miło. – odparła nieco rozbawiona Agnieszka.
-Dobra tam, chodź tutaj bliżej. – powiedział Szymon. Usiedli blisko siebie i się przytulili.
-Hmmm, powiem ci Marcin, że mi też jest zimno. – powiedziała tajemniczo Gosia.
-Więc przytul się mocno. – odparł Marcin.
-Chyba nas gonią. – powiedział Michał.
-Cholera jasna, zrób coś! – powiedział Krzychu lekko zdenerwowany.
-Jeszcze pół kilometra! – krzyknął Michał.
-Cholera, nie damy rady! Przyspiesz, czy coś! – denerwował się Krzysiek.
-Za duży ruch na drodze! – krzyczał Michał. Nagle zarzuciło nimi. Michał gwałtownie skręcił, a ich prawy bok o coś się otarł. Otwarły się przez to oba skrzydła drzwi. Zobaczyli jakieś auto, rozbijające się o latarnie ze sporą prędkością, o które prawdopodobnie się otarli. Gdyby wszyscy nie trzymali się poręczy, przymocowanych do boku, prawdopodobnie wylecieliby do tyłu.
-Podjadę centralnie pod wejście. Będziecie musieli uciec. – powiedział Michał.
-A ty? – wystraszył się Krzychu.
-Pojadę po alterów do Zebrzydowic. – powiedział Michał. Z tyłu zauważyli dwie ciemne furgonetki, które zbliżały się coraz bardziej. Usłyszeli strzały.
-To bardzo daleko stąd przecież. – odezwał się Dominik.
-Taka prawda. Ustawicie portal w taki sposób, aby was przeniosło o 24 godziny w przyszłość. – poprosił Michał.
-Musimy się trzymać razem. Przynajmniej my dwoje. – powiedział Krzychu do Michała.
-Wiem. Tylko nasza dwójka jest z naszego świata. Reszta zaginęła. – wyjaśnił reszcie Michał.
-Tylko, że nikt poza Krzychem nie potrafi sterować poprawnie portalem. – stwierdził Dominik.
-Przepraszam…. Musisz iść, to rozkaz! Sto metrów do końca! – powiedział Michał.
-Przygotujcie się, mamy od teraz… - zaczął Adrian, jednak nie mógł dokończyć. Z drogi podporządkowanej, po ich prawej stronie wyjechała furgonetka, która z impetem przywaliła w ich prawy bok. Marcin poczuł uderzenie, i odleciał na lewy bok. Wywalił się na brzuch. Gdy rękę podawał mu Szymon chwycił go mocno, jednak van uderzył o krawężnik, przez co Szymon zachwiał się i puścił barierkę lecąc na Marcina. Oboje zaczęli lecieć do tyłu.
-Szymon! – usłyszeli jedynie piskliwy głos Agnieszki. Wylecieli jako jedyni z vana, upadając na nogi. Marcin stracił kontakt wzrokowy z Szymonem. Siła rozpędzenia zwaliła go z nóg i zaczął obracać się bokiem. Poczuł jak laptop wbija się mu w plecy, a lewa ręka wykręca. Nie miał nawet siły krzyknąć z bólu. Van przywalił w barierkę kawałek przed nimi i odbił się od niej, niemal wpadając do rzeki. Marcin skończył się obracać, i sunął jedynie na plecaku, niczym żółw na skorupie. Po chwili zatrzymał się całkowicie nie czując zbyt wiele bólu. Zobaczył obok siebie Szymona, który miał zakrwawioną głowę. On nie miał tyle szczęścia. Z tyłu dwa samochody zahamowały z piskiem. Byli to jednak cywile.
-Dawaj stary! – powiedział Marcin do Szymona. Tamten otworzył oczy. Był w szoku.
-Daj mi rękę. – powiedział spokojnie Szymon.
-Masz! – krzyknął Marcin zestresowany. Podał mu jednak wykręconą rękę i gdy tamten się podnosił, Marcin zawył z bólu. Mimo to, oboje po chwili stali i patrzyli na siebie.
-Może to głupie, ale przydałoby się uciec. – powiedział Szymon.
-Patrz tam! – Marcin zauważył dwa ciemne auta osobowe, które jechały pod prąd w ich stronę. Za kierownicą siedzieli Kapturnicy.
-Dobra, jest odsiecz, uciekamy! – Szymon rozpoczął bieg a Marcin ruszył za nim. Wbiegli na chodnik. Marcin zauważył na ziemi pistolet, który wyleciał z furgonetki. Schylił się po niego, jednak zanim się podniósł, zauważył czyjeś nogi. Szybko podniósł wzrok, myśląc, że to wróg. Była to jedynie młoda dziewczyna. Młodsza nawet od niego. Obok niej, nieco za nią, stała druga, jeszcze młodsza. Obie były podobne do siebie i miały tak samo zapięte w warkocz, ciemne włosy.
-Wyglądasz strasznie! Nic ci nie jest? – wystraszyła się dziewczyna.
-Nie mam pojęcia. Muszę uciekać! – Krzyknął Marcin. W tej chwili padł strzał. Marcin odwrócił się momentalnie. Z drugiej strony mostu stał nieznany mężczyzna ubrany w normalne ubranie. Mierzył do nich z pistoletu.
-Uciekajcie! – Krzyknął Marcin. Nigdy nie miał w dłoni broni. Nie miał pojęcia jak walczyć. Nie wymierzając pociągnął za spust, jednak pistolet nie wystrzelił.
-No co jest.. – tymczasem mężczyzna wystrzelił po raz drugi. Marcin wręcz poczuł pocisk, który minął go o milimetry. Równocześnie usłyszał kolejny strzał, i krzyk. Mężczyzna upadł, jednak to nie on krzyczał. Za jego plecami leżała młodsza dziewczyna, a wokół niej było już sporo krwi.
-O nie… - Marcinem wstrząsnął ten widok. Mimo wszystko, bardziej wstrząśnięta była tamta druga dziewczyna.
-Tylko nie to! – krzyczała tamta.
-Nie ma czasu, proszę, uciekajmy! – krzyknął Marcin i pociągnął ją za sobą. Dogonili Szymona, który na nich zaczekał. Furgonetka już znikała za zakrętem, a pozostali już dawno zniknęli w zamku.
-Cali? – zapytał Szymon.
-Jak najbardziej. – powiedział Marcin. Dziewczyna nawet nie odezwała się.
-Musimy dogonić pozostałych! Nie mogą wskoczyć w portal bez nas, no nie mogą no! – Szymon zaczął się denerwować. Krew spływała mu po twarzy, miał rozcięte czoło.
-Portal? – zapytała zapłakanym głosem dziewczyna.
-Za dużo gadasz… - westchnął Marcin. Za nimi usłyszeli strzelaninę. Marcin puścił dziewczynę i poleciał za Szymonem. Wbiegli do zamku, gdzie czekał na nich Adrian.
-Wszyscy cali? A ona to kto? – Do zamku wbiegła nieco ochlapana krwią dziewczyna, którą zostawili kawałek z tyłu.
-To przez was zginęła! Przez was! – powiedziała zapłakanym głosem dziewczyna. Była wściekła.
-To nie była ich wina. Wszystkiemu winna Korporacja Google. – powiedział Adrian poważnie.
-Skoro was śledzą, to przeszukają zamek. Tak się składa, że znam fajne miejsce do ukrycia. – zaoferowała pomoc Weronika. Wciąż leciały jej łzy. Jednak złość jakby się ulotniła.
-My też znamy, dużo lepsze miejsce. – powiedział Szymon.
-No teraz to już za późno. Zostań tutaj! – polecił jej Adrian.
-Nie. Idę z wami. – powiedziała Weronika. Marcin bawił się tymczasem bronią. Przesunął czymś u góry pistoletu, a ten wydał dziwny odgłos.
-Chyba nie zamierzasz w nią strzelać? – zapytał się go Adrian.
-W nią? Powaliło? Co z tego, że zna nasz sekret? Nie jest groźna, a i tak już ją los skrzywdził. Może trafi gdzieś, gdzie ma siostrę. – odparł Marcin.
-Rób co chcesz. Wiesz czemu Michał odjechał? Wiesz czemu z nami nie wchodził? – zapytał się Adrian.
-Prawie go nie znałem. Skąd mam wiedzieć? – zapytał się Marcin.
-W portal, może wejść jednocześnie dziewięć osób. W tej chwili jest nas dziesiątka. Jeśli chcesz ją zabrać, będziecie musieli nas opuścić. – stwierdził Adrian.
-Idziemy, nie mamy przecież czasu! – powiedział Szymon. Po chwili przechodzili przez tajemne przejście. Marcin usłyszał ciche dziękuje, od dziewczyny, która szła z nimi.
-Czemu nagle poczułem tyle bólu? – wystraszył się Marcin.
-Adrenalina opadła, może dlatego. – stwierdził Adrian. Byli już na szczęście przy samych drzwiach. Przywitał ich Adam, który w nich stał.
-Krzysiek już odpalił portal. Czekamy na was. – odparł Adam.
-Jak już to na mnie. Oni, idą osobno. – powiedział Adrian.
-A ona to kto? – zapytał się Adam.
-Nie mam pojęcia. – pokiwał głową Adrian.
-Są! – ucieszyła się Agnieszka. Chciała skoczył na Szymona jednak gdy go zobaczyła złapała się za usta. Krew już zaschła, jednak miał na twarzy spore smugi.
-Co to za cudo.. – zapytała dziewczyna.
-Brama do innych wymiarów. – uśmiechnął się Marcin. Dołączyła do nich Gosia. Pozostali udali się już pod portal.
-Wejdziecie za pół minuty. Nas już powinno tam nie być. Będziecie w domu, w Zebrzydowicach. – krzyknął Adrian. Następnie weszli w portal… i zniknęli.
-Co to za czary! – wystraszyła się dziewczyna.
-Słuchaj… nie powinnaś iść z nami. Przeniesiesz się w drugi kraniec Polski. Nie damy rady zrobić abyś wróciła… - zaczął Szymon.
-Chcę iść. – stwierdziła dziewczyna.
-Więc witaj w drużynie. Ja jestem Marcin, to jest Szymon, Gosia i Agnieszka.
-Jestem Wiktoria. Szkoda, że moja siostra tego nie widzi. – westchnęła Wiktoria.
-Tamta, której się nie udało? – zapytał Szymon.
-No niestety. Wercia nie miała tyle szczęście co ja. – westchnęła Wiktoria.
-Uwierz mi, że ona żyje. Będzie ciężko ją odnaleźć, ale obiecuje ci, że dam radę. – powiedział Marcin.
-Chodźmy już. Mam nadzieję, że nie przestawili nam koordynatów na dalekie. – powiedział Szymon.
-Nie zmienimy ich póki czegoś tam nie znajdziemy. – powiedział Marcin. Wszyscy podeszli pod portal. Tamten zaczął puszczać iskry.
-Chwyćmy się za ręce. – powiedział Szymon.
-No to w drogę. – Odparł Marcin. Pierwszy wszedł Szymon, za nim Agnieszka, później Gosia, którą złapała Wiktoria. Na końcu był Marcin.
-Jakoś to będzie. – stwierdził Marcin, gdy został tylko z Wiktorią. Zanim ta mu zdołał cokolwiek powiedzieć znikła w portalu. Czuł jej dłoń, mimo, że stracił ją z pola widzenia. Wkrótce i on zniknął.
***
Marcin przez chwilę nie wiedział co się dzieje. Dostrzegał jedynie ciemność. Zaczęło go lekko obracać po czym w oddali dostrzegł portal. Zbliżał się z oszałamiającą prędkością. Marcin ze strachu zamknął oczy, po czym poczuł jak wpada na kogoś. Otworzył oczy i ujrzał nieco inne pomieszczenie niż to, którym tu przybył. Leżał na Wiktorii. Szybko się podniósł i zatoczył do tyłu sycząc z bólu. Szymon pomógł wstać Wiktorii, a Agnieszka rzuciła na niego wściekłe spojrzenie.
-Nic ci nie jest? – zapytała się Gosia Marcina.
-Ręka boli jak nie wiem. Będziemy musieli zajść do ośrodka zdrowia. – powiedział Marcin.
-Szczerze to mam lekkie obawy, co takiego zastaniemy u góry tym razem. – odezwał się Szymon.
-Zróbmy zdjęcie komputera. – zaproponowała Gosia.
-Nie rozumiem do końca. Światy alternatywne, tak? – zapytała nagle Wiktoria.
-No tak. A czego nie rozumiesz? – zapytał Marcin.
-Jak to działa dokładnie. – zapytała Wiktoria.
-Nie mam pojęcia. Coś ją musi zasilać. Coś zdolnego wytworzyć lukę w przestrzeni, między innymi wymiarami. – stwierdził Marcin.
-Nie chodziło mi o to… ale mimo to odpowiedziałeś mi na to, w drugiej części odpowiedzi. – stwierdziła Wiktoria.
-Chodźmy zobaczyć pomiar tego świata. – stwierdził Szymon. Marcin ich wyprzedził i dotarł do komputera jako pierwszy. U góry migały wszystkie trzy literki. Niżej po raz kolejny zobaczył dziwne cyferki.
-Masz gdzieś swoje Google Glass? – zapytał Szymon.
-Został w poprzednim świecie. – stwierdził Marcin.
-Nie mamy więc pomiarów tamtego świata. – stwierdził Szymon.
-Mamy, robiłem przecież też telefonem te zdjęcia. – powiedział Marcin, robiąc również kilka zdjęć. Wartości wciąż były niskie poza pierwszą, która skoczyła na -4,001.
-Nie ogarniam w dalszym ciągu o co w tym biega. – pokiwał głową Szymon.
-No wiem. Tak porównuje teraz te zdjęcia i powiem ci, że jest widoczna różnica. Niekiedy liczby sięgają do 1.5. Wcześniej tylko do 0.3, więc jest różnica. – stwierdził Marcin.
-Czy te trzy literki, które migają u góry, nie oznaczają czasem opcji przenoszenia w czasie, przestrzeni, oraz świecie alternatywnym ? – zapytał się Szymon.
-A, S, T ? Hmm, ale jak? – zaczął zastanawiać się Marcin. Domyślił się jednak zanim Szymon się odezwał.
-Alternative, Space, Time. – odparł Szymon.
-Czyli faktycznie nas przeniosło tak jak mówili nam wtedy. Tylko do jasnej cholery… za szybko to się potoczyło. Adrian i reszta mają jakąś mapę, która ma ułatwić znalezienie ogniw do portalu. – westchnął Marcin.
-Po co znów jakieś ogniwa, skoro to działa. – zapytała Gosia.
-No więc nie działa jak powinno. Adrian mówił, żeby podróżować nimi tylko wtedy jak jest źle. Coś jak poprzednio. – stwierdził Marcin.
-No dobra. Więc musimy ogarnąć co przygotował nas ten świat. – odparł Marcin i wyszedł z sali. Za nim podążyła reszta. Wyszli z hali z portalem i spojrzeli wyżej. Tym razem nie było żadnych odnóg, tylko niemal od razu wyjście. Było jednak inne niż to poprzednie. Musieli wejść po zardzewiałej drabince, aby otworzyć klapę.
-Mówiłem, że mam złe przeczucia? – zapytał Szymon.
-A skończ. Przecież to nie możliwe. – westchnęła Agnieszka.
-Marcin ma sny które nas tutaj doprowadziły. To też niemożliwe? – zapytał się Szymon.
-Ach, no najważniejszy nasz cel. Nie przechodzimy przez portal, póki nie napotkamy Adriana i reszty. Zależy jaka jest godzina też. Jak rano, to może i dziś jeszcze wrócimy. No ale jak już późno to trzeba gdzieś przetrzymać Wiktorie. – powiedział Marcin.
-Skąd wy wszyscy w ogóle jesteście? – zapytała Wiktoria.
-Mówiłem, że Zebrzydowice. – odparł Marcin.
-Nie koniecznie. Ja jestem akurat z Cieszyna. – odparła Gosia.
-No super… dodatkowe utrudnienie odległościowe. – westchnął Marcin.
-Spokojnie, są wakacje, mamy dużo czasu wolnego. Napiszesz mi, a jestem do pół godziny u was. – odparła Gosia.
-No dobra, nie stójmy tutaj tylko wchodźmy. – odparł Marcin. Cała piątka weszła z czego Marcin prawie zleciał. Jak się okazało, wyszli w jakimś małym pokoiku.
-To wygląda jak schowek na sprzątaczki. – oznajmił Szymon.
-Na szczęście żadnej w środku nie ma. – zaśmiał się Marcin.
-Ał! – Wszyscy odwrócili się w stronę Gosi która trzymała się za twarz. Pod jej nogą leżała miotła, która właśnie opadała ze strony jej twarz.
-Nic ci nie jest? – zapytał Marcin.
-Wyjdźmy już. – odparła wściekła Gosia.
-No to wyjdź, stoisz najbliżej drzwi. – westchnęła Wiktoria.
-Gorzej jak tam ktoś będzie. – stwierdził Marcin, jednak było już za późno. Gosia pociągłą za klamkę, jednak drzwi były zamknięte.
-Czekaj, służę kluczem… - zaczął Marcin, jednak Gosia go uprzedziła, otwierając swoim. Ukazała im się… nieco inna pizzeria w zamku, od tej, jaką Marcin zapamiętał ze swojego świata.
-Mam się bać? Bywałem tutaj wiele razy… - stwierdził Szymon.
-Dziwne… - stwierdził Marcin.
-Czemu was to dziwi? Nie jest to nasz świat. – stwierdziła Agnieszka.
-Ale… nie sądziłem, że może się takie coś wydarzyć. – zaczął rozmyślać Marcin.
-Nasze domy też mogły się zmienić? – zapytał Szymon.
-Marcin, przecież to ty byłeś najbardziej w tym obeznany. To nawet ja wiedziałam, że nie tylko zdarzenia ale i wszystko mogło ulec zmianom. – powiedziała Agnieszka. Wtedy Marcin przypomniał sobie słowa Adriana.
-Nie ma nic stałego, zapamiętaj to sobie. – Marcin pomyślał, że chyba zrobił coś złego. Nie powinien był zmieniać swojego świata. Czuł, że już nigdy nie wróci do swojego świata.
-Coś tak stanął, chodź, może wrócimy do domów. – powiedział Szymon.
-Stary… co my zrobiliśmy… - zaczął Marcin.
-Jeszcze nic. – zaczął Szymon pokazując na coś czego Marcin jeszcze nie widział. Wyszedł więc zdziwiony z pizzerii i stanął w wielkim holu, który akurat wyglądał tak samo jak zapamiętał. Szymon pokazywał na wielkie drzwi.
-Jest noc. Będzie zamknięte jak nic. – powiedziała Gosia.
-Co robimy? – zapytał Szymon.
-Wiktoria… będę mówił Wiki, bo masz za długie imię. No więc Wiki, odsuń się nieco w naszą stronę, bo stoisz częściowo w zasięgu kamery… - powiedział Marcin. Wiktoria, która się wystraszyła, stanęła aż za Marcinem i resztą.
-Musimy przejść pod kamerą. – powiedział Marcin kierując resztę, aby szli za nim. Nagle usłyszeli na schodach jakieś głosy.
-To jest niedorzeczne, że mamy dwa piętra pod nami toalety. Musisz coś z tym zrobić. – usłyszeli kobiecy głos.
-To właściciele. – szepnął Marcin.
-Chodu! – szepnął Szymon wyprzedzając Marcina. Skręcił w stronę drzwi do kafejki internetowej.
-Dawaj tu klucz! – szepnął Szymon. Gosia odepchnęła go i otworzyła drzwi akurat, gdy dostrzegli już cień dwójki właścicieli. Marcin schował się w środku, jednak wiedział, że aby zamknąć drzwi, trzeba nimi trzasnąć. Stanął więc przy drzwiach i nadsłuchiwał. Nic nie było słychać. Gdy już chcieli wychodzić, usłyszeli spłukiwanie wody w toalecie. Po chwili drzwi od toalety zaskrzypiały. Kroki były głośne, jednak to przez echo. Usłyszeli po chwili rozmowy z piętra – sygnał, że właściciele wracają do łóżek.
-Idziemy. – powiedział Marcin i poczekał aż wyjdą wszyscy.
-Zamknij je lepiej. – stwierdziła Agnieszka, na widok uchylonych drzwi.
-Nie da się po cichu. A nie chce trzaskać. – stwierdził Marcin.
-Dobra, otwieraj główne drzwi. – odparł Szymon.
-Jak wyjdziemy, to są dwie kamery. Jedna leci na prosto, a druga na lewo od drzwi. Pójdziemy na prawo, w razie czego widzimy się na molo.
-Wiecie, że jest pierwsza w nocy? – zapytała Wiktoria.
-Domyślam się. – odparł Marcin wyjmując telefon. Wszedł do opcji, aby ustawić automatyczne ustawianie czasu, jakie miała jego sieć komórkowa.
-Nie chcę niepokoić co do roku, który mamy. Przygotuj się na szok. – odparła Wiktoria.
-Dopiero szuka mi zasięgu. Nie ma roku 2018? Zgadłem? To jak daleko w czasie nas przeniosło? W przyszłość, czy w przeszłość? Nie, czekaj, sam się zaraz dowiem. – powiedział Marcin. Nagle jednak przeżył szok, mimo lekkiego przygotowania. Nie spowodował go jednak widok w komórce, lecz przerażająco głośny alarm, który wywołała Gosia.
-Biegusiem, Biegusiem! – krzyknął Szymon, który otworzył drzwi na oścież. Poleciał w prawo w stronę dużego jeziora, które było jednak dopiero za furtką. Reszta wyleciała po chwili trzymając się ścian. Wiktoria wywaliła się zahaczając o krawężnik. Marcin szybko pomógł jej wstać.
-Myślisz, że nas nie złapią? – zapytała się go Wiktoria.
-No pewnie, że uciekniemy. – powiedział optymistycznie Marcin. Pobiegli w stronę uciekającej reszty. Przelecieli przez furtkę, i pobiegli brukowaną ścieżką obok jeziora. Polecieli na molo.
-Nie przewidziałem alarmu. – westchnął Marcin, gdy dobiegł jako ostatni.
-To chyba zły pomysł zostać tutaj. Wezwą policje i jeszcze nas tu znajdą. – powiedziała Agnieszka.
-Dobra, chodźcie… ja to bym do domu wrócił, ale musimy jakoś się dogadać. – powiedział Marcin.
-Ja nie mam gdzie spać. Nie dojadę do Cieszyna o tej godzinie. – powiedziała Gosia.
-Dzwonię po policje złodzieje! – usłyszeli stłumiony krzyk właściciela.
-Idziemy. – stwierdził Marcin.
-Też nie mam gdzie spać. – stwierdziła Wiktoria.
-Mam jedno wolne łóżko, ale jest niestety szansa, że was moi rodzice znajdą. – powiedział Marcin do Gosi i Wiktorii.
-Spokojnie, ja też mam, nawet dwa i na pewno nikt was nie znajdzie. – powiedziała Agnieszka.
-No niech będzie. – stwierdził Marcin. Wtedy przypomniał sobie o tym, aby sprawdzić datę.
-Więc widzimy się jutro w południe w galerii? – zapytał się Szymon.
-O w mordkę. Zdajecie sobie sprawę, że znaleźliśmy się w świecie alternatywnym… opóźnionym o cztery lata co do naszego? – zapytał Marcin.
-Co?! Rok 2014? – zapytał Szymon.
-Sierpień. A dokładnie 30 sierpnia. – zdziwił się Marcin.
-Nie ma tak! Ja chcę wakacje! – zaprotestował Szymon.
-Nic nie zrobisz stary… w ten oto magiczny sposób, jutro będę miał siedemnaście lat. – oznajmił Marcin.
-Półtora miesiąca się postarzałeś. – uśmiechnął się Szymon.
-Ty również. – uśmiechnęła się Agnieszka.
-My wszyscy. – skinął głową Marcin.
-No to idziemy do, każdy do siebie. – stwierdziła Agnieszka.
-Muszę coś sprawdzić! – powiedziała nagle Wiktoria i zaczęła do kogoś dzwonić. Słyszeli cichy sygnał oczekiwania na odbiorcę. Nagle usłyszeli cichy głos.
-No i po co mnie budzisz?
-Nie wierzę… ty żyjesz? – usłyszeli podekscytowany głos Wiktorii. Domyślili się już, że rozmawia z siostrą, która dopiero co umarła.
-Nie ma cię w łóżku obok… znów gdzieś pijesz, czy o co ci chodzi?
-Nie ważne, nie martw się o mnie, wrócę niebawem. – powiedziała Wiktoria i rozłączyła się z uśmiechem.
-Tak jak obiecałem. – uśmiechnął się Marcin.
-Muszę wrócić do domu. Odeślecie mnie jakimś sposobem? – zapytała Wiktoria.
-Złożymy ci się na bilety do Słupska. Innej opcji nie widzę. – powiedziała Agnieszka.
-Chyba tak będzie trzeba. – odparła Wiktoria.
-Dobra, widzimy się jutro, ja idę w stronę domu. – powiedział Marcin. Pomachał wszystkim na pożegnanie i pełen niepokoju ruszył ciemną drogą w stronę domu…
Akt drugi
Niepamięć
#5 Zagubiony
Marcin dotarł wkrótce do domu. Nie miał klucza, jednak postanowił użyć swojego uniwersalnego. Otworzyły się z lekkim trzaskiem zamka. Wszystko wskazywało na to, że jego rodzice śpią, więc wszedł po cichu. Jego dom wyglądał identycznie z tym jaki zapamiętał. Poszedł umyć zęby i miał zamiar się położyć. Wtedy to zawibrował jego telefon. Gdy Marcin już się położył, zobaczył, że ma nową wiadomość na Facebooku. Pisała do niego jakaś Weronika. Nie miał pojęcia kim jest, jednak rozpoczął z nią pisać. Jednocześnie napisała Agnieszka.
-Hej, wszystko w porządku? – zapytała się go Agnieszka. Marcin chwile zastanawiał się, po czym odpisał.
-Jest OK. Tak właśnie przeglądam moich znajomych na fejsie. Co dziwne w większości wszystko jest identyczne jak u nas, w 2018. Parę osób ma inne zdjęcia, a niektórych osób nawet nie kojarzę. Jakaś Weronika pisze do mnie. – Marcin chwile zastanowił się, po czym zauważył wiadomość od Weroniki.
-A siostra mnie obudziła, nie mam pojęcia o co jej chodziło, wydała się dziwna. – napisała o niego. Marcin zaciekawił się kim ona jest. Zerknął najpierw w wiadomości. Mieli przepisane ponad 2500 wiadomości. Patrząc się w archiwum, zauważył, że miał całkiem inną osobowość. Tutejszy Marcin pisał jakoś bardziej śmiało i ogólnie potrafił ciekawie pisać. Jemu z kolei to nie wychodziło. Odpisał jej szybko.
-Spytaj się jej może o co chodzi. – Nagle coś wydało mu się dziwne. Wszedł w jej profil. Nie miała co prawda zdjęcia, jednak widniała miejscowość. Przełknął ślinę. Słupsk. Siostra Wiktorii.
***
Szymon otworzył drzwi i wszedł do domu. W salonie paliło się światło.
-Jest ktoś? – zawołał głośno.
-Gdzieś ty się podziewał? – usłyszał głos swojej siostry. Wyszła z pokoju i wpatrzyła się na niego ze zdziwieniem.
-Byłem… u kumpla. – stwierdził Szymon.
-Coś ty zrobił z włosami? – zapytała się go.
-To znaczy? – zapytał lekko wystraszony Szymon.
-No masz obcięte… - zdziwiła się jego siostra.
-Wkurzały mnie już. Dobra, ja idę spać, bo już nie mogę. – stwierdził Szymon i poszedł do swojego pokoju. Położył się, jednak nie miał zamiaru spać. Próbował się zalogować na Facebooka, jednak jego hasło nie było takie samo. Zaczął szukać jakiejś kartki z danymi. W swoim świecie miał jedną ukrytą w biurku. Tutaj jednak nic nie miał. Przeszukał cały pokój i wciąż nic nie znalazł. W końcu dał sobie spokój. Spróbował zmienić hasło. Ku jemu zadowoleniu nie napotkał większych problemów i już po 10 minutach zapisywał na kartce nowe hasło. Dał je do biurka i wszedł z kimś popisać. Stwierdził tylko, że nikogo nie ma prawie, a o wszystkim woli jutro opowiedzieć reszcie. Poszedł więc spać, mając nadzieję, że zbyt wielu zmian, już nie odkryje.
***
Marcin spojrzał na jej profil jeszcze raz. Może nie była identyczna, jednak wyglądała podobnie, o kilka lat więcej niż poprzednio.
-Czyli wiek nie jest stałą tylko zmienną. – powiedział Marcin cicho do siebie. Zaczął szybko przeglądać pozostałe profile. Wszędzie wiek się zgadzał, jedynie nie u Weroniki.
-Pamiętasz jak się poznaliśmy? – zapytał się jej Marcin. Zobaczył dopiero teraz, że napisała przed chwilą, że zaraz wraca. Zaczął przeszukiwać więc pokój swojego altera. Przypominał nieco jego pokój. Miał inny telewizor, inne foto tapety. Jego zniszczone łóżko było w tym świecie nieco mniej poniszczone. Wyszedł sprawdzić szafę. Klasnął, dwa razy a szafa nie zaczęła się rozsuwać. Pokiwał głową i westchnął. Wrócił do pokoju. Weroniki dalej nie była, odpisała jedynie Agnieszka.
-Jutro obgadamy co i jak, a teraz przydałoby się iść położyć. – napisała Agnieszka.
-No niech będzie, ja jeszcze muszę chwilę posiedzieć. – Marcin napisał i wstał po raz kolejny. Otworzył szafkę. Zawartość była taka sama jak jego. Jedyną różnicę stanowił nóż, z dość ciekawym uchwytem.
-Może się przydać. – stwierdził Marcin. Nagle zrobiło mu się nieco słabiej. Zaczęła go boleć głowa. Pełen złych przeczuć wziął szybko sięgnął do plecaka po lekarstwo od Kapturnika. Wypił i po poczuciu po raz kolejny, wspaniałego smaku, zrobiło mu się o wiele lepiej. Szybko wsadził do plecaka i nożyk i lekarstwo. Popatrzył na facebooka. Weronika akurat coś pisała. Marcin usiadł przed laptopem i czekał cierpliwie co takiego mu napisze.
-Nie pamiętasz? Przypadkowo, przez internet. – napisała Weronika. Marcin chwilowo nie dowierzał, bo przecież nie pamięta aby z kimś takim jak ona kiedykolwiek pisał. Wiedział tylko tyle, że jeszcze nie raz coś go zaskoczy. Mógł tylko przypuszczać ile przygód go jeszcze spotka. Wtedy też poczuł jak bardzo ten dzień go zmęczył. Pożegnał się szybko z Weroniką i padł w ubraniu na łóżko.
***
Pierwsze co zaniepokoiło Marcina po przebudzeniu to brak snu. Przeraził się, że to wszystko było tylko snem. Dopiero widok pokoju, który zapamiętał sprzed kilku godzin sprawił, że się rozbudził. Było wpół do południa. Miał więc mało czasu. Wstał szybko, plącząc się o kołdrę. Podbiegł w stronę garderoby i zaklaskał. Zamiast tego w porę zrozumiał co robi. Uderzył się lekko w głowę i otworzył normalnie rozsuwane drzwi. Następnie ubrał się i umył. Pomyślał, że nie ma za dużo czasu na wypakowanie z plecaka potrzebnych rzeczy, więc wziął cały ze sobą. Zszedł do garażu po skuter i lekko się zdziwił. Nie przez skuter, ponieważ stał na swoim miejscu. Powodem był jego ojciec, który miał nieco dłuższe włosy, oraz to, że miał nieco lepszy samochód.
-No cześć synu. Czegoś ci trzeba? – zapytał się normalnym tonem, takim, którego Marcin nie kojarzył. Zawsze były tylko krzyki, albo obojętność. Teraz tego nie było.
-Dobrze, że pytasz ale raczej nie. Jadę się spotkać ze znajomymi do Świstaka. – powiedział Marcin.
-Świstaka? Ale przecież, dopiero go budują. – stwierdził jego tata.
-Naprawdę? Ale… znaczy tfu, chciałem spytać ile do końca mają jeszcze.
-Miał być już na wakacje, ale przeciągnęli do października. – powiedział jego tata. Marcinowi odechciało się gdziekolwiek jechać. Pomyślał jedynie, że chciałby teraz nadrobić te wszystkie lata.
-Zobaczysz, za dwa, trzy lata, mama będzie tam pracowała. – uśmiechnął się Marcin.
-Synku… co się z tobą dzieje? – zapytał lekko z niepokojem jego tata.
-Apropos, gdzie mama pracuje? – zapytał ciekawy Marcin. Ubierał już kask i otworzył sobie drzwi. Czekał jedynie z odjazdem na odpowiedź swojego taty.
-Synku… przecież nie ma mamy. Nie żyje… - powiedział to w taki sposób, że Marcin pomyślał, że on jego o to oskarża. Wtedy dopiero do niego dotarło, że w tym świecie najwidoczniej, ojciec go lubi, bo tylko on mu pozostał.
-W sensie… gdzie pracowała wcześniej. – poprawił się Marcin.
-W sklepie fotograficznym w Jastrzębiu, z matką od Laury i Kingi. – powiedział jego ojciec.
-Rozumiem. Pamiętasz kiedy dokładnie mama odeszła? – zapytał się Marcin.
-Ponad trzy lata temu. – odparł jego tata.
-No dobra. Jadę! – powiedział Marcin odpalając skuter. Wyjechał przez małe drzwi chwilę ogarniając o kogo chodziło jego ojcu. Domyślał się, że chodzi mu o rodzeństwo, które Marcin dość dobrze znał. W końcu przez kilka miesięcy podkochiwał się skrycie w Laurze. Próbował przypomnieć sobie gdzie mama w jego świecie pracowała przed pracą w Świstaku, gdzie sprzedawała obuwie.
Pięć minut przed południem Marcin zaparkował na parkingu pod kioskiem nieopodal Świstaka. Usiadł w widocznym punkcie na mostowej barierce. Pierwszy dotarł Szymon, minutę przed umówionym czasem. Gdy dotarł zerknął szybko na telefon.
-Punktualnie. – ucieszył się Szymon.
-I jak w domu? – zapytał Marcin.
-Siostra zakablowała, że późno wróciłem i lekko mi się dostało. Poza tym jest wszystko dobrze. Hasło miałem inne. – stwierdził Szymon.
-No u mnie dużo więcej zmian. – stwierdził Marcin.
-Świstaka nie skończyli. – zauważył Szymon.
-W październiku planują skończyć. – odparł Marcin.
-Chyba Aga idzie z Wiktorią. Problem taki, że Gosia znikła. – Powiedział Szymon.
-Widzę, widzę. Zaraz się dowiemy co i jak. – stwierdził Marcin i pomachał nadchodzącym dziewczynom. One mu odmachały. Witali się przez pół minuty, po czym Agnieszka zaproponowała pizze w zamkowej pizzerii.
-No można iść. – stwierdził Szymon.
-Gdzie macie Gosie ? – zapytał Marcin.
-Mama jej kazała wracać. Obiecaliśmy się stąd nie ruszać. Nie mamy zamiaru skakać, prawda? – zapytała Agnieszka.
-Skakać? – zdziwił się Szymon.
-Tak to wczoraj z dziewczynami nazwaliśmy. Te nasze przejścia. Skoki między światami. – powiedziała Agnieszka.
-Niech będzie skoki. Nic mi się tak w ogóle nie śniło. – stwierdził Marcin.
-Pierwszy raz od początku. Może nie pamiętasz. – stwierdził Szymon.
-Raczej nie. To nie wyglądało jak sen nigdy. Czułem się jak w realnym świecie. – stwierdził Marcin. Mijali akurat kościół. Ten również był przed remontem, który w jego świecie zakończył się około 2017 roku.
-Sprawdzałeś Marcin, czy masz Adriana na Facebooku? – zapytała Agnieszka.
-Nie, zapomniałem przez dziwne zjawisko. – stwierdził Marcin.
-Jakie zjawisko? – zdziwił się Szymon.
-Mam w znajomych, jej zmarłą siostrę. – powiedział Marcin.
-Przecież wy się nie znacie. – zdziwiła się Wiktoria.
-Otóż nie. W tym świecie, mam ją już na Facebooku od października 2013. Prawie rok już. Zapytana gdzie ją poznałem, stwierdziła, że przez neta. – powiedział Marcin.
-Co ty gadasz? Czyli chyba serio wszystkie możliwe zdarzenia są brane pod uwagę. – stwierdziła Agnieszka.
-Wszystkie, wszystkie. – pokiwał głową Marcin.
-To jest ten zamek? – zapytała Wiktoria.
-Tak, co bierzemy do jedzenia? – zapytał się Marcin.
-Na czterech? Duża pizza raczej. – uśmiechnął się Szymon. Dyskutując o smakach pizzy, weszli do zamku. Udali się korytarzem, którym wczoraj uciekali. W pizzerii nie było żadnych innych klientów, więc gdy już wzięli pizze, to dostali ją po kwadransie. Jedna czwarta pizzy, była to mieszanka wielu serów, oraz kilka przypraw i sosu pomidorowego. Marcin sobie ją odciął i wziął na talerz, pierwszy kawałek. Druga część to była pizza wegetariańska od Agnieszki, Szymon wziął część mięsną, z kolei Wiktoria, wzięła ostrą pepperoni.
-Smacznego. – powiedział z pełnymi ustami Marcin.
-Dzięki. – odparł Szymon z równie pełnymi ustami.
Marcin skończył jeść jako pierwszy. Poszedł się załatwić, a w momencie, gdy mył ręce, usłyszał odgłos klucza, wchodzącego w zamek w drzwi, które prowadziły najprawdopodobniej na zewnątrz budynku. Nieco przerażony wycofał się szybko. Tym bardziej, że dźwięk odkluczania, drzwi, był podobny do tego, jaki wydaje jego klucz uniwersalny. Spokojnym krokiem udał się do drzwi, które prowadziły do holu. Drzwi za nim jednak zdążyły się otworzyć zanim zniknął z pola widzenia.
-Stać! –usłyszał gruby głos. Marcin od razu poleciał w stronę pizzerii. Bał się jedynie, że osoba za nim ma pistolet. Nie odwrócił się więc i znikł w pizzerii.
-NA DÓŁ! – wrzasnął Marcin do wszystkich przy stoliku. Nie trzeba było powtarzać. Wszyscy się zerwali. Marcin porwał swój plecak, dziękując Bogu, że go zabrał. Marcin wbiegł jako ostatni do schowka. Zamknął go na klucz, zostawiając swój w środku.
-Co się dzieje? – zapytał zdziwiony Szymon.
-Nie jestem pewny. Chyba nas znaleźli. – odparł Marcin. Wiktoria była już na dole. Schodziła aktualnie Agnieszka. Ktoś szarpnął klamkę.
-Złażę. – powiedział Szymon. Spojrzał na dół i skoczył.
-Nisko? – zapytał Marcin.
-Jest okej. Skacz śmiało. – usłyszał Wiktorię.
-Czekajcie, weźcie to. – powiedział Marcin zrzucając swój plecak. Ktoś po drugiej stronie próbował włożyć klucz do środka.
-Dawaj, dawaj! – usłyszał Marcin.
-Dobra, to będzie szybka akcja. – stwierdził Marcin. Stanął na krawędzi i pociągnął klucz, jednocześnie wskakując tyłem. Złapał w ostatniej chwili klapę i pociągnął ją za sobą. Poczuł ból w ramionach i się puścił. Klapa głucho uderzyła, a Marcin upadł na nogach, jednak poleciał do przodu. Szymon i Agnieszka go pociągnęli a Wiktoria biegła z przodu z jego plecakiem. Kilka sekund później, byli już obok portalu.
-Znów nie mamy jak go ustawić. – stwierdził Szymon. Wyglądało na to, że z każdym skokiem, coraz bardziej portal zaczyna iskrzyć.
-Kij z tym! Idziemy na ślepo. – powiedział Marcin. Złapali się za dłonie, i jednocześnie przeskoczyli przez portal. Dłuższe włosy Marcina stanęły dęba. Poczuł, jak nagle odlatuje. Zamknął oczy ze strachu. Zaczęło nim obracać i słyszał piski w uszach. Po chwili poczuł, że ląduje na materacu.
-Marcin! – usłyszał Szymon.
-Co się stanęło? – zapytał Marcin zdezorientowany. Podniósł się z materaca i rozejrzał. Pozostali już stali. Był ktoś z nimi. Ktoś jakoś Marcinowi znany.
-Co masz taką minę, jakbyś mnie nie znał? – zapytała dziewczyna.
-Kinga? Co jest grane? Co ona tu robi? – zapytał się Marcin.
-Nie wiem. Oni też tak zareagowali. – wzruszyła ramionami Kinga.
-No widzisz… w poprzednim świecie ciebie tutaj nie było. – odparł Marcin.
-Sandra i Laura czekają u góry jeszcze. – powiedziała Kinga.
-Laura… - szepnął Marcin. W końcu jakiś czas temu się w niej podkochiwał. Jednak nic z tego nie wyszło, gdyż znalazła innego, zanim on cokolwiek zrobił.
-Twoja dziewczyna przecież. – wzruszyła ramionami Kinga.
-Moja… dziewczyna? Nigdy nie miałem nikogo. – powiedział Marcin szczerze zdziwiony.
-Aż tak spore zmiany? Przedtem był Marcin, który był z kimś innym, a z nią zdążył zerwać. – powiedziała Kinga.
-Ej dobra, nie wiem co tu się dzieje. Po pierwsze, pytanie do reszty. Czy wami też tak rzuca przy przejściu? – zapytał Marcin.
-Rzuca? W jakim sensie? – zapytała Agnieszka.
-No normalnie… z sześć sekund, może więcej. – powiedział Marcin.
-Jakim cudem… przecież ja to normalnie przechodzę i nic nie mam. – powiedział Szymon.
-Nie no to dziwne. My tak też nie mamy. – stwierdziła Wiktoria.
-Idź z tym do lekarza. – powiedział Szymon.
-Haha, zabawne. – powiedział Marcin a nie było mu wcale do śmiechu. Zamiast tego udał się do komputera i zrobił zdjęcie. Wartości znów lekko podskoczyły w górę, jednak wciąż nie były one za wielkie.
-Który jest rok? – zapytała Agnieszka.
-2014. A coś nie tak? – zapytała Kinga.
-Nie, wygląda na to, że okej. – powiedziała Agnieszka.
-Teraz wydarzenia historyczne. Upadek muru Berlińskiego był w 1989? – zapytał Marcin, który akurat się pojawił.
-Tak, jednak chyba pytasz za daleko. Tak dla porównania, wasi alterzy mieli trzy letnią różnicę od ich świata. – stwierdziła Kinga.
-Hmm, kurde. 2011… coś się działo wtedy? Katastrofa w Smoleńsku? – zapytał Marcin.
-Czyli co? – zapytała Kinga.
-Oho, czyli jednak więcej jak trzy lata. – stwierdził Marcin.
-Papież umarł w 2005 roku? – zapytała Wiktoria Kingi.
-Czy ja wiem? 2005 albo 2006. W końcu Benedykt już trochę siedzi po nim. – odparła Kinga.
-U nas to i Franciszek już jest. – stwierdził Marcin. Pomyślał, że skoro już jest w okolicy 9ciu lat różnicy między ich światami, to będzie ciężko wrócić.
-W końcu jak w jakimś miejscu w czasie nastąpi zmiana, to może się potem wszystko już zmienić. – powiedziała Kinga.
-Teraz coś o mnie jak możesz. – powiedział Marcin.
-Wiec tak, masz ojca, matkę, brata oraz siostrę. – zaczęła Kinga.
-Hmm, hoho, zawsze chciałem mieć rodzeństwo. – ucieszył się Marcin.
-Rodziców też masz spoko. W ogóle, wasi poprzednicy, kazali wam przekazać, że macie znaleźć Adriana do 12 godzin, albo Google was znów znajdzie. – powiedziała Kinga.
-To tak działa? – zdziwił się Marcin.
-Nie wiem do końca. Chodźcie już do reszty, bo się tam niepokoją pewnie.
-Jak mamy znaleźć Adriana? – zapytał Marcin.
-Nie znam go. Ale jakoś musicie. Za dwa dni mamy wycieczkę parafialną nad morze. Możliwe, że będzie zapisany. – powiedziała Kinga.
-Do Słupska? – zapytał Marcin.
-No tak. Co się tak patrzycie? Co w tym dziwnego? – zapytała Kinga.
-Wycieczka parafialna w pierwszym dniu roku szkolnego? – zapytał Szymon.
-Jak to? Mamy połowę lipca. – powiedziała Kinga. Podeszli do klapy. Agnieszka rozpoczęła wchodzić do góry.
-Znów nas przeniosło do przeszłości. Nieco dalej niż ostatnio. – powiedział Marcin.
-Dwa dni mamy czekać na tą głupią wycieczkę? Może odznaczmy w tym komputerze światy alternatywne i skaczmy bez tego? – powiedział Szymon. Marcin szybko wyjął pistolet i wsadził do kieszeni już odbezpieczony.
-To nas i tak namierzą. Kurde, kurde, musimy znaleźć Adriana. Tylko jak? – zapytał Marcin, wspinając się do góry pod drabince.
-Aga, zadanie do ciebie. Zapewne twój tata ma listę osób, które jadą. – uśmiechnął się Marcin.
-No na pewno. – ucieszyła się Agnieszka.
-Wasi poprzednicy na to nie wpadli. – stwierdziła Kinga.
-Czekaj, otworzę drzwi. – powiedział Marcin, gdy wszyscy już wyszli z dołu.
-Po co? Są otwarte. – stwierdziła Kinga otwierając powoli drzwi. Wyjrzała głową i po chwili dała znak reszcie aby wyszła. Marcin wyszedł spokojnie, nie spodziewając się ataku od tyłu. Ktoś rzucił się na niego i przytrzymał tak, że nie mógł nic z tą osobą zrobić. Odwrócił głowę i ujrzał Laurę. Przełknął ślinę, gdyż tego się nie spodziewał. Miała nieco inne włosy niż te które zapamiętał. Całe były ciemne a na końcu, robiły się jasne.
-Czekaj… - zaczął Marcin i odsunął się. Nie był pewnie czy wie co robi.
-Coś nie tak? – zmartwiła się Laura.
-Nie chce robić przykrości mojemu alterowi i chodzić z jego dziewczyną. – zaczął Marcin.
-O stary… - usłyszał cichy głos Szymona.
-Samemu sobie? Wiesz co ty mówisz? Myślisz, że twój alter nie szaleje teraz w twoim świecie? I tak nie ma szansy, że wrócicie. Powiedz tylko, jak wygląda sytuacja między nami w twoim świecie. – powiedziała Laura. Obok stanęła Sandra. Była najlepszą, lekko otyłą przyjaciółką Laury. W jego świecie chyba jako jedyna wiedziała o jego zakochaniu do Laury. Mimo, że przyjaźniła się z nią, była lojalna Marcinowi i nic nie powiedziała.
-W każdym świecie widzę, że jestem jakiś odważny… ale tak naprawdę… no nie mam żadnego doświadczenia z nikim. Nie miałem nigdy nikogo. Ciężko mi tak to mówić… podkochiwałem się w tobie jakoś przez 3, może 4 miesiące. – wyrzucił nerwowo Marcin. Reszta odsunęła się od nich i pozwoliła im rozmawiać. Obok stała tylko Sandra.
-Nieciekawie… Niby nie ma sensu cię rozkochiwać teraz, na te 12 godzin, bo potem znów gdzieś cię przeniesie dalej. – odparła Laura.
-No, bez sensu. Chciałbym… ale boję się jakoś. – powiedział Marcin.
-Nie no, rozumiem. Smutno tak troszkę. – powiedziała Laura.
-Dobra, czekaj, zobaczymy jak już znajdę Adriana. – powiedział Marcin. Nie miał pojęcia co powinien zrobić.
-Chodźmy do Agi. – powiedziała głośno Laura.
-Więc w drogę. – uśmiechnął się Szymon. Marcin wyszedł jako pierwszy i z kimś się zderzył.
-Jak leziesz? – usłyszał Filipa. Szedł z jakąś dziewczyną.
-Ale… - zaczął Marcin, a Filip już wszedł do środka.
-To był Filip? – zapytała Aga.
-Filip w nieco dłuższych włosach… ale Filip. – stwierdził Szymon.
-Dobra tam, olać go. Nie wygląda, aby w tym świecie nas miał znać. – stwierdził Marcin.
-A właśnie, bo jak pytaliście, to nie uwzględniliście jednego. – zaczęła Kinga.
-To znaczy? – zapytał Marcin, wychodząc z zamku.
-Chodzi mi o to, co jest w tym świecie, czego nie ma w waszym. – powiedziała Kinga.
-Czekaj… faktycznie, przeoczyłem tak prosty fakt. – zaczął Marcin.
-O co chodzi? – zapytała Agnieszka.
-No bo słuchaj… po pierwszej zmianie, czyli po rozdwojeniu osi czasu, nie tyle, że wydarzenia się mogą różnić datą, przebiegiem i skutkami, ale i może powstać całkiem inne wydarzenie, które nigdy nie pojawiło się w naszym świecie. – uśmiechnął się Marcin, wyobrażając sobie inne możliwości światów.
-Nie powiedziałabym, że jest nam tutaj aż tak do śmiechu. – zaczęła Laura.
-Czekaj… faktycznie coś tu nie gra… - zaczął Marcin. Dopiero teraz zauważył, że kawałek zamku ma nieco uszkodzone ściany.
-Co się tutaj stało? – zaniepokoił się Marcin.
-E tam, już kilka lat po fakcie. Kojarzycie może konflikt między Rosją a Gruzją? Rok 2008 chyba. – zaczęła Sandra.
-No tak. U nas nazwali to przygotowaniem do konfliktu Rosji z Ukrainą. – powiedział Marcin.
-Hmm, no może i tak. Tyle, że nie tylko Gruzja wtedy upadła. Upadły niemal od razu tereny na zachód od Rosji. Czyli Litwa, Ukraina, Łotwa… - powiedziała Sandra.
-Czekaj… do czego ty dążysz? – zaniepokoił się Marcin.
-No zanim świat zareagował, dotarli już do Polskich granic. Co prawda Polski już nie ma, ale za to nie jest tak źle, jak w poprzednich wojnach. – odparła Sandra.
-O w mordkę… co to ma być? – wystraszył się Marcin. Spojrzał na parking. Samochody miały Rosyjskie rejestracje.
-Jest tych zmian trochę. Ale naprawdę, nie narzekamy. – powiedziała Laura.
-Nie narzekacie? A gdzie patriotyzm?! A gdzie walka o Polskę?! – zapytał podburzony Marcin.
-No tak wyszło niestety. – westchnęła Sandra.
-Pamiętacie Jowitę? – zapytała nagle Agnieszka.
-Tak, a co? – zapytał Marcin.
-A wspomniało mi się, że dzień wcześniej wysłałam jej listę… może tutaj już też ją ma… zadzwonić do niej? – zapytała Agnieszka.
-Dzwoń, nie ma nic do stracenia. – powiedział Marcin. Agnieszka wykręciła szybko jej numer i zadzwoniła, ustawiając głośno mówiącą rozmowę.
-No hej… nie dawałam ci przypadkiem listy osób, które jadą do Słupska? – zapytała na wstępie Aga.
-Raczej ja tobie jak już. Ale no nie ważne. Po co ci to? – zapytała Jowita.
-Potrzebuję danych jednej z osób… ma na imię Adrian. – zaczęła Aga.
-Moment… są dwaj. Radwański i Drabik. O którego chodzi? – zapytała Jowita.
-A ile lat mają? – zapytała Aga.
-Oboje po szesnaście. Oboje z Cieszyna. Nawet mieszkają na tej samej ulicy. – stwierdziła Jowita.
-Dobra, dzięki, wyślij mi ich numery komórkowe jak możesz. – poprosiła Aga i się rozłączyła.
-Dobra, chociaż tyle się udało ogarnąć. – uśmiechnął się Marcin.
-Zaraz powinnam je mieć. – stwierdziła Aga.
-No to dobra. Ale lepiej się pospiesz. – powiedział Marcin, patrząc w stronę mola. Szło tam dwóch mężczyzn ubranych w czarne mundury. Mieli równie ciemne spodnie i okulary.
-Faceci w czerni normalnie. – skomentował Szymon.
-Lepiej się wycofajmy w stronę zamku. Znamy ich? – zapytał się Marcin Sandry.
-Raczej nie. To nie są Rosyjskie mundury. – odparła Sandra.
-Stać! – usłyszeli od nich i wszyscy zerwali się do biegu.
-Nie zatrzymywać się! – krzyknął Marcin.
-Hola hola? Gdzie się wam tak spieszy? – z zamku usłyszeli dobrze znany im głos. W drzwiach z stał Adrian z pistoletem, który jednak trzymał skierowany w dół.
-Czyli jednak jesteś zły! – krzyknął Szymon.
-Nie nauczyli was, aby nie ufać obcym? – zapytał Adrian z uśmiechem.
-W sumie mogę wam wszystko powiedzieć. I tak zapomnicie o tym już wkrótce… na zawsze. – odparł Adrian.
-Ale dlaczego… - zapytał bezradnie Marcin.
-Oh zamknij się. Do portalu z nimi! Wszystko już ustawione. – Skinął Adrian na pozostałą dwójkę za nimi, a sam odwrócił się i ruszył w stronę pizzerii.
-Nie dzisiaj! – Marcin szybkim ruchem wyjął pistolet… i strzelił w Adriana.
-Coś ty zrobił… - usłyszał upadającego Adriana.
-Sam decyduje, co mogę a co nie. – powiedział Marcin i równie szybko odwrócił się i wystrzelił w stronę zdezorientowanej dwójki facetów w czerni.
-Biegiem do portalu! Ja ich zatrzymam. – krzyknął Marcin.
-Nie jestem z nimi… - usłyszał Marcin jeszcze cicho Adriana. Reszta już biegła w stronę kafejki.
-Wybacz, ale nie pozwolę abym zginął. – powiedział Marcin. Wziął jego pistolet i poleciał za resztą. Był nieco wystraszony. Pierwszy raz kogoś postrzelił. Dobiegł do reszty i już nie zachowując dyskrecji zeszli na dół w stronę portalu.
-Właśnie zabiłeś naszą jedyną szansę, tak mi się zdaje. – powiedziała Aga.
-Wiesz… światów jest nieskończenie wiele. Na pewno w którymś jeszcze żyje Adrian. – powiedział Marcin wchodząc do sali z portalem.
-No nie byłbym tego taki pewny na twoim miejscu. Światy może i są coraz nowsze, ale od niedawna coraz więcej ich ubywa, i ich ilość w zaskakującym tempie maleje. – usłyszeli głos, który dobiegał z głośników.
-Jak to? – zapytał się Szymon.
-Półtora biliarda światów wciąż wchodzi w grę. Jednak porównując z tym co było kilka tygodni temu… to jest spora różnica. O kilka zer mniej dokładnie. – usłyszeli wciąż dziwnie znany głos z głośników.
-To czemu tak? – zdziwił się Marcin.
-Wszystkie światy są tak jakby wadliwe. W każdym w końcu dochodzi do zagłady.
-Czyli… co należy zrobić, aby było dobrze? – zapytał Marcin.
-Jak na razie idźcie przed siebie, dopóki możecie. – usłyszeli głos i pisk mikrofonu.
-Kim jesteś? – zapytała Sandra.
-Znacie mnie. A za razem jeszcze nie. Dowiecie się za niedługo. A teraz, na jakiś czas stracicie pamięć. Do usłyszenia! – głos zamilkł, a za plecami usłyszeli głos kroków.
-Idą tutaj! Nie dajmy stracić pamięci! Wszyscy do portalu! Trzymać się za ręce! - powiedział Marcin. Aga, Wiktoria, Szymon, Sandra, Kinga, Laura i Marcin. W takiej kolejności wskoczyli w portal.
***
Marcin poczuł wiatr we włosach. Wszędzie widział ciemność. Jednak samego siebie widział doskonale, jakby go oświeciły światła. Odrzuciło go do tyłu. Nie miał pojęcia co się dzieje. Przeleciał przez portal, który oddalił się od niego i zniknął. Nagle krzyknął bo poczuł tknięcie w głowie. Nie mógł się poruszyć. Krzyczał, gdyż ból narastał. Marcin zaczął jakby słabnąć.
-Gdzie jest reszta? – zapytał przez zęby.
-O co chodzi w tym wszystkim! – Marcin wrzeszczał. Zaczął się powoli kręcić wokół własnej osi. Dosłownie czuł jakby odbierano mu wszystko co miał.
-Gdzie ja byłem na wakacje? Z kim? Gdzie jest Szymon? Aga? Zaraz… kim oni są! Laura! – Marcin miał wrażenie, że zauważył jej twarz.
-To chyba koniec… - powiedział Marcin i z bezsilności zamknął oczy.
***
Marcin poczuł, że się obudził. Nie miał jednak siły nawet na otworzenie oczu. Początkowo zaspany, próbował sobie przypomnieć swój sen. Co dziwne, gdy tak się zastanowił, nie pamiętał co robił wczoraj. Wtedy to otworzył oczy z przerażenia. W głowie miał pustkę. Próbował sobie przypomnieć cokolwiek. Po chwili dopiero zorientował się, że leży w jakiejś zniszczonej sali. Świetlówka na suficie nieprzyjemnie migała, ledwie rozświetlając halę. Pośrodku był dziwny urwany okrąg z jakiegoś dziwnego czegoś. Skądś kojarzył to miejsce. Przypomniał wtedy sobie coś dziwnego. Biegł za jakąś dziewczyną, którą trzymał za rękę. Wspomnienie kończyło się, gdy wbiegł w to urządzenie. Podszedł do niego i zaczął go badać.
-Co tu się stało u licha? – zdziwił się Marcin. Kilka wspomnień powróciło. Wiedział już, że ma na imię Marcin, że mieszka w Zebrzydowicach. Miał też piętnaście lat. Wściekły na siebie, że nic nie potrafi sobie przypomnieć, zaczął przeszukiwać pokój. Na miejscu, w którym leżał, był dość spory plecak. Marcin szybko go dopadł i wysypał zawartość na podłogę. Popełnił błąd, gdyż w środku był laptop. Otworzył go czym prędzej i uruchomił. Miał nadzieję, że tam znajdzie wszelakie odpowiedzi. Zawiódł się jednak, podczas wpisywania hasła. Miał pustkę w głowie i nie wiedział co wpisać. Wpisał więc jedną z najbardziej możliwych kombinacji. Najpierw cyfry od jeden do cztery, a potem od jeden do dziewięć i zero na końcu. Wpisał to samo od tyłu.
-No nie mam pojęcia… - westchnął Marcin pakując laptop z powrotem do plecaka. Znalazł na podłodze telefon. Nie był to byle jaki telefon. Cisnął nim jednak do plecaka, gdyż na telefonie również miał hasło. Tym razem był to kod, który trzeba było otworzyć, odpowiednim ruchem palców po ekranie. Zaczął przeglądać się reszcie przedmiotów. Nie było w nich nic co by mu pomogło odgadnąć hasło. Były za to różne narzędzia, które nie miał nawet pojęcia do czego w większości służą. Gdy to wyzbierał, dostrzegł również zwiniętą kulkę papieru. Rozwinął ją, po czym zobaczył dziwny artykuł z gazety. Postanowił się tym jednak zająć u góry. Światło zaczęło go już doprowadzać do szaleństwa więc zapiął szybko plecak i założył go na plecy. Zdziwił się jeszcze bardziej widząc dwa metry od niego pistolet. Podniósł go i zaczął go oglądać. Nie znał się na broniach, bądź tego nie pamiętał. Jednak na pewno nie spodziewał się, że niechcący naciśnie spust. Krzyknął i poczuł, że broń go ogłuszyła. Znajdował się w końcu w hali i zamkniętym miejscu.
-Co ja zrobiłem… - szepnął Marcin zły na siebie. Nacisnął ponownie spust, tym razem już nie miało co wystrzelić. Wsadził broń do kieszeni. Rozejrzał się jeszcze raz. Szedł w stronę sporych drewnianych drzwi, nie pasujących do otoczenia. Z drugiej strony, był jeszcze jakiś pokój, jednak Marcin go już olał i po prostu wyszedł. Za drzwiami było ciemno, więc włączył wcześniej znalezioną latarkę. Z dziesięć metrów dalej była kamienna drabinka na górę. Miała pourywane szczeble, jednak kilka wciąż było na swoim miejscu.
-W co ja się wpakowałem… - powiedział już nieco przerażonym głosem Marcin. Schował latarkę do kieszeni, aby mu nie przeszkadzała. Całkiem na ślepo, chwycił się pewnie drabinki i podciągnął do góry, aby móc dać nogę na pierwszy z przetrwałych szczebli. Ten jednak się ułamał pod jego nogą. Marcin gwałtownie opadł w dół, uderzając twardo o podłogę. Szybko się podniósł jednak masując tyłek.
-Będzie siniak. – westchnął Marcin. Ponowił wspinaczkę. Chwycił się mocniej i podciągnął się ponownie stawiając stopy, na resztkach po ułamanym szczeblu. Później już z łatwością wspina się na samą górę. Znalazł się w jakimś małym i zapchanym pomieszczeniu. Po tym jak wyjął latarkę, okazało się, że był to schowek na mopy, miotły i inne rzeczy od sprzątaczek. Rozejrzał się dokładnie, jednak nic ciekawego nie znalazł. Zauważył za to drzwi, które chciał otworzyć, najostrożniej jak tylko potrafił. Drzwi były jednak zamknięte. Zaryzykował pukaniem do drzwi. Początkowo tylko pukał, jednak po chwili walił już pięściami. Wiedział, że nie ma nic do stracenia, więc był pewny swego.
-Ratunku! Otwórzcie ktoś! – Krzyczał Marcin. Po chwili przestał, zdając sobie sprawę, że to bez sensu. Poświecił latarką na półki, gdzie nic przydatnego niestety nie znalazł.
-Może mam coś w plecaku. – zapytał się sam siebie Marcin. Długo szukać nie musiał. Niemal na samej górze znalazł młotek. Od razu zaczął uderzać nim w zamek.
Łup! Łup! Łup! Łup! - usłyszał w końcu, jak zamek puścił. Uszkodził nieco klamkę, jednak jakoś jeszcze potrafił nią otworzyć drzwi. Mógł wyłączyć latarkę. W pomieszczeniu panował półmrok. Pomieszczenie wyglądało na bar, bądź coś podobnego. Podszedł do kasy.
-Halo! Jest tu ktoś? – zapytał się głośniej Marcin. Zerknął przy tym na telefon. Była godzina szesnasta, więc powinno być otwarte. Marcin nie miał pojęcia co jest grane. Zerknął na menu.
-Czyli to jednak pizzeria. – pokiwał głową Marcin. Zerknął do sali obok. Wyglądała na dużą sale ślubną, jednak i tam było pusto. Nieco zaskoczony wyszedł z pizzerii. Pojawił się w dużym holu. Naprzeciwko pizzerii ujrzał schody. Wiedział, że u góry są pokoje mieszkalne od właścicieli, biblioteka, sala wykładnicza do prawo jazd, oraz małe muzeum. Krzyknął jeszcze raz.
-Halo! Jest tutaj ktokolwiek? – krzyknął Marcin. Nagle gdzieś w pobliżu włączył się alarm w samochodzie. Marcin przebiegł obok kafejki i toalet, po czym wyleciał głównymi drzwiami. Alarm ucichł, jednak usłyszał dźwięk ruszania samochodu. Kierowca widać nie miał wyczucia. Usłyszał jak gazuje i nie potrafi odpalić. Marcin pobiegł szybko w tamtym kierunku. Zaniepokoiła go ta pustka. Zawsze pamiętał, że chodził tu ktoś, a teraz usłyszał najprawdopodobniej próbę włamania. Samochód stał obok wyjścia z placu zamkowego. Była to o dziwo Toyota, którą wszyscy zdawali prawo jazdy. Nie miała jedynie u góry znaczka L. Napisy po bokach, pozostały. Marcin obszedł samochód i zapukał w szybę kierowcy.
-A tyś coś za jeden? – zapytał się nieco gburowatym głosem kierowca. Wszystko było by normalne, gdyby nie to, że kierowca miał gdzieś tyle samo lat co i on.
-Czemu im kradniesz samochód? – zapytał Marcin. Wyjął z kieszeni pistolet i go szybko przeładował. Po chwili zdał sobie sprawę, że to głupie, że jakby policja przyjechała, to prędzej jego ukarzą za posiadanie broni niż włamywacza.
-Hoho, spokojnie… ja i tak nie potrafię za dobrze jeździć. Dostałem tylko rozkaz, aby wszystkie sprawne samochody przewieść pod urząd miasta. – powiedział podnosząc ręce chłopak.
-Nic się nie bój. Wyjaśnij mi co jest tutaj grane a odejdę i pozwolę ci go wziąć. – powiedział Marcin. Chłopak w samochodzie był nieco większy masowo i Marcin pomyślał, że gdyby nie broń, to tamten mógłby mu spokojnie zrobić łomot.
-Co mam wyjaśnić? W urzędzie przewodzi teraz Tomek i on kieruje tym wszystkim. A ja dostałem od niego rozkaz. – wyjaśnił chłopak. Na chwilę na niego zerknął i przestał próbować ruszyć.
-Dlaczego? Gdzie są wszyscy? Dorośli… i tak dalej. – powiedział Marcin zerkając do samochodu. Zauważył co tamten robił źle.
-Skąd się urwałeś? Pierwszy dzień tutaj jesteś, czy co? – zapytał się go tamten. Marcin pomyślał tylko, że tamten trafił w sedno.
-Tak jakby. Nic nie pamiętam, coś mi się stało i nie pamiętam nic, co było wcześniej. Kojarzę tylko jakieś podstawowe rzeczy. – odparł Marcin.
-Wsiadaj… nie mam za wiele czasu, może wiesz jak odpalić samochód? – zapytał się tamten Marcina.
-Opuść ręczny to powinien działać. – zaśmiał się Marcin.
-Ej no faktycznie! Jak mam ci podziękować? – zapytał się tamten Marcina.
-Jestem Marcin, gdzieś tutaj mieszkam, ale znów nie pamiętam, muszę się czegoś o sobie dowiedzieć. – stwierdził Marcin. Chłopak ruszył powoli paląc dość mocno sprzęgło.
-Jeśli już, to Tomek może ci znaleźć twój dom. Tak swoją drogą, jestem Daniel. – powiedział do Marcina, który mu odpowiedział uśmiechem, a po chwili również i on powiedział swoje imię.
-Ja Marcin. A no i wybacz, ale dalej nie wiem co jest grane, Gdzie są dorośli? – zapytał się Marcin. Niech będzie, że ci pokażę. Ale potem ty odpowiesz na kilka moich pytań. – zaczął Daniel. Marcin wiedział, że coś jest nie w porządku. Minęli dwie dziewczyny, co pozwalało Marcinowi wierzyć, że jednak miał niewłaściwe przeczucie, że został sam, bądź jako jeden z nielicznych.
-A to była Jowitka z siostrą Judytką. Jeszcze jest Julitka, ale ona po tym co się stało zamieszkała w Kończycach z chłopakiem.
-Dobrze wiedzieć… ale do cholery jasnej… co się stało?! – Marcin powoli miał go już dość.
-Już półtora tygodnia mija, od momentu, gdy spadła zaraza. Z tego co zdążyłem się dowiedzieć, to była dość spora epidemia, która sprawiła, że osoby które już dojrzały umierały i nie było dla nich leku. Niekiedy młodsi również umierali. Nie znaleziono lekarstwa. Wszyscy umarli. Teraz już żyjemy świadomością, że jest nawet spoko. Dopóki mamy jedzenie, picie, nie będzie źle. – uspokoił Marcina Daniel.
-Gdzie w takim razie… są ciała? – zapytał Marcin.
-Na cmentarzu, a gdzie mają być? Wszystkich pochowaliśmy. Ale uwierz, wciąż zdarza się nam spotkać rozkładające się ciała, których wcześniej nie znaleźliśmy.
-Nie wiem co jest grane… moje wspomnienia, raczej nie są bez dorosłych. – stwierdził Marcin.
-Tak jak mówię, półtora tygodnia temu rozmawiałem z ostatnim dorosłym jaki przetrwał. On nam powiedział co zrobić, aby przetrwać. – odparł Daniel.
-Czyli… byłem w śpiączce przez półtora tygodnia? – wystraszył się Marcin. Tymczasem daniel zaparkował przed urzędem miasta. Zgasił samochód i odparł.
-Raczej dłużej, drugie tyle czasu trwała epidemia. Ale to chyba bez sensu, abyś teraz o tym myślał, musisz się wszystkiego dowiedzieć, aby normalnie funkcjonować. – zaczął Daniel.
-Tak myślę… czy aby czasem nie za szybko się oswoiliście z tym nowym światem? – zapytał Marcin.
-A to nie, coś ty. Połowa dzieciaków wciąż płacze za matkami. Niewielu tak naprawdę czuje się lepiej niż jeszcze przed miesiącem. – oznajmił Daniel.
-Rozumiem. Znam tą miejscowość dobrze… jednak jakoś inaczej pamiętam niektóre szczegóły. Urząd był inaczej pomalowany, nieco inaczej ozdobione otoczenie… dziwnie tak. – stwierdził Marcin.
-No nieco… dobra, chodźmy, mam dużo rzeczy do zrobienia, a czasu mało. – oznajmił Daniel. Oboje wyszli z samochodu. Marcin rozejrzał się wokoło i stwierdził, że wiele rzeczy faktycznie się nie zgadza. Na urzędzie miasta, była tablica informacyjna, która aktualnie wyświetlała na czerwono, że jest trzeci kwietnia 2014 roku.
-Ej, zaraz… jest rok 2014? Naprawdę, 2014? – zapytał się Marcin.
-No tak, nie wiem co w tym dziwnego. – wzruszył ramionami Daniel.
-A to, że znam wiele wydarzeń do 2018 roku. – odparł Marcin.
-Numery w totka się nie przydadzą raczej. – powiedział ze wzruszeniem ramion Daniel.
-Nie rozumiesz? Skoro znam przyszłość, nie znam siebie, moje wspomnienia są inne i nie pamiętają tego świata… wiesz co to oznacza? – zapytał się go Marcin.
-Uderzyłeś się w głowę i jakimś sposobem znasz przyszłość? – zapytał Daniel, lekko zainteresowanym głosem.
-Nie matole. Jestem z przyszłości. Powiem… tak, to by się zgadzało. Pod zamkiem, tam, gdzie się ocknąłem, jest zniszczona machina… rozwalony pierścień, czy coś. – powiedział z przejęciem Marcin.
-Stary… - Daniel nie wiedział co powiedzieć.
-Za cztery lata… świat istnieje. Ale są w nim dorośli. Nie pamiętam żadnego większego incydentu. – stwierdził Marcin.
-Więc po przybyciu w te czasy, sprawiłeś, że zachorowali? – zapytał Daniel.
-Nie no, bez przesady. Zaprowadź mnie, do osoby rządzącej. Potrzebuje informacji. – powiedział Marcin i ruszył schodami.
-Zbadamy tą twoją maszynę. Ale to dopiero za kilka dni, bo mamy grafik przepełniony. – odparł Daniel idąc za nim. Marcin wszedł na górę i przeszedł przez drzwi. Zza trzecich drzwi po lewej stronie, usłyszeli cicho grającą muzykę.
-Tam gdzie gra muzyka, siedzi właśnie Tomek. Zapytaj o jakąś robotę, na pewno coś się znajdzie. Może nie mów mu o tym portalu i przypuszczeniach skąd pochodzisz i tak dalej. Powiedz po prostu… - zaczął Daniel.
-Spokojnie, wiem co zrobić. – uśmiechnął się Marcin i podał rękę Tomkowi. Tamten mu ją uścisnął i pożegnali się w ten sposób. Następnie Marcin udał się tam, gdzie grała muzyka. Zastanawiał się chwilę, czy zapukać czy nie, jednak zobaczył prędzej karteczkę, która informowała, że znajduje się tam urząd pracy, oraz biuro przywódcy. Zapukał więc o odczekał sekundę, po czym wszedł do środka. Zobaczył dość ładnie ozdobiony gabinet, jednak było w nim trochę rzeczy, które ewidentnie nie pasowały do reszty. W rogu pokoju leżał materac, a ściany miały trochę prób, wykonania graffiti.
-Dzień dobry. – przywitał się Marcin.
-Witam, nie jesteś stąd, prawda? – zapytała osoba przy biurku.
-Nazywam się Marcin i mam piętnaście lat. Mieszkam w Zebrzydowicach, jednak nie wiem gdzie. Ocknąłem się niedawno i nie pamiętam niczego więcej o samym sobie. Pamiętam to, jak funkcjonował świat, wiedzę o przeszłości też mam, jednak nie pamiętam nic o tej epidemii, która zabiła dorosłych. – powiedział Marcin.
-Ciekawe, zaraz coś wymyślimy. Najpierw, skoro tu mieszkasz, musisz się zapisać na listę.
-Dobrze, dałby mi pan... – zaczął Marcin.
-Haha, rozbawiłeś mnie. Jestem Tomek, mam siedemnaście lat, aż tak staro wyglądam? – zaśmiał się tamten.
-Wybacz, po prostu masz garnitur, więc jakoś tak mi na per pan pasowało. – zaśmiał się również Marcin.
-Jest mały problem… skoro nie wiesz, gdzie mieszkasz, to gdzie masz zamiar sypiać? – zapytał się go Tomek.
-Nie znajdzie się dla mnie jakiś wolny domek? – zapytał Marcin.
-Jest wiele pustych budynków. Masz jakieś życzenia, odnośnie jego położenia? – zapytał się Tomek. Marcin wiedział, jak wygląda prawie każda ulica w Zebrzydowicach. Pomyślał, że w centrum będzie bezpieczniej.
-No miałbym. Naprzeciwko zamku mieszkała nauczycielka… - zaczął Marcin.
-Pani Sztymon? – zapytał Tomek.
-Nie wiem. – odparł Marcin.
-O ile wiem, to nikt tam teraz nie mieszka. Jeśli dałbyś radę się tam dostać, to nie ma problemu. Jeszcze kwestia nazwiska. – powiedział Tomek, zapisując go na listę.
-Nie znam swojego nazwiska. Jeśli więc podam wymyślone, to nie będzie to kłopotem? – zapytał Marcin.
-No cóż… lepsze to, niż zostawienie na liście samego imienia. – stwierdził Tomek.
-Zapisz więc mi nazwisko… Marcinkowski. – powiedział Marcin.
-Więc Marcin Marcinkowski? Głupio brzmi, ale przynajmniej każdy cię teraz skojarzy. – zaśmiał się Tomek.
-Czy są jakieś zagrożenia na zewnątrz? – zapytał się Marcin.
-Hmm, nikt nie zginął od półtora tygodnia. Było kilka obić, ale to raczej, jeśli wrogów nie masz, to nic ci nie grozi. Nie szukasz może jakiejś pracy? – zapytał się Tomek.
-Może i szukam… co można robić jednak w świecie bez dorosłych? – zapytał Marcin.
-Mało kto o tym wie, jednak żywność w końcu się skończy. Mamy własnych ochroniarzy w Świstaku, oraz na stacji paliw i po jednym w sklepach monopolowych i tych zwykłych. Jednak wciąż nam nieco trochę brakuje. – oznajmił Tomek.
-Nie no, raczej, wolałbym coś w ruchu, nie chce mi się siedzieć i nic nie robić.
-Hmm, masz kilka opcji do wyboru. Po pierwsze. Możesz przeszukiwać budynki, w poszukiwaniu jedzenia, baterii papieru i różnych wartościowych rzeczy. – powiedział Tomek.
-Brzmi ciekawie. – stwierdził Marcin.
-Do tego, prowadzisz spis ludności. Jeśli ktoś otworzy ci drzwi, zapytaj, czy jest zameldowane, a jak nie, to spisujesz jego dane. – powiedział Tomek.
-Dobrze… gdzie mam zacząć? – zapytał Marcin.
-I takie podejście mi się podoba! Ale poczekaj, muszę zadzwonić po… - Tomek nie zdążył skończyć gdy nagle drzwi otwarły się i uderzyły mocno w ścianę. W przejściu stało dwóch chłopaków, jeden miał w dłoni drewnianą deskę, która była najwidoczniej wyrwana z jakiegoś płotu. Miała na czubku kilka gwoździ. Sam chłopak wyglądał na lekko wystraszonego. Był niskim blondynem i wyglądał na nieco młodszego od Marcina. Stał z nim jakiś starszy chłopak, który miał w dłoni widły. Miał ciemne włosy i wyglądał na pewnego siebie. Marcin nieco się wystraszył.
-Co chcecie? – zapytał lekko wkurzony Tomek.
-Pójdziecie z nami, albo nie będzie tak wesoło. – odparł wyższy.
-Hej, hej. Może się jakoś dogadamy… - powiedział już nieco wystraszony Tomek.
-A próbuj wezwać jak ostatnio jakąś ochronę… - pogroził znów wyższy chłopak.
-Nie wiem o co… - zaczął Marcin, jednak przerwał mu młodszy.
-Lepiej się nie odzywaj… nie znamy cię, więc to ci dupę uratuje.
-Mówiłem ci, że jest bezpiecznie o ile ktoś nie ma wrogów. Poznaj moich. – powiedział Tomek wychodząc zza biurka.
-Spokojnie, my tylko przejmujemy władzę. Idziesz z nimi – powiedział starszy wskazując na Marcina.
-Nie wiem co robię… - szepnął do siebie Marcin, wyjmując pistolet z kieszeni. Przeładował i wymierzył w dwóch zbójów. Oni stali wmurowani.
-O kurwa, on ma broń! – krzyknął młodszy, wpatrując się w Marcina uważnie.
-I tak nie strzeli. – powiedział starszy.
-Nie znasz mnie, więc taki tok myślenia jest błędny. – powiedział Marcin, po czym wpadł na pomysł. Podniósł spluwę do góry i wystrzelił. Po raz kolejny huk przebił się przez jego głowę, przez co zatoczył się lekko do tyłu. Pocisk uderzył w ścianę nad nimi, która skruszyła się im na głowy.
-Uciekaj! – krzyknął młodszy i oboje wylecieli w pół sekundy z budynku.
-Stary! Czemu nie mówiłeś, że masz broń?! – powiedział zdumiony Tomek.
-Pomyślałem, że będziecie chcieli mi ją zabrać. Zresztą, mam góra dwa naboje, więc nie przyda się. – odparł Marcin.
-Straszak, też nie jest zły. – uśmiechnął się Tomek.
-Czyli nie ma na terenie gminy, żadnej broni palnej? – zapytał Marcin.
-Z komisariatu ktoś zabrał, do dziś nie znaleźliśmy tej osoby. – powiedział Tomek.
-Co tu się stało? – do środka weszła wysoka dziewczyna z ciemnymi i długimi do pasa włosami.
-Ten oto chłopak mnie ocalił. – stwierdził Tomek.
-Ach, że przed Szymonem i Przemkiem? – spytała dziewczyna.
-No, tym razem było blisko. Mogę wiedzieć, gdzie się podziała cała ochrona?! – powiedział nieco wkurzony Tomek.
-Nagłe wezwanie na ulicy Orzeszkowej. Przynajmniej tak mi powiedzieli przez telefon.
-To czemu mi nie powiedzieli? – zdziwił się Tomek, wyjmując telefon.
-Niby nie odbierasz i właśnie po to tu przybyłam, aby się zorientować co jest grane.
-No nic, telefon mi padł. Muszę zajść po ładowarkę. – odparł Tomek.
-A kim on jest? Sądząc po broni… to on okradł policje? – zdziwiła się dziewczyna.
-Nie mam pojęcia. Powiesz nam, skąd masz broń? – zapytał się Tomek.
-Kiedy odzyskałem pamięć, miałem ją po prostu przy sobie. – powiedział Marcin.
-Pamięć? – zdziwiła się dziewczyna.
-Właśnie… dziwna sprawa z nim… przyszedł do nas, twierdząc, że szuka pracy, a nie wie co jest grane, bo nic nie pamięta. Wyobraź sobie, że najwyraźniej nic nie wie o zarazie i wszystkim. – zaśmiał się Tomek.
-Podobnie jak z Szymonem, nie sądzisz? – zapytała dziwnie podekscytowana dziewczyna.
-Szymonem? Tym co napadł was tu przed chwilą? – zapytał Marcin.
-Tak, właśnie on. Przemek mu namieszał w głowie, a teraz sieją mały terror, a ich grupka rośnie. – powiedział Tomek.
-Dziwna sprawa… - stwierdził Marcin, niewiele z tego wszystkiego rozumiejąc.
-Wiesz… nie chcesz może, zostać zwiadowcą? – zapytała dziewczyna.
-Mam już robotę, będę po domach chodził. – powiedział Marcin.
-Dobrze, to poniekąd się łączy. Mogę go przeszkolić? – zapytała dziewczyna.
-Pewnie. Możesz mi zostawić broń? Będę się czuł pewniej. – powiedział Tomek.
-Ale za to ja już pewny siebie nie będę. – stwierdził Marcin.
-Racja, nie mogę cię zmusić do tego, widzę, że możesz być bardzo potrzebną osobą w przyszłości. Mało osób pogodziło się ze stratą bliskich a takich osób nam potrzeba.
-Ja nawet nie znam swoich bliskich. Nikogo. – westchnął Marcin.
-Dobra, idź z Agnieszką, ale wróćcie potem zdać raport. – powiedział Tomek odwracając się i siadając przy biurku. Marcin wyszedł za Agą, która wydała mu się dziwnie podejrzana. Było w niej coś dziwnego. Gdy wyszli, kazała mu być cicho, jednak Marcin nie zamierzał.
-Ej no, co jest grane? – zapytał Marcin.
-Potrafisz prowadzić samochód? – zapytała się go Agnieszka.
-Chyba tak… - zdziwił się Marcin.
-Więc masz tutaj kluczyki do Golfa. Jeśli znasz okolice, to jedziemy na Orzeszkową. – powiedziała Agnieszka.
-Tak po prostu? Może wyjaśnisz mi coś? – zapytał Marcin.
-W samochodzie. Tutaj nie ma co się narażać, żeby nas ktoś usłyszał. – powiedziała cicho Aga.
-Dobra, niech ci będzie. – powiedział Marcin, nic już nie rozumiejąc. Schował broń do kieszeni, a gdy to robił, poczuł, że ma na dnie kieszeni, zwiniętą, małą kartkę. Szybko ją wyjął i schodząc za Agnieszką schodami w dół. Była mała a napisy były wydrukowane. Popatrzył na nią i przeczytał na głos, szepcząc.
-Twój powrót, zapoczątkuje Koniec. – przeczytał zdziwiony Marcin. Nie było na niej nic więcej.
-Słucham ? – zapytała Agnieszka.
-W zasadzie to nic. Mów lepiej o co ci chodziło. – powiedział Marcin wsiadając do małego peugeota.
-Mówiłeś, że straciłeś pamięć i nic nie pamiętasz. Miałam tak z miesiąc temu, gdy jeszcze nie było epidemii. Znalazłam się tutaj, wśród obcych ludzi. Miałam w pamięci ostatni moment. Gdy wskakiwałam w jakiś portal. Byłam obrócona do tyłu i trzymała mnie jakaś dziewczyna, o ciemnych włosach z warkoczem. Za nią było kilka osób, ale niestety ich nie pamiętam. O tyle, co nie znalazłam tej dziewczyny, znalazłam Szymona, którego poznałeś w nieprzyjemnych okolicznościach. Zapamiętał, on, że biegł w stronę portalu i trzymał za rękę… dziewczynę z warkoczem o ciemnych włosach, tą, która mnie trzymała właśnie… - powiedziała Aga, a Marcin wszedł jej w zdanie.
-Pamiętam… że, trzymałem jakąś dziewczynę o ciemnych i prostych włosach. Miała chyba jasne końcówki… Z kolei za mną na pewno nikogo nie było, bo nie czułem dłoni. - stwierdził Marcin.
-Czyli być może była nas piątka. Tylko pytanie o co chodzi z tym portalem? Mam teorie, że jest to wadliwy teleporter, który przeniósł nas w niedaleką przyszłość, modyfikując wspomnienia. Każdego z nas wyrzuciło w innym czasie. Szymon twierdził, że był osiem dni po mnie, kiedy się pojawił bez wspomnień. – powiedziała Agnieszka zapalając samochód. Pod gminę przyszło czterech chłopaków uzbrojonych w kije. Pomachali Agnieszce a ona odmachała im.
-Coś mało możliwe. Jakim cudem nikt nas nie zna? – zapytał Marcin.
-Myślałam o tym już. Ale skoro jest nas trzech, to oznacza, że musimy odnaleźć dziewczynę z kucykiem, oraz tą twoją, z jasnymi końcówkami. – powiedziała Aga, ruszając w stronę zamku.
-Kurde… nie ogarniam… pewnie wszystkie są gdzieś tutaj. Gdzie możemy znaleźć najwięcej osób? – zapytał Marcin.
-Sądzę, że orlik. Kilka setek uczniów przeprowadziła się do szkoły też. – powiedziała Agnieszka.
-Słuchaj… tak sobie myślę. Skoro dorośli zniknęli… to pewnie jakoś musiało się wiele zmienić. Tomek wspominał, że żywność się kiedyś skończy. Skoro tak… dlaczego nie ma jakiegoś chaosu… nikt nie kradnie tego co zostało, ani nic? – zapytał się Marcin.
-W jakiś sposób ogarnęli to wszystko. Najpierw było trochę prób. Jednak kary były trochę ostre. Na przykład dziesięć dni w celi. Wiesz jak to ogłupia? Szymon był to wie… - powiedziała Agnieszka.
-Tak zauważyłem, że jakoś jesteś za Szymonem. A on nie wygląda na dobrego. – powiedział Marcin.
-Nie lubię Tomka. Jest tchórzem. On tylko siedzi i wydaje rozkazy. Mógłby się ruszyć czy coś. A Szymon, na początku po prostu wpadł na złe osoby i tak już wyszło, że wpadł do więzienia na kilka dni. Potem go spotkałam a teraz naszym celem jest szukanie reszty. – powiedziała Agnieszka.
-Nie szukałaś w szkole? – zapytał Marcin.
-Nawet nie wiesz jaka tam jest patologia. Szkoła podzielona jest na trzy części. W części szkoły podstawowej są najmłodsi. Tak to jeszcze spoko, ale im wyżej tym gorzej. Prawie każdy pali albo pije i co chwila jakieś bójki. Ale jest też trzecia grupa, taka spokojna co obserwuje wszystko. Byłam ostrożna i się nie ujawniałam, ale nie widziałam raczej nikogo z takim warkoczem jak ona. – powiedziała Aga.
-Nie dziwię się tak szczerze. Im to jest na rękę. W wielu wypadkach rodzice ograniczali wolność dzieci i teraz mają to co chcieli. – powiedział Marcin.
-Ciekawi mnie co takiego się stało na Orzeszkowej ulicy. – powiedziała Agnieszka. Marcin nie miał pomysłu co odpowiedzieć więc przemilczał. Nagle kawałek przed nimi przeleciało dość duże stado ptaków. Były jakieś dziwne. Agnieszka musiała zahamować, aby przypadkiem ich nie potrącić. Nagle z tyłu samochodu rozbiła się szyba. Jakiś samotny ptak przeleciał przez nią i jak gdyby nigdy nic, wyleciał rozbijając drugą szybę.
-Co się tu dzieje? – zdziwiła się Agnieszka. Marcin nie wiedział. Chwile potem minęli zamek. Okolicę nawet poznawał. Wiedział gdzie jest ulica Orzeszkowa, co lekko dało mu do myślenia.
-Słuchaj, nie odkryłaś gdzie mieszkasz? – zapytał Marcin.
-Odkryłam, mieszkam blisko szkoły. Jeśli chcesz wiedzieć, gdzie masz dom, to pomyśl, którą ulicę pamiętasz najlepiej. A później przejdź się nią, a gdy miniesz swój dom, powinno pojawić się wspomnienie tego miejsca, dokładny rozkład pomieszczeń i tak dalej. Przynajmniej ja tak miałam. – powiedziała Agnieszka.
-Hmmm, zastanawiałem się nad tym. Kojarzę drogę nad stawem, a potem skręcam do góry mostkiem i po stu metrach skręcam w małą uliczkę. Dalej idę tą uliczką, po czym skręcam w boczną uliczkę i docieram nią do szkoły. – stwierdził Marcin.
-Masz więc dom, gdzieś w pomiędzy skręceniem od stawy na mostek, a skręcenie w tą boczną uliczkę. – powiedziała Agnieszka.
-Czyli tam jest chyba sześć domów.- stwierdził Marcin.
-Wieczorkiem pozwiedzasz. Jesteśmy na miejscu. – powiedziała Aga, widząc, że na środku ulicy stoi tłumek na oko czterdziestu osób. Wjechała na podjazd czyjegoś domu.
-Chodź za mną. Czuję, że może to być coś poważnego. – powiedziała Agnieszka, widząc, że Marcin nie miał zamiaru wysiadać. Ruszyli powoli w stronę tłumku. Ku nim wybiegło dwóch chłopaków.
-Nie uwierzysz… mamy kolejne kłopoty. Około pół godziny temu zgłosił się do gminy pogryziony chłopak, mówiąc, że zaatakowało ich dziwne zmutowane zwierze. Jakaś wiewiórka, pełna kolców niczym jeż. Zaciekawili się co to jest a ona ich zaatakowała. Ponoć kolce wystrzeliły w powietrze i ich poraniły. W środku był jad, który zabił dwie osoby. Owa trzecia dostała dwoma kolcami i obecnie jest w ośrodku zdrowia a jej stan określa się jako ciężki. – powiedział chłopak.
-Że jak? Zmutowana wiewiórka? Nie naćpali się czegoś? – zapytała Agnieszka, marszcząc mocno brwi.
-No też tak pomyśleliśmy. Jednak ta wiewiórka naprawdę tam leży. – powiedział chłopak.
-Ja chyba podziękuję takich widoków. – powiedział Marcin.
-Zaraz wrócę, zaczekaj. – powiedziała Agnieszka i ruszyła za nimi w kierunku tłumu. Marcin wyjął telefon z plecaka. Było już po szesnastej, a on nic nie jadł. Poczuł to dopiero teraz. Wciąż zastanawiało go jego hasło. Poruszył palcem na ekranie, robiąc kreskę do góry, później w prawo i w dół. Spróbował cztery inne kombinacje, jednak żadna nie była prawidłowa. Pojawiła mu się opcja wpisania czterocyfrowego kodu.
-Nosz… skąd ja mam wiedzieć jaki ja miałem kod… - westchnął Marcin. Wpisał cyfry od jeden do cztery. Ku jemu zdziwieniu kod zadziałał. Wpatrywał się w odblokowany telefon dobre dziesięć sekund, zanim sobie uświadomił, że ma na tle ustawiony zachód słońca. Widział też na tym zdjęciu Młyńsztok.
-Czyli miałem rację, że gdzieś koło stawu mieszkam. – powiedział Marcin. Następnie zmienił hasło i nieco się bojąc, zajrzał w komunikator gadu-gadu, sam nie wiedząc dlaczego najpierw tam. Na komunikatorze miał blisko trzydzieści osób, jednak nie było nikogo z nich dostępnego. Był jednak ciekawy, czy są jeszcze osoby, które siedzą na komunikatorze. Wpisał swoje imię i dał, aby wyszukało. Uśmiechnął się na widok dużego grona dostępnych osób. Nie chciało mu się patrzeć jednak ile Marcinów wciąż żyje i lubi siedzieć w Internecie. Pomyślał, że jeśli już ma tu zostać, to będzie co jakiś czas sprawdzał, czy ludzi ubywa. Następnie sprawdził na archiwum, jednak nie miał ustawionego zapisywania się wiadomości. Kolejną rzeczą był Facebook, jednak miał go akurat wylogowanego, a hasła nie znał, więc nie mógł wejść. Sprawdził też SMSy. Tutaj już natknął się na kilka ciekawych rzeczy. Zobaczył, że jedna z ostatnich wiadomości była do Agnieszki. Przeczytał również, że jedna z nich była do Szymona. Wszystkie głosiły to samo, a mianowicie, o jakimś spotkaniu przy Świstaku. Data o dziwo była nieco z przyszłości. Była jeszcze trzecia osoba. Jakaś Wiktoria. Zadowolony odkryciem poczekał na Agnieszkę. Tamta wyglądała na wstrząśniętą.
-Mieli rację, coś się zaczyna nie dobrego dziać. Musimy uważać. No ale dobra, w aucie jest trochę konserw, pewnie głodny jesteś. W ogóle, to kojarzysz ulicę Stromą? – zapytała Agnieszka.
-No kojarzę, kojarzę… nie wiem skąd ale wiem co to za miejsce, a co? – zapytał Marcin.
-Dziś musimy ją przeczyścić, od dołu do góry. – odparła Agnieszka.
-A to pójdzie gładko. – uśmiechnął się Marcin.
-No nie wiem, tak są większe domy akurat. – stwierdziła Agnieszka.
-Słuchaj. Potrafiłaś się włamać do swojego telefonu, po tym jak straciłaś pamięć? – zapytał Marcin.
-Ja już nawet nie wiem co zrobiłam z tym telefonem, no ale niestety nie. – westchnęła Agnieszka.
-Więc mam dobre wieści. Znam hasło do swojego. Poza nami i Szymonem, powinna być jeszcze jakaś Weronika, bo mam z nią SMSy podobne do tych z wami. Więc powinno pójść gładko. – uśmiechnął się Marcin.
- No nie mów… czego się dowiedziałeś? – zapytała Agnieszka.
-Z wiadomości prawie nic. Nawet nie wiem jak długo przed naszą utratą pamięci zostało to zrobione. – powiedział Marcin.
-Rozumiem, czyli wiemy, że musimy szukać jakiejś Weroniki? – zapytała Agnieszka.
-Na to wygląda. – oznajmił Marcin.
-Dobrze, zajmiemy się nią jutro. – oznajmiła Agnieszka udając się do samochodu. Marcin ruszył za nią, sam nie wiedząc po co on to wszystko robi. Nie miał celu, nawet nie wiedział, po co miałby mieć cel. W głowie miał coraz więcej informacji, jednak wszystkie były świeże, nic sprzed stracenia pamięci. Marcin usiadł obok Agnieszki, która po chwili wyjechała. Ludzie zaczęli się powoli rozchodzić. Minęli kilku z nich i ruszyli w dalszym kierunku ulicą Orzeszkową. Zatrzymali się na małym skrzyżowaniu. Na lewo mieli ulicę Stromą, jednak aby do niej dotrzeć, musieli pokonać mały, niebieski mostek. Agnieszka odstawiła samochód na podjazd obok i wyszła z samochodu. Marcin wyszedł po niej. Mostek był o tyle niewielki, że maksymalnie skuterem można było przez niego przejechać.
-Cóż, pierwszy dom do sprawdzenia, jest kilka minut stąd. Według mapy, mamy dwanaście budynków do sprawdzenia. – oznajmiła Agnieszka. Przeszli przez mostek, wchodząc na ulicę Stromą. O ile Marcin pamiętał przez połowę drogi, dopóki nie zaczną się budynki jest jedynie droga spacerowa z dużych i prostokątnych, poniszczonych kawałków kamienia.
-Dobra, więc jak robimy? To chyba nie jest skomplikowane, co nie? – zapytał Marcin.
-Nie wiem, czy chce mi się robić to sprawdzanie, więc pierwszy dom sprawdzimy wspólnie, wyjaśnię ci na czym polega przeszukiwanie i czego szukamy, a potem już dzielimy się po pół domu, więc pójdzie gładko. – powiedziała Agnieszka.
-A co jeśli w którymś domu, ktoś żyje? – zapytał Marcin.
-Żyje… bardzo niewielka szansa, większość jak już mówiłam, kręci się przy Szkole. Część ludzi powyjeżdżała, więc ciężko to wszystko ogarnąć. Jesteś silny psychicznie? – zapytała Agnieszka.
-To znaczy? – zapytał Marcin.
-Chodzi mi o to, że w niektórych domach, wciąż mogą być zwłoki… dorosłych. – powiedziała Agnieszka.
-Fu, wiesz, nawet nie wiem. Chyba nie. Moja reakcja przy wiewiórkach była dziwna dla mnie. Z jakiegoś powodu nie chciałem tego widzieć. – westchnął Marcin.
-Może jakieś bolesne wspomnienie z przeszłość, czy coś. Ktoś umarł na twoich oczach albo coś. – wzruszyła ramionami Agnieszka.
-Chyba wolę nie wiedzieć. Zastanawiałem się, co ja tutaj właściwie robię… nie potrafię się zbyt dobrze odnaleźć w tym świecie. – westchnął Marcin.
-Spokojnie, dopiero jesteś tutaj około godziny. – zaśmiała się Agnieszka.
-Tylko mówię… czuję się strasznie zagubiony. – przyznał Marcin. Nim padła odpowiedź od Agnieszki, minęła krótka chwila.
-Przynajmniej coś wiemy. Pierwszy raz od dawna, wiemy, że to coś więcej. Tam na prawo, przeszukują w tej chwili domy. – wskazała Agnieszka żwirową uliczkę, obiegającą w prawo. Marcinowi mignęło w lasku kilka zakapturzonych postaci. Mieli czarne ubrania i byli w nie tak zawinięci, że nie dało się rozpoznać, czy to kobieta, czy mężczyzna, chłopak, czy dziewczyna.
-Widzisz ich? – zapytał Marcin.
-Kogo? – zdziwiła się Agnieszka, rozglądając wokoło.
-Tamci, Kapturnicy jacyś. – powiedział Marcin. Krótka wizja. Marcin na chwilę odpłynął. Na pół sekundy, znalazł się w jakimś pokoju, a w oknie mignął mu ubrany w takie same i ciemne ubrania jeden z takich, których ujrzał przed momentem, gdy wrócił obecnością do Agnieszki, podpierał się rękami o podłogę. Był mocno przestraszony.
-Co się dzieje? – zapytała Agnieszka.
-Wizja… sprzed utraty pamięci… oni… są… - zaczął Marcin, jednak niedokończył. Nagły syk, głośny i przerażający, przerwał jego przerażenie. Gdy spojrzał w tamtym kierunku, wpadł w panikę. Nie wiedział co powinien zrobić.
-Uciekaj! – krzyknęła Agnieszka, po czym ruszyła pędem w stronę domów. Marcin ruszył się odrobinę zbyt późno. Wielki, zmutowany wąż, pełen fioletowych kolców, wystrzelił z krzaków, wprost w głowę Marcina. Nim cokolwiek zrobił, poczuł przeraźliwy ból. Gdy wąż leciał w jego stronę, z jego paszczy, wystrzelił niebieskawy płyn i uprzedził uderzenie węża.
„Więc nie jest mi dane przeżyć” – pomyślał Marcin i zamknął oczy. Krzyknął z bólu i poczuł wgryzającego się węża. Upadł mocno na kamienną płytę i poczuł jeszcze większy ból. Upadł głową w stronę lasku, gdzie przed momentem ujrzał zakapturzone postaci. Teraz wszystkie, a było ich pięć leciały w jego kierunku.
-No jeszcze nie czas na ciebie! – usłyszał lekko wkurzoną Agnieszkę. Było to w zasadzie ostatnie co zapamiętał. Zamknął oczy i pozwolił na nadejście snu. Wiecznego snu.
#6 Nowy początek
Marcin poczuł, że się obudził. Nie miał jednak siły, nawet na otworzenie oczu. Był mocno zaspany i próbował sobie przypomnieć co mu się śniło. Wspomnienia. Wszystko wróciło w jednej chwili. Wszystko, co robił w ciągu ostatniej godziny. Wciąż nie pamiętał co było przed utratą pamięci. Bał się otworzyć oczu, bo nie wiedział, gdzie się znajduje, a tak naprawdę mógł być teraz wszędzie. Musiał to jednak zrobić. Najpierw otworzył lewe oko, jednak to co zobaczył, sprawiło, że otworzył również i drugie. Wpatrywał się z niedowierzaniem przez dobrą minutę.
-Jakim cudem?! – powiedział głośno Marcin. Przez dwie minuty próbował zrozumieć co właśnie się stało.
-Jakim cudem żyję… jakim cudem znów jestem w tej sali? – zastanowił się Marcin. Jedyna świetlówka wciąż nieprzyjemnie migała. Hala z dziwnym, uszkodzonym okręgiem pośrodku. Plecak bez zmian leżał na podłodze. Tym razem wziął z niego jedynie telefon, oraz podniósł z podłogi pistolet. Tym razem był ostrożny. Poprzednim razem nie zerknął za drugie drzwi, więc tym razem tam się udał. Zastał tam spalony monitor od komputera, jednak komputera nie było.
-O ile kojarzę, to przecież komputer jest potrzebny do pracy monitora.- zmarszczył brwi Marcin. Rozejrzał się, jednak nic ciekawego nie znalazł. Wyszedł znów w stronę hali i udał się w stronę drzwi.
-Ciekawe co tym razem mnie czeka na zewnątrz. – powiedział cicho Marcin. Wyszedł za drzwi i dotarł szybko do drabinki. Na ślepo chwycił się drabinki i podciągnął, dając nogi na krańce stopni, aby te się nie ułamały. O dziwno tym razem nie upadł i bez żadnych problemów znalazł się u góry. Wymacał w plecaku młotek i latarkę, po czym zaczął rozwalać, po raz drugi ten sam zamek.
Łup! Łup! Łup! Łup! Łup! Łup! Łup! – tym razem nieco trudniej wyszło Marcinowi rozwalanie zamka. Zamek jednak puścił, a Marcin po raz kolejny znalazł się w pizzerii. Zdecydowanym krokiem udał się na zewnątrz. Miał kilka pomysłów. Najlogiczniejszy wydał mu się taki, że ujrzy to samo co wcześniej. Rozejrzał się. O ile pamiętał, powinien wydrzeć się alarm. Nie był jednak pewny, czy nie spędził na dole nieco więcej czasu jak poprzednio. Toyota, w której wcześniej spotkał Daniela. Tego jednak nie było w środku. Skorzystał więc i poleciał w jej kierunku. Miał również przeczucie, że może to wszystko to był sen i przykładowo teraz dorośli żyją. Nie wiedział co wtedy. Uznaliby go za złodzieja. Podszedł jednak do niej i zajrzał do środka. Zza jego plecami usłyszał cichą rozmowę. Odwrócił się i zobaczył dwie dziewczyny. O ile zapamiętał, były to Judyta wraz z Jowitą. To nie mógł być przypadek. Tym razem już postanowił. Otworzył drzwi i usiadł na fotelu kierowcy. Nigdy nie prowadził, jednak wiedział jak się obsługuje samochód. Kluczyki były w stacyjce, co ułatwiło jego zadanie. Przekręcił je, wciskając sprzęgło i zapalił tym silnik. Powoli je opuścił naciskając przy tym gaz. Silnik zaczął wyć. Wiedział już co robi źle. Ten sam błąd zrobił poprzednio Daniel. Opuścił hamulec ręczny i lekko potoczył się do przodu. W ten oto sposób pojechał trójką aż pod kościół. Jego teoria sprawdziła się, gdy zobaczył idącego Daniela, w stronę gminy. Szybko opuścił okno i zagadał do niego.
-Widzę, że nie dałeś rady ruszyć. Na przyszłość, nie zapominaj o ręcznym. – uśmiechnął się Marcin.
-Śledzisz mnie? Coś ty za jeden? – wystraszył się lekko Daniel.
-Słuchaj, dwóch zbójów planuje napad na Tomka. Nikogo nie ma w gminie poza nim, bo polecieli na Orzeszkową coś sprawdzić. – powiedział Marcin.
-Widać znasz mnie… kim jesteś? I… skąd ty to wiesz? – otworzył usta Daniel.
-Musimy go ratować, potem wyjaśnię. – stwierdził Marcin.
-Stary… nie wiem po czyjej jesteś stronie… - zaczął powoli Daniel.
-Dobrze rozumiem? Wszyscy pragną obalić Tomka? – zdziwił się Marcin.
-Nie wiem skąd się urwałeś, ale to akurat prawda. – oznajmił Daniel.
-O kurcze… ale co to zmieni? – zapytał Marcin. Zdążył się już zatrzymać, a Daniel otworzył drzwi.
-Zrozum… on pragnie wszystkiego co najlepsze dla siebie. Je za trzech, nie zrozum mnie źle, ale on może nas zabić, nawet o tym nie wiedząc. – powiedział Daniel.
-Rozumiem… czyli, poprzednio posłałeś mnie na pojmanie specjalnie… - Marcin zrozumiał nieco więcej niż by chciał. Przypomniały mu się również dziwne słowa Agnieszki sprzed pogryzienia przez mutanta. Czuł się bez radny. Zdradzony przez wszystkich, których zdołał poznać przez poprzednią godzinę.
-Jak to ostatnio? – zdziwił się Daniel. Stał przy drzwiach i głupio się patrzył na Marcina.
-Spotkasz Agnieszkę, to powiedz jej, że ostatni element jej układanki przybył właśnie z zaświatów i nie mam zamiaru z nią i Szymonem współpracować. – powiedział Marcin i ruszył z piskiem opon, nie słuchając krzyków i nawołań, aby się zatrzymał. Pędził w stronę gminy. Już z daleko zobaczył Tomka, Szymona i jego kumpla, którzy schodzili po schodach. Zapomniał już jak miał na imię, bądź nawet go nie znał od początku. Dwieście metrów dalej była również Agnieszka, która patrzyła na wszystko ze spokojem. Marcin nie wiedział co powinien zrobić. Wtedy miał szczęście. Teraz przypadkowy strzał nie będzie miał takiego znaczenia. Tym bardziej, że nikomu nie chciał nic robić. Wszyscy byli przeciwko niemu. Wtedy postanowił. Wcisnął gaz i rozpędzony minął całą akcję a wszyscy na chwilę spojrzeli w jego stronę. Spojrzał jeszcze na Agnieszkę i pokiwał głową z westchnieniem. Przeszedł go lekki dreszcz i zaczął zwalniać, bo zbliżał się do skrzyżowania. Wyjechał na ulicę główną prowadzącą w jedną stronę do Jastrzębia, a w drugą do Cieszyna. Pojechał na lewo, w stronę Cieszyna. Nie miał jednak planu jechać na Cieszyn. Nieco zdesperowany, skręcił pod szkołą i zaparkował przy ulicy Kasztanowej. Wysiadając rozejrzał się. Jakaś para całowała się namiętnie, siedząc po drugiej stronie ulicy, przy lodziarni, która wyglądała na wyniszczoną. Po ulicy Kasztanowej spacerowało dość sporo osób, jednak za furtką na plac przed szkołą, zgromadzone były prawdziwe tłumy. Takie duże, że musiał się niekiedy przeciskać, aby przejść dalej. Nie mając już nic do stracenia, wdrapał się na jeden z parkujących tu samochodów. Chwilę się wahał, a gdy już miał zacząć mówić, nikt na niego nie zwracał uwagi.
-Ludzie! Chodźcie tu! – Krzyknął głośno Marcin. Nikt jednak nie przyszedł. Kilka osób się jedynie na niego popatrzyło.
-Nie ma szans, abyś ich zwołał wszystkich. – pokiwał głową jakiś chłopak, który siedział blisko niego.
-Mam pomysł w sumie. – powiedział zdecydowanie Marcin. Wyjął z kieszeni swojej bluzy pistolet. Wziął go w obie ręce i obejrzał. Następnie mocno chwycił w prawej dłoni i skierował do góry. Chwilę później huk rozproszył wszelakie rozmowy i śmiechy. Wszyscy spojrzeli w kierunku Marcina. Marcin dmuchnął w lufę dla lepszego efektu i uśmiechnął się.
-Dobra, mam dla was dwie informacje. Podejdźcie i zwołajcie kogo tylko się da, bo to może ocalić wasze życie. – zawołał Marcin. Zobaczył, że ciekawski tłumek niepewnie się zbliżył. Było tam może z pięćdziesiąt osób. Dwie osoby znikły w szkolnym budynku, zapewne po resztę osób. Marcin zamierzał spróbować ich przekonać co do siebie. Widział wiele twarzy. Na niektórych zauważył zaciekawienie, inne były nieco przygnębione. Jeszcze inne nie pokazywały żadnych uczuć. Ze szkoły zaczęło wychodzić sporo osób. Marcin liczył powoli. Najpierw naliczył, że łącznie z tymi co stoją przed nim było sto dwunastu ludzi. Później liczba zdołała się powiększyć o całe trzy razy, a gdy przybyła garstka ludzi z orlika, nie licząc już stwierdził, że jest ich ponad czterystu. Ludzie zaczynali się powoli niecierpliwić więc Marcin nie czekając na ostatnich spóźnialskich, rozpoczął przemowę.
-Cześć wszystkich. Wśród was nie ma ani jednej osoby, która by mnie znała, mimo, że mieszkam tutaj całe życie. Chodziłem do tej szkoły, dostawałem oceny, wszystko normalnie. Mógłbym wam pokazać nie jeden szczegół w tej wsi. Pewnie zapytacie, dlaczego on nam to mówi? Otóż prawda jest taka, że przybyłem tutaj z dwiema wiadomościami. Jedną, która przyda się wam, a druga mi. Zanim do tego dotrę, chciałbym, aby po moim przemówieniu, zgłosiły się do mnie wszystkie Wiktorie, jakie tylko się tutaj znajdują. To ważne. Któraś z was może wiedzieć coś co pomoże mi bardzo.
-Więc o co chodzi? – zapytał ten sam chłopak, który wcześniej mówił Marcinowi, że nie da rady zwołać kilku osób. Teraz miał przed sobą połowę, jak i nie większość Zebrzydowiczan.
-Dobrze, zacznę od tego, że straciłem pamięć. Nie pamiętam niczego sprzed godziny. Moje wspomnienia ograniczają się do tej godziny ostatniej. Zdołałem się dowiedzieć wielu rzeczy. Jest kilka osób, co najmniej pięć, które nie straciły pamięć w podobny sposób jak ja, tyle, że nieco wcześniej, do kilku tygodni od teraz. Więc jeśli jest wśród was ktoś taki, niech podejdzie po moim przemówieniu. A teraz mam zamiar powiedzieć… - zaczął Marcin jednak przeszkodziły mu dwie osoby. Konkretnie dziewczyny. Zdziwił się lekko widząc jedną z nich. Miała ciemne włosy, całkowicie proste. Końcówki minimalnie, jednak wciąż były jasne. Dziewczyna, którą widział przed sobą, była całkiem ładna, miała w sobie rysy trochę latynoskie. Z kolei dziewczyna obok niej nie kojarzyła się z nikim Marcinowi.
-Nie wiem skąd o nas wiesz, ale jak skończysz to pogadamy sobie w sześcioro oczy. – powiedziała stanowczo dziewczyna której właśnie Marcin nie kojarzył. W takim razie najprawdopodobniej upolował dwie osoby na raz.
-Super, o to mi chodziło. Druga informacja jest taka, abyście uważali na zmutowane zwierzęta. Może wiecie, że na ulicy Orzeszkowej dwie osoby zostały zabite. – powiedział Marcin dając innym szanse na przetrawienie jego słów. W tle słyszał pomruki.
-Ma racje, Wita poszła tam ogarnąć o co chodzi. – usłyszał najbliżej stojącą parę.
-Cóż, sam nie chciałbym aby to była prawda. Wiadomo mi o dwóch gatunkach tych mutantów. Wiewiórka, która jest groźna, ma fioletowe kolce, oraz szybujące węże. Gdy słyszycie syczenie uciekajcie jak najdalej. W sumie, parasol byłby dobrą tarczą. – powiedział Marcin.
-Jak to mutanty? – niedowierzało dość sporo osób.
-Dobrze by było, gdybyście nauczyli się bronić. Znajdźcie coś dobrego do walki, może się przydać. – poprosił Marcin. Ludzie zaczęli odchodzić. Ci którzy doszli, dostawali informacje od pozostałych. Marcin nie był pewny, czy zmarnowanie naboju było tego warte. Marcin usiadł na dachu samochodu. Został może z tuzin ludzi, którzy wyglądali na zaciekawionych jego osobą. Ośmiu chłopaków i pięć dziewczyn, z czego dwie, które były mu potrzebne.
-Skąd przybywasz? – w końcu padło pierwsze pytanie. Zadał je blondyn, stojący z samego tyłu.
-Powiedziałem już. Jestem stąd, a godzinę temu ocknąłem się tutaj.
-To się trochę kupy nie trzyma. Skąd miałbyś się dowiedzieć o tych mutantach? – zapytał jeszcze inny chłopak.
-Nie chciałem tego mówić bo nikt by mi nie uwierzył. Jestem tutaj już po raz drugi. Pierwszym razem zaatakował mnie taki mutant, po czym czułem, że to koniec, bo dosłownie, czułem, że umieram. Nic bardziej złudnego. Jakimś cudem znalazłem się w tym samym czasie i miejscu co poprzednio, jednak tym razem mam wspomnienia z poprzedniego razu. Rozumiecie? – zapytał Marcin.
-Mówi prawdę. – odezwała się jakaś dziewczyna. Kilka osób na nią spojrzało.
-To widać. – powiedział jeszcze ktoś inny.
-Dobrze, wstępnie ci uwierzę. Jaki masz plan? Co chcesz zrobić teraz? Wyglądasz na takiego, który ma plan. – powiedział blondyn.
-Nie mam planu. Kompletnie nie wiem co zrobić. – odparł zgodnie z prawdą Marcin.
-Ech, to strata czasu… - powiedział jakiś chłopak, po czym odwrócił się i poszedł. Za nim poszło jeszcze kilka osób.
-Nie zmuszam was do niczego. Tak naprawdę nie potrzebuje nikogo. Jedynie informacji od tych dwóch dziewczyn. – wskazał Marcin dziewczyny, które wyrwały się wcześniej.
-Ale mówiłeś wcześniej, że szukasz jakiejś Wiktorii. – powiedziała jedna z trzech innych dziewczyn, które zostały, aby go wysłuchać.
-No właśnie, jesteśmy jedynymi, chyba, jakie znajdziesz na terenie szkoły. – powiedziała najmłodsza z trzech.
-Nie no, już znalazłem Wiktorię. Która z was to Wiktoria? – zapytał Marcin, patrząc na obie dziewczyny.
-Dobra, to nie, to nie. – stwierdziła jedna z nich i odeszły wszystkie trzy.
-Chyba się coś pomyliłeś, albo nie wiem. Ja jestem Laura, a ona ma na imię Kinga. – powiedziała dziewczyna z rozjaśnionymi końcówkami. Marcinem wstrząsnęła ta informacja. Miał tylko jedno pytanie, które potwierdzi to co pomyślał.
-Pamiętacie ostatnie sekundy, sprzed utraty pamięci? – zapytał Marcin wprost.
-Pamiętamy. Uciekaliśmy przed czymś. Ktoś za mną krzyczał, żebyśmy złapali się za ręce i uciekali do jakiegoś portalu. Jak tak myślę, to byłeś ty. – powiedziała Laura.
-Dobra, wszystko jasne. Kogo pamiętacie z tych kilku ostatnich sekund? – zapytał Marcin.
-Pięć osób leciało przede mną, w tym zaraz przede mną była Kinga. – powiedziała Laura.
-Laura. Byłem ostatni. Za mną nie było nikogo a przede mną byłaś ty. Czekajcie… pięć osób było przed Tobą… Aga, Szymon, pewnie Wiktoria, Kinga… i ktoś jeszcze. Kto leciał przed Kingą? – zapytał Marcin pod wrażeniem tego co udało mu się odkryć.
-Przede mną? Hm, jakaś grubsza blondie, chyba. – oznajmiła Kinga.
-Jak bardzo grubsza? – zapytał Marcin.
-Nie aż tak bardzo. Coś jakby połączyć mnie i Kingę. – powiedziała Laura.
-O tyle łatwo, że mamy opis obu brakujących osób. – powiedział Marcin.
-Ale nie ma więcej niż dwóch. – powiedziała Kinga.
-Zauważcie, że pozostałych już odnalazłem, tylko niekoniecznie są po tej samej stronie co i my. – powiedział Marcin.
-Rozumiem wszystko, rozumiem. Ale na co wam ta wiedza? – zapytał znów ten sam chłopak, który od samego początku, chyba jako jedyny był zainteresowany.
-Głupio mi tak gadać z obcymi. One się przynajmniej przedstawiły. Jestem Marcin, a mój plan dopiero się robi w mojej głowie. – powiedział Marcin.
-Więc witamy w naszym nowym świecie. Nazywam się Nikodem. – Marcin mu się przyjrzał. Nikodem był od niego wyższy o całą głowę, miał długie włosy, które opadały mu aż do ramion. Poza nimi było jeszcze dwóch innych chłopaków, którzy słuchali z zaciekawieniem. Jeden z nich odezwał się nieśmiało.
-Przed tygodniem zjawiła się tutaj chyba jedna z tych dwóch co poszukujecie. Powiedziała, że nie może się odnaleźć i czuła się zagubiona. Została może przez kilka godzin, po czym znikła. To była ta grubsza. – oznajmił chłopak.
-Cenna uwaga. Czyli wiemy, że gdzieś siedzi, może odnalazła swój dom. – powiedział Marcin.
-Zameldowałeś się w gminie? – zapytała się go Laura.
-No tak, wszystko spoko, miałem być kimś, kto przeszukuje domy. – powiedział Marcin.
-Chyba fajna robota. – stwierdził Nikodem.
-Nie wiem, zanim cokolwiek przeszukałem, zginąłem. Właśnie… skoro mnie zabiło, to za drugim razem nie byłem w gminie! Głupi ja. – zaśmiał się Marcin.
-Zamelduj się, to będziesz mógł dostawać swoje części jedzenia. – powiedziała Kinga.
-Właśnie. Wiecie, że jest nowa władza, od kilkunastu minut? – zapytał Marcin.
-Nie gadaj. Tomek już nie rządzi? – zdziwiła się Laura.
-No o ile wiem, to wszyscy są przeciw niemu. A jak się zdołałem przekonać, on się wydawał spoko, a obecna władza jest jakaś taka fałszywa i kłamliwa. Jeden mnie wysłał na śmierć, druga osoba chciała abym umarł. Nie lubię ich. – oznajmił Marcin.
-Chodźmy stąd może? – zaproponowała Laura.
-Gdzie chcesz iść? – spytała Kinga.
-Nie wiem. Szukać tej Wiktorii? – zapytała Laura.
-Wiecie? Może by tak przejąć władzę? – zapytał Nikodem.
-A masz pojęcie, jak wszystkim zarządzać? – zapytał jeden z dwóch pozostałych chłopaków.
-To nie może być trudne. – stwierdził Nikodem.
-Naprawdę, chcecie przejąć władzę? – zdziwił się Marcin.
-Owszem, masz jako jedyna osoba we wsi broń, co nam daje przewagę. – powiedział Nikodem do Marcina.
-O ile wiem, to pierwszego dnia, ktoś ukradł całą broń z komisariatu. – przekazał Marcin.
-Przydałoby się mieć jakieś łuki, albo kusze. – powiedziała Laura.
-Dobrze myślisz, miałem poprzednim razem łuk… myślę, że łatwo znajdziemy jakąś taką broń. Wystarczy poszukać po domach. – powiedział Marcin.
-Znaleźć to jedno. Ale trzeba jakoś ogarnąć jak ją wykorzystać. Bo przecież nikt z nas nie potrafi na pewno strzelać z łuku, czy kuszy. – stwierdziła Kinga.
-Nieoficjalnie jestem od przeszukiwania domów. Zanim zrobimy jakąś akcję na gminę, powinniśmy przejrzeć jakieś domy, najlepiej przy tym nie umierając. – oznajmił Marcin.
-Dobrze, gdzie proponujesz przeszukać domy? – zapytała Laura.
-Myślę, że okolice ulicy Stromej wciąż stoją z nieprzeszukanymi domami. – powiedział Marcin.
-Jesteście pewni? – zapytał się wszystkich Nikodem.
-Jasne, i tak jest nudno, więc rozerwałbym się troszkę. – powiedział jeden z chłopaków.
-Jest nas sześciu. Mam samochód na pięciu, więc będziecie musieli się nieco upchać. – powiedział Marcin.
-No to na co jeszcze czekamy? Trzeba rozpocząć etap numer jeden. – powiedział Nikodem.
-Etap numer jeden? – zapytała Laura niepewnie.
-No, przygotowania do walki o władzę. – przekazał Nikodem.
-Chodźcie. – powiedział krótko Marcin, zeskakując z samochodu. Ruszyli przez mniejszy tłumek ludzi koło szkoły. Jeszcze niedawno Marcin czuł się zdradzony przez wszystkich i samotny. Teraz miał swoją grupkę osób, która chciała z nim iść. Sam nie wiedział dlaczego z nim idą, jednak cieszyło go to. Usiadł na miejscu kierowcy i zapiął pasy. Po jego prawej usiadł Nikodem, a za nim kolejno od lewej, dwójka chłopaków, którzy mieli na imię Kacper i Konrad, obok Konrada siedziała Laura, a przy oknie Kinga. Cała czwórka ledwie mieściła się z tyłu.
-Daliśmy radę! – ucieszyła się Kinga.
-Trzymajcie się, jedziemy. – powiedział Marcin, szybko zapalając samochód. Tym razem poszło mu już lepiej i ruszył nieco gwałtownie do przodu. Zjechał ulicą Kasztanową w dół. Na samym dole, koło piekarni, na samym skrzyżowaniu, zauważył idącego samotnie Szymona. Miał na sobie ciemne ubrania. Skojarzył się Marcinowi, z leśnymi zakapturzonymi postaciami, które widział przed ponownym obudzeniem się w zamku. Szymon wyglądał na przestraszonego. Nie miał zamiaru się zatrzymywać, jednak gdy tamten zauważył nadjeżdżający samochód, wleciał na drogę i zaczął machać rękoma. Marcin zahamował gwałtownie, przez co niezapięta Laura, przywaliła w fotel. Usłyszał tylko jej syk, pełen bólu. Miał nadzieję, że nic się jej nie stało. Samochód zgasnął, a Marcin nawet nie wiedział dlaczego. Pomyślał, że może trzeba było przytrzymać nogę na sprzęgle.
-O co mu chodzi? – zdziwił się Nikodem.
-Oto i Szymon. Nie zdradzać mu naszych planów, bo jest z nimi. – poinformował Marcin i otworzył lekko okno.
-Szukają cię. – usłyszał tylko tyle, bo zauważył, że od strony Świstaka biegł chłopak, który był z Szymonem, gdy ten ich spotkał, podczas napadu. Za chłopakiem leciały jeszcze cztery inne osoby, których Marcin nie znał.
-I chyba znaleźli. – stwierdził Marcin.
-Weźcie mnie, bo mnie zabiją za zdradę! – powiedział błagalnym tonem Szymon. W tym tonie było coś, co kazało Marcinowi mu zaufać.
-Bagażnik. Szybko! – powiedział Marcin Szymonowi. Tamten czym prędzej otworzył go i wskoczył do środka.
-O co w tym wszystkim chodzi? – zdziwiła się Laura.
-Nie mam pojęcia. Ale wydaje się, że zrobił coś, co im się nie spodobało. – stwierdził Konrad.
-Dobra, jedziemy stąd. – powiedział Marcin zapalając samochód. Jeden z czterech chłopaków zatrzymał się, którzy zbliżyli się do pięćdziesięciu metrów. Przyłożył coś do oka i napiął ręce. Marcin wyruszył znów zbyt mocno chaotycznie, Nagle tylnia szyba pękła a Kinga zapiszczała głośno. Z tego co Marcin zauważył, chłopak, który się zatrzymał miał w dłoni procę, którą miał najwidoczniej opanowaną, skoro trafił im w okno. Równie dobrze też mógł to być tylko przypadek. Skręcili w lewo, przejeżdżając obok baru Stodoła. Za barem miejsce, które znali wszyscy jako wulkan błotny. Było to miejsce, gdzie na powierzchnię wydobywała się wodna mieszanina iłów. A, że wyglądało to jak błoto, to każdy na to mówił wulkan błotny. Cały rów był zalany błotem, a owe błoto spływało do rzeki, która była obok. Minęli most nad rzeką i pojawili się już obok Młynsztoka. Marcin skręcił w prawo, gdzieś w kierunku, jego prawdopodobnego miejsc zamieszkania. Chwilę zastanawiał się, czy przeszukać jego ulicę, czy może pojechać do góry. Stwierdził, że skoro go szukają, to muszą się oddalić na dość sporą odległość. Nad stawem było kilku wędkarzy, którzy zapewne łowili ryby dla własnego pożywienia.
-Cóż, każdy radzi sobie jak może. Niektórzy polują na króliki, inni łowią ryby. Co kto lubi i potrafi. – stwierdził Nikodem, widząc, że Marcin patrzył na wędkarzy.
-Rozumiem, chyba też będziemy musieli. – stwierdził Marcin. Nikodem pokiwał głową. W głębi wszyscy wiedzieli, że w końcu skończy się jedzenie. Nikt jednak nie chciał o tym myśleć, póki mieli co jeść. Marcin przejechał cały staw i skręcił w prawą stronę. Minął najpierw jeden mostek, a później zwolnił przy drugim, na samej górze Zebrzydowic. Za mostem była ulica Jesionowa, która była celem Marcina, do przeszukiwań domów. Zatrzymał się już przy pierwszym z nich. Był dwupiętrowy i a jego ściany wydawały się mocno brudne. Naprzeciwko stał drugi dom. Wyglądał na dom ubogiej rodziny. Mały, miał niewykończony ściany.
-Tutaj? – zapytała Laura.
-Dobra, dwójka idzie do małego, reszta do dużego. Marcin wyszedł z auta jako pierwszy i poszedł otworzyć bagażnik Szymonowi.
-Idziemy przeszukiwać domy. Taki mam plan, że my pójdziemy we dwoje do tego małego, a reszta przeszuka tamten wielki. – powiedział Marcin.
-Słuchaj, ważną rzecz musisz wiedzieć… - zaczął Szymon.
-Poczekaj chwilę. – zaczął Marcin.
-Czego szukamy dokładnie? – zapytał Nikodem.
-Coś, co przyda się w przetrwaniu. Broń, jedzenie, nawet papier toaletowy. Koniecznie każdy powinien posiadać po parasolu, na wypadek węży mutantów, czy Bóg wie czego jeszcze. – powiedział Marcin.
-A co, jeśli ktoś tu mieszka? – zapytał się Konrad.
-Nie sądzę, aby ktoś tutaj mieszkał, jeśli jednak, to znajdźcie gdzieś blisko dom i widzimy się wkrótce. – powiedział Marcin.
-Dobra, zaczynamy. – powiedziała Kinga, i ruszyli w stronę dużego domu. Marcin i Szymon, patrzyli jak znikają za furtką.
-My też powinniśmy się udać. Jesteś przekonany do tego, aby zostać z nami? – zapytał Marcin.
-Daj mi powiedzieć co mam do powiedzenia, po czym sam zadecydujesz, czy chcesz mnie w grupie. – powiedział Szymon. Marcin podniósł brwi.
-Śmiało, opowiadaj. – zachęcił go Marcin.
-Zapewne bardzo dużo rzeczy cię teraz zaskoczy. Zmieni się też twoje podejście do wszystkich, którzy cię zawiedli poprzednio. – odparł Szymon.
-Zaraz… skąd wiesz… - zaczął Marcin.
-Słuchaj, razem w tym siedzimy. A raczej chyba już tylko ty. Czuj się nieśmiertelny, do czasu, aż wąż nie da komuś innemu swojego daru. Dostałem go przed trzema dniami. Wiem co się wydarzy przez jakieś dwa tygodnie, do czasu kiedy zginąłem. – powiedział Szymon.
-Dobrze… skąd wiesz, że ja zostałem ugryziony? – zdziwił się Marcin.
-Domyśliłem się. Zginąłem ogólnie sześć razy. Teraz żyje po raz siódmy. Cóż. Pierwsze sześć razy niewiele na początku się różniło. Zawsze pojawiałeś się ty i informowałeś Agnieszkę o tym, że tak jak i my nie pamiętasz niczego. Po ostatnim ocknięciu wróciła mi pamięć. Ale no cóż. To nie była moja pamięć. Coś, lub ktoś sprawił, że pamiętam nieco dziwne rzeczy i niekoniecznie są to moje wspomnienia. – powiedział Szymon. Dał chwilę Marcinowi na przetrawienie informacji. Marcin wydawał się, jakby go nie słuchał. Wyjął młotek chciał wyważyć zamknięte drzwi. Zamiast tego pomyślał, żeby najpierw zapukać.
-Po raz pierwszy pojawiłeś się, nie próbując nas powstrzymać. Przejechałeś jak gdyby nigdy nic. Po tych wszystkich zmarwychwstaniach wiem jedno. Tomek doprowadziłby do wielkiej zagłady. Powiem tylko tyle, że powinniśmy lada dzień zacząć szkolić wielką armię. Każdy, dosłownie każdy powinien nauczyć się posługiwać bronią. – stwierdził Szymon.
-Skoro tak mówisz, to musi być prawdą. Ale do czego to wszystko zmierza? – zapytał się Marcin.
-Do waszej śmierci! – Usłyszeli za swoimi plecami czyiś głośny i przeraźliwy głos. Brzmiał jakby był opętany przez samego diabła. Zanim cokolwiek powiedzieli, usłyszeli w powietrzu świst. Marcin odwrócił się, a za sobą zobaczył młodego chłopaka z kuszą. Było w nim coś przeraźliwego. Marcin stał jak skamieniały, a obok niego upadł Szymon. Marcin otworzył przeraźliwie usta i oczy, po czym skoczył na chłopaka, zanim tamten zdołał wystrzelić drugi raz.
-Aaa! – krzyczał Marcin, powalając chłopaka na ziemie. Tamten przywalił głową o ścianę i zwalił się z nóg. Marcin wstał i spojrzał na chłopaka. Co najmniej zemdlał. Był niski i drobny, miał może dwanaście lat. Marcin nie miał pojęcia skąd w nim tyle złości było.
-Nie… nie daj mi… umrzeć. – usłyszał za sobą głos Szymona. Był ledwie słyszalny, a sam Szymon mówił z oporem i trudem.
-Gdzie cię trafił? – zaczął panikować Marcin.
-Blisko serca… leć po nich… - mówił Szymon. Ręką uciskał miejsce trafieni, przez co Marcin nie widział jak wielka jest jego rana.
-Boże, co robić, co robić… ile ucisków się robi? – zapytał Marcin podchodząc do Szymona.
-Serio… póki co zero. – przewrócił oczami Szymon.
-Wyjmę ci ten bełt to będzie mniej bolało. – stwierdził Marcin próbując wziąć ręce Szymona.
-Zwariowałeś? Wyciągając z rany coś co ją tamuje, może spowodować śmierć. – powiedział Szymon płynnie, jednak powoli.
-Jestem za słaby, aby cie przenieść… biegnę po resztę! – zdecydował Marcin. Ruszył biegiem mając nadzieje, że Szymonowi nic nie będzie. Wyleciał z domku i pobiegł do drugiego. W oknie zobaczył Kingę, do której zaczął machać rękoma. Tamta od razu znikła i zanim Marcin dobiegł do drzwi, była już na zewnątrz razem z Konradem.
-Co jest? Gdzie masz Szymona? – zaniepokoiła się Kinga.
-No właśnie… trafił nam się jakiś debil, który był jakiś opętany i go postrzelił. – powiedział Marcin.
-Co… nie słyszeliśmy strzału. – zdziwiła się Kinga.
-Co? Aaa, nie pistoletem, miał kusze. Pomóżcie mi go przenieść do samochodu. – powiedział Marcin.
-Prowadź. – powiedział Konrad. Marcin bez słów pobiegł do domku. Gdy wszedł do środka nieco się zdziwił. Szymona nie było. Zamachowca zresztą też.
-Co… - Marcin zrozumiał co się stało. Znów został zdradzony. Zapomniał, żeby nie ufać nikomu. Jednak jaki cel miałby wtedy Szymon mówiąc mu o tych rzeczach.
-Co jest… - zdziwił się Konrad.
-Cóż mogę ci powiedzieć… - usłyszał z tyłu Szymona. Obrócił się i zobaczył, że zarówno zamachowiec jak i Szymon mierzą do nich z broni. Zamachowiec czekał na jakiś znak od Szymona a ten w końcu pokiwał głową. Wtedy zarówno on, jaki Szymon wystrzelili. Konrad, oraz Kinga upadli jak sparaliżowani bez słowa.
-Cóż, miałem tylko jedną i jedyną szansę by cię wyeliminować. Tym razem już się nie odrodzisz, bo znów mnie ugryzły mutanty. Więc kolej na mnie.
-Szach… - zaczął Szymon i nagle krzyknął z bólu. Laura. Marcin widział przez okno jak stała z rzutkami do darta i najwidoczniej Szymon oberwał.
-Mat! – krzyknęła Laura.
-Nie daj mu uciec! – krzyknął Szymon i upadł ponownie. Marcin rzucił się do tyłu, a zamachowiec zaczął go gonić. Marcin wiedział, że musi to zrobić. Wyjął pistolet i gwałtownie odskoczył zatrzymując się i odwracając. Usłyszał obok siebie świst bełta. Marcin wystrzelił. Zamachowiec krzyknął z bólu i zataczając się w bok, upadł. Marcin był w szoku. Właśnie zabił, albo w najlepszym wypadu uszkodził na dłuższy czas kogoś, kogo nawet nie znał. Był wystraszony, a serce miał w gardle
-Uciekamy! – Marcin usłyszał Laurę.
-Nie ogarniam tego co tu się dzieje. – powiedział cicho Marcin do Laury.
-Szybciej! Nikodem i Kacper już odjechali, musimy uciekać stąd jak najdalej! – powiedziała Laura. Marcin wybiegł przed budynek, mijając wcześniej zwijającego się z bólu Szymona. Tym razem odniósł szkody i miał do głowy wbitą rzutkę. Marcin wyszczerzył się na ten widok i wiedział, że trochę pocierpi. Marcin dobiegł do Laury i zamarł. Przez mostek, w szybkim tempie przejechał samochód, a w nim siedziała Agnieszka i jeszcze trzy inne osoby. Marcin zaczął biec razem z Laurą w przeciwnym kierunku, jednak tamci ich szybko dogonili. Załadował broń i wystrzelił w kierunku samochodu. Trafił gdzieś w karoserie, jednak daleko od kogokolwiek. Marcin wyskoczył w lewo biegnąc w stronę kolejnego domu z numerem 1b.
-Schowamy się w środku. – stwierdził Marcin. Dobiegli do drzwi w momencie, gdy dziesięć metrów dalej zatrzymała się Agnieszka i reszta.
-Wykończymy ich. – szepnęła Laura wchodząc pierwsza do domu.
-Chodź na górę! – szepnął Marcin. Wziął Laurę za rękę i pociągnął do góry. Biegli najszybciej jak potrafili. Na piętrze był dłuższy korytarz i pięć par drzwi. Marcin wybrał drugie po lewej i to tam wbiegli zatrzaskując je za sobą. Pokój okazał się być sypialnią z dużym, podwójnym łóżkiem.
-Szafa! – szepnęła Laura pokazując Marcinowi duży i bardzo stary mebel. Był wykonany z czarnego drewna. Marcin nie wiedział czemu, ale spodobała mu się ta szafa. Weszli do niej i zamknęli powoli drzwi. Zaczęli nasłuchiwać jakiegokolwiek dźwięku. Cisza, którą przerywały tylko bicia serc, które łomotały na zmianę, raz u Marcina, a niemal od razu po nim u Laury. Dopiero teraz Marcin zauważył, że trzymają się za dłonie. Marcin puścił ją i chwycił pewnie pistolet. Bał się strzelić, jednak wiedział, że w końcu będzie musiał. Stwierdził, że to strasznie uszkadza psychikę. Odczekali trzy minuty, po czym Marcin odważył się odezwać.
-Czekają aż wyjdziemy chyba. – stwierdził Marcin.
-Nie wiem, ale boję się. – powiedziała płacząc Laura.
-Nie skłamie mówiąc, że ja też się boję. Jest nie za fajnie, jednak to my mamy broń palną. – uśmiechnął się w ciemności Marcin.
-Uratuj nas, błagam… - poprosiła Marcina błagalnym głosem.
-Wyjdę pierwszy. To mnie szukają. Zostań tutaj. –powiedział Marcin.
-Nie… nie możesz! – powiedziała nieco głośniej Laura. Marcin nie odpowiedział, a Laura chwyciła go mocno za dłoń.
-Muszę…
-Obiecaj, że wrócisz po mnie. – powiedziała stanowczo Laura.
-Wrócę, obiecu… - zaczął Marcin, jednak przerwał, słysząc, że spod domu odjechał samochód. Dając palec na usta, zakradł się do okna. Zobaczył, że samochód odjechał.
-Odjechali? – usłyszał szepczącą Laurę.
-Nie koniecznie. Co najmniej jedna osoba, no albo poszli po Szymona. Uciekamy! – powiedział głośniej Marcin. Poczekał aż Laura wydostanie się z szafy i podkradł się do drzwi. Usłyszał z dołu dziwne dźwięki. Chwilę zastanawiał się co to może być, jednak szumy nie wydały mu się do niczego podobne.
-Coś się tam dzieje. – stwierdził Marcin. Dał rękę na klamkę. Drzwi otworzyły się na niecały centymetr i to było tyle. Coś blokowało je od drugiej strony.
-Co jest? – zdziwiła się Laura.
-Czekaj… - powiedział Marcin, napierając na drzwi. Tamte jednak nie chciały się otworzyć.
-Co tak śmierdzi? – wystraszyła się Laura.
-Nie mam pojęcia. Nic nie czuję. – zdziwił się Marcin pociągając nosem. Miał katar, przez co nic nie poczuł.
-To chyba dym. – stwierdziła Laura.
-Dym?! Chcą nas spalić! – wystraszył się Marcin. Odsunął się lekko i skoczył bokiem na drzwi. Tamte posunęły się może o pół centymetra, a sam Marcin wylądował boleśnie na ziemi. Zaczął syczeć z bólu.
-Nic ci nie jest? – zapytała się Laura.
-Dzwoń po kogoś, nie wszystko stracone! – zaczął się lekko denerwować Marcin. Powlókł się w stronę łóżka i rzucił się na nie z wykończenia. Nie chciał umierać. Jeśli Szymon mówił prawdę, to powinien na nowo się ocknąć po jego śmierci, jednak nie koniecznie będzie pamiętał ten raz.
-Dobrze… mam numer Nikodema. – powiedziała Marcinowi.
-Zadzwonię. – powiedział Marcin pokazując na jej telefon. Laura wykręciła mu numer i Marcin czekał aż tamten odbierze. Czekał z pół minuty aż mu się poczta głosowa włączyła.
-Nie odbiera. – powiedział przerażony Marcin. Teraz to i on już czuł dym. Miał nawet wrażenie, że w powietrzu robi się siwo.
-Co teraz? – wystraszyła się Laura.
-Nie wiem no! – powiedział zdenerwowany Marcin. Zaczął chodzić po pokoju w poszukiwaniu rozwiązania. Otworzył okno, aby wywietrzyć. Dym unosił się w powietrzu, co zapewniało już, że zostali podpaleni.
-Czekaj, mam przecież w plecaku narzędzia. – palnął się w głowę Marcin. Zakaszlał, gdyż dym dawał się już mocno we znaki. Na dole coś wybuchło, wstrząsając całym domem.
-Co to było? – wystraszyła się Laura.
-Nie mam pojęcia. Dom był połączony z garażem, może to samochód. – odparł Marcin. Z plecaka wyjął młotek. Zaczął nim uderzać w klamkę.
-Właściwie to co nam da rozwalenie klamki? Drzwi są i tak zablokowane. – stwierdziła Laura.
-W sumie… ale to co ja mogę zrobić? – zapytał Marcin.
-Tak myślę, że można jakoś uciec oknem. – powiedziała Laura.
-Strasznie wysoko… - stwierdził Marcin.
-Zróbmy z zasłon linę i zejdźmy po niej. – zaproponowała Laura.
-A potrafisz? – powiedział Marcin. Od dymu miał już zawroty głowy. Usiadł na łóżku, koło Laury.
-Słabo mi… - stwierdziła Laura.
-Mi również. – odparł Marcin bezsilnie. Spojrzał na drzwi. Dym wdzierał się dość szybko, a ogień był gdzieś blisko.
-Nie chcę umierać. – powiedziała piskliwie Laura.
-Nie pozwolę na to. – powiedział Marcin odwracając wzrok od drzwi w jej stronę.
-Czyli to koniec? – zapytała Laura, wiedząc, że najprawdopodobniej nic nie mogą zrobić.
-Możemy wyskoczyć przez okno, najprawdopodobniej łamiąc sobie przy tym nogi. – stwierdził Marcin.
-To chyb lepsze od śmierci. – powiedziała Laura.
-Oni tam są. Czekają, czy czegoś nie wymyślimy. – odparł Marcin.
-Jest też jeszcze jedna opcja… - odparł Laura.
-Masz pomysł? – powiedział Marcin i zaczął się dławić.
-Mam, pomysł, jednak będę potrzebowała broni.
-Dobrze, jeśli potrzebujesz, to trzymaj. – powiedział Marcin.
-Przepraszam. – powiedziała Laura i Marcin szybko zorientował się co miała zamiar zrobić Laura. Miała pistolet skierowany w skroń. Marcin usłyszał wybuch i nagle wszystko wokół stało się czarne. Cały świat znikł.
***
Chwilę później, Marcin poczuł, że się obudził. Nie miał jednak siły, nawet na otworzenie oczu. Był mocno zaspany i próbował sobie przypomnieć co mu się śniło. Otworzył minimalnie oczy. Widok, który ujrzał, spowodował, że otworzył je szeroko. Nagle wszystko co robił przez ostatnią godzinę i jeszcze jedną poprzednią wróciło do jego pamięci. Nie miał wciąż pojęcia dlaczego nic innego nie pamięta. Doszło za to nowe pytanie. Dlaczego on przeżył? Czemu znów zaczyna wszystko od nowa. Pomyślał, że pora na trzeci raz. Szybko podniósł się z podłogi, wziął pistolet i biegiem wyleciał z hali. Dotarł do drabinki, gdzie szybko i sprawnie wygrzebał się do góry. Wyjął młotek i zaczął uderzać mocno w drzwi.
Łup! Łup! – Marcin już wiedział jak łatwo otworzyć ten zamek przez co poszło mu to sprawnie.
-Tym razem trzeba pozbyć się wroga, zanim oni się zorientują, że jestem zagrożeniem. – stwierdził głośno Marcin. Wyszedł z pizzerii, później z zamku i biegiem ruszył w stronę Toyoty. Daniela jeszcze nie było, jednak zapewne za sekund kilka się zjawi. Miał może trzy minuty przewagi. Pierwszym razem trochę zajęło się mu wydostanie z zamku.
-Dobra, to jedziemy… - powiedział Marcin sam do siebie. Minął zamek, kościół, Judytę z Jowitą, rzekę, galerie Świstak po czym znalazł się koło gminy. Zaparkował niedbale samochód i wysiadł. Nikogo nie widział w zanadrzu wzroku. Ruszył prędko w stronę gminy. Wszedł szybkim krokiem do środka i udał się do pokoju, gdzie grała muzyka i powinien być Tomek.
-Dzień dobry. – przywitał się Marcin.
-Witam, nie… - zaczął Tomek.
-Nie jestem stąd. Nazywam się Marcin, mieszkam w tej wsi, nie mam pojęcia w którym miejscu. – zaczął Marcin.
-Nie rozumiem… - zdziwił się Tomek.
-Nazywasz się Tomek, a za jakieś pięć minut, wkroczy tutaj Szymon ze swoim kumplem i będą próbowali cię porwać. Musimy współpracować. Będziemy udawali przerażonym, jednak mam pistolet i sprawię, że ich zaboli. – powiedział pewnie Marcin.
-Skąd wiesz? – wystraszył się Tomek.
-Moja historia jest specyficzna. Straciłem pamięć i ocknąłem się w dziwnej hali, z uszkodzoną machiną, zapewne to przez nią straciłem pamięć. Byłem już tutaj, jednak później zostałem zabity. Musisz mi uwierzyć, ale za każdym razem gdy ginę budzę się w tym samym miejscu co na początku. – powiedział z przejęciem Marcin.
-Nie znam cię i próbujesz mi coś wmówić. Nie potrafię w to uwierzyć, wybacz. – powiedział Tomek.
-Zobaczysz za moment, jak wkroczą tutaj aby cię zabrać. – powiedział Marcin.
-To niczemu nie dowodzi. Tego mógł się każdy dowiedzieć. – stwierdził Tomek.
-Cóż. Przeciwko tobie jest też Agnieszka, Daniel… - zaczął Marcin.
-Jesteś pewien? – zapytał Tomek mrużąc oczy.
-Myślisz, że dlaczego nikt cię teraz nie broni? – zapytał Marcin.
-Dwójka strażników jest przecież przed gminą. – stwierdził Tomek.
-Nie ma nikogo. Agnieszka ich zmanipulowała i wysłała w inne miejsce, mówiąc, że sama popilnuje ciebie, a tak naprawdę to czeka teraz aż wyjdziesz z Szymonem. – stwierdził Marcin. Usłyszeli kroki w przedsionku.
-Cóż… - westchnął Tomek.
-Udawaj przerażonego. – szepnął Marcin w momencie, gdy drzwi otwarły się gwałtownie i uderzyły w ścianę. Szymon trzymał w dłoni deskę z nawbijanymi gwoźdźmi. Wyglądał na wystraszonego. Drugi był z widłami.
-Co chcecie? – zapytał Tomek, lekko przerażonym głosem.
-Pójdziecie z nami, albo nie będzie tak wesoło. – odparł wyższy.
-Hej, hej. Może się jakoś dogadamy… - powiedział już nieco wystraszony Tomek.
-A próbuj wezwać jak ostatnio jakąś ochronę… - pogroził znów wyższy chłopak.
-Nie… - zaczął Marcin, jednak przerwał mu młodszy.
-Lepiej się nie odzywaj… nie znamy cię, więc to ci dupę uratuje.
-Nie znasz mnie? Naprawdę mnie nie znasz? – zapytał się go Marcin z lekkim uśmieszkiem na twarzy.
-Nie znam i nic ci do tego! – krzyknął Szymon. Marcin się zdziwił jego reakcją. Marcin był pewny, że tamten go pamięta. Zastanawiało go jedno. Dlaczego później Szymon jest inny? Początkowo go nie kojarzy, a potem go zna i chce zabić. To nie miało sensu. Pomiędzy tą chwilą, a chwilą, gdy go zgarnęli w bagażniku mija około kwadransa. Nie zastanawiał się dłużej, gdyż Szymon powoli zaczął iść w ich stronę. Marcin nie miał wyjścia. Przełknął ślinę i sięgnął po broń. Szybkim ruchem ją wyjął i skierował w stronę Szymona.
-O kurwa, on ma broń! – krzyknął młodszy, wpatrując się w Marcina uważnie.
-I tak nie strzeli. – powiedział starszy.
-Nie ruszaj się… skoro mnie nie znasz, to nie masz prawa wiedzieć przez co przeszedłem. Jak ty to mówisz? Szach mat! – krzyknął Marcin i wystrzelił a Szymon zawrzeszczał dziko. Ciemność. Cały świat znikł.
***
Marcin poczuł, że się obudził. Rozciągnął się głęboko. Nie miał jednak siły, nawet na otworzenie oczu. Był mocno zaspany i próbował sobie przypomnieć co mu się śniło. Otworzył oczy i zdumiał się.
-Co jest do cholery? Przecież tym razem nie zginąłem! – Marcin był zły. Coś mu nie grało. Podniósł się i wziął pistolet. Tym razem mu się aż tak nie spieszyło. Powoli udał się w stronę drabinki, rozmyślając głośno.
-W domku zamachowca Szymon nie umarł… czyli gdyby umarł to nie zginąłbym w wyniku pożaru? – Marcin otworzył szeroko oczy. Kolejna rzecz, która mu umknęła.
-Przecież wtedy również nie zginąłem, tylko Laura. Co oznacza… - Marcin już wiedział. Nie dość, że on nie mógł zginąć, to na dodatek najprawdopodobniej pozostałe osoby, które straciły pamięć. Co oznaczało, że musi się jakoś dogadać z Szymonem i Agnieszką.
-Wszystko się komplikuje… - westchnął Marcin wychodząc do góry. Jedno mocne uderzenie młotka rozwaliło cały zamek. Marcin był już wprawiony, w końcu to czwarta próba. Szybkim krokiem ruszył w stronę gminy. Tym razem nie wsiadał to Toyoty. Zerknął na godzinę w telefonie. Była piętnasta siedem. Co mogło oznaczać, że równo o piętnastej się budził. Pomyślał, czy to może być przypadkiem, w końcu do teraz nie wiedział co on tam robił.
-Jeśli faktycznie jestem z 2018 roku, to w takim razie to jest maszyna czasu, która przeniosła mnie równo o piętnastej. – stwierdził głośno Marcin. Od razu jednak odrzucił tą myśl, gdyż nie pasowało mu w tym to, że ocknął się wtedy ze snu.
-Zawsze próbuje sobie przypomnieć co mi się śniło. Nigdy mi się to nie udaje. Wiadome jest to, że sny, pojawiają się po dwóch godzinach od zaśnięcia. – stwierdził znów głośno Marcin. Dotarł do kościoła. Kilka osób chodziło po cmentarzu, najwyraźniej odwiedzając niedawno zmarłe osoby. Minął Jowitę i Judytę. I wtedy nagłe olśnienie. Przebłysk z przeszłości. Znał Jowitę.
-Nic nie dzieje się przypadkiem. Wiedz o tym. – przypomniał sobie Marcin jej słowa. Nie wiedział nic więcej. Kiedy je wypowiedziała, po co, ani o co jej chodziło. Marcina trochę to zdziwiło, jednak od tego momentu miał nadzieję, że wróci mu w końcu pamięć. Minął śmiejące się dziewczyny i przeszedł przez mostek. Naprzeciwko była galeria Świstak. W środku było kilka osób, jednak nie miał czasu aby patrzyć kto tam siedzi. Przeszedł szybkim krokiem obok i znów spojrzał na zegarek. Minęły ledwie trzy minuty, a Marcin czuł się, jakby cała wieczność minęła. Znów zaczął rozmyślać.
-Jakie ja mogę mieć nazwisko? Kim byli moi rodzice i jakim cudem ich nie pamiętam? Nie sądzę, żeby normalnie dało się o tym zapomnieć. Więc w takim razie KTO to zrobił? – zapytał sam siebie Marcin. Z daleka widział już gminę, jednak czuł, że zawalił, że minimalnie się spóźnił. Nikogo jednak nie widział. Przeszedł może dziesięć metrów, gdy od strony głównej drogi, pomiędzy Cieszynem, a Jastrzębiem, zobaczył Agnieszkę, Szymona i jego kumpla. Przyspieszył, wiedząc, że udało mu się idealnie wkroczyć w akcję. Agnieszka została z tyłu, robiąc coś w telefonie. Nie wiedział jak zagadać, jednak to oni wybawili go z kłopotu.
-Kim jesteś i co tutaj robisz? – zapytał ten starszy.
-Nazywam się Marcin i szedłem w stronę szkoły. – oznajmił Marcin.
-Okej, nie widziałeś nas tutaj jakby co. – powiedział starszy i już chciał odejść.
-Czemu? O ile was kojarzę, to chyba usługujecie Tomkowi, prawda? – zapytał Marcin.
-Tomkowi? Hahaha, jesteś jak reszta. Nieświadomi niczego, zapłakani za mamusiami. – zaśmiał się starszy.
-Powaliło? Mam dość po prostu życia w szkole i chcę trochę rozrywki. – oznajmił Marcin.
-Rozrywki… zrób sobie broń i dołącz do Braci Cienia. – wtrącił Szymon.
-Myślisz, że byłby dobry? Nie ma przecież ani masy, ani na inteligentnego nie wygląda.
-Mam broń, więc spokojnie. – oznajmił Marcin.
-Więc chodź, sprawdzisz się teraz. Jeśli dasz radę się wykazać, to przyjmujemy cię. – oznajmił starszy.
-Jestem gotowy. – powiedział Marcin. Ruszył przy boku Szymona i udali się schodami do góry. Z daleka słychać było muzykę. Wkroczyli do środka i starszy kopniakiem otworzył drzwi, które uderzyły z rozpędem w ścianę.
-Co chcecie? – zapytał lekko wkurzony Tomek.
-Pójdziecie z nami, albo nie będzie tak wesoło. – odparł wyższy.
-Hej, hej. Może się jakoś dogadamy… - powiedział już nieco wystraszony Tomek.
-Idziesz z nami i nie gadaj! – warknął Marcin wyjmując z kieszeni pistolet.
-Dobrze, nie było tematu. Już idę, okej? Tylko nie róbcie niczego głupiego. – poprosił wystraszony Tomek. Wyraźnie zbladł. Szymon i starszy gapili się na niego w osłupieniu.
-O kurde… - powiedział cicho Szymon. Tomek poszedł przodem i Marcin ruszył za nim, mając go na muszce. Wyszli z gminy i Szymon pokierował ich do samochodu. Był to peugeot, którym za pierwszym razem jechał z Agnieszką.
-Nie wiecie co robicie… tutaj zapanuje chaos beze mnie! – wystraszył się Tomek.
-Bez ciebie będzie lepiej, uwierz mi na słowo. – powiedział starszy wrzucając go do bagażnika.
-Jesteście chujami! – zdążył krzyknąć Tomek przed zamknięciem klapy.
-Gratuluję, właśnie zdałeś test na nowego członka Braci Cienia. – uścisnął mu dłoń Szymon.
-Nie spodziewałem się, ale jestem z ciebie dumny. Do tej pory byliśmy w mroku, jednak dzięki tej akcji wstępujemy o poziom wyżej. Będziemy rządzić i ocalimy ludzkość! – powiedział starszy.
-Miło mi cię poznać Marcinie, jestem Szymon. – Marcin podał mu dłoń. Teraz wierzył na serio, że tamten go nie zna. To było dziwne… ale jednak. Nie miał pojęcia, dlaczego za jakiś kwadrans, tamten go będzie pamiętał.
-Ja nazywam się Przemek, jednak każdy z nas ma prawo do własnej ksywki, więc mów mi Długas.
-Ja mam Gruby, choć jestem chudszy nawet od ciebie. – zaśmiał się Szymon.
-Ja mam nawet dobrą dla ciebie, od dziś jesteś Gangster. – powiedział Długas.
-Bo mam pistolet? – zaśmiał się Marcin.
-Dokładnie. Idzie przyjaciółeczka Grubego, Aga. Niestety nie bawi się w ksywy. – powiedział głośniej Długas.
-Słyszałam! Widzę, że mamy nowego, jakim cudem się do nas dostałeś? To nie jest proste. – zdziwiła się Agnieszka.
-Hoho, on jest spoko ziomek, Gangster, jedyny w swoim rodzaju. Zaskoczył nas swoją wrogością do Tomka jak nikt do tej pory!
-To dobrze, takich nam trzeba. Ale to nic w porównaniu do tego. Słuchajcie, mutanty powróciły. Na Orzeszkowej zabiły dwie osoby a trzecia leży w ośrodku zdrowia. Ponoć jakaś wiewiórka z kolcami. – stwierdziła Agnieszka. Marcin chciał się już pochwalić, że spotkał jednego, jednak postanowił to przemilczeć. Spojrzał na Szymona. Nic nie wskazywało na to, że w jakikolwiek sposób mógłby go pamiętać. No ale skoro niby zginął siedem razy i mówił, że zawsze się pojawiał to w jaki sposób miałby go teraz nie pamiętać. Marcin miał kilka teorii, a wśród nich najsensowniejszą wydawało się to, że po ugryzieniu druga osoba zapomina o wszystkich razach.
-Kurde, nie fajnie,
-Dobra, to jedziemy go zawieść do nas. – oznajmiła Agnieszka.
-Jedziesz z nami, będziesz miał swój chrzest! – uśmiechnął się Szymon.
-Jak już jesteś z nami, to musisz coś wiedzieć. Ja, oraz Szymon nie pamiętamy niczego sprzed kilku tygodni. Nic. Nazwisk, imion rodziców, nie wiedzieliśmy nawet gdzie mieszkamy. Czasem wróci jakieś pojedyncze wspomnienie. Ale to tyle, nic więcej. Mamy w głowie wspomnienie, że w portal wskoczyło kilka osób. W tym ja i Szymon. Proszę, powiedz nam, nie znasz kogoś, kto miałby podobnie? – zapytała Agnieszka. W Marcinie zapaliła się pomarańczowa kontrolka ostrzegawcza. Skoro mu o tym mówią, to może jednak wiedzą o nim? Marcin nie wiedział, obserwował czujnie Szymona i Agnieszkę, jednak naprawdę nic, ale to nic nie wskazywało mu tego, że mogłoby tak być.
-Hmmm, nie kojarzę nikogo takiego. – powiedział Marcin. Reszta pokiwała głowami. Agnieszka prowadziła. Ruszyli w stronę Świstaka, minęli szkołę dla klas 1-3 i skręcili w lewo, na wysypisko metalu i różnych tego typu rzeczy. Marcin kojarzył to miejsce, gdyż miał wrażenie, że tutaj oddawał kiedyś puszki po napojach, za co zgarniał drobne.
-To tutaj? – zapytał się Marcin.
-Tak, czuj się jak w domu. – uśmiechnął się Długas.
-Wrócili! Macie Tomka? – zapytał jakiś blondyn, będący najwyraźniej strażnikiem. Miał na sobie ciemne ubrania, jak zakapturzone postacie w lasku przy jego pierwszej śmierci.
-Jest w bagażniku. – oznajmił Tomek. Blondyn nawet nie zapytał kim jest Marcin i przepuścił ich dalej.
-Zostawmy go reszcie, niech zrobią z nim, co chcą. – odparł Szymon.
-Ale po co zostawiać innym? Niech Gangster się wykaże! – zaśmiał się Długas.
-Dawaj! – krzyknął Szymon. Kilka osób posłyszało i zaczęło go dopingować.
-Gangster! Gangster! – krzyczeli.
-Co mam mu zrobić? – zapytał się Marcin.
-On się już nie przyda. Twoje zadanie to ZABIĆ go. – uśmiechnął się Długas. W tle słyszał ciągle jego nową ksywę.
-Ja mam słabe nerwy. – westchnął Szymon.
-Idź do Blondasa, szukał cię, bo niby wiesz jak naprawić bramę. – powiedziała mu Agnieszka. Szymon odkiwał głową i pobiegł w stronę drogi. Zaniepokoiło to Marcina, bo miał go w końcu nie spuszczać z oczu.
-Dawaj! – krzyczeli wszyscy.
-No dobra, jeśli trzeba, to właśnie za chwilę go zabiję. – powiedział niepewnie Marcin. Bał się tego dokonać, strzelał już wcześniej, jednak nigdy nie miał zamiaru zabić, a jedynie albo się obronić, albo wystraszyć kogoś. Teraz jednak miał zabić kogoś z zimną krwią. To jest już dużo trudniejsze. Marcin wyjął pistolet, a Długas i jeszcze dwie osoby, wyjęły z samochodu Tomka, stawiając go na nogi. W Marcinie zamarło serce. Spojrzał na Tomka, a tamten na niego. Jego spojrzenie mówiło, żeby tego nie robił. Marcin pomyślał, że on go wcale nie zabije. W końcu, jeśli się znów ocknie w podziemiach, to on znów będzie żył. A taką myślą przyłożył pistolet do głowy Tomka. Tamten zamknął oczy. Marcin odwrócił wzrok. Usłyszał wystrzał, a po chwili huk opadającego ciała.
-Gratuluję! – ucieszył się Długas. Marcin był mocno wstrząśnięty. Na tyle, że po chwili zorientował się, że Szymon krzyczy. Otrząsnął się i spojrzał w tamtym kierunku. Blondas krzyczał, że potrzeba pomocy. Marcin wpadł jednak w otumanienie. Zamyślił się, jednak nie wiedział o czym nawet. Po chwili jednak ruszył szybkim krokiem ku Szymonowi. Przeszedł nad Martwym Tomkiem i dotarł jako jeden z pierwszych do bramy. Szymon leżał z zakrwawioną ręką i krzyczał z bólu. Kawałek dalej, leżał zabity ptak, z wbitymi do niego widłami. Ptak był dziwny i wyglądał bardziej jak jakiś zmutowany gad ze skrzydłami. Miał na sobie kilka kolców i leciała z niego niebieska breja, możliwe, że krew. Marcin czując niebezpieczeństwo, spojrzał szybko na godzinę. Dwadzieścia pięć minut po piętnastej.
-I teraz wszystko pamiętam! – usłyszał Marcin Szymona.
-Jak to wszystko pamiętasz? – zapytała się go Agnieszka.
-Zginąłem siedem razy! Siedem! Wszystko dąży ku końcowi wszystkiemu, a początkiem końca… jest Marcin, aka Gangster! – powiedział głośno. Wtedy Marcin przypomniał sobie karteczkę w kieszeni. Czuł ją nawet, w końcu tym razem jej nie wyjmował.
-Jak to? – zaskoczyła się Agnieszka i spojrzała na Marcina.
-Okłamał nas! Chciał się wkupić w nasze łaski, a potem zabić! – wykrzyczał Szymon.
-Nie prawda! Jak jedno z nas ginie to i tak wszystko zaczyna się od nowa! – krzyknął Marcin.
-Widzicie? Próbował! Weźcie go! – krzyknął Szymon.
-Nie! Tknijcie mnie, a zacznę wszystko od nowa, tym razem zabiję tego ptaka, zanim on sprawi, że wróci ci pamięć. – zagroził Marcin.
-To zacznij, jestem ciekaw co wymyślisz. – uśmiechnął się Szymon.
-A walcie się. – westchnął Marcin… i puścił się biegiem w kierunku Świstaka.
-Nie pozwólcie mu uciec! – Krzyczał Szymon. Kilka osób podjęło za nim pościg. Świstak był może pół minuty drogi w biegu od niego, gdy poczuł na sobie jeden z bełtów. Jego ciało zostało sparaliżowane, jednak nie stracił świadomości. Widział wszystko. Nad nim stał Długas z wymierzonym ku niemu pistoletem.
-Żegnaj Gangsterze! – powiedział smutno Długas i wystrzelił.
***
Marcin poczuł, że się obudził. Leżał tak przez chwilę odzyskując szybko wspomnienia z poprzednich czterech śmierci. Teraz piąta szansa. Marcin zastanawiał się ile tak jeszcze razy może. Marcin myślał, co powinien teraz zrobić. Podniósł pistolet i ponownie go schował. Wyjął telefon, młotek i udał się do drabinki. Minutę później był już na zewnątrz. Udał się do auta i rozmyślał kolejność wykonywania swoich działań. Miał dwadzieścia pięć minut czasu, aby przekonać do siebie Nikodema, Kingę i Laurę, ewentualnie Kacpra i Konrada. Tym razem chciał zrobić to samo co wcześniej, tym razem jednak bez zadzierania z Szymonem.
-To powinno być łatwe. – stwierdził Marcin. Wziął Toyotę i ruszył w kierunku gminy. Minął wszystko to co zawsze, nawet już nauczył się odmierzać czas jaki spędził w podziemiu, na podstawie tego, jak daleko zaszła Jowita z Judytą. Tym razem przeszły już mostek i były nawet za kościołem, przy budynku, w którym zamawiało się trumny. Zatrzymał się przy gminie i wysiadł. Sprawdził czy nikt nie patrzy, i zakradł się do Peugeota. Na szczęście samochody zostawiano tutaj otwarte. Dzięki temu Marcin zakosił Agnieszce łuk. Po chwili zastanowienia wziął również ciemne ubrania Braci Cienia.
-Cóż, może się przyda. – uśmiechnął się Marcin. Zamknął drzwi i wsiadł do Toyoty. Spojrzał na telefon. Było osiem po piętnastej, czyli za dwie minuty mieli się pojawić Szymon, Długas i Agnieszka. Marcin ruszył w przeciwnym kierunku, udając się do szkoły. Minął Świstak, chwilę później kryjówkę Braci Cienia, po czym miejsce, gdzie spotkał wcześniej Szymona, gdy tamten chciał się wkupić w jego łaski. Skręcił ku szkole i wjechał od frontu. Zaciągnął ręczny, wrzucił luz, po czym zgasił samochód. Wyszedł patrząc ciągle na godzinę. Miał tylko trzynaście minut, co go lekko zaniepokoiło. Od razu zauważył siedzącego Nikodem, który się na niego patrzył.
-Nikodem, słuchaj… możesz przyprowadzić do mnie Kingę i Laurę? Jak jest ich więcej, to znajdź te, które się kumplują. Powiedz, że mam im coś ważnego do przekazania. – poprosił Marcin.
-Już się robi! – powiedział Nikodem, znikając w tłumie. Marcin spojrzał na tłumek. Pomyślał, że jeśli faktycznie jest końcem wszystkiego, to sprawi, że oni wszyscy umrą. Było to niesprawiedliwe, bo mimo tego co o nim myślał Szymon po przemianie, Marcin miał dobre cele i ambicje. Chciał ich wszystkich ocalić, pomóc im. Przybył Nikodem a za nim biegła Laura, wraz z Kingą.
-Dzięki, nie odchodź jeszcze. – powiedział Marcin Nikodemowi, widząc, że tamten chciał odejść.
-Jestem Marcin. Możecie pomyśleć, że jestem debilem, ale znam was. – powiedział Marcin.
-Znasz nas? Nas nikt nie zna. Jesteśmy tu nowe. – stwierdziła Kinga.
-Nie musicie udawać, że nic nie pamiętacie. Jestem jednym z was. A teraz to co najważniejsze. O piętnastej pojawiłem się w tym miejscu. Nie pamiętałem nic, jednak znalazłem dwie osoby, które są jak my. Nagle pojawiły się nie pamiętając niczego. No ale dobra. Zostałem ugryziony… dosłownie to zabity przez mutanta, za jakieś pół godziny do przodu. Mimo to nie zginąłem. Obudziłem się w tym samym miejscu, jednak miałem wspomnienia z poprzedniego razu. Okazało się, że te dwie osoby są złe i pragną mojej śmierci. Czemu? Nie wiem. No ale dobra, tym razem postarałem się ich uniknąć i tak też się stało. Natrafiłem na was. Udało mi się was zgarnąć na naszą stronę. Był jeszcze Kacper i Konrad, taki niski blondyn i wyższy brunet. – Marcin odetchnął i kontynuował.
-Okazało się, że nie tylko moja śmierć sprawia, że budzę się na nowo. Wtedy gdy was przekonałem, Szymon, czyli jeden z nich, podstępem do nas dołączył. Jak się okazało, pragnął mojej śmierci co mu prawie wyszło. Co dziwne, najpierw na sto procent nie miał o mnie pojęcia, jednak po dwudziestu minutach jakimś cudem mnie znał i wiedział, że cały czas na nowo się budzę w tym samym miejscu. – Marcin spojrzał na trójkę słuchaczy. O tyle co Nikodem nie ogarniał i ciężko było mu uwierzyć, Laura i Kinga były mocno wsłuchane w jego wypowiedź.
-Kontynuując, bo czas nagli. Jak już wspomniałem, pojechał z nami w poszukiwaniu broni, którą chcieliśmy znaleźć i się rozdzieliliśmy. Ja poszedłem sam z Szymonem, a wy do drugiego budynku. Była to pułapka, przez co prawie znów się odrodziłem później. Jednak dzięki Kindze i Konradowi tak nie było. Co prawda wtedy oboje mocno oberwali z bełtów, jednak mam teorie, że to was nie zabiło. Gdy przyszła kolej na mnie, Laurze udało się powalić Szymona, który dostał ostrą rzutką w głowę. To też go raczej nie zabiło. Tak czy owak Nikodem i Kacper odjechali i pojawił się nowy problem. Mianowicie reszta ekipy Szymona. Uciekliśmy im do jeszcze innego domku i schowaliśmy się. – Marcin spojrzał na Laurę, która najwyraźniej się zawstydziła lekko. Przerwała mu Kinga.
-Może teraz bez szczegółów troszeczkę. – zaśmiała się Kinga.
-Niee, spokojnie, między tobą, a mną nic nie zaszło. Chowanie się w szafie i chyba tyle. Tak czy siak, zostaliśmy odcięci od powrotu na zewnątrz, a oni podpalili dom. Chcieli nas spalić, jednak zanim im się udało, Laura strzeliła sobie pistoletem w głowę, przez co ocknąłem się znów w tym samym miejscu co zawsze. Tym razem… - Marcinowi przerwał Nikodem.
-Nie wiem co o tym sądzić… jak wytłumaczysz fakt, że Laura miała pistolet? – zdziwił się Nikodem.
-Mam w kieszeni bluzy. – wzruszył ramionami Marcin wyjmując broń. Nikodem uśmiechnął się, co lekko zdziwiło Marcina.
-Poprzednio właśnie, jak tutaj przybyłem, szukałem kogoś takiego jak ja, więc zwołałem tłumek, po czym opowiedziałem kogo poszukuje i tak dalej. Nie było Prost zwołać te pięćset osób, jednak dźwięk pistoletu robi wiele. – uśmiechnął się Marcin. Spojrzał na telefon. Zostało mu sześć minut. Przeraził się lekko.
-Rozumiem, kontynuuj proszę. – powiedziała zaciekawiona Laura.
-Nie wiedziałem jeszcze, że ktokolwiek z nas zginie, będzie mi resetował życie. Więc moim planem było zabić Szymona. Jak się domyślacie, obudziłem się ponownie w zamku. Następnym celem było rozwikłanie tajemnicy, dlaczego najpierw Szymon mnie ni znał, a potem nagle wiedział o mnie wszystko. W tym celu go odnalazłem i poszedłem z nim. Okazało się, że stanowią oni grupkę Braci Cienia, i mają siedzibę na wysypisku. Odkryłem, że Szymona też coś ukąsiło wtedy, przez co nie wróciły mu dziwne negatywne wspomnienia o mnie. Tak czy owak dopadli mnie i zabili. I tak oto nadszedł ten kolejny raz, kiedy postanowiłem was przekonać do siebie i razem zabić tego zwierza, który sprawił, że Szymonowi wróci pamięć. Nie możemy dopuścić by o mnie pamiętał, bo potem nie jest ciekawie. Tak czy owak, pragnę w końcu przeżyć bez śmierci. To tyle, jedziecie ze mną? Moim celem jest zjednoczyć wszystkich, którzy stracili pamięć. Czyli co najmniej siedem osób. Brakuje nam dwójki. Poprzednim razem już pytałem czy znacie kogoś o takim wyglądzie, jednak nie znaliście, więc to pytanie nie ma sensu. – uśmiechnął się Marcin.
-Mnie przekonałeś, nie wiem jak resztę. – odparła Kinga.
-Skoro mu wierzysz, to znaczy, że to jest prawdą. – wzruszył ramionami Nikodem.
-Jedziemy z tobą, pytanie, ile mamy czasu? – zapytała Laura.
-Trzy minuty. – westchnął Marcin.
-Na wysypisku damy radę być za dwie. – stwierdziła Kinga wsiadając do samochodu.
-Myślcie, jak zagadać Szymona. – powiedział Marcin. Gdy wszyscy wsiedli ruszył dość szybko w kierunku wysypiska. Zjechał w dół ulicą Kasztanową, gdzie poprzednio zatrzymał ich Szymon. Marcin wiedział, że będzie im ciężko.
-Po co ci parasol? – zapytała Kinga z tyłu.
-Parasol? Dobry przed obroną przy walce z mutantami. Jednak nie wiem skąd on u mnie. – stwierdził Marcin.
-Właśnie, jeszcze jedna sprawa. O jakich mutantach mówisz? – zdziwiła się Laura.
-Zmutowane zwierzęta. Węże, ptaki, wiewiórki. Na razie tylko o takich wiem. – stwierdził Marcin. Marcin widział już wysypisko. Był tam Szymon i Blondas. Stali na środku drogi i oceniali z dalsza, jak naprawić bramę. Była widocznie uszkodzona.
-Mam pomysł, ale musicie wszyscy być przerażeni i patrzeć na lewo, za okna. Najlepiej niech dziewczyny piszczą. – powiedział szybko Marcin uchylając do połowy wszystkie okna. Dziesięć metrów do celu. Szymon ich zauważył i odsunął się.
-Teraz. – uśmiechnął się Marcin lekko zwalniając. Nikodem włączył kamerkę w telefonie i podejrzewając fajną sytuację, zaczął wszystko nagrywać. Ujęcie pokazywało jadącego Marcina. Sam Nikodem zbladł, wpatrzony w obiektyw.
-Aaa! – Nikodem wydarł się na cały głos. W tle był też pisk dziewczyn.
-Mutanty! – krzyknął Marcin.
-Uciekajcie! – wrzasnął Nikodem. Marcin w lusterkach widział, że Laura i Kinga bardzo dobrze odgrywają swoją rolę. Przytuliły się do siebie i piszczały, dosłownie płacząc. Marcin zauważył, że nie patrzy się w pole tylko przed siebie. Natychmiast obrócił się w stronę pola, żeby wyszło wiarygodniej. Musiał otworzyć szeroko oczy. Przez pole szły widocznie trzy niebiesko bordowe koty. Były tak przerażające, że Marcinowi aż serce podeszło do gardła. Na widok samochodu spłoszone uciekły w przeciwnym kierunku. Marcin zamknął szyby i minął bardziej zdziwionego, jak przerażonego Szymona. Gdy był na równi z nim zahamował. Od drugiej strony leciał samotny ptak. Powód, dla którego tu był. Najwidoczniej obrał sobie już cel. Szymona. Marcin odpiął się i sięgnął po parasol do tyłu. Ptak zbliżał się tak szybko, że Marcin nie mógł dłużej zwlekać. Wskoczył na Nikodema i wychylił się przez otwarte na oścież okno. Samochód zgasł i zaczął się lekko toczyć do przodu. Nikodem zarzucił ręczny, dzięki czemu cała akcja mogła się udać. Szymon zamiast obserwować ptaka, patrzył na wyczyny Marcina.
-Uważaj! – krzyknął Marcin, naciskając na przycisk otwierający parasolkę. Ręka Marcina minęła Szymona i otworzyła parasol. Sekundę później mutant przywalił porządnie w parasolkę, przez co odbił się i przywalił w samochód. Wylądował na ziemi, jednak wciąż się ruszał. Szymon popatrzył na dół, i zgniótł go butem. Marcin patrzył chwilę na Szymona, potem spojrzał na blondasa. Z głębi wysypiska spoglądało kilka osób. Długas, Agnieszka i kilku innych których Marcin zapamiętał.
-Ocaliłeś mnie przed nim. Jak mogę ci dziękować? – zapytał się Szymon.
-Hmm, chodziły plotki, że dziś zamierzacie przejąć władzę w Zebrzydowicach. Jeżeli to możliwe, to poproszę, aby nasza czwórka miała w tej władzy jakiś udział. – powiedział Marcin.
-Jakim cudem? Kto ci to powiedział? – podszedł bliżej blondas.
-W szkole krążyła plotka. Ale kto zaczął o tym mówić? Tego nie wiem. – oznajmił Marcin.
-No dobra, co do waszego życzenia – jest spora szansa, że dostaniecie to o co prosicie. Wpadnijcie po dwudziestej do gminy. – powiedział blondas.
-Więc widzimy się później. – odpowiedział Marcin i wrócił na swoje miejsce. Zerknął jeszcze na pole. Dziwne zmutowane koty, zniknęły. Marcin zamknął szyby i odpalił Toyotę. Ruszył jak najszybciej nawet nie oglądając się za siebie.
-Więc… udało się? – zapytała Laura.
-Tak, dziękuję, bez was by mi się nie udało. – powiedział Marcin bardzo szczęśliwy, że w końcu nie musi się nikogo obawiać. Miał tylko nadzieję, że nic go nie ugryzie ponownie, ani nie spotka go żadna inna przykra śmierć. Póki co, zamierzał odpocząć, bo mimo, że ciągle zaczynał od nowa, czuł w głowie poważne zmęczenie.
-Kierujemy się na Księdza Janusza, poszukamy mojego domu. – oznajmił Marcin i uśmiechnął się pod nosem.
#7 Stabilizacja
Marcin czul się pewnie za kierownicą. Szczególnie, że ruch był całkowicie pozbawiony samochodów. Minęli dwóch nastolatków na rowerach. I to byli już wszyscy. Obecnie Marcin pędził koło Młyńsztoka siedemdziesiąt na godzinę i gwizd piosenkę Warriors od Imagine Dragons. Przerwała mu Kinga.
-Co się stanie, jak teraz zginie ktoś z nas? – zapytała Kinga.
-Cóż, będę musiał odtworzyć chyba to samo co zrobiłem od piętnastej do teraz, po czym zapobiec zginięciu tej osoby.
-No dobra, to musimy być ostrożni. – stwierdziła Kinga.
-Nic nam nie grozi. Przeszukamy kilka domów i powinno być sporo rzeczy do ochrony. – stwierdził Marcin.
-Parasole się sprawdzają. – stwierdził Nikodem.
-Wiem, nie wiem skąd on się tam wziął, dałbym sobie rękę uciąć, że nie brałem go z samochodu Braci Cienia.
-Też mi Bracia Cienia. Czarne Kapturki prędzej. – stwierdziła Laura.
-Albo Kapturnicy… - stwierdziła Kinga.
-Kapturnicy… Tiaa, coś mi to mówi, ale nie wiem co. – stwierdził Marcin.
-Coś z przeszłości. Miałam wspomnienie z kolesiem w kapturze. – odparła Kinga, ciesząc się, że Marcin coś też kojarzy.
-Nie wiem, ale chyba rozpoznałem gdzie mieszkałem. – powiedział Marcin, od razu po wjechaniu na Ulicę Księdza Janusza. Rozpoznał swój dom. Dół był pomalowany w ciemnym, łososiowym kolorze, a reszta była biała. Na pierwszym piętrze, od strony drogi głównej był balkon. Marcin zaparkował na zjeździe do garażu. O ile pamiętał, to ten dom, ani żaden na tej ulicy nie został przeszukany. Mieli więc dzisiaj ostatnią nadzieję, że coś odnajdą.
-Oho, w Internecie piszą już o przejęciu władzy. – stwierdził Nikodem.
-W Internecie? – zdziwił się Marcin. Otworzył sobie drzwi i z zaciekawieniem spojrzał na Nikodema, który coś czytał na telefonie.
-No, w sumie mogłeś nie wiedzieć, skoro jesteś tutaj niedługo. A więc, zanim jeszcze dorośli umarli, zrobiliśmy oficjalną stronę Polską, która podpięta jest do między narodowej. Są tam najważniejsze informacje, nieoficjalny stan ludności, różnych rzeczy można się dowiedzieć. Faktycznie, od dwóch dni, czytałem coś, że nieliczni widzieli mutanty. Ale to tylko w Polsce. A jeszcze wracając, na Polskiej stronie, jest spis miast, wsi, wszystko. Jest tego pełno, ale każda jedna miejscowość, ma swoją stronę, gdzie władza powinna mieć opis, ile osób żyje, stan wsi, poziom paniki, jakieś informacje. Jest też forum, może nie na każdej stronie, ale za to u nas jest dość ciekawie. Można się pośmiać z niektórych osób. Właśnie napisałem post, żeby wszyscy nosili parasole, oraz coś dobrego do ataku. Oraz filmik z całej akcji dla dowodu.
-Zaraz sobie to obejrzę. Może coś załapaliśmy ciekawszego, jak chodzące koty i lecącego ptaszka. – uśmiechnął się Marcin.
-Ja tam nic nowego nie widzę. – stwierdził Nikodem..
-Dobra, to musimy się włamać do mojego domu. – stwierdził Marcin wychodząc z samochodu. W oddali zagrzmiało. Najwidoczniej zbliżała się burza.
-Tylko czy nam łóżek starczy? – zapytał się sam siebie Nikodem.
-Nie mam pojęcia. Musimy to sprawdzić. – stwierdził Marcin. Wszyscy wyszli z samochodu, więc Marcin wziął z tylniego siedzenia worek z łukiem i ubraniami.
-O, masz łuk? – zdziwiła się Kinga.
-Ukradłem im, zanim jeszcze do was dotarłem. – uśmiechnął się Marcin.
-No nieźle, tylko, czy potrafisz się tym obsługiwać? – zapytała Laura z zainteresowaniem.
-Jeszcze nie. Ale obok domu jest stodoła, więc można zrobić tam jakąś tarczę i się nauczyć. – powiedział Marcin. Ruszyli w kierunku drzwi. Weszli po schodach, po czym Marcin zadzwonił do drzwi. Cisza. Dobra, teraz kwestia wejścia do środka – powiedział Marcin.
-Jakiś pomysł? – zapytał Nikodem.
-Mam plecak pełny przeróżnych rzeczy. Klamki mi szkoda rozpierniczyć, ale w ostateczności można. – odparł Marcin.
-A skoro to był twój dom… nie masz może jakiś kluczy? – zapytała Laura.
-W zasadzie… skoro oni na początku sprawdzili każdy dom, biorąc zmarłych, to… powinno być otwarte. Marcin pociągnął za klamkę i drzwi lekko uchyliły się.
-Serio nie sprawdziłeś tego… - Nikodem uderzył głową w czoło.
-Wiem, najgłupsza rzecz, jaką mogłem zrobić. – powiedział Marcin.
-Chyba zrobię ci jakiś ranking najgłupszych rzeczy jakie zrobisz, haha. – zaśmiała się Kinga.
-Daj spokój. – Marcin machnął ręką i wszedł do środka. Zaświecił światło i rozejrzał się. Dom wyglądał na zadbany, nie było nawet śladu kurzu.
-Dobrze, może nie zdejmujmy butów… - zaproponował Nikodem.
-No, też dobry pomysł. Trzeba tu przewietrzyć. – odparł Marcin wchodząc do przedpokoju.
-Wy bierzcie dół, ja sprawdzę górę. –stwierdził Marcin.
-Dobra, pójdę z tobą. –powiedział Nikodem.
-Jak coś, to krzyczcie. – powiedział Marcin.
-Ej, ale co mamy szukać? – zapytała Laura.
-Przeszukajcie szuflady, jakieś dowody, paszporty się przydadzą. Broń też mile widziana, choć wątpie, żebyśmy taką znaleźli. – odparł Marcin.
-Chodź Cinek. – zawołał go Nikodem z połowy schodów.
-Idę, idę. – odparł Marcin. Uchylił okno przy schodach i wyjrzał na zewnątrz. Podwórko było nieco zaniedbane i zarośnięte przez trawę. Nie było jednak jeszcze tak źle. Przez środek, prowadziła brukowana ścieżka do zarośniętej przez winogrona altanki. Dalej była stodoła, która swoje lata już miała. W niektórych miejscach brakowało desek, brakowało niektórych dachówek. Dwieście metrów, na prawo od Marcina malował się majestatyczny widok Młyńsztoka. Słońce, które wkrótce miało zniknąć za burzowymi chmurami, świeciło w pełno i odbijało swoje promienie o taflę wody. Marcin podążył za Nikodemem, który otworzył już pierwsze drzwi u góry, które prowadziły do łazienki.
-Zauważyłem, że na podłodze, odbijają się małe zabrudzone odciski, jakiś małych, zwierzęcych nóżek. Najprawdopodobniej kocie. – stwierdził Nikodem.
-To trzeba uważać, czy to nie jest kolejny koci mutant. – powiedział Marcin, żałując, że zostawił parasol na dole. Marcin dotarł do Nikodema. Łazienka była mała, że razem z Nikodemem mieliby problem się w niej razem zmieścić. Była tam tylko umywalka i toaleta.
-Tu nic nie ma. Chyba, że chcesz walczyć szczotką do kibla. – powiedział do Marcina Nikodem.
-A papier toaletowy? Nie jest powiedziane, że pewnego dnia nie będziemy musieli uciekać. – powiedział Marcin.
-Strzępki, góra na dwa, trzy podtarcia. – powiedział Nikodem.
-To już zostaw. – machnął ręką Marcin, otwierając drzwi po prawej. Był to jakiś niedokończony pokój, bez paneli w podłodze, bez pomalowanych ścian. Pokój był niemal pusty. Było tam okno, wbudowane w pochyłym dachu, które dawało widok na okolicę. Głównie na dom na wzgórzu, który był nieopodal. W kącie stały dwa idealne przedmioty na broń. Metalowy pręt, oraz drewniany, nieco cienki kij, zakończony ostrym, zakrzywionym szpikulcem, podobnym do tych, które mają wieszaki na ubrania.
-Coś znalazłem, ale czy ja wiem, czy to się nadaje do walki? – zapytał Marcin.
-Czekaj… nada się. – stwierdził po chwili Nikodem.
-To biorę. – powiedział Marcin zamykając drzwi. Nagle usłyszeli niegłośno upadający przedmiot, dochodzący, zza przesuwanych drzwi, naprzeciwko drzwi schowka. Przez szparę w tamtych drzwiczkach, wystawił głowę biały kot.
-Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że znam tego kota… Viki? – zapytał się głośno Marcin. Kot patrzył na niego mądrym wzrokiem i otarł się o jego nogę.
-Chyba cię zna. – zdziwił się Nikodem.
-Albo na tyle oswojony, że nie jest wrogi dla obcych. – oznajmił Marcin, głaskając kota. Nikodem rozsunął drzwi. Panowała za nimi ciemność. Zapalił światło i jak się okazało – była to garderoba. Po lewej i prawej były na półkach ułożone ubrania, a naprzeciwko kolejne ubrania, tym razem na wieszakach.
-Tutaj masz jakieś ubrania, jakby twoje. – odparł Nikodem.
-Dziwne… popatrz. – powiedział Marcin podchodząc do wieszaka. Na pierwszym wieszaku, wisiała identyczna bluza, jak ta, którą aktualnie Marcin miał na sobie.
-Ej, to serio jest dziwne… czekaj, zawsze jest szansa, że ktoś, kto tu mieszkał, kupił identyczną jak ty. – Nikodem zaczął je porównywać. Marcin miał dosłownie identyczną bluzę, bez żadnych różnic. Jedyna różnica, była taka, że z tyłu była nieco brudna od leżenia w zamku.
-Szukaj mojej bluzki. Może nastąpiła dziwna anomalia, że zamieniłem się sam ze sobą miejscem. Ja z 2014 i ja z 2018. – powiedział Marcin.
-Ale, że jak z 2018… o co chodzi… - zdziwił się Nikodem mocno.
-A no tak, nie mówiłem tego tobie. Ani nikomu z was chyba. Moje wspomnienia, a raczej wizja świata i wszystko co pamiętam, jest z roku 2018. Więc miałem teorie, że po obudzeniu się w zamku, przeniosłem się w czasie z 2018 do 2014. Teraz mam nową teorię… zamieniłem się miejscem, ze sobą z przeszłości. – powiedział Marcin z błyskiem w oku.
-Trochę się to nie trzyma kupy. Jakim prawem, miałbyś się tu przenieść. Jak bluza z 2014 roku, miałaby w niemal nienaruszonym stanie wytrzymać cztery lata? Nie wygląda na jakąś wyblakłą od prania, albo coś. – stwierdził Nikodem.
-Czuję, że mamy już wszystkie informacje przy sobie, tylko trzeba to poskładać do kupy. – westchnął Marcin.
-Co jeszcze może być odpowiedzią na to, że nikt cię tu nie zna, ale ty znasz to miejsce, jesteś z innych czasów, ale mimo to bluzy są dwie? – zapytał Nikodem.
-Paradoks z tą bluzą. – stwierdził Marcin.
-Paradoksu nie można osiągnąć. A przynajmniej nikt tego nie udowodnił. – powiedział Nikodem.
-Jestem z przyszłości, są dwie bluzy, nie ma jednak nikogo, kto by był mną. – zastanowił się Marcin.
-To nie do końca tak jest. O kurde… nie pomyśleliśmy o tym. – wziął wdech Nikodem.
-Że co? – zdziwił się Marcin.
-Kot. Przeżył tak długo. Ktoś tu musi mieszkać, albo przynajmniej go dokarmiać. – stwierdził Nikodem.
-Masz rację. Poczekamy na tego kogoś. Wtedy może coś się wyjaśni. – oznajmił Marcin. Wyszli z garderoby i skręcili na lewo. Była tam sypialnia, możliwe, że rodziców Marcina. Nie było tam nic przydatnego.
-Ostatnie drzwi nam zostały. – powiedział Nikodem wskazując na znajdujący się pokój naprzeciwko nich.
-Nie mieliśmy szczęścia. – oznajmił Marcin.
-Trzymaj więc kciuki za teraz. – powiedział Nikodem. Marcin otworzył drzwi. Najpierw ujrzał, że pokój ma drzwi balkonowe. Następie zamarł.
-O w mordę… mówisz, że paradoks jest nie osiągalny? Zobacz… - powiedział Marcin wyjmując z plecaka laptop. Był on identyczny jak ten, który leżał na biurku. Zgadzały się nawet dziurki i jedno wypalone miejsce.
-Cofam… - przełknął ślinę Nikodem.
-Dobra… ja się zaczynam cykać. – stwierdził Marcin. Przetarł oczy i rozejrzał się. Łóżko było niepościelone, a przy nim walało się pełno ubrań. Marcin chciał przeszukać pokój, jednak nie wiedział, czy powinien to zrobić. Zresztą, na pierwszy rzut oka, nic nie było tutaj przydatnego. Otworzył szufladę, gdzie znalazł legitymację szkolną. Przyjrzał się zdjęciu, jednak nie rozpoznał osoby, która na nim się znajdowała. Chłopak miał ciemne i kręcone włosy niczym Marcin, jednak były one o wiele dłuższe. Miał na imię Marcel.
-Więc chyba musimy zaczekać na niego. – stwierdził Nikodem, przyglądając się zdjęciu. Na ścianach wisiały różne zdjęcia pamiątkowe. Pierwsze było z 2011 roku, z jakiejś koloni nad morzem w Łebie. Drugie w zimowe ferie, zrobione w Bukowinie Tatrzańskiej. Trzecie było z 2013 roku i było z mazur, z miejscowości Rajgród. Czwarte, oraz ostatnie, było z przed trzech miesięcy – zimowego wyjazdu do Słupska. To akurat nie wiedząc czemu, zaskoczyło Marcina. Zaczął przeglądać grupę. Była tam Agnieszka, Szymon, rozpoznał Jowitę. Z brzegu był też Nikodem.
-Nikodem, przecież byłeś w Słupsku. Nie poznajesz tego całego Marcela? – zdziwił się Marcin.
-Kojarzę go. Ale jako tako nigdy z nim nie rozmawiałem. – odparł Nikodem.
-Rozumiem. – pokiwał głową Marcin. Postanowili wrócić na dół, do dziewczyn, kiedy to pod dom, podjechał samochód. Marcin zerknął przez balkon i rozpoznał Marcela. Było z nim dwóch chłopaków i dwie dziewczyny.
-Musimy im dać znać, że tu jesteśmy. – oznajmił Nikodem.
-Oni już wiedzą. Przecież zaparkowaliśmy przy podjeździe. – stwierdził Marcin. Zbiegli oboje po schodach i wpadli do przedpokoju. Laura stała przy oknie i patrzyła na przybyłych. Kinga z kolei, siedziała w kuchni.
-Marcel tu mieszka. – stwierdziła Laura.
-Wiemy już. Co gorsza… on jest chyba moim odpowiednikiem w tym świecie. – odparł Marcin.
-Musimy jakoś im się wytłumaczyć. – powiedział Nikodem. Wtedy to usłyszeli kroki na schodach, przed wejściem do domu.
-Musimy. – przytaknął Marcin. Drzwi otwarły się i usłyszeli pełen wkurzenie ton.
-Kto ośmielił się wtargnąć do tego domu?!
-Laura, ty go znasz. Zrób coś. – szepnął Marcin.
-Marcel, tylko spokojnie. – oznajmiła Laura.
-Laura… ty tutaj? – Marcel wydawał się zbity z tropu.
-Nie tylko ja, tylko chcę wyjaśnić, co tutaj robimy. – powiedziała Laura.
-Słuchaj… nie wiem, czy jest sens, abym tłumaczył wszystko, bo to zajmie trochę… - zaczął Marcin.
-Mamy czas, opowiadaj wszystko. – powiedział Marcel, patrząc na Marcina.
-Dobra… nazywam się Marcin i godzinę temu ocknąłem się w zamkowych podziemiach… - Marcin zaczął opowiadać. Nikt mu nie przerywał, przez co w miarę szybko poszło. W międzyczasie wszyscy usiedli w jadalni i wysłuchali Marcina, który tym razem jeszcze szczegółowiej opowiedział o wszystkim.
-No i tak oto wylądowaliśmy tutaj. Nie wiem jak dziewczyny, ale ja i Nikodem przeszukaliśmy górę. Teraz już sami nie wiemy o co chodzi. – stwierdził Marcin.
-Wierzysz w paradoks? – zapytał się Nikodem Marcela.
-Czy ja wiem? Wierzę w to, że istnieją sposoby, aby go uzyskać. A mówicie, o jakim paradoksie? – zapytał Marcel.
-Takim, że po przeniesieniu z przyszłości do przeszłości spotkasz sam siebie. A konkretnie w naszym przypadku to ten sam przedmiot.
-No właśnie, skoro do tego nawiązujesz. Mam taką samą bluzę u góry. – powiedział Marcel.
-No właśnie. Ona tam jest. Identyczna. Ten sam rozmiar. Ale, jakby tego było mało… mamy takie same laptopy. W stu procentach identyczne. – oznajmił Marcin.
-Mówiłeś na początku, jak opowiadałeś, że nie znałeś hasła. Skoro mamy takie same… nie zaszkodzi chyba spróbować? – zapytał Marcel.
-Dobra, a jakie masz? – zapytał się Marcin.
-Ja je wpiszę. Potem sobie zmienisz jak coś. – oznajmił Marcel. Marcin skinął głową i wyjął z plecaka swój laptop. Marcel się lekko zdziwił. Powiedział cicho coś do jednego z chłopaków. Marcin jednak usłyszał.
-Zobacz Dawidzie, czy to nie jest mój laptop.
-Mam do ciebie prośbę. Mógłbym się położyć za moment? – zapytał Marcin.
-Nie ma problemu. Mówisz prawdę… nie wiem czemu, ale wierzę ci. Masz dobrą charyzmę, albo po prostu wiesz co mówisz. – powiedział Marcel.
-Dziś, albo jutro, albo kiedyś zajdziemy do tego zamku, ogarnąć te podziemie, więc jak coś, możecie iść z nami. – powiedział Marcin.
-Czasu nam nie zabraknie. – powiedziała Laura.
-Dziś już i tak mamy zaplanowany wieczór. – powiedział Nikodem.
-Wiecie… mawiają, że co masz zrobić dziś, zrób dziś. – powiedział Marcin pewnie i się uśmiechnął. Nikodem zmarszczył brwi i prawie zaczął się śmiać.
-Dobra, chyba masz nowe top jeden najgłupszych rzeczy jakie powiedziałeś. – zaśmiał się Nikodem. Laura i Kinga uśmiechnęły się.
-No co. Wiem, że to oczywiste. – westchnął Marcin.
-Dobra tam, zapamiętam to. To będzie nasze nowe motto. – powiedział Nikodem.
-Zmęczony jestem. Chyba pójdę się przespać. Wy się jakoś zintegrujcie. Wieczorem ruszamy do gminy. – ziewnął Marcin i poszedł do sypialni na dole. Położył się i w pewnej chwili zaczął zastanawiać się, skąd wiedział, że ta sypialnia tutaj jest. Jednak była to ostatnia jego myśl, bo później zasnął.
***
Dźwięk dzwonów był bardzo wyraźny i głośny. Marcin otworzył szeroko oczy. Pomyślał, że to dziwne, skoro przed chwilą leżał w domu, a teraz znajdywał się w kościele. Miał w oczach łzy, sam nie wiedział czemu.
-Chodź już. Uciekamy stąd. Czekamy tylko na ciebie. – Marcin zerknął za siebie. Za nim stał jeden z kumpli Marcela.
-Gdzie uciekamy? – zapytał Marcin.
-Do miasta otoczonego murem, gdzie wszyscy są bezpieczni.
-Gdzie to jest? – zapytał Marcin.
-Cieszyn. To tam znajdziemy ostatnie schronienie… - obraz zamazał się a Marcin poczuł, że jest szturchany. Gwałtownie ocknął się. Otworzył oczy. Nad nim stał jakiś Kapturnik.
-Już blisko… - szepnęła groźne.
-Co?! – Marcin nie potrafił się ruszyć.
-Już bardzo blisko… - szept był jeszcze cichszy niż poprzedni.
-Blisko czego?! – Marcin był przerażony.
-Blisko końca…
-Koniec już nastąpił. – powiedział cicho Marcin.
-Ty jesteś zakończeniem wszystkiego. Możesz ich ocalić a samemu umrzeć. Możesz ich zabić, a samemu przeżyć. Jesteś końcem. Już blisko… - szept przenik jego umysł. Marcin wrzasnął i otworzył oczy. Szturchająca go Kinga odsunęła się i patrzyła na niego z niepokojem.
-Przepraszam… miałem sen. – westchnął Marcin.
-Coś ważnego? – zapytała Kinga.
-Nie jestem pewny… chyba nie. – stwierdził Marcin. Nie wiedząc czemu, jedyną rzeczą, jaką nikomu nie powiedział, było to, że ma przy sobie dziwną kartkę na której piszą o nim złe rzeczy. Teraz sen to potwierdził. Wolał tego jednak nikomu nie powiedzieć. Coś w nim było złego, skoro Szymon chciał go wcześniej zabić. Możliwe, że to on jest sprawcą wszystkiego. Tego, że zabił dorosłych. Bał się, bo im więcej myślał, tym mniej wiedział. Był pewny tylko jednego. Musi przeżyć. Musi ocalić kogo tylko się da. A przede wszystkim – musi zapobiec końca.
-Już czas. – powiedziała Kinga i wyszła z pokoju. Marcin usiadł na krawędzi łóżka i oparł dłońmi głowę. Najchętniej zostałby w domu. Był zmęczony i nie czuł się zbyt dobrze. Mimo to wstał i wyszedł z pokoju do jadalni. Przywitali go wszyscy.
-Nie mieliśmy okazji się przywitać. Ja jestem Dawid, a to moja dziewczyna, Justyna.
-A ja jestem Filip, a to jest moja najpiękniejsza na świecie Monia. – powiedział Filip ruszając powiekami w stronę Moniki.
-Nie jestem stąd tak się składa. Przed chwilą przyjechaliśmy z Łódzkiego województwa, gdzie mieszkam. – odparła Justyna.
-W normalnym świecie był to związek na odległość. Ale w świetle apokalipsy, nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy mieszkali razem. – uśmiechnął się Dawid.
-No cóż, wielu ludzi wciąż nie może się przyzwyczaić po apokalipsie. Wy jak widzę jesteście zadowoleni. – stwierdził Marcin.
-E tam. Rodzice i tak mnie nie kochali a ja ich nie lubiłem. Co za różnica? Nawet nigdy nie było mi dane ich zobaczyć. Zniknęli przed całą tą apokalipsą. – stwierdził Marcel.
-Mam taką teorie, że to też są moi rodzice. Bo skoro mieszkam tutaj w innym świecie, to oznacza, że jesteś tak jakby moim odpowiednikiem. – odparł Marcin.
-Jeżeli tak, to powinniśmy być do siebie podobni. We wszystkim. – powiedział Marcel.
-To racja. Gdybym tylko nie stracił pamięci… - westchnął Marcin.
-Już późno! – usłyszeli Laurę, która wołała ich z kuchni. Marcin poszedł zobaczyć co robiła. Jak się okazało przygotowała sobie drinka.
-Hmm, drink w dużej szklance? Daj spróbować. – poprosił Marcin.
-Lubię drinki w dużych szklankach. Więcej się zmieści. – stwierdziła Laura. Wzięła dużego łyka przez słomkę i podała Marcinowi.
-Nie mów reszcie. Jak wrócimy, to zrobię więcej, tylko dla nas, aby wystarczyło na jak najwięcej. – stwierdziła Laura.
-Mmm, mojito, zgadłem? – zapytał Marcin.
-Nieźle, według mnie bardzo dobre. – stwierdziła Laura.
-Nie musimy oszczędzać na reszcie. Poprosimy o trochę zapasów Szymona. Na pewno nam da. – stwierdził Marcin, biorąc jeszcze jeden łyk. Oddał szklankę Laurze i poszedł ubrać buty. Laura stwierdziła, że zostanie i popilnuje domu. Marcel ją o to poprosił, bo oni również jechali znów po kogoś, kto znajdował się godzinę drogi od nich.
-Czyli wychodzi na to, że jedziemy sami. – stwierdziła Kinga.
-A gdzie Nikodem? – zapytał Marcin.
-Wyszedł po nasze rzeczy do szkoły. Jak na razie nie wrócił. – stwierdziła Kinga.
-Rozumiem. - stwierdził Marcin. Chwycił parasol i wyszedł na zewnątrz. Było jednak chłodno, więc wrócił się po swoją bluzę. Wziął też na wszelki wypadek nóż ze swojego plecaka. Resztę swoich rzeczy zostawił w domu. Miał nadzieję, że obejdzie się bez walki. Podążył do samochodu, zastanawiając się jak wyjedzie. Wsiadł z Kingą i zapięli pasy.
-Nie obiecuje, że obejdzie się przy tym wyjeździe, bez żadnych stłuczek… - zaczął Marcin. Odpalił samochód i wrzucił wsteczny. Opuścił hamulec ręczny i samochód ruszył do przodu. Marcin zaczął hamować, jednak mimo wszystko lekko przywalili w bramę garażową. Echo obijało im się o uszy przez następne kilka sekund. Marcin nic nie powiedział.
-Ups. – stwierdziła Kinga.
-Wsteczny nie wszedł… - westchnął Marcin i tym razem, wycofał już bez zastrzeżeń. Ruszyli spokojnym tempem koło stawu i w ciszy pokonali te kilka minut. Na zewnątrz zaczynało się już powoli ściemniać. Słońce lada moment miało zajść. Marcin myślał o wszystkim i o niczym. W zasadzie to chciał zasnąć.
-Dobra, wiesz, gdzie trzeba iść? – zapytała się Kinga.
-Nikodem tam czeka. – zmarszczył brwi Marcin.
-Może już to pozałatwiał. – odparła Kinga.
-Chodźmy do niego. – Marcin zaparkował i wyszedł z auta. Nikodem czekał na nich.
-Dobrze was widzieć, bałem się, że nie przyjedziecie już. – powiedział Nikodem.
-Problem przy ruszaniu i lekko zaspałem. – stwierdził Marcin.
-Pozostali czekają w środku. Chodźmy. – zaprosił ich gestem ręki Nikodem. Marcin wszedł do środka gminy po raz kolejny. Usłyszał muzykę i do tamtego pomieszczenia też się udali. Tym razem pokój, w którym był już wielokrotnie, niczym nie przypominało pomieszczenia, w którym był bronić Pawła. Biurko zostało wyniesione, a zamiast niego, pośrodku były cztery złączone stoły, a wokół nich, było dwanaście krzeseł, z czego cztery były wolne. Marcin usiadł przy jednym z nich, a obok usiadła Kinga i Nikodem.
-Posiedzenie rady Zebrzydowic będzie. – szepnął do Marcina Nikodem.
-Jesteśmy członkami rady? – zdziwił się Marcin.
-Za uratowanie mi życia, macie cztery miejsca w radzie. Widzę jednak, że jednej osoby nie ma, więc blondas zasiądzie na ostatnim miejscu. – powiedział Szymon. Blondas, który stał przy oknie ucieszył się i zasiadł obok Nikodema. Popatrzył na zebranych. Wszyscy, poza nimi byli Kapturnikami. Zanim się im przyjrzał, przemówił Szymon.
-Dobrze. Większość z was już wie. Jednak przypomnę. Zebrzydowice, od dzisiaj dzielą się na dwanaście dzielnic. Kotucz, Wschodnie i Zachodnie Wybrzeże ze Wzgórzami. Leśne Pastwiska, Granice Północne, Rzym, Południowe Zadupia, Spichlerze, Centrum, Kasztany i Orzechy, Spójnia, oraz osiedle Wyzwolenia. Każdy z was, będzie pilnował porządku w jednej z dzielnic. Ja zajmę się Południowymi Zadupiami, bo to blisko mojego domu, więc będę miał oko na starych znajomych. Marcinie, którą dzielnicę byś chciał? – zapytał Szymon, odpalając mapkę, z zaznaczonymi w Paincie sztucznymi granicami.
-Tam gdzie mieszkam, czyli Wschodnie Wybrzeże. – oznajmił Marcin.
-Rozumiem, teren zaznaczony na mapie numerem dwa, jest twój. Zostanie to ogłoszone i każdy, kto będzie miał wątpliwości, będzie musiał to zgłosić do nas. O ile wszyscy się zameldowali, masz u siebie czterdzieści pięć osób, w sześciu miejscach. Dostaniesz potem adresy, więc nie martw się. Twoim obowiązkiem, będzie dostarczyć im rano ustaloną rację żywnościową. Towary luksusowe, są niestety na wyczerpaniu, więc jeśli ktoś poprosi o jakieś żarówki, baterie od telefonu, ładowarki, papier toaletowy, to negocjuj z nimi co mogliby dać w zamian.
-Rozumiem, to chyba nic trudnego. – stwierdził Marcin.
-Przechodząc dalej. Blondas, gdzie chcesz rządzić? – zapytał się go Szymon.
-Czy ja wiem? Lubię poharatać w gałę więc proponuje Spójnię, tam i tak wszyscy co tam mieszkają mają domy skupione przy boisku.
-Dobra, tam masz pięćdziesiąt dwie osoby, wedle notatek Tomka. Ale zarówno ty, jak i reszta, powinna sprawdzić, czy nie ma jeszcze kogoś, kto by nie był zameldowany. – powiedział Szymon. Całe posiedzenie trwało jeszcze kwadrans. Nikodem chciał dostać dzielnicę Kasztanów i Orzechów, przez co miał wszystkie rejony ulicy Kasztanowej i Orzechowej, oraz wszystkich, którzy mieszkali w szkole. Zameldowanych miał ponad osiemset osób. Dlatego nie musiał dostarczać racji żywieniowych, tylko każdy powinien sobie przyjść z rana do gminy i zameldować się, że jeszcze nie dostał posiłku. Kinga dostała rejon Zachodniego Wybrzeża, czyli rejonów za Młyńsztokiem. Miała o tyle fajnie, że mieszkało tam zaledwie dwanaście osób w dwóch domach. Jednak do jej obowiązków należał również patrol. Po zebraniu Marcin podszedł do Szymona i wziął go na bok.
-Takie małe życzenie. Chcielibyśmy dzisiaj urządzić małą imprezę, moglibyśmy dostać trochę trunków? – zapytał Marcin.
-Nie zostało już wiele, bo wiecie, jak się zaczęła apokalipsa, a dorośli zniknęli, to zanim zabezpieczono towar, to większość rozkradziono. Zostało dużo papierosów, trochę wódki, jakiś mocniejszych rzeczy. Wiesz, taki towar mocno ekskluzywny. Piwa wam oferować nie mogę. – odparł Szymon.
-Rozumiem, nie ma problemu. Daj co możesz w takim razie. – poprosił Marcin.
-Jakieś mutanty widzieliście jeszcze? – zapytał Szymon.
-Nie, a czemu pytasz? – zapytał zaskoczony pytaniem Marcin.
-Wiesz, muszę napisać wiadomość na oficjalnej stronie Polskiej. Poinformować o zagrożeniu. Bo chyba nikt nie zdaje sobie z tego sprawy. – stwierdził Szymon.
-Dobrze, dobrze. Wrzucimy dziś filmik, bo Nikodem nagrał z tej akcji ratowania ciebie. Widać tam te koty i ptaka. – powiedział Marcin.
-Zanim zaczniecie pić, zróbcie to, bo trzeba zaapelować, aby wszędzie, gdzie tylko panuje porządek, nauczyli ludzi walczyć. Potrzebujemy tego. – odparł Szymon.
-Dobrze, a u nas będzie coś organizowane? – zapytał Marcin.
-Jutro trwają zapisy, a za dwa dni zaczynami. – oznajmił Szymon.
-Cieszę się, że potrafisz rządzić. Przyda się nam ktoś taki. Ilu jest ludzi na obecną chwilę w gminie? – zapytał Marcin.
Tysiąc trzysta trzydzieści trzech, minus dwa zgony od mutantów z dnia dzisiejszego. – powiedział Szymon.
-Dobra, to i tak malutko. – westchnął Marcin.
-Jeśli ludzie nauczą się walczyć, to nie powinno być zgonów więcej, jak kilka na miesiąc.
-Nie powinno być wcale zgonów. – poprawił Marcin.
-Ja wiem, nie wszystko niestety da się zrobić. Chodź do piwnicy, damy wam trochę zapasów. – powiedział Szymon. Marcin zawołał Nikodema i Kingę, po czym wraz z Szymonem, zeszli ciemnymi i kręconymi schodami w dół.
-Pst, Szymon się mnie pytał kim jesteś, to mu powiedziałem, że jesteś kuzynem Marcela – szepnął Nikodem.
-Kuzyn… no niech będzie. Weźmy co nam dadzą i wracajmy szybko. – powiedział Marcin. Zeszli na dół. Szymon zapalił światło i schowek, o którym mówił wcześniej Szymon, okazał się toaletą. Pomieszczenie jednak, straciło dawną funkcję, bowiem na każdym kroku, w przejściu, w kabinach, nawet w pisuarach były przeróżne przedmioty.
-Zaczniemy od tyłów. – oznajmił Szymon. Przecisnął się tam sam, gdyż było już na tyle ciasno, że reszta nie zmieściłaby się tam. Po chwili wrócił Szymon, z trudem niosący dość spory karton.
-Będę hojny. Macie jedną trzecią jedynego zapasu wódki jaki mamy. – uśmiechnął się Szymon. O tyle co Nikodem i Kinga się zdziwili, Marcin uśmiechnął się i przyjął podarunek.
-Pomóż mi to zabrać do samochodu. – poprosił Marcin, który mimo, że ciężar nie sprawił mu większej trudności w noszeniu, bał się po prostu, że przewróci się o jakiś inny karton, lub skrzynkę. Wyszli razem z Nikodemem, który odezwał się od razu, gdy wyszli.
-Widzę, że dbasz o Laurę. – stwierdził.
-Hmm, a skąd wiesz, że to dla niej ? – zdziwił się lekko Marcin.
-Cóż, podejrzewam. Przed apokalipsą była niezłą imprezowiczką. Teraz raczej za tym tęskni. Mało kto chce imprezować. Nie ma z czego. Piwa było nie wiele, a reszta też znikła. Ucieszy się zapewne. – oznajmił Nikodem.
-Spokojnie. Zadbałem o wszystkich. Żeby nie było, że tylko dla niej. – powiedział spokojnie Marcin.
-Dobra, nic nie mówię. Pamiętaj tylko, że jakbyś coś o niej chciał wiedzieć to wal śmiało. To moja siostra, żeby nie było. – uśmiechnął się Nikodem. Wsadzili z trudem karton do bagażnika.
-Spokojnie, postaram się nie rozpić ci siostry. – uśmiechnął się Marcin w odpowiedzi. Minęli idącą z mniejszym kartonem Kingę.
-Mamy tygodniowy zapas napoi. – uśmiechnęła się Kinga.
-Przynajmniej jeden problem mniej. – stwierdził Nikodem. Dostali jeszcze kilka kartonów. Z zupkami chińskimi, rogalami, kilkoma innymi rodzajami żywności, mały koszyk ze słodyczami oraz trochę papieru toaletowego i baterii.
-Jakby wam czegoś brakowało mówcie. Wiele już wam dać nie mogę, nie wiem jak to będzie później. Sądzę, że będziemy musieli zaczął łowić i polować na zwierzęta. – stwierdził Szymon bezradnie.
-Takie życie. Dzięki wielkie, jeślibyście potrzebowali naszej pomocy, dzwońcie. Z pewnością pomożemy. – oznajmił Marcin, wsiadając za kierownicę, przeładowanej Toyoty.
-Zrobiliśmy interes życia. Gdy inni będą głodować, my będziemy na to patrzeć z góry, najedzeni i napojeni. – stwierdził Nikodem.
-Mimo wszystko będziemy musieli im pomóc jakoś. – powiedziała Kinga.
-Pomyślimy o tym jutro, co wy na to? – zapytał Marcin, który najchętniej przełożyłby to na kiedy indziej.
-Dziś pewnie zamierzasz pić? – zapytała Kinga.
-Hmm, czemu nie? – zapytał Marcin. Minęli zamek i ich oczom ukazał się już Młyńsztok.
-W porządku, pije z wami. – uśmiechnęła się Kinga.
-Ja będę czuwał. Marcel i reszta mają wrócić jutro po południu. – stwierdził Nikodem. Nagle samochód podskoczył minimalnie, jednak nic poważnego się nie stało.
-Co to było? – zapytała wystraszona Kinga.
-Sądzę, że rozjechaliśmy coś. – stwierdził Marcin.
-Uważaj! – krzyknął Nikodem. Marcin zauważył to, zanim on jeszcze skończył krzyczeć. Duża zwierzyna. Marcin nie wiedział co to do końca było, jednak nie wyglądało to na mutanta. Szybkim ruchem kierownicy próbował wyminąć dziwne zwierzę. Potrącił je jednak prawą częścią karoserii.
-Co to było? – zapytał Marcin, kontynuując jazdę.
-Wyglądało mi to na dzika. I to dużego dzika. – stwierdziła Kinga.
-Dziki… nie sądziłem, że tak blisko nas żyły. – stwierdził Nikodem.
-Przyroda zaczyna się pokazywać, bo ślady cywilizacji zaczynają zanikać. Strzelam, że od czasów apokalipsa, góra dziesięć samochodów tędy przejechało. Ludzi też pewnie mało tędy chodzi. – stwierdziła Kinga.
-Dotrzyjmy cali, błagam cię Marcin… - westchnął Nikodem.
-A czy ja wyglądam na słabego kierowcę? Lepszego na terenie całej gminy nie znajdziesz. Sam nie wiem gdzie się nauczyłem jeździć, ale potrafię. I nie stresujcie mnie. – stwierdził Marcin, skręcając już na ulicę Księdza Janusza. Tym razem nie ryzykował z parkowaniem przy garażu. Wjechał na kostkę przed domem, rozjeżdżając zarośniętą i zaniedbaną rabatkę przed domem. Tył samochodu był idealnie przy schodach do domu.
-Mistrz kierownicy. – stwierdził Nikodem. Marcin zgasił silnik i wyjął kluczyki. Ziewając wyszedł z samochodu. Wziął pierwszy lepszy karton, który był nawet lekki i wniósł go po schodach do góry. Otworzył drzwi i odpychając Viki, wszedł jakoś do środka. Jak się dowiedział, była to kotka, która nie może przebywać poza domem. Zresztą, nawet gdyby mogła, nie ryzykowałby, że może zmutować. Po pięciu minutach, wszystkie kartony wnieśli już do domu. Gdy to zrobili, w drzwiach stanęła Laura z ręcznikiem na sobie i z mokrymi włosami.
-Szybko wróciliście. – stwierdziła Laura.
-Nie było wiele do ustalenia. Przydział terytoriów i obowiązków. To tyle. – stwierdziła Marcin.
-Jest jeszcze ciepła woda? – zapytał Nikodem.
-Powinna być, ale nie starczy chyba dla wszystkich. – stwierdziła Laura.
-Spokojnie, poświęcę się, bo rano mnie deszczyk zmoczył i tak. – odparła Kinga. Poszła do kuchni po szklanki.
-Mi się przyda. Po leżeniu w podziemiach, mam zakurzone włosy. – stwierdził Marcin.
-Masz coś dla nas? – zapytała się ciszej Laura.
-Nie jest to tajemnicą, a picia jest tak wiele, że wystarczy na nie jeden raz. – stwierdził Marcin. Zaczął przeszukiwać kartony. Wziął cztery zupki chińskie i jedną wódkę.
-Weź coś do popijania. – stwierdziła Laura.
-Po co? Powinniśmy oszczędzać. – odparł Marcin.
-Nie piłeś nigdy? – zapytała się Laura.
-No nie wiem, jakoś z moich wspomnień, żadne nie zawiera odpowiedniej wiedzy na temat picia. – wzruszył ramionami Marcin. Rzucił zupki Kindze, która zagotowała wodę w czajniku. Wziął sok pomarańczowy i wrócił do kuchni. Laura wzięła półmisek i napakowała do środka trochę lodu z lodówki. Na tackę dała wszystko co mogłoby im się przydać i powiedziała Marcinowi, aby znalazł jakieś dobre miejsce.
-Chodźmy do salonu. Jest stolik, a możemy włączyć telewizor. – powiedział Marcin.
-Przecież nie leci nic już. – stwierdziła Laura.
-Marcel na pewno ma jakąś kolekcję filmów. – stwierdził Marcin, patrząc na pendrive, który był wpięty do telewizora. Marcin rozłożył się na sofie i zaczął się bawić pilotem. Wkrótce połączył się z pendrivem i włączył pierwszy film z góry.
-Ej! Czemu nie dałeś wybrać? – zapytała Laura. Jeśli będziemy tu siedzieli tak gdzieś z tydzień, to i tak byśmy go pewnie obejrzeli. – stwierdził Marcin.
-Czekamy na Nikodema? – zapytała Kinga. Wchodząc z drugą tacką, z czterema zupkami chińskimi.
-Mówił, że nas popilnuje. – stwierdził Marcin.
-To możemy chyba zacząć. – stwierdziła Laura.
-Czekaj, zjedzmy sobie najpierw. – zaśmiał się Marcin.
-Jedz szybko, bo trzeba cię nauczyć pić! – zaśmiała się Laura.
-To ja się pójdę przebrać. – stwierdziła Kinga.
-Też bym musiała. Ale mam mało ubrań teraz. – powiedziała Laura.
-Piłaś dużo? – zapytał Marcin, widząc, że Laura była już nieco inna niż zazwyczaj.
-Ja? Tyle ile było, spokojnie! – powiedziała głośniej Laura.
-Spoko, a co do ubrań to racja. Ani ja, ani Ty, ani nikt z nas nie ma za wiele. Jeśli w galerii cokolwiek przetrwało, można byłoby się wybrać po to jutro. – powiedział Marcin.
-Dobra myśl. Tylko jak jutro ogarniesz tyle rzeczy? – zdziwiła się Laura.
-Dlatego jestem w radzie chyba. Nie pakowałem się w to. Popatrz. Zna mnie może parę osób, a mimo to jestem jednym z ważniejszych osób w gminie. Do południa muszę zajechać do gminy po jedzenie dla każdego z mojego rejonu. Potem wrócę tutaj sobie trochę ogarnąć strzelanie z łuku. Potem myślę, że można jechać na Jastrzębie do galerii, gdzie pokradniemy ubrania. Wrócimy na obiad i nie mam pomysłu co potem można robić. Więc nie mam aż tak wiele do roboty. – stwierdził Marcin.
-Przeszukać domy dziś mieliśmy. – stwierdziła Laura.
-Co masz zrobić dziś, zrób dzisiaj. Chodź, wrzuć jakieś ciuszki na siebie i idziemy. – powiedział Marcin.
-Szalony! Po co mi ubranie? Wezmę płaszczyk. – powiedziała Laura i pobiegła do przedpokoju.
-Zupka mi ostygnie, ale co tam. – westchnął Marcin. Przykrył ją talerzykiem i poszedł do przedpokoju. Wyjął z plecaka dwie latarki, młotek i śrubokręt. Wziął też drewniany kij, który znalazł wcześniej, przeszukując ten dom. Do tego parasol i do użycia w ostateczności pistolet.
-Weź sobie jakąś broń. – poprosił Laurę Marcin.
-Spokojnie, mam pogrzebacz z kominka. – powiedziała Laura, na dowód unosząc czarny szpikulec. Marcin pokiwał głową.
-Myślisz, że się wkurzą, że ich zostawiamy? – zapytał Marcin.
-Nie wiem, ale jak ich znam to może to wykorzystają. – uśmiechnęła się tajemniczo Laura.
-Chodźmy! – powiedział Marcin.
-Wrócimy do pół godziny! – krzyknęła Laura, porywając z kartonu wódkę. Marcin zamknął za nimi drzwi i poleciał za Laurą.
-Czekaj! Nie jedziemy samochodem? – zapytał Marcin.
-Lepsza zabawa na piechotę! – krzyczała Laura.
-Czekaj no na mnie! – Marcin starał się aż tak nie krzyczeć.
-Złap mnie, jeśli potrafisz! – śmiała się Laura, biegnąc w stronę domu, który był na wzgórzu. Marcin się skupił i dogonił ją niemal od razu.
-Cii! Nie hałasuj, nie ma takiej potrzeby. Szkoda by było z tysiąca trzystu trzydziestu jeden osób pomniejszyć tą ilość o dwóch.
-Pij! Nie pierdziel głupot! – zaśmiała się Laura, podsuwając Marcinowi wódkę.
-Hmm, nie mamy nic do popicia. – zaznaczył Marcin.
-To co? Kwadrans temu jakoś nie chciałeś pić z popitką. – odparła Laura.
-Dobra, niech będzie, daj mi to. – powiedział Marcin dając Laurze swoją latarkę.
-Zimno coś się zrobiło. – stwierdziła Laura.
-Jest tylko siedem stopni, nie dziw się. – wzruszył ramionami Marcin. Chwilę się zastanawiał, po czym przyłożył końcówkę do ust.
-Spróbuj jak najwięcej potrafisz. Zatkaj nos, to smak nie będzie aż tak denerwował. – stwierdziła Laura.
-Dobra, zaczynam. – powiedział Marcin, kontynuując wędrówkę. Wziął kilka większych łyczków, po czym naciągało go i zaczął kaszleć.
-Hahaha, jakieś to jest urocze! – zaśmiała się Laura, biorąc od niego wódkę i sama upiła troszkę.
-Czemu to jest takie niedobre?! – Marcin wciął kaszlał.
-No cóż, jakby smakowało, to oznaczałoby, że stajesz się alkoholikiem. – oznajmiła Laura.
-Żeby nie było, że jestem słaby… daj jeszcze. – powiedział Marcin. Gdy dostał, upił kilka łyków, po czym znów go naciągało.
-Normalnie nie naciąga, ale no nie mamy przy sobie kieliszków. – oznajmiła Laura. Bawiła ją cała sytuacja. Nim się spostrzegli, dotarli do domu na wzgórzu. Wspięli się po schodach i zadzwonili na wszelki wypadek do drzwi.
-Wchodzimy. – stwierdził Marcin. Drzwi były zamknięte, jednak Marcin zamierzał wyłamać klamkę.
-O tak! Zrób miazgę z tych drzwi! – uśmiechnęła się Laura.
-Spokojnie, klamka wystarczy. Poświeć mi proszę. – powiedział Marcin, wkładając swoją latarkę do bluzy. Przymierzył się i zaczął uderzać w klamkę. Łup, łup, łup, łup!
-Nie da rady chyba. – stwierdziła Laura.
-Poczekaj, mam pomysł. – oznajmił Marcin. Schylił się i poświecił pod wycieraczkę. Następnie rozejrzał się i poświecił na doniczki. Uśmiechnął się na widok kluczy. Wziął kolejnego łyka i otworzył drzwi.
-Jest tu ktoś? Jeśli tak, to nie bójcie się, my tylko przeszukujemy puste domy. Jak jest tu ktoś, to nic nie bierzemy i sobie od razu idziemy. – oznajmił głośno Marcin.
-Nie ma nikogo! - zarechotała Laura.
-A co jak nam się skończy? – zapytał Marcin, mówiąc o wódce.
-Uwierz mi, nie dotrwamy do tego momentu. Pijemy za szybko. – zaśmiała się Laura.
-No to wolniej. – wzruszył ramionami Marcin. Zaczął odczuwać dziwny stan, którego nie potrafił nazwać. Wiedział tylko, że coś go wewnątrz zaczyna zamulać.
-Spokojnie, damy radę! – krzyknęła Laura.
-Wchodźmy lepiej. – pokręcił głową Marcin i westchnął. Smród jaki wyczuli, sprawił, że zaczęli się dusić.
-O kurwa! – Laura poświeciła na koniec korytarza. Do drzwi, uwiązana była smycz, a na końcu smyczy, leżała czarna kupa futra, z wygryzioną dziurą na środku. Muchy i kilka mniejszych robaków wyjadało zwłoki psa, które musiały już tam trochę leżeć.
-Do góry! – powiedział Marcin, otwierając drzwi, prowadzące schodami na górę. Próbował włączyć światło.
-Nie ma prądu. Próbowałam na dole włączyć. – stwierdziła Laura.
-O tyle ciężej. – Marcin odetchnął głęboko. Tutaj zapach był w miarę normalny. Sporo kurzu zdążyło osiąść na parapetach, a drugie tyle unosiło się w powietrzu.
-Coraz ciężej wchodzi… - westchnęła Laura.
-Tak sobie myślę, że to wszystko na nic. Możemy utrzymać się przy życiu najdłużej jak się da. Jednak ewolucja poszła w drugą stronę, teraz to przyroda nas wygania z naszych terenów. Przegraliśmy tą walkę, powinniśmy się wynosić gdzieś, gdzie jest bezpiecznie. – oznajmił Marcin.
-Nie koniecznie. W szkole co chwila ktoś się dupczył, może akurat to się rozrośnie. – zaśmiała się Laura.
-Wierzysz w to? Chociażby i powiedzmy sto osób było w ciąży. Jak myślisz, ile z nich przeżyje dziewięć miesięcy. Ile z nich przeżyje miesiąc?! – Marcin sam nie wiedząc dlaczego zaczął unosić głos.
-Coś w tym jest. W grupie siła. Mówisz, że trzeba uciekać. Gdzie chcesz uciekać? Tylko tutaj przeżyjemy. W szkole siła. Tutaj póki co mieszkamy, ale wkrótce wyniesiemy się do szkoły. Póki mamy jedzenie, będzie dobrze. Nigdzie bliżej nie znajdziesz jeziora, żeby łowić ryby. A to będzie nasze jedyne jedzenie już wkrótce.
-Cieszyn. Nie wiem dlaczego. Ale wiem, że tam będziemy bezpieczni. – powiedział pewnie Marcin, przypominając sobie swój ostatni sen.
-Czemu akurat tam? – zapytała ciekawa Laura.
-Śniło mi się przez tą chwilę co spałem. – powiedział Marcin.
-Uciekniemy w ostateczności. Póki co, nic nam nie grozi w większym stopniu. – stwierdziła Laura. Weszli do przedpokoju, który rozświetlili latarkami. Nie było tam dosłownie nic, poza lustrem. Przeszli do pokoju naprzeciw schodów.
-Tak sobie myślę, że jest to dom Vanessy i Jarka. Mocno ich złamała apokalipsa. Przenieśli się do szkoły i postanowili tu nie wracać. – stwierdziła Laura.
-A ciebie złamała apokalipsa? – zapytał Marcin, świecąc na nią.
-Eh, nie chcę o tym mówić. Może nie widać tego po mnie, ale w środku tęsknię mocno za rodzicami. – powiedziała smutno Laura. Wzięła solidny łyk i dała Marcinowi. Byli teraz w pokoju Vanessy i Jarka. Na ścianie były plakaty, po prawej ulubionych wykonawców i zespołów Vanessy, a po lewej kilka plakatów Cristiano Ronaldo i Realu Madryt. Tutaj również zapach nie był zbyt przyjemny. Okno było jednak uchylone, więc był on znośny. Źródłem zapachu było akwarium. A dokładnie pływająca do góry brzuchem, złota rybka. Marcin wywalił akwarium przez ono i je zamknął.
-Będzie dobrze, nie ma co smutać. – powiedział smutno Marcin. Na biurku Jarka, dostrzegł nienaruszoną paczkę lejsów, oraz dwie butelki wody. Przeszukali ich szafy.
-Nie będzie chyba zła, jak jej trochę ciuchów pożyczę. – stwierdziła Laura, patrząc do szafy.
-Nie wiem, ale czuję, że mam straszny zamuł. Nie wiem jak ty już kolejnego znosisz tak dobrze, ale podziwiam cię. – pokiwał głową Marcin. Również zerknął do szafy Jarka. Wziął jedynie dwie bluzy, oraz jakiś dezodorant. Zerknął na Laurę i się zdumiał. Co najmniej połowę szafy próbowała udźwignąć.
-Spokojnie! Nie jesteśmy tutaj autem, żeby tyle tego brać.
-Ale ja chcę! – sprzeczała się Laura.
-Też bym wiele rzeczy chciał, ale nie mogę ich mieć. – wzruszył ramionami Marcin.
-Co na przykład? – zainteresowała się Laura.
-Kogoś, kto mnie zrozumie i wysłucha. Nie wiem no, ciężko mi tak na szybko coś wymyślić. Chciałbym aby mi pamięć wróciła. – powiedział Marcin. Zaczął krążyć po pokoju. W kącie był konik na biegunach, w drugim szafka z misiami.
-Wiesz… jak czegoś chcesz, to mów, nie ma żadnego problemu. – stwierdziła wolno mówiąc Laura.
-Mówienie ci już sprawie trudność. – stwierdził Marcin.
-Hehe, tobie też. – zaśmiała się Laura.
-Tak, żebyśmy tutaj nie zostali spici, czy coś. – zarechotał Marcin.
-Sprawdźmy łazienkę i wracamy. – stwierdziła Laura. Wcześniej już widzieli, gdzie znajduje się łazienka. Była ona przy schodach. Rzeczy zostawili w przedpokoju i weszli do środka. Marcin wziął trzy rolki papieru, mydło, trzy różne szampony do włosów i jeden żel do ciała. Do tego trochę perfum. Znaleźli worek, więc nie było problemu z noszeniem rzeczy.
-Zmęczyłem się. – przyznał Marcin.
-Usiądźmy. – przyznała rację Laura. Oparli się o ścianę i rozsiedli się obok siebie przy schodach.
-Przydałoby się wrócić. – stwierdził Marcin.
-Nie ma co im przerywać. – zaśmiała się Laura.
-A to między nimi też coś jest? – zdziwił się Marcin.
-Jest, jest. Nikodem w dużej mierze pojechał z nami właśnie ze względu na nią. Podoba mu się i w końcu ma okazje coś zdziałać. – zaśmiała się Laura.
-Zaraz wracam. – powiedział szybko Marcin. Z trudem wstał i poszedł do kuchni. Wziął z lodówki płatki śniadaniowe i wrócił do Laury.
-Zgłodniałeś? – spytała Laura.
-Wiesz, miałem już tą zupkę zalaną, czuje się teraz głodny. – odparł Marcin.
-Dopijmy to i chodźmy. – stwierdziła Laura.
-Nie wiem… czy chcę. – powiedział Marcin, nieco plątając językiem.
-Pij! Co ci szkodzi? – powiedziała Laura.
-Dużo zostało? – zapytał Marcin.
-Na dwa łyczki dla każdego. – stwierdziła Laura. Marcin dał zacząć Laurze, po czym sam skończył pić. Wyrzucił butelkę przez okno, po czym wrócił do Laury i zaczęli pakować rzeczy.
-Na co ci tyle ubrań. – zachichotał Marcin.
-Majtek i bluzek mi brak. Ale wiesz, w jej spodnie nie wejdę. W staniki też nie, wiec i tak mało wzięłam. – stwierdziła Laura.
-Wezmę ci to. – powiedział Marcin biorąc od niej rzeczy. Prawie się wywalił, jednak zszedł jakoś po schodach na dół. Otworzył drzwi, a wcześniej jeszcze wziął zapas powietrza. Przeszli przez śmierdzący hall i wyszli na świeże powietrze. Wtedy coś sprawiło, że upadł. Zobaczył mały przebłysk w głowie. Przeniósł się na chwilę do sali z portalem. Odezwał się swoimi ustami, zarazem nic samemu nie mówiąc.
-Idą tutaj! Nie dajmy stracić pamięci! Wszyscy do portalu! Trzymać się za ręce! - Marcin widział wszystkie twarze. Laura, Agnieszka, Kinga i Szymon, oraz dwie nieznane dziewczyny. Tempo spowolniło, a wszyscy po kolei wskoczyli w portal.
-Nic ci nie jest? – usłyszał Marcin, w momencie przejścia przez cienką i przezroczystą barierę w portalu. Po chwili zdał sobie sprawę, że klęczy przed domem, w którym przed chwilą byli.
-Wizje miałem. Ktoś nas gonił a ja wrzeszczałem, żebyśmy uważali na to, żebyśmy nie stracili pamięci. Jak widać nie udało się to za bardzo. – stwierdził Marcin powstając.
-Naprawdę? – zdziwiła się Laura.
-Słyszysz? Coś wiruje… helikopter? – Zdziwił się mocno Marcin.
-Jest coraz bliżej… ale jak to helikopter? – zdziwiła się mocniej Laura. I faktycznie, ze strony Pielgrzymowic nadleciał i ich minął dość spory śmigłowiec. Zaczął się oddalać i znikł całkowicie.
-Skąd on się tu wziął? – zapytał Marcin.
-Dziwne… - wzruszyła ramionami Laura.
-Wiesz… mimo apokalipsy… większa szansa, że pilotował go dorosły, niż ktoś z nas. – stwierdził Marcin.
-Wiem. Tu masz rację Marcin. – powiedziała Laura.
-Nie pij więcej, bo masz dziwną formę wypowiedzi. – stwierdził Marcin.
-To też było dziwne. – wzruszyła ramionami Laura.
-Wiesz, z minuty na minutę coraz bardziej mi się kręci. Ale jest okej! – powiedział Marcin. Nie myślał za wiele. Włączył latarkę i poświecił przed nich. Na podjeździe dziesięć metrów przed nimi stał Kapturnik.
-Co, do diaska… - westchnął Marcin.
-Odnajdź helikopter. Kieruj się do gór, za Ustroń i Wisłę.– usłyszał przyciszony, znajomy głos. Nie wiedział jednak kto to mógł być.
-Nie jestem w stanie. A teraz mnie puść, bo chcę dotrzeć do domu. – poprosił Marcin.
-Przypomnij mu to rano, bo zapomni. – poprosił Kapturnik Laurę,
-Trzyma się lepiej ode mnie. – stwierdziła Laura.
-Uwierz i pomóż mu. Potrzebuje teraz pomocy, jak mało kto. Uratujcie ten świat. – poprosił Kapturnik. Nie czekając na odpowiedź odbiegł w ciemność.
-O co mu chodziło? – zapytał się zdziwiony Marcin.
-Nie wiem, ale chodźmy już. – poprosiła Laura. Marcin opadał już z sił. Czuł, że ledwie idzie. Poczuł, że Laura pomaga mu iść, jednak nie był tego do końca pewny.
-Jestem głodny, wiesz? – zapytał Marcin gdy oślepiło go światło, które zapaliło się automatycznie przy wejściu do domu Marcela.
-Siedź tu i nie ruszaj się. Zaraz wracam! – powiedziała Laura, wchodząc do domu. Drzwi trzasnęły, a Marcin się lekko wystraszył. Zauważył ruch na końcu ścieżki do jego domu. W jego stronę, powoli zmierzał warczący pies. Marcin, nie kontrolując już tego co robi, wyjął pistolet, po czym wystrzelił. Pocisk nie trafił psa, jednak tamten został spłoszony. Marcin zauważył, że pies wyglądał nieco dziwnie, był mutantem.
-Marcin! – Nikodem wystraszony podbiegł do Marcina.
-Marcin! Czemu strzelił? – wystraszyła się Laura.
-Spokojnie. Gdyby zginął to byśmy się na nowo ocknęli kilka godzin wcześniej. – stwierdziła Kinga.
-Jest też możliwość, że on by się obudził. Ale my nie. – powiedział Nikodem.
-Pieseł… - wymamrotał Marcin wskazując ciemność.
-Źle z nim. Bierzemy go pod ramię. – zadecydował Nikodem. Następne chwilę przetoczyły się szybko. Wejście przez próg, śmiech Kingi, oraz nieco wkurzony ton Nikodema. Marcin jednak już nie łapał rozmów nikogo. Nawet pojedyncze słowa do niego nie docierały. W pewnym momencie otworzył oczy i spojrzał na wpatrującą się w niego Laurę. On sam leżał w salonie, a ona wydawała się mieć smutny wyraz twarzy.
-Przepraszam cię… śpij sobie dobrze. – powiedziała mu na dobranoc, a Marcin zamknął oczy. Poczuł na czole coś ciepłego i wilgotnego, a na moment poczuł również mocny zapach wódki, jednak to wszystko, równie dobrze mogło być snem.
#8 Niepokojące odkrycie
Marcin nie był pewny co się właściwie stało. Był pewny jedynie tego, że boli go mocno głowa. Nie miał sił się podnieść. Pamiętał jedynie jedną rzecz ze swojego snu. Kapturnika pochylonego nad nim i szepczącego, że już bardzo blisko. Zerknął na telefon, który leżał obok niego. Była piąta rano, a za oknem wciąż ciemno. Przypomniał sobie nocny wypad z Laurą do domu na wzgórzu. Pamiętał, że bawili się dobrze, miał też wizję. I na tej wizji urwały mu się wspomnienia. Co było dalej? Nie wiedział. Kompletna pustka. Identyczna jak ta, sprzed jego obudzenia się w podziemiach. Leżał sam, przykryty kołdrą. Na sofie, kawałek dalej spała Laura. Ból głowy sprawiał, że nie potrafił się skupić. Odblokował telefon i włączył internet. Przekierowało go od razu na stronę z informacjami ze świata. Pisali o różnych rodzajach mutantów. Jak zdołał przeczytać Marcin, po wypiciu deszczówki, zwierzęta zaczynały mutować. To samo mogło spotkać ludzi. Niżej był opis tych zwierząt, oraz mapa w narysowanym występowaniem niektórych gatunków. Nie potrafił się skupić, żeby przetłumaczyć sobie tekst na język Polski, więc wybrał z prawej strony informacje dotyczące Polski. Również tutaj było o mutantach. Filmik Nikodema, oraz opis dotyczący obrony parasolami jak na razie miał prawie dziesięć tysięcy polubień. Komentarze były w większości narzekające na świat w jakim się znajdują. Marcin tego nie czytał. Zaczął przewijać niżej. Kolejną ważną informacją, była porada, jak racjonować żywność, aby wystarczyło na jak najdłużej. Tego również nie czytał. Po prawej stronie, była liczba wiadomej i policzonej liczby żyjących osób. Liczba wskazywała ponad dwa i pół miliona osób. Marcin patrzył z przejęciem. Wciąż była szansa dla ich gatunku. Musieli tylko jakoś wyeliminować mutanty oraz zdobyć potrzebną żywność. Sprawdził szybko spis miast i wybrał sobie stolicę Polski. Liczba wskazywała ponad dwieście tysięcy. W Jastrzębiu było ponad 3000 zameldowanych osób. W Cieszynie prawie o połowę mniej. W Zebrzydowicach liczba wynosiła w dalszym ciągu tysiąc trzysta trzydzieści jeden. Z ciekawości sprawdził również inne pobliskie i mniejsze wsie. W Kończycach było nieco ponad 700 osób, w Marklowicach blisko 600, a w Pielgrzymowicach ledwie 340 osób. Wszedł jeszcze na forum. Najnowszym tematem był fakt, że wieczorem widziano przelatujący helikopter. Marcina to zaciekawiło. Pomyślał, że większa szansa jest na to, że to dorośli niż dzieci, mimo, że apokalipsa wykończyła dorosłych.
-Nie śpisz? – Usłyszał głos Laury.
-No nie potrafię. – stwierdził Marcin.
-Pamiętasz wszystko? – spytała się go cicho.
-Hmm, nie wiem ile nie pamiętam, jednak film mi się urwał zaraz po wizji. – stwierdził Marcin.
-Czyli Kapturnik miał rację! Że go nie zapamiętasz. – zdumiała się Laura.
-Ze jak? Kapturnika spotkaliśmy? – zapytał Marcin.
-Jakiś tam był, mówił mi, żebym ci rano przypomniała, że musimy odnaleźć helikopter.
-Helikopter? Zacząłem właśnie czytać o tym wątek na forum. – oznajmił Marcin.
-Nie wiem czemu, ale myślę, że odnalezienie helikoptera jest ważne. Ten Kapturnik nie wyglądał jak tamci z Braci Cienia. Wyglądał… starzej. – stwierdziła Laura.
-Skąd on wiedział, że nie będę pamiętał? – zdziwił się Marcin. Zaczął rozmyślać. Wtedy wpadł na pomysł. W zasadzie, to mogło się zgadzać.
-Jak już się rozbudzimy, przeprowadzę na tobie test. Jeśli mam rację, to będzie oznaczało, że sprawy są o wiele bardziej skomplikowane, niż nam się wydaje. – pokiwał głową Marcin.
-A wy już nie śpicie? – usłyszeli głos Nikodema.
-Już niestety nie. – stwierdził Marcin.
-Dziś zmiana planów. Lecimy w góry. – oznajmiła Laura.
-W góry? Niby dlaczego? – zapytał Marcin.
-Kapturnik coś wspomniał, że mamy się tam udać. – odparła Laura.
-Może nie chodziło o góry? Tylko źle zrozumiałaś? Jak on to mówił, głośno, szeptał, czy miał dziwny głos? – spytał się ciekawie Marcin. Aż usiadł z dziwnego podniecenia w sobie.
-Nie powiedział góry, tylko gdzieś w okolice Wisły. Stąd wiem, że góry. Jak już o to pytasz… mówił cicho, raczej zmienił swój głos, żebyśmy go nie rozpoznali. Co za tym idzie, to mógł być jedynie chyba Szymon. – stwierdziła Laura.
-Hmm, Szymon… jest taka możliwość. Za moment wracam. Idę na lapka. – powiedział Marcin. Wstał i z dość sporym bólem głowy poszedł do góry. Nie włączył jednak lapka. Zamiast tego wywalił zawartość worka, który wykradł z auta Agnieszki. Strój składał się z kilku części. Na głowę miał ciemną chustę, która po ubraniu wyglądała dość imponująco. Na oczy była specjalna maska. Niżej miał coś rodzaju czarnego habitu, który miał szarawe ozdoby po bokach. Był też krótszy i cieńszy, a mimo to nie przenikała z pod spodu jego skóra. Spodnie były najnormalniejsze z całego zestawu i wyglądały jak ciemny rodzaj jeansów.
-Serio wyglądam jak oni. – powiedział cicho Marcin. Aby jego plan powiódł się, musiał jakoś znaleźć się na dole, w taki sposób, aby oni nie usłyszeli jak wychodzi. Drogi na zewnątrz były trzy. Drzwiami głównymi, garażowymi i piwnicznymi. Pierwsze odpadały, gdyż proces ich otwierania był lekko hałaśliwy. Do tego Viki zapewne skorzysta z okazji by czmychnąć na zewnątrz. Druga opcja tym bardziej odpadała, gdyż otwieranie garażu było na pewno o wiele za głośne. Marcin nawet nie wiedział, bo jeszcze ich nie wypróbował. Trzecią i ostatnią ze standardowych wyjść, były drzwi piwniczne, które co prawda, same w sobie były ciche i łatwo mógłby nimi uciec, jednak aby tam dotrzeć, musiał zejść schodami na dół, obok dużego pokoju, gdzie leżało rodzeństwo Nikodema i Laury, a także gdzieś indziej Kinga. Mimo ryzyka, samo zejście mogło się udać. Jednak od piwnicy oddzielały go jedne drzwi, które skrzypiały, a on przecież musiał zostać niezauważony i nieusłyszany. Były również niestandardowe rozwiązania. Na górnym piętrze były dwa balkony. Jeden, z widokiem na drogę główną i sąsiednie domy, a drugi na stodołę, oraz poniekąd na zamek, dach kościoła i staw. Oba balkony mogły posłużyć, jako zejście na dół. Było to jednak pierwsze piętro i upadek z pięciu metrów Marcinowi się nie widział. W pokoju nie miał nic, co umożliwiło by mu opuszczenie się na dół. Miał jednak swój plecak, a w nim wiele dziwnych rzeczy, które w różnych sytuacjach mogły się przydać. Jednak młotek, śrubokręt z prawie trzydziestoma doczepianymi końcówkami, klucze francuskie, dziwnie wyglądający długopis, latarki, apteczka, gwoździe, oraz co najmniej dziesięć przedmiotów których Marcin nawet nie potrafił nazwać, raczej nie mogły mu pomóc. Na dnie plecaka zauważył coś, co mogło mu się przydać. Białą i dość mocną linę. Zawiódł się jednak równie szybko co ucieszył. Lina była urwana w dwóch miejscach, a nawet gdyby nie była, to liczne przetarcia były by wielkim niebezpieczeństwem, gdyby chciał jej użyć do opuszczenia się na dół. Zamiast tego po prostu wyszedł na swój balkon. Na horyzoncie niebo zaczynało powoli się rozjaśniać. Miał dwie drogi na dół. Mógł opuścić się jak najniżej potrafił i stanąć na barierce z balkonu niżej, a potem już zeskoczyć, lub mógł też wdrapać się na dach po lewej stronie i zsunąć się na sam dół po jego pochyłości. To mogło się udać. Podszedł do krawędzi balkonu i zauważył, że barierka nie dociera do samego krańca dachu, lecz zostaje tam mała szpara, przez którą mógłby przejść. Podszedł do niej i spojrzał w dół. Gdyby teraz spadł, zapewne chwile poleżałby i krzyczał z bólu, a zaraz potem obudziłby się w podziemiach zamku. Zaczął się przeciskać, jednak ciężko było mu przejść. Położył dłoń na metalowej krawędzi dachu. Przeliczył się trochę z wcześniejszymi obliczeniami. Marcin musiał wykonać ryzykowny Manewr, pokonując całą grubość dachu. Odbił się i podciągnął dłońmi. Źle jednak wyliczył swoją siłę i ledwie jedną nogą przekroczył krawędź dachu, druga zwisała w niewygodnej pozycji. Największy ból sprawiały jego ręce, które ledwie już potrafiły go utrzymać.
-Pomocy! –Krzyknął rozpaczliwie Marcin lecąc na dół. Gruchnął plecami o barierkę, która wydała niesamowicie głośny odgłos dudnienia. Marcin odbił się i wylądował ponownie na plecach, leżąc na balkonie. Jęknął z bólu. Nie wiedząc czemu, nie potrafił się poruszać. Czuł się dziwnie, jakby odpływał. Na balkonie zapaliło się światło. Usłyszał Kingę.
-O Boże… to jeden z Kapturników. Wołajcie Marcina! – krzyknęła Kinga. Usłyszał nawoływania Laury.
-Chodź tu, a nie… - szepnął w spazmie bólu Marcin.
-Ojej, on ma powykręcany kręgosłup… przykro mi…- powiedziała Kinga pochylając się nad nim.
-Zastrzel mnie, to następnym razem nie będę musiał już tego robić. – szepnął Marcin. Miał ochotę się rozryczeć.
-To faktycznie był Szymon. – stwierdził Nikodem.
-Nie debilu. Plan się udał, choć miało się obyć bez upadku. Nie potraficie… mnie rozpoznać. – wymamrotał cicho Marcin. Nikodem wciąż nie wierzył, więc zdjął jego kaptur i maskę.
-To JEST Marcin. – zdziwił się Nikodem.
-Jesteś pewny, że się obudzisz? – zdziwiła się Kinga.
-Do tej pory się udawało. – jęknął Marcin zamykając oczy. Zanim cokolwiek więcej dodał, odpłynął w nicość.
***
Marcin nie miał pojęcia co się stało. Znikł jego ból w plecach i mógł się poruszać. Co jednak nie zmieniało faktu, że boli go głowa, oraz, że czuł przykrycie. Otworzył szczerze zdziwiony oczy i zdumiał się jeszcze bardziej. Ulga była pierwszą rzeczą jaką poczuł. Następnie radość, że nie musi wszystkiego od nowa przechodzić. Leżał tam, gdzie jeszcze przed kwadransem rozmawiał z Laurą i Nikodemem. Włączył telefon. Dalej było po piątej a słońca jak nie było, tak nie było go dalej. Wcześniej tego nie zauważył, jednak był nieco poodzierany. Również śmierdział, przez co poczuł do siebie lekkie obrzydzenie. Zakradł się do łazienki i zrzucił z siebie brudne ubrania. Na pralce leżały ich wczorajsze łupy. Marcin przyznał sam przed sobą, że mógł wziąć więcej par majtek, gdyż u góry już zostały tylko dwie czyste pary, a sam zdobył tylko jedną parę. Swoje stare zrzucił z siebie i wkopał pod prysznic. Na górnej części suszyła się już bielizna Laury. Zdjął ją, aby jej nie zamoczyć. Sam nie wiedząc czemu, zerknął na rozmiar stanika. Rozmiar D był już czymś większym, co już zdążył zaobserwować dnia poprzedniego. Powiesił je na grzejnik, który był zimny. Marcin wiedział, że jest zimno, a przekonał się o tym przed chwilą. Wszedł pod prysznic i z ulgą puścił na siebie tony wrzącej wody. Miał dość głupich śmierci. Co prawda nie do końca osiągnął swój cel. Celem była opinia Laury. Wiedział jednak, że jest szansa, że to on sam jest Kapturnikiem który ich nawiedza. Zaczął sobie cichutko nucić jedną z piosenek Macklemore’a i po dziesięciu minutach wyszedł owijając się ręcznikiem. Umył zęby znalezioną wczoraj nieużywaną szczoteczką. Pojawił mu się już kilkudniowy zarost, który nieco go oszpecał, więc nalał sobie wody do zlewu i posmarował szyję i przód twarzy pianką. Wykonał pierwsze machnięcie maszynką od jabłka Adama, po usta.
-Mogę?- usłyszał Laurę, która zapukała.
-Moment! –powiedział Marcin i zaczął wiązać ręcznik.
-Spokojnie, tylko pogadać o wczoraj chcę. – powiedziała Laura.
-Wiem już wszystko, ale wchodź. – Powiedział spokojnie Marcin. W drzwiach pojawiła się najpierw głowa Laury, a potem cała reszta. Wcześniej nie miał czasu się jej przyjrzeć w ostatnim kwadransie. Miała nieco rozwalone włosy, podobnie jak Marcin, wyglądała na bardzo śpiącą i miała na sobie czerwony dwuczęściowy strój. Koszulka była bez ramiączek i była przykrótka pokazując Marcinowi całkiem chudy brzuch Laury. Spodnie miała dopasowany do koszulki, choć były zapewne z innego kompletu. Długie, do kostek i miały czerwoną kratę na całej powierzchni.
-Cóż takiego interesującego jest we mnie? – zaśmiała się lekko nieśmiale Laura.
-Uy, eee, ale co? – zdziwił się Marcin, powracając z rozmyśleń o wyglądzie Laury.
-No chyba nieświadomie się zapatrzyłeś. – uśmiechnęła się Laura.
-Aa, nie wiem, przepraszam. Ale, ale słuchaj! Bo mam nowinkę. – powiedział Marcin wracając do golenia. Laura usiadła na brzegu pralki.
-No, mów, mów. – zaśmiała się Laura.
-Zginąłem tego dnia. – uśmiechnął się Marcin.
-Jak… a nie powinieneś się ocknąć? – zaskoczyła się Laura.
-Szymon coś ściemniał chyba. – stwierdził Marcin.
-Za ile minut umrzesz? –zapytała Laura.
-Jakoś teraz. Ale spokojnie. To z mojej głupoty. Aby wypadło naturalnie, pamiętam tylko do momentu wizji przed domem, który oglądaliśmy. – powiedział Marcin. Później rozmowa wyglądała niemal identycznie jak ostatnim razem. Doszli do tego samego wniosku, że po wywiązaniu się z obowiązków, ruszą w czwórkę na Wisłę. Marcin skończył się golić, a Laura pozwoliła mu w spokoju się przebrać. Założył bluzkę od Marcela z rysunkiem Statuy Wolności, bluzę z ludkami ze South Parku, oraz jeansy od Jarka, barwione na zielono. Do tego znalazł wygodne Najki na potem. Na zewnątrz zaczynało być coraz jaśniej. Na horyzoncie było już całkiem jasno.
-Opowiedz im wszystko co wiesz, ja jeszcze się przekimam w sypialni chwilę. Głowa mnie mocno boli. – westchnął Marcin.
-Idź, idź. Musisz odpocząć. – powiedziała do niego Laura.
-Dzięki. Sprawdzę też teorie, czy krótki sen powoduje… respawn po krótkim śnie, czy raczej obudzę się czterdzieści minut wcześniej. – stwierdził Marcin.
-Respawn? – zapytała Kinga. Marcin westchnął i odparł.
-No, chodzi o kolejną szanse, dodatkowe życie, czy co już tam kto woli. Mniejsza o to. O siódmej mnie obudźcie. Najlepiej też się połóżcie. Przed nami ciężki dzień.
***
Po drugim obudzeniu było jeszcze gorzej jak poprzednio. Marcin nie chciał nawet się ruszyć, więc Nikodem z Laurą, wywlekli go siłą. Zawlekli go siłą do jadalni i posadzili na fotelu.
-Co na śniadanie? –jęknął Marcin.
-Może Cię to ucieszy, ale jajecznica. – uśmiechnęła się Kinga.
-Jajecznica? Skąd wzięliście jaja? – zapytał Marcin.
-Dwa wielkie, jak spałeś to wzięliśmy, nie czujesz? – uśmiechnęła się szeroko Kinga. Marcin nie załapał od razu, jednak wolał się upewnić, po czym gdy wyczuł, że wszystko jest na swoim miejscu, to parsknął śmiechem.
-Upolowałem kilka kur. – pochwalił się Nikodem.
-Nie wiem czy nie lepiej byłoby je zostawić dla jaj. – stwierdził Marcin.
-Ale musisz mieć jakiś plan zakończenia tego, zanim się zacznie głód, prawda? – zapytał Nikodem.
-Nie mam. Wiem tylko tyle, że gdybyśmy odnaleźli kogoś, kto coś wie o tym wirusie, to może dałoby się odwrócić skutek. – stwierdził Marcin.
-Ty chcesz ożywić dorosłych? – Nikodem zmarszczył czoło.
-Niee, coś ty, Mam plan cofnięcia mutacji, jak się uda oczywiście. – stwierdził Marcin.
-Chyba ambitnie. – pokiwał głową Nikodem.
-Co ma być to będzie. Jednego możesz być pewny. Obiecuję, że nie doprowadzę do końca. – stwierdził Marcin. W tamtym momencie o dach lunął deszcz.
-A tej pogodzie co strzeliło tak nagle do głowy? – spytała Laura.
-Nie widzi mi się w takiej pogodzie tam jechać. – westchnął Marcin.
-W dodatku zimno. Termometry pokazują ledwie dwa i pół stopnia. Kwiecień plecień. Zaraz nam tu zimę stulecia ta pogoda rozpęta. – westchnął Nikodem.
-W porządku, przeczekajmy to. Pouczę się strzelać z tego łuku w domu może. – stwierdził Marcin. Skoczył szybko do przed pokoju i przyszedł do reszty.
-Odpaliłem jakąś instrukcję. Jest kilka filmików. Chcesz to sobie zobacz. – powiedziała Kinga dając mu swój telefon. Marcin zerknął. Facet, na oko siedemdziesiąt lat witał się z jego widzami i zaczął tłumaczyć, o czym będzie ten film. Marcin pogłośnił na tyle, aby wszyscy słyszeli. Facet opowiadał sztuce strzelania we wschodnim stylu. Wyglądało imponująco. Marcin złapał łuk w podobny sposób. Niestety sam łuk miał tylko trzy strzały, więc na wiele mu się i tak nie przyda w późniejszym etapie. Póki co mógł chwycić jedną z nich i nałożyć na łuk. Chwilę celował i szybko i pewnie, tak jak na filmiku wystrzelił przed siebie. To, że strzała pomknie z taką prędkością, tego by się akurat Marcin nie spodziewał. To, że stał pięć metrów od tarczy, było kolejną rzeczą ułatwiającą. Jednak strzała minęła tarczę o dwa metry i odbiła się od twardej ściany, robiąc dziurę w fototapecie. Akurat trafił w głowę jakiegoś młodego chłopaka, który szedł przez miasto.
-Teraz będzie lepiej. – stwierdził Marcin.
-Oddal się trochę i daj ten łuk nieco wyżej, bo ci opada jak napinasz. – podsunęła mu pomysł Kinga.
-To może się udać. – stwierdził Marcin. Porada Kingi, okazała się być dobra. Marcin celował tym razem oddalony o siedem metrów od tarczy. Strzała wbiła się tym razem w ścianę. Jednak odległość, która dzieliła jego strzałę, wyniosła już mniej niż pół metra.
-Ręce się od tego przecierają… mam rękawice robocze w plecaku w sumie. – stwierdził Marcin ubierając je na obolałe dłonie. Trzecia strzała uderzyła o połowę dystansu bliżej brzegu tarczy, niż ta poprzednia. Marcinowi zaczynało się to podobać. Dziewięć razy nie trafił do tarczy. Strzała albo mijała tarczę o centymetry, albo całkowicie schodziła daleko. Ściana była lekko podziurawiona, jednak od drzwi nie było tego widać. Marcin cofnął się jeszcze dwa metry. Miał właśnie oddać dziesiąty strzał. Sama tarcza składała się z dziesięciu punktów, które zataczały okręgi, im większa wartość, tym mniejszy okręg. Dziesiątka, była już tylko punkcikiem w środku, wielkości guzika w płaszczach.
-Coś ci to nie idzie. – ziewnął Nikodem. Marcin puścił strzałę. Tamta pomknęła wyjątkowo prosto trafiając w tarczę. Wbiła się mocno w ścianę i Marcin podekscytowany podszedł.
-Za trzy punkty! No, no… - uśmiechnął się Marcin. Nikodem już próbował wcześniej, jednak teraz również Laura chciała spróbować. Marcin pokazał jej ułożenie nóg i ramion, napięcia ciała i mięśni. Ważne było też nachylenie głowy. Z taką postawą miała nałożyć strzałę na łuk.
-Trochę za wysoko celujesz. – stwierdził Marcin i miał już ją poprawiać, gdy uciszyła go cichym cii. Puściła strzałę, która pomknęła o wiele wolniej jak Marcinowe. Trafiła w biały papier, jednak poza zasięgiem punktów.
-Mówiłam? – ucieszyła się Laura. Wcześniej już opracowali metodę cieszenia się, polegała ona na tym, że oboje wyskakiwali do góry i zderzali klatami. Tym razem po raz kolejny, przewaga cycków u Laury popchała go do tyłu i ledwo co utrzymał równowagę.
-Nie mam szans. – uśmiechnął się Marcin. W ten sposób minęła godzina, jednak deszcz nie miał zamiaru przestać padać. Temperatura spadła o jeden pełny stopień, a w deszczu dostrzegali też spadający mokry śnieg, który jednak nie mógł się utrzymać. Marcin wziął ze sobą łuk, pistolet, drewniany kijek z drutem na końcu, oraz dwa rogale na drogę. Jechał sam, Laura miała popilnować domu. Zaoferowała się, że wypierze wszystkim rzeczy i zrobi obiad na trzynastą. Marcinowi to było na rękę, choć chyba wolałby jednak mieć jakiekolwiek towarzystwo. Jechał w deszczu koło stawu nucąc znów piosenkę Warriors od Imagine Dragons. Samotność dała mu się lekko we znaki, bo zdążył już stracić humor. Wysiadł koło gminy i został już zmuszony do otworzenia parasolki. Pokonał szybko dzielący go dystans do środka i udał się w kierunku drzwi, gdzie zazwyczaj urzędował Tomek.
-Dobrze, że jesteś. Zanim weźmiesz towar i porozwozisz, musimy udać się do Kończyc. Potrzebuję ochroniarza i myślę, że się nadasz. – powiedział Długas.
-Tylko my? – zdziwił się Marcin.
-Niee, Blondas, Aga, Fredzio i Lewy. – powiedział Długas.
-Razem sześciu. – stwierdził Marcin ciszej.
-To nie daleko. Upchamy się tu raczej. – stwierdził Długas.
-Dobrze, odrobina rozrywki się przyda. A po co jedziemy? – spytał Marcin.
-Blondas miał samemu jechać, a misja wygląda spokojnie. Jednak Szymon coś mówi, że nie zgadzają się mu wydarzenia. Poinformował cię, że wcześniej przeżył sobie kilka tygodni po czym po śmierci obudził się na początku zdarzeń? – zapytał Długas.
-Wiem, wiem. Spokojnie. I co się nie zgadza? – zapytał Marcin.
-Pogoda. Powinno być o prawie dziesięć stopni więcej. Do tego pojawił się jakiś helikopter, plus sam fakt, że zjawiliście się wy. Wcześniej niby w szkole siedziałeś. A teraz go uratowałeś. Samej akcji ataku na niego nie było. Więc różnic wiele. Do tego nasz szpieg doniósł nam informacje, że planują atak na nasze zapasy, bo mają na kilka dni, czy coś. – stwierdził Długas.
-Dobra, nie traćmy czasu. – westchnął Marcin.
-Jeszcze jedno. Dam ci zapasowe ubranie członka Braci Cienia. W takiej ulewie nikt was nie zobaczy a musicie osłaniać Blondasa.
-Dobra, to na co jeszcze czekamy? – zapytał Marcin szczerząc się z uśmiechu. Nawet jak coś pójdzie nie tak, nawet jeśli zginie, to później on będzie bohaterem mówiąc im co może pójść nie tak. Długas popatrzył się na niego przez chwilę, możliwe, że lekko nieufny do nowego znajomego, jednak machnął ręką i odrzekł.
-Dobra, masz rację. Idziemy!
***
Dziesięć minut później siedział pomiędzy Fredziem i Lewym, ściśnięty na tylnim siedzeniu czarnej kii combi. Jechali już powoli ku Kończycom. Jechali jednak nieco poboczami i wyjechali przy przystanku Kończyce Podlesie. Agnieszka powoli ruszyła w kierunku stacji benzynowej Slov Naft, gdzie miało odbyć się spotkanie.
-Znacie plan? – zapytała Agnieszka.
-Mamy się zaszyć w mgle, tak, aby nas nie zauważyli. –powiedział Marcin.
-Tak. Potem obserwujecie. Gdyby coś poszło źle, to znaczy, gdyby zaczęli ze mną walczyć, wkraczacie wy i ich dopadamy. – oznajmiła Agnieszka.
-Zrozumiałem. – oznajmił Blondas. Miał przy sobie długą katanę, która była jedną z najefektowniejszych broni jakie mieli.
-Wysadzę was dwieście metrów od celu. Będziecie musieli w miarę szybko pokonać ten dystans i do mnie dołączyć. – powiedziała Agnieszka.
-Czy tam nie ma czasem mostu przy Slov Nafcie? – zapytał Lewy.
-No właśnie. Przez niego nie przejdziecie, jeśli chcecie, aby was nie zauważyli, więc pozostanie wam droga przez tory, pod mostem. – powiedziała Agnieszka, zatrzymując się koło niewykończonego domu po prawej stronie.
-Pospieszcie się. – powiedziała Agnieszka, gdy już wszyscy opuścili samochód. Powoli zaczęła się od nich oddalać.
-Nie ma pośpiechu. – powiedział spokojnie Fredzio. Sto metrów dalej, zeszli z drogi schodząc na pole. Marcin miał jako jedyny parasol.
-Lepiej go schowaj, jak już zejdziemy na tory. Lepiej, aby misja wypaliła, niż, abyś zdradził naszą pozycję. – powiedział Długas.
-Spokojnie. O mnie się nie martwcie. Dam sobie radę. – wzruszył ramionami Marcin.
-Słabą masz broń. Przydałaby ci się lepsza. Coś się potem znajdzie. – stwierdził Blondas.
-Spokojnie, mam pistolet. – oznajmił Marcin, wyjmując go, aby mu uwierzyli.
-No to nic nam nie grozi. – uśmiechnął się Lewy. Doszli do krawędzi pola. Metr dalej zaczynał się stromy spad do torów, a kawałek dalej, jeszcze bardziej strome zniesienie, którym za chwile musieli się wdrapać. Wdrapali się na szczyt i Marcin złożył parasol. Schowali się za budynkiem przy stacji. Słyszeli już głosy rozmów. Marcin patrzył z ukrycia nadsłuchiwał rozmowy Agnieszki i trzech innych osób.
-Będziesz musiało wystarczyć. – usłyszał Agnieszkę.
-Słuchaj. Akurat to ja jestem w sytuacji, że mogę dyktować warunki. Posiadam wyszkolonych wojowników i jeśli będzie trzeba zabierzemy siłą wszystko. – stwierdził stojący pośrodku chłopak. Wyglądał na szefa, jednak Marcin go nie znał. Miał dłuższe włosy koloru kasztanowego i był o głowę wyższy od Agnieszki.
-Może i tak… ale skoro dziś rano ukryliśmy żywność, że nawet ja nie wiem gdzie to jest, to raczej nic nie zdziałacie. Nie mamy wiele jedzenia, więc nie mogę wam dać więcej, niż zaproponowałam. – stwierdziła Agnieszka.
-Dacie tyle, ile zechcemy. A teraz wybacz, ale przyda nam się zakładnik. – uśmiechnął się tamten.
-Żywcem mnie nie weźmiesz! – krzyknęła Agnieszka i zaczęła uciekać w ich stronę.
-Nie dajcie jej uciec! – powiedział starszy. Agnieszka biegła dość prędko w stronę drogi i wtedy to Blondas dał znak, aby pozostali się ruszyli. Jednocześnie ze strony Cieszyna nadjechały trzy samochody.
-Mamy towarzystwo. – zaniepokoił się Marcin. Długas, Blondas, Lewy, Fredzio oraz Marcin dogonili Agnieszkę i zatrzymali się na środku drogi. Piętnaście metrów dalej zatrzymały się trzy samochody pełne Kończan.
-Śmiało, brać ich. – powiedział spokojnie szef Kończan. Marcin zdołał naliczyć trzynaście osób. Ich było tylko sześciu.
-I tak nie uciekniemy. Do boju! – Krzyknęła Agnieszka. Przodem poleciał Długas, ze swoimi widłami. Marcin był ostatni. Zamierzał wyjąć pistolet, jednak bał się postrzelić swoich. Spojrzał jeszcze na telefon. Było dwie po wpół do dziewiątej rano. Długas skoczył na pierwszego z nich i obił go swoimi widłami. Obok skoczył drugi, który chciał go załatwić słupkiem, odmierzającym kilometry, które można spotkać koło drogi. Blondas jednak uwalił go w rękę swoją kataną. Tamten krzyknął z bólu i zatoczył się do tyłu, wpadając na dwójkę swoich. Marcin obszedł ich z boku i wyjął pistolet.
-Dawaj ich! – krzyknął ktoś tłumie. Wyszła z tego niezła nawalanka. Blondas robił największy zamęt. Jako pierwszy trafił kogoś w głowę, a tamten upadł trzymając się za głowę i mocno krwawiąc. Długas dostał łopatą w głowę i zatoczył się do tyłu ogłuszony. Lewy walczył na boku z jakimś jednym wyższym i szerszym od siebie, który postanowił odrzucić broń i naprzeć na niego całą swoją masą. Powalił go na ziemię i zaczął prać. Marcin zauważył samotnie stojąc osobę, która czekała aż się nieco rozluźni. Marcin wycelował w nią i wystrzelił. Chwilę później krzyknął z bólu i łapiąc się za dupę. Pocisk poleciał prosto w rowek.
-Uważaj! – Krzyknął Marcin do Agnieszki, która również na boku biła się z jakąś dziewczyną. Jakiś chłopak próbował ją zajść od tyłu, ale dzięki ostrzeżeniu Marcina, zdołała go odeprzeć. Musiała się wycofać, przez to, że ją zdołali otoczyć. Prawie mocniej oberwała, jednak cios tylko otarł się o jej dłoń. Marcin załadował broń i wystrzelił po raz drugi. Pocisk chybił, jednak zwrócił już uwagę prawie wszystkich. Lewy, który odpierał ataki aż trzech osób, mógł jedynie podziękować, gdyż dwójka, która się z nim biła, poleciała w kierunku Marcina. Marcin wymierzył i wystrzelił w jednego z nich. Widział jego strach i przerażenie moment przed śmiercią. Marcinem znów wstrząsnęło. Drugi zaczął się niebezpiecznie zbliżać. Marcin zauważył jeszcze, że Długas został powalony na ziemię, przez gościa z łopatą i teraz go mocno nawalał nią w głowę. Marcin wziął swój kijek, który był dłuższy od broni tamtego, jednak widać było, że tamten nie wiedział co robi. Brał wielkie zamachy, przez co Marcin przewidywał jego ciosy. Dał radę go przewrócić, gdy na niego natarł. Wyrwał mu jego łom i zaczął go nim nawalać. Krew tryskała z głowy tamtego na wszystkie strony. Marcin był cały uwalony a zaraz wściekły na wszystko. Wtedy ku niemu zbliżyła się kolejna dziewczyna. Miała krótkie i zafarbowane na czerwono włosy i była chyba najmłodsza ze wszystkich. Zanim jednak zaczęli walczyć, Marcin zauważył, że Blondas zdołał zabić co najmniej trzy osoby. Długas już leżał, ze zmiażdżoną głową, Agnieszka wciąż się biła, Fredzio miał lekkie kłopoty, a Lewy jakoś zdołał się podnieść i zabić twardziela.
-Nie chcę cię zabijać. – powiedział Marcin z westchnięciem.
-Musisz nas zrozumieć. Dla jedzenia, możemy umrzeć. – westchnęła dziewczyna, zamachując się kijem baseballowym.
-Mówię serio. – powiedział Marcin, broniąc się łomem.
-Ja również. – krzyknęła dziewczyna i skoczyła na niego. Nie spodziewał się tego, przez co wycofał się i upadł. Desperacko sięgnął po pistolet, i zanim kij go trafił, przeładował i wystrzelił. Dziewczyna zamknęła chwilę wcześniej oczy. Czas Marcinowi zwolnił. W tle Agnieszka upadła od uderzenia w głowę. Blondasowi wytrącił broń koleś, który załatwił Długasa, Lewy i Fredzio stali obok siebie i byli atakowani przez wszystkich, którzy przeżyli. Pocisk trafił dziewczynę w czoło, a dla Marcina nastała ciemność.
***
Aaaa! – krzyknął Marcin, podnosząc się z łóżka gwałtownie. Nie miał pojęcia co się stało. Rozejrzał się, a po chwili do pokoju wpadła Laura, oraz Nikodem.
-Co się dzieje? – zapytał zdziwiony Nikodem.
-Chyba… chyba znalazłem szóstą osobę. – oznajmił Marcin.
-Która to była? – zainteresowała się Laura.
Nie jestem w stanie stwierdzić, jednak wiem, że ma świeżo farbowane włosy. Za jakąś godzinę, będę w Kończycach i tam ją spotkam. Kłopot jest taki, że ona jest po przeciwnej stronie. – oznajmił Marcin.
-Kończyce? Czy ty nie miałeś przypadkiem rozwozić rzeczy po naszej dzielni? – zapytał Nikodem.
-Zostałem dodany do misji dyplomatycznej, która przerodziła się w krwawą jatkę. – stwierdził Marcin.
-Spróbuj ją porwać tu do nas. Wyjaśnimy jej wszystko. – poprosiła Laura.
-To nie będzie takie proste. – Marcin zrzucił nogi z łóżka i przetarł twarz. Głowa lekko mu pulsowała, przez co miał już dość.
-Możemy jakoś pomóc? – zapytał Nikodem.
-Nie sądzę, spróbuje to zrobić samemu, chyba mam plan. Ale to jeszcze prawie godzinę czasu mam, poćwiczmy może strzelanie z łuku. – zaproponował Marcin.
-A gdzie on jest? – zapytała Laura.
-Zaraz go znajdę. – stwierdził Marcin. Kinga wkroczyła do pokoju i minęła się z Marcinem. Gdy tamten wrócił, Nikodem z przejęciem tłumaczył jej co się stało.
-Omija nas tak wiele. – stwierdziła Kinga.
-Potraficie strzelać? – zapytał Nikodem.
-Ja już potrafię, ale słabo. Laura też nieźle sobie ostatnio radziła. – stwierdził Marcin wieszając tarczę. Wziął łuk i ustawił się, tak jak zapamiętał. Wziął strzałę, po czym wystrzelił. Poleciała nieco po ukosie, jednak minęła tarczę o milimetry.
-No, no, jeślibyś celował do ludzi, to jak nic trafisz. – stwierdził Nikodem.
-To było tylko kilka metrów. Tam, gdzie walczyliśmy, stałem o połowę dalej. No i posiadam tylko trzy strzały. – westchnął Marcin.
-Chyba wiem, gdzie mógłbyś zdobyć więcej. Jest w drodze na Pielgrzymowice taki mały sklepik z akcesoriami leśniczego. Może dałoby radę tam zajrzeć. – stwierdził Nikodem.
-Myślisz, że nikt go nie splądrował? – zdziwił się Marcin.
-W Pielgrzymowicach jest jedynie około trzysta pięćdziesiąt osób. O ile wiem, trzy czwarte mieszka koło remizy strażackiej, a sklepik jest na drugim końce miasta, więc nie wiem, czy jest jakakolwiek szansa, że nie opróżnili go, ale jednak na pewno nie wzięli wszystkiego. – powiedział Nikodem.
-Kurcze. Muszę zdążyć… za dziesięć minut się tam wybierzemy. – poprosił Marcin.
-No dobra, łuk to będzie dobra broń. Skoro nauczyłeś się strzelać w niecałą godzinę, to w takim bądź razie to nie może być trudne. – stwierdził Nikodem.
-Jak znajdziesz łuk to spoko, bo ten zajmuje ja. – powiedział Marcin.
-No niby jest twój. – pokiwał głową Nikodem. Marcin wystrzelił drugi raz. Strzała przeszyła tarczę, przy numerku trzy.
-Ładnie! – uśmiechnął się Marcin. Trzeci strzał chybił. Jednak po zebraniu strzał, wszystkie trzy trafiły blisko środka. Laura strzelała po nim Marcin ją przeszkolił jak ma się ustawić, jak celować i tak dalej. W końcu stała już jak należy z łukiem w dłoni. Nałożyła na niego strzałę.
-Trochę za wysoko celujesz. – stwierdził Marcin. Zmarszczył też czoło. Przypadkiem powiedział to samo co poprzednim razem.
-Cii. – powiedziała Laura uśmiechając się. Przymknęła jedno oko i wystrzeliła. Poleciała łukiem i trafiła w biały papier.
-Mówiłam? – ucieszyła się Laura. Skoczyła w radości na Marcina, który zapomniał również skoczyć i z ich znaku nie wyszło nic.
-Co się stało? – zapytała Laura.
-Potoczyło się identycznie jak poprzednio, łącznie z trafieniem w to samo miejsce. – stwierdził Marcin.
-Dziwne. – zmarszczyła czoło Laura.
-Jedziemy. – powiedział Nikodem.
-Dobra, biorę łuk i już się zwijam. – powiedział Marcin, biorąc na drogę wodę, pistolet, swoją broń do walki wręcz, telefon oraz oczywiście łuk i strzały. Ubrał Najki i wyszedł z Nikodemem na deszcz. Marcin wyliczył, że do odjazdu Agnieszki i reszty, zostało trzydzieści pięć minut. Z czego pięć się przygotowywali, więc miał tak jakby pół godziny. Odpalił silnik i ruszył powoli, tocząc się do głównej ulicy. Skręcili w prawo, w stronę osiedla Kotucz. O tyle, co normalnie Kotucz rozciągał sięga torami, po apokalipsie, po prawej stronie torów mieszkało kilkanaście osób, więc poprosili aby nieco powiększyć ich terytorium. Przez co Marcin miał mniej osób do wykarmienia. Zjechali z górki, mijając kolejne stawy, które sąsiadowały z Młyńsztokiem. Stawów było siedem, jednak tylko Młyńsztok miał nazwę. Po jednym z nich pływała łódka. Jakiś chłopak łowił ryby blisko brzegu. Marcin zatrzymał się i zawołał go.
-Hej! – krzyknął Marcin.
-Cześć, coś się stało? – zapytał się ich chłopak. Siedział pod wielkim parasolem i wyglądał na samotnego.
-Słyszałeś o mutantach? – zapytał Marcin.
-Ba, nawet walczyłem z nimi. Mają blisko swoje gniazda. – stwierdził tamten.
-To one mają gniazda? – Marcin był zdziwiony. O tym jeszcze nie zdołał wyczytać.
-Przy Pielgrzymowicach samych. – powiedział chłopak.
-Dobra, no mniejsza o to. Wiesz, że jedzenie ryb, ponoć może mutować ludzi? Pisali na globalnym forum o tym. – stwierdził Marcin.
-Nie sądzę. Jem ryby już od samego początku. Jedzenie się już skończyło, mamy tylko te jeziora, kury, krowy i inne zwierzęta. Do tego już posadziliśmy ziemniaki. Jednak w taką pogodę to mi się nie widzi, że z tych upraw coś będzie.– stwierdził tamten.
-Dobra, opuszczamy cię, bo czas goni. – stwierdził Marcin.
-Wpadnijcie kiedyś na świeżą rybkę. – uśmiechnął się tamten.
-Wpadniemy. – obiecał Marcin, po czym ruszył dalej
-Dziwny koleś. – stwierdził Nikodem.
-Tak jakby długo przebywał w samotności. – wzruszył ramionami Marcin. Wjechali do Pielgrzymowic.
-Gdzie masz ten cały sklep dla myśliwych? – zapytał Marcin. Zanim cokolwiek odpowiedział mu Nikodem. Dał gwałtownie po hamulcach. Gdyby nie pasy, oboje zapewne przelecieliby przez szybę. Przed nimi, około pół metra dalej, była wielka i szeroka wyrwa w ziemi, której szerokość, była mniej więcej taka, jak długość ich toyoty.
-Co to kurwa jest. – skomentował Nikodem.
-Jakaś szczelina w ziemi. Nie mam pomysłu skąd się wzięła. – wzruszył ramionami Marcin. Samochodem lekko zaczęło trząść.
-O co kaman z tym? – zaniepokoił się Nikodem.
-Nie wiem, ale ja to bym stąd zwiewał. – stwierdził Marcin, lekko spanikowany.
-To czemu stoimy! – Krzyczał po Marcinie Nikodem.
-Wybacz, już cofam! – powiedział Marcin. Gdy wrzucił wsteczny, nagle przestało nimi trząść.
-Pomogło. – uśmiechnął się nerwowo Nikodem.
-Miejmy nadzieję, że to nic strasznego. – powiedział Marcin, znów gwałtownie hamując.
-Co znów? –westchnął Nikodem.
-Za nimi jest świeżo zrobiona taka sama. Stoimy dosłownie na krawędzi. – Marcin zaczął oddychać gwałtownie.
-Weź to objedź! – spanikował Nikodem.
-Jak?! Po lewej i prawej są rowy! – krzyczał spanikowany Marcin.
-Ogarnijmy co to jest może. – zaproponował Nikodem. Marcin otworzył drzwi. Zauważył niewielki ruch przy kotlinie z przodu.
-O ja pierdziele… GNIAZDA MUTANTÓW SĄ POD NAMI! – domyślił się Marcin po wychodzącym z dziury jednym z nich.
-Wracaj do środka! Może nas nie wyczaiły… - zaczął szybko oddychać Nikodem.
-Obawiam się, że już za późno… - powiedział Marcin, widząc, jak lemuro-podobny ssak z dziwnym niebieskim cielskiem pełnym kolców leciał na nich. Jako, że poprzednie mutanty nie miały nic innego dziwnego, Marcin zdziwił się widząc oczy lemura. Świeciły zielonkawą barwą.
-A jak u nas są takie same? – wystraszył się Nikodem. Marcin wrócił do auta.
-Trzymaj się! Jak pojedziemy wystarczająco szybko, to przeskoczymy ten kanion! – krzyknął Marcin. Zapiął pasy i wcisnął gaz na maxa. Rozjechali lemura, a z dołu zaczęły wychodzić kolejne mutanty. Jeden większy od drugiego. Przejechali coś wyglądającego, jak mieszaniec rysia, konia i czegoś jeszcze. Marcin zmienił szybko na drugi bieg, po czym dotarli do przepaści.
-Napisz o tym na forum, gdy się obudzisz. – powiedział Nikodem zamykając oczy. Samochód znalazł się w powietrzu. Marcin zarył oponami o krawędź, przez co w jednej sekundzie ich prędkość niebezpiecznie zmalała. Sam samochód podskoczył do góry, przechylając się do tyłu, jednak minimalnie leciał do przodu. Marcin poczuł uderzenie, po czym samochód zaczął spadać tyłem w przepaść.
-Aaaa! – krzyknął Marcin, gdy tył samochodu zarył o ścianę kanionu, a co za tym idzie, zaczął przechylać się do przodu. Prędkość spadania zatamowała ściana z przodu, która ścisnęła ich mocno i zdusiła ich prędkość. Wtedy przywalili dość mocno o podłoże. Poduszki eksplodowały, a Marcin w jednej sekundzie odpłynął…
***
Tym razem Marcin poczuł co innego niż zawsze. Zanim otworzył oczy, poczuł, że ktoś ściska mu lewy palec u dłoni. Do tego był cały poobijany. Otworzył oczy i przeraził się. Biel przed oczami, była ciemna. Dopiero po chwili się zorientował, że ma głowę w poduszce powietrznej. Nikodem ściskał go za małego palca, a gdy zobaczył, że Marcin zareagował, to go puścił. Byli około dziesięć metrów pod ziemią. Deszcz bębnił lekko o ich dach i coś stukało o ich bok.
-Uciekajmy stąd! Widać ich ślepia w ciemności! – mruknął zrozpaczony Nikodem.
-Może na piechotę nie zajdziemy daleko… ale… - Marcin odpalił samochód. Tamten o dziwo bez problemu zaskoczył. Problemem było to, że stali bokiem, do dwóch możliwych kierunków jazd/ Przód auta dotykał ściany, a tył miał do niej około trzydziestu centymetrów. Wycofał nieco za szybko, przez co przywalił w ścianę. Na szybie pojawiło się pęknięcie. Boczna szyba Nikodema zresztą również była cała w pęknięciach. Marcin jeszcze chwilę manewrował, aż w końcu ruszyli powoli w prawo. Ściany kanionu były zrobione w dziwny sposób. Najbardziej dziwne w nich było to, że były równe. Nie było tam wielu wypukłości. Po ścianach poruszały się najróżniejsze stworzenia.
-Nagrywaj to. – szepnął Marcin.
-Nagrywałem od momentu kiedy wyszedłeś z auta u góry. – powiedział Nikodem.
-Nie mówię, że stąd wyjadę, ale jeśli tak, to może to być niezły materiał. – powiedział Marcin. Autem dość mocno ruszało, zupełnie jakby poruszał się na Polskich drogach. Co chwila potrącali jakieś niewielkie zwierzę.
-Popatrz na prawo. – powiedział podekscytowany Nikodem do Marcina.
-O w mordkę… - Marcin ujrzał coś niesamowitego. Po prawej stronie była największa jaskinia jaką widział w życiu. Gigantyczne zacieki, różnego rodzaju gigantyczne formy skalne, ale i tak, największe wrażenie, zrobiła na Marcinie, położona niemal na środku jaskini, błyszcząca niebieską barwą ruda jakiegoś drogocennego minerału. Wokół niego latały niewiarygodnie wielkie ptaki a wokół przesiadywały najróżniejsze rodzaje zwierząt.
-Wygląda to tak, jakby ta ruda była dla nich wielką ładowarką. – stwierdził cicho Nikodem.
-Uciekajmy stąd… one są straszne… - jęknął Marcin.
-To co tam leci, to ewidentnie był pterodaktyl. – wystraszył się Nikodem.
-Dinozaur? – Marcin zmarszczył brwi. Obraz po prawej stronie nagle znikł. Znów pojawiła się ściana.
-Ale tu ciasno! – krzyknął Marcin. Jak na zawołanie, aby się zmieścić, musieli stracić jedno z lusterek. Najdziwniejsze było to, że żadne zwierze nie było nimi zainteresowane. U góry zniknęło niebo. Zamiast tego była normalna ziemia.
-Nie wiem, gdzie my jedziemy, ale nie podoba mi się to. – westchnął Marcin.
-Masz jakieś rozwidlenie. – stwierdził Nikodem. Jedna z dróg była brukowana, co ich mocno zdziwiło. Marcin w nią skręcił.
-Wiesz, nie chciałbym wylądować w jakimś podziemnym królestwie Krasnoludów. – zaśmiał się nerwowo Marcin. Jechali prosto, około pięciu minut z prędkością pięćdziesięciu na godzinę. Marcin nie miał pojęcia, dlaczego reflektory dalej świeciły, mimo, że pewnie nie jeden raz dostały od ściany.
-Czy ty to widzisz?! – zaskoczył się Nikodem.
-Lampa. Biała świetlówka.- skomentował Marcin. Minęli kilka rozgałęzień, aż w końcu dojechali do jakiegoś większego skrzyżowania. Marcin się zatrzymał. Droga była stroma, prowadziła w dwie strony. Na dole były drzwi, a na górze ślepy zaułek.
-Co to za miejsce? – zapytał Nikodem, gdy Marcin zgasił samochód.
-Podziemia zamku. Tam, gdzie się ocknąłem po raz pierwszy. – wyjaśnił Marcin. Pociągnął Nikodema w stronę wyjścia. Miał wrażenie, że odcinek, który pokonywał był dłuższy niż ostatnimi razy.
-Słuchaj. Mamy kwadrans z tego co mówiłeś do momentu rozpoczęcia jatki przy Slov Nafcie.
-Mam nowszy plan. Musimy zdobyć samochód, po czym przybyć tam przed nimi. Mnie nie znają. Przedstawię się jako dyplomata z Zebrzydowic, a ty będziesz moim ochroniarzem. – skomentował Marcin. Dotarli do kamiennej drabinki.
-Dobry pomysł! Czy te schodki są aby na pewno bezpieczne? – zapytał pełen wątpliwości Nikodem.
-Nie, ale jeśli będziesz stawiać nogi na krawędzi to nic ci nie będzie. – stwierdził Marcin.
-Dobra, wchodzę. – Nikodem był w miarę wysportowany, więc wdrapanie nie sprawiło mu kłopotu. Za nim wszedł Marcin.
-Haha, zastanawiałem się jak otworzę te drzwi, bo zawsze musiałem je rozwalać, aby się wydostać, a zapomniałem, że to nie jest kolejny raz, tylko już je rozwaliłem w tym życiu. – zaśmiał się Marcin.
-Dobra, chodź a nie gadasz. – stwierdził Nikodem. Weszli do pizzerii, a później do holu.
-Nie wierzę, ale żyjemy! – Marcin był wniebowzięty.
-Musimy coś z nimi zrobić, albo to one zrobią coś z nami. – stwierdził Nikodem.
-Hoho, na razie nie wracam tam. Mam już priorytetowe plany. Po pierwsze, to zwerbować czerwonowłosą. Po drugie znaleźć lądowisko helikoptera i wyjaśnić tą tajemnicę. Po trzecie ogarnąć sprawy z jedzeniem i głodem u nas we wsi. Po czwarte nauczyć ludzi walczyć, a po piąte dopiero iść i rozwalić im to gniazdo. – oznajmił Marcin.
-Dobrze, zajmijmy się więc punktem pierwszym. – powiedział spokojnie Nikodem.
-Masz pomysł, skąd weźmiemy auto? – zapytał Marcin.
-Mam pomysł. Samochód, na pewno Rojakowie mają w garażu. Musimy tylko jakoś się tam włamać. – orzekł Nikodem.
-A jakieś łatwiejsze cele? – spytał Marcin.
-Koło Młyńsztoka, dwieście metrów stąd jest parking, a na nim było Renault Clio. – powiedział do Marcina Nikodem.
-Świetnie! Idziemy! – uśmiechnął się Marcin i oboje pognali, ku Młyńsztokowi. Minęli w międzyczasie może z pięć osób i nie zawiedli się. Samochód stał tam dalej.
-Ja nie wiem, kto normalny zostawia w samochodzie kluczyki? – zdziwił się Nikodem.
-Nie wiem, ale jest to mi na rękę. Mamy trzy minuty. – stwierdził Marcin.
-Masz pomysł, gdzie znajdziesz tą dziewczynę? – zapytał Nikodem.
-Nie wiem. Wspomnę o niej, gdy nas pojmą. – stwierdził Marcin.
-Trochę ryzykowny plan, ale myślę, że damy radę. – wzruszył ramionami Nikodem.
-Pisz SMS do Szymona, że pojechaliśmy zatankować na Slov Naft i nas wzięli za dyplomatów. Wspomnij, że to była pułapka i prawdopodobnie będą nami chcieli handlować dla jedzenia. – Poprosił Marcin skręcając na ulicę Kasztanową. Skręcił obok szkoły i skierował się na Kończyce. Przed szkołą było pusto. Kilka osób było jednak w oknach. Najprawdopodobniej przez pogodę właśnie, wszyscy siedzieli w ciepełku. Minęli szkołę, potem Ośrodek Zdrowia i zaraz potem były już Kończyce Małe. Było to jednak o tyle dziwnie zrobione, że część domów z Zebrzydowic, była za granicą Kończyc a mimo to liczyło się je jako te Zebrzydowskie. Przez to tabliczka informująca, że zmienili miejscowość, została przestawiona o ponad trzysta metrów dalej, już za koleją, na dłuższej prostej. Przejechali kolejny most, a w oddali widzieli już Slov Naft.
-Napisałem SMS. – powiedział Nikodem. Marcin zwolnił lekko i już po chwili zostali zatrzymani, przez tą samą dwójkę, która im wcześniej machała.
-Cel wizyty w Kończycach? – zapytał jeden z nich ostro. Wcześniej Marcin postrzelił go w rowek.
-Umówiona wcześniej rozmowa dyplomatyczna. – odparł Marcin.
-Zaraz… to ty? Miała być tylko jedna osoba, oraz o ile pamiętam, miała to być dziewczyna. – westchnął jeden z nich.
-Tak, wiem. Agnieszce wyskoczyło coś poważniejszego. Dostała zgłoszenie o odkryciu gniazd Mutantów, a nie wróciła na czas, więc wysłano mnie.- powiedział Marcin.
-Kim jesteście? – zmrużył oczy chłopak z lewej strony.
-Nazywam się Marcin Marcinkowski przydomek Gangster. Krążą o mnie od wczoraj plotki, na przykład, że uratowałem życie szefowi… - zaczął Marcin, a ten z prawej mu przerwał.
-A on?
-Ja jestem Nikodem Kalinowski i jestem z nim. – odparł Nikodem.
-Kalinowski… masz siostrę Laurę? – zapytał ten z prawej.
-A no mam. I jeszcze Trzyletnią Oktawię w przedszkolu, pod opieką przedszkolanek. – odparł Nikodem. Marcinowi coś nie grało. Wiedział, że Laura to siostra Nikodema. Jednak jak było to możliwe, skoro Nikodem siedział tu od zawsze, a Laury nikt nie znał? Marcin zapisał sobie tą uwagę w pamięci i stwierdził, że spyta Laury bądź Nikodema przy pierwszej lepszej okazji.
-Niezła dupa z tej Laury tak swoją drogą. – odparł znów ten z prawej.
-A no niezła. – pokiwał głową Marcin.
-Wolna chociaż? – zapytał znów ten z prawej.
-No… - zaczął Nikodem.
-Jest zajęta. – Powiedział Marcin spokojnie.
-No nic, więc wyjdźmy. Artur czeka. – stwierdził ten po lewej. Marcin wyszedł spokojnie, a Nikodem po chwili również. Marcinowi zakręciło się lekko w głowie. Skutki po wczorajszym piciu były lekko odczuwalne. Chłopak z lewej pobiegł do Artura, jednego z walczących poprzednio z Blondasem. Chwilę rozmawiali a Marcin podszedł z Nikodemem, gdy tamci zamachnęli na nich dłonią. Odezwał się Artur.
-Dobrze. Nazywam się Artur Piła. Panie Kalinowski… oraz panie Marcinkowski, mam nadzieję, że się dogadamy.
-Możemy pojechać gdzieś do waszego urzędu lub też gdziekolwiek? Zimno jest strasznie. – westchnął Marcin.
-Hmm, no dobrze, w takim razie przejedziecie się kawałek ze mną. – stwierdził Artur.
-Jeszcze jedno. Jest wśród was dziewczyna, która za pewne nie wie jak ma na nazwisko. – zaczął Marcin.
-Ah, że Sandra? – zapytał Artur.
-Jak ma świeżo zafarbowane włosy na czerwono, to będzie w takim razie ona. – odparł Marcin.
-Tak to ona. A na co ci się ona przyda? Jest jednym z bardziej zaufanych naszych ludzi.
-Wiesz. Powiedziałem, że mam na nazwisko Marcinkowski. Nie wydało ci się dziwne, że mam podobne imię nazwisko? – zapytał Marcin.
-Hmm, wiesz… zdarza się, że rodzice tak nazwą. Jednak fakt, nieco dziwne, tym bardziej, że nigdy o tobie nie słyszałem. – powiedział Artur.
-Cóż. Myślę, że jak Sandra dowie się, że poza nią jest jeszcze kilka osób, które nie pamiętają przeszłości, to będzie chciała ze mną pogadać. – odparł Marcin. Artur nie odpowiedział, jednak wyjął telefon i zadzwonił gdzieś.
-Witam, Artur Piła z tej strony, dodzwoniłem się do Dominika? Dobrze, wyślij mi na Slov Nafta Sandrę. – poprosił Artur i się rozłączył.
-Cóż, może nie marnujmy czasu na jazdę do gminy. Zacznijmy rozmowę. – poprosił Artur.
-Więc jaka ilość jedzenia by was satysfakcjonowała? –zapytał Marcin.
-Cóż. Jest nas siedmiuset. Nie wiem ile macie jedzenia, ale przydałby się zapas na jakiś miesiąc. – powiedział Artur.
-Z tego co mi wiadomo, nasze zapasy wystarczą na jakieś dwa tygodnie. – odparł Marcin.
-Więc połowę. – zażądał Artur.
-Na pięć dni, plus dostaniecie możliwość połowów na Młyńsztoku. – powiedział Marcin.
-Jeziorko pełne rybek? Brzmi obiecująco, jednak jakoś tak mało tego… -stwierdził Artur.
-Tak w ogóle, z jakiej to racji bierzecie od nas jedzenie i co z tego będziemy mieli MY. – zapytał Marcin.
-Co wy z tego macie? To, że jeszcze żyjecie. – uśmiechnął się Artur.
-Czyli jak wam nie damy, to co wtedy? – zapytał Marcin. Artur nie zdołał odpowiedzieć, bo od razu podjechał samochód, w którym siedział koleś, który wcześniej zabijał łopatą, wraz z Sandrą. Marcin od razu ją poznał. Miała czerwone włosy, które bardzo pasowały jej do twarzy. Nogi miała całkiem zgrabne i była całkiem wysoka. Wszystko było spoko, tylko jakoś całkowity brak cycków bił trochę w oczy.
-Zabijanie w tych czasach nie ma sensu. Jednak może coś jesteście warci i Agnieszka, czy ktoś dałaby za was okup. – stwierdził Artur.
-Tak myślę, że to nie ma sensu. – stwierdził Marcin. Podeszła do nich Sandra i spojrzała pytająco.
-Czyli nie dacie nam jedzenia? – zapytał Artur.
-Nie zgodzili się? – zdziwiła się Sandra.
-Sandra, zgadza się? – zapytał Marcin.
-No tak, a… - odparła Sandra a Marcin jej przerwał.
-Dobra, posłuchaj teraz co mam ci do powiedzenia. – poprosił Marcin.
-No mów, mów. – powiedziała Sandra niecierpliwym tonem.
-Dobrze. Jakiś czas temu straciłaś swoją pamięć i nie znałaś nikogo, prawda? – zapytał Marcin.
-Skąd… nikt o tym nie wiedział przecież. – zdziwiła się Sandra. Artur spojrzał na nią zagadkowo.
-Wiem wiele rzeczy. Również straciłem pamięć. Znam też pozostałe osoby. – powiedział Marcin.
-No ale o co chodzi? Czego chcesz tą rozmową dokonać? – zdziwiła się Sandra. Artur się oddalił, dzwoniąc do kogoś.
-Słuchaj, pomóż mi proszę. Chciałbym uniknąć wojny i sprawić, że nasz gatunek przeżyje. Spróbuj go jakoś przekonać, aby nie robił z tego wojny. – poprosił Marcin.
-Myślisz, że wam pomogę, bo nie pamiętam jak wy? To niczego nie dowodzi. – stwierdziła Sandra.
-Otóż dowodzi. Ostatnie nasze wspomnienie było, że przelatywaliśmy w siódemkę przez portal. – odparł Marcin.
-Wcześniej może się i znaliśmy, ale co to zmienia? Nawet nie wiemy czy to wspomnienie jest prawdziwe. – stwierdziła Sandra.
-Obudziłem się przy szczątkach portalu. Ale może coś jeszcze z tego będzie. Więc to było na pewno prawdą. Posłuchaj mnie teraz. Gdy ginie ktoś z nas, z naszej siódemki, zaczynam na nowo dzień, od momentu, kiedy zasnąłem ostatnio. Jeśli już z nami Ne idziesz, po prostu nie daj się zabić. – poprosił Marcin.
-Dobra, to co ostatecznie robimy z tą wojną? – zapytał Nikodem.
-Będziesz potrafił ich zabić? – zapytał Marcin.
-Co… chyba nie mówisz serio? – zapytała zdziwiona mocno Sandra.
-Spokojnie. Ciebie oszczędzimy. Po prostu nie możesz zginąć. – odparł Marcin.
-Po moim trupie! Nie będziesz zabijać tych, którzy dali mi dom i schronienie! – krzyknęła Sandra. Usłyszeli samochody. Artur uśmiechał się w podejrzany sposób.
-Chcą nas wziąć do tej niewoli. Uciekajmy w las! – poprosił Nikodem.
-Będziesz w takim razie naszą zakładniczką. – powiedział Marcin.
-I co, jak nie będę spełniała poleceń to mnie zastrzelicie? Śmiało, obudzisz się rano, o ile to prawda. – wzruszyła ramionami Sandra.
-Proszę. Nie walcz tylko. Odsuń się. – poprosił Marcin, wyjmując pistolet.
-Wiesz co robisz? – zapytał Nikodem.
-Nie. Improwizuje. Możliwe, że rozpętam trzecią wojnę światową. – stwierdził Marcin.
-Byle Szymon się nie wkurzył. – stwierdził Nikodem.
-Dobra, najwyżej. – wzruszył ramionami Marcin. Celując w Artura, zaczął iść szybkim krokiem w stronę torów, ich poprzedniej kryjówki. Arturowi uśmiech opadł na widok broni Marcina. Marcinowi włączyła się adrenalina.
-Cóż to się dzieje? – zdziwił się Artur.
-Niespodziewana zamiana stron. Teraz to ja żądam czegoś. A niewykonanie to u mnie kulka w głowę bez zastanowienia się. – stwierdził Marcin. Samochody były już blisko. Słyszał ich głośne wycie. O dziwo pozostała dwójka strażników nie zwróciła uwagi na całą sytuację.
-Nic ci nie dam. A i tak nie strzelisz. – stwierdził Artur, wyjmując zza paska duży nóż myśliwski.
-Nie znasz mnie. Więc dlaczego tak sądzisz? – zaśmiał się Marcin. Nie miał już takich oporów przed zabijaniem.
-Stary, nie rób tego… on serio jest zdolny aby strzelić. – poinformował Nikodem.
-Może i kiedyś się przyjaźniliśmy, ale stoimy po przeciwnych stronach barykady, a ty, stoisz po tej złej stronie. – odrzekł Artur.
-Marcin, uważaj! – powiedział Nikodem z przerażeniem w oczach. Zanim Marcin zareagował, poczuł, że ktoś wskoczył mu na plecy i obalił go na ziemię. Wyleciał mu pistolet, do którego doskoczył Nikodem. Poczuł, że upadek poodzierał mu nieco dłonie i ręce. Zrzucił z siebie napastnika i odsunął się nieco od niego. To była Sandra, która po raz drugi skoczyła na Marcina. Dostał z pięści w głowę, jednak cios nie był zbyt mocny. Marcin usłyszał strzał, nie wiedział co się dzieje. Jakieś krzyki, nadjeżdżające samochody. Próbował zrzucić z siebie Sandrę. Uwolnił jedną z dłoni i złapał ją za włosy. Przysunął jej głowę do swojej i przywalił jej najmocniej jak potrafił ze swojej głowy.
-Aj! – zapiszczała Sandra, chwytając się za głowę. Marcin skorzystał z tego i się podniósł. To co zobaczył przeraził go nieco. Artur leżał na ziemi a z jego głowy wyleciała już spora kałuża krwi. Kawałek dalej leżał cały we krwi pocisk. Ze strony torów nadleciała cała rada Zebrzydowic z najróżniejszymi broniami. Z samochodów wylazła nieco większa grupka osób niż poprzednio.
-A oni co? Skąd się tu wzięli? – zapytał Marcin Nikodema.
-Wybacz, nieco zmodyfikowałem tego SMSa. – odparł Nikodem.
-Dobrze zrobiłeś. – ucieszył się Marcin.
-Mogę pistolet? – zapytał Nikodem.
-Tak, ale użyj go tylko w ostateczności. Szkoda nabojów. – odparł Marcin.
-Lajtowo. – ucieszył się Nikodem. Marcin spojrzał na tłumek walczących. Blondas zabijał w najlepsze, Długas również.
-Przepraszam. – powiedział do wstającej Sandry.
-Ty debilu! Miało być dobrze! – krzyknęła Sandra znów skacząc na Marcina. Marcin nie uniknął jej skoku, przez co Sandra obaliła go na plecy, na których miał plecak, który zamortyzował jego upadek.
-Nie mamy tyle jedzenia, aby wam dać! Poszukajcie w Pruchnej, Kaczycach, Pogwizdowie, czy nawet Cieszynie! Ale nie tutaj! – krzyknął Marcin.
-Nie rozumiesz? Będziemy głodni… POUMIERAMY. – powiedziała z łzami w oczach Sandra.
-Zabijajcie mutanty. Może są zjadliwe. Na przykład zmutowane ryby, już słyszałem, że jedli i im nic nie było. – westchnął Marcin.
-Zatrzymaj tą walkę… zginą niewinni ludzie… - powiedziała płacząc już Sandra.
-Mi nie zależy na nich. Chcesz to ich przekonaj. Ja mam cel, odnaleźć helikopter, który w nocy przeleciał i nic więcej. – oznajmił Sandrze Marcin.
-Puść mnie… może coś zdziałam.- poprosiła Sandra
-Może jednak jeszcze masz szansę na bycie dyplomatą. – uśmiechnął się Nikodem.
-I co teraz? Głupio tak iść walczyć. – stwierdził Marcin.
-No wiem. Chyba lepiej zostać. – stwierdził Nikodem.
-Chyba zaraz będzie okazja do walki. – stwierdził Marcin, wyciągając zza paska swój kijek z haczykiem. Mianowicie zza tyłów Slov Naftu nadleciała dwójka, która ich sprawdziła, gdy tu przyjechali.
-Tak właśnie coś mi nie grało, że ich nie ma. – zdziwił się Nikodem wyjmują swoją broń. Marcin stanął tyłem do reszty walczących i czekał aż tamci dwa się zbliżą.
-Mógłbym ich łukiem wykończyć, ale niech będzie. – uśmiechnął się Marcin. Odsunął się lekko od Nikodema i jeden z nich podleciał do niego. Był to ten, który dostał wcześniej z kulki w rowek.
-Śmiało. – zachęcił Marcin. Tamten zaczął podskakiwać w miejscu niczym jakiś bokser. Marcin wziął zamach, jednak tamten odskoczył. Natychmiast jednak przystąpił do ataku. Marcin miał broń z drewna, a tamten miał metalowy pręt, który był identycznej długości co broń Marcina, przez co walka byłaby wyrównana, gdyby nie to, że broń jego rywala była cięższa. Gdy Marcin odparował jego atak, jego cios sprawił, że broń mu prawie wypadła. Dzięki temu, Marcin złapał mocniej broń i zrobił szybki zamach. Uderzył hakiem w palce rywala, jednak nieco za słabo, aby tamtego to zabolało. Odskoczyli od siebie przez co Marcin spojrzał, że Nikodem i jego przeciwnik okładali się pięściami, będąc niemalże w uścisku. Marcin stracił chwilę i to jego rywal zaatakował pierwszy. Marcin chciał odparować atak, jednak to tamten był szybszy i Marcin oberwał mocno po ręce. Syknął z bólu, jednak wciąż był w grze. Marcin ryzykownie skoczył na blokującego się już rywala i zaczął go zaskakująco szybko okładać po jego broni. Dwa razy trafił go w dłonie. Wtedy zaryzykował chwytając go za broń. Tamten próbował ją wyszarpać, a Marcin musiał upuścić swoją, żeby walczyć o przejęcie drugiej broni. Zaczęli się kopać i nagle tamten nieco popuścił trzymanie swej broni. Marcin był skupiony na kopaniu, tak bardzo, że nie zobaczył zbliżającej się pięści. Gdyby nie mocny uścisk na broni przeciwnika to na pewno już by leżał na ziemi. Zakręciło mu się w głowie i przystąpił do ataku. Uniknął pięści przeciwnika i sam się zamachnął puszczając broń przeciwnika. Uderzył go dwukrotnie w bok, oraz zrobił to czego chciało. Powalił przeciwnika kopnięciem w krocze. Gdy tamten się zgiął wyrwał mu broń i przywalił mu w głowę. Nie był to zbyt mocny cios, jednak wystarczył, aby obalić przeciwnika na ziemię. Nie ruszał się, jednak żył. Spojrzał na Nikodema i przeraził się. Nie wiadomo skąd, ale jego przeciwnik miał w dłoni pistolet i mierzył nim w Nikodema, który akurat zataczał się do tyłu.
-Nie rób tego. – odezwał się Marcin. Tamten najwyraźniej nie widział Marcina, więc przerażony odskoczył do tyłu mierząc do niego.
-Spokojnie… załatwmy to pokojowo. – podniósł Marcin ręce do góry.
-Nie! – krzyknął tamten i strzelił. Marcin poczuł szarpnięcie pod lewą pachą. Spojrzał jeszcze jak Nikodem skoczył i obalił przeciwnika. Marcin złapał się w miejsce trafienia i poczuł krew. Ciekło po nim. Pocisk przebił bluzę i bluzkę, a nawet zebrał z niego kawałek mięsa. Żebra miał całe, pocisk musiał się od nich odbić. Włożył rękę w ranę i wyczuł żebro. Wzdrygnął się. Wcześniej jakby czas się spowolnił. Pod wpływem adrenaliny nie czuł początkowo bólu, jednak gdy znów się rozejrzał, adrenalina opadła, a pojawił się mocny ból. Nikodem rozwalił napastnikowi gardło i było widać, że skonał. Odgłosy walki już również ucichły. Marcin spojrzał na wszystkich. Lewy, oraz czworo innych, których imion Marcin nie znał poległo, za to u wrogów przetrwały tylko trzy osoby, które teraz miały podniesione ręce. Przypatrywała się temu Sandra, która nic nie zdziałała. Wyglądała na zdołowaną. Marcin jęknął z bólu i sam nawet nie wiedział, że w pewnym momencie nogi zgięły się pod nim i upadł na twardy asfalt.
-Marcin! – usłyszał Nikodema.
-I znów wszystko od nowa… - wyszeptał Marcin, po czym zalała go czerń.
#9 Jak fenix z popiołów
Cisza. Ciemność.
-Coś nowego… - pomyślał Marcin. Nic. Po otwarciu oczu dalej ciemność. Poczuł, jak serce cofa mu się do gardła.
-Nie obudziłem się po raz kolejny? – pytał się Marcin w myślach. Marcin przetarł oczy czy aby na pewno to nie był sen. Silny, lecz już nie tak silny jak przed momentem ból, sprawił, że Marcin zaczynał wierzyć w wersję, że umarł ostatecznie, a teraz trafił gdzieś do próżni. Albo piekła. Marcin pomacał się po kieszeniach, jednak nie znalazł nawet kieszeni. Próbował się podnieść, wyczuł, że leży na łóżku, jednak było ono dziwne. Nic go nie przykrywało. Z wielkim bólem i grymasem wstał i rozciągnął się. To co wcześniej uważał za ciemność, teraz stanowiło tylko silny mrok. Obok siebie, po lewej stronie, zauważył dwa jaśniejsze kwadraty. Podszedł do nich ostrożnie.
-Okna. Czyli żyję. Tylko czemu nie umarłem? I czemu mnie zostawili? – zadawał sobie w myślach pytania.
-Ile czasu minęło… - westchnął już na głos Marcin.
-Pomocy! –krzyknął od razu. Echo. A później cisza. Całkowita cisza. Cisza, która była z nim od przebudzenia, lecz dopiero teraz ją zauważył. Marcin wyjrzał przez okno. Zobaczył nieco znajomy mu widok, jednak nie pamiętał, aby kiedykolwiek tutaj był. Znajdował się w szpitalu, a widok za oknem utrwalał go w nowej wizji, że przewieźli go jakimś cudem do Jastrzębia, a on sam przeżył.
-Zaraz… ale skąd się wzięli lekarze? – zdziwił się Marcin. Dotknął rany. Nie wyczuł jej, zamiast tego po prostu poczuł, że ma jakiś okład, który jednak pomagał mu nieco. Dopiero po chwili do niego coś dotarło. Był nagi.
-Ups. – stwierdził z przerażeniem. W tle dostrzegł coś w rodzaju szafy. Podszedł do niej mając nadzieję, że znajdzie ubranie. Nie pomylił się. Co prawda nie było to jego ubranie, jednak przynajmniej mogło go zakryć. Po chwili miał już na sobie jasnoniebieskie szpitalne wdzianko, oraz dziwne papcie. Obok, w szafie była również specjalna narzuta na obuwie, którą zawsze trzeba było ubierać. Marcin to olał, gdyż teraz już nikt na to nie patrzył.
-Co mnie nie zabije to mnie wzmocni. – stwierdził Marcin, mówiąc o swoim stanie i położeniu. Dostrzegł przy drzwiach swój plecak i ucieszył się. Wyjął szybko latarkę, jednak stwierdził, że raczej mu się nie przyda. Nacisnął włącznik światła, jednak tamten nie zadziałał.
-Cholera. Jak długo byłem nieprzytomny? Przespałem końcową zagładę?- wystraszył się Marcin. Włączył latarkę i wyszedł z pokoju. Znalazł się przy jakimś długim korytarzu. Na końcu był zakręt na lewo. Kulejąc, potoczył się w tamtym kierunku. Minął automat z przekąskami, który był oczywiście pusty. Minął też coś w rodzaju recepcji. Pusto. Cały szpital był wyludniony. Wyszedł na zewnątrz. Zaskoczył go mróz. Nie mógł jednak siedzieć samemu w środku. Chciał odkryć co się stało. Trzydziestocentymetrowa warstwa śniegu również go zdziwiła. Jednak było zimniej niż przedtem, a ciągle padało i padało. Teraz już nie było śladu po chmurach. Niebo było rozgwieżdżone i księżyc był w połowie odsłonięty.
-Czyli jednak ludzie żyją. – stwierdził Marcin słysząc muzykę w hotelu Diament. Wyskoczył na zewnątrz i dopadł do pierwszego lepszego auta na parkingu. Dotknął ośnieżonej klamki i przeszedł go zimny dreszcz. Auto było jednak zamknięte. Dopiero szóste z kolei, zastał otwarte, jednak bez kluczyków.
-Pierdziele to, idę balować… - westchnął Marcin cały trzęsąc się z zimna. Hotel Diament był ledwie dwieście metrów dalej, jednak taki odcinek wiele Marcina kosztował. Może i nie miał szwów, jednak miał ranę dobrze owiniętą przez co nie wykrwawiał się. W papciach miał pełno śniegu, jednak nic nie mógł poradzić. Cały drżał, gdy zauważyły go pierwsze osoby, stojące przed wejściem i palące papierosy. Miały może po trzynaście lat…
-Zombie!? – krzyknął jakiś dzieciak.
-Ni to zombie, ni to mutant. – przyjrzała mu się jakaś ruda dziewczyna.
-Wygląda na pacjenta. – stwierdził najstarszy z nich, gdy Marcin był już kilka metrów od nich.
-Kim jesteś? – zapytał czwarty z nich.
-Zimno! – warknął Marcin wpadając przez drzwi do środka. W środku przy ścianach stało kilka małych grupek, każda jednak zauważyła jego wejście. Patrzyli na niego w osłupieniu i z niedowierzaniem. Niektórzy przecierali oczy ze zdumienia. Marcin dopiero po chwili stwierdził, że patrzą się na niego, jakby wyleciał z wariatkowa. Rozwalone włosy na wszystkie możliwe strony, lekko zakrwiony bok, oraz jego ubiór.
-Potrzebuję lekarza. Błagam. – powiedział Marcin i ruszył powoli między wszystkimi kulejąc.
-Spokojnie, już lecimy po kogoś! – powiedział wysoki chłopak i wziął ze sobą trzech kumpli.
-Kim ty jesteś? – zapytała jakaś dziewczyna.
-Nikt mnie nie zna, to pewne. Jestem z Zebrzydowic, jednak postrzelili mnie i ocknąłem się przed momentem w szpitalu obok. – powiedział dygocząc Marcin.
-Dajcie mu coś ciepłego! – krzyknął jakiś chłopak, na oko młody student. Był najstarszą osobą jaką Marcin spotkał odkąd pamiętał. Od razu dwóch chłopaków poleciało do wieszaka z którego wzięło dwie kurtki.
-Są nasze, oddasz przy okazji. – powiedział jeden z nich. Marcin ubrał jedną, a drugą się przykrył. Dawno nie było mu tak zimno jak teraz. Dość spory tłumek zebrał się wokół niego i był zaciekawiony jego osobą.
-Którego dzisiaj jest? – zapytał Marcin niepewnie.
-Siódmego kwietnia. – powiedziała jedna z dziewczyn.
-Trzy dni byłem nieprzytomny… - stwierdził Marcin.
-Zaraz przyjdzie osoba, która zapewne miała okazję cię opatrzyć w szpitalu.
-Może w końcu się dowiem co jest grane. – westchnął Marcin.
-Z drogi! – Marcin usłyszał nadbiegających kilka osób. Kilka osób musiało się od niego odsunąć, żeby lekarz mógł się do niego dostać.
-Wielkie nieba! Tuż to cud. – stwierdził chłopak w okularach, jeden z przybyłych.
-To ten, którego postrzelili? – zapytała dziewczyna, która najwidoczniej z nim chodziła, gdyż trzymała go za rękę.
-Tak, dużo się napatrzyliśmy na jego twarz. Zdajesz sobie sprawę, że umarłeś? – zapytał się go chłopak w okularach.
-Umarłem? Gdybym umarł, to by mnie tu nie było. – oznajmił Marcin.
-Dowieźli cię tutaj do nas, a ja wyczyściłem twoją ranę, oraz opatrzyłem ją. Nie jestem w tym dobry, jednak wszystko było dobrze. W pewnym momencie po prostu nagle umarłeś. Nie wiem co się stało. Nie oddychałeś, serce przestało bić. Jakim cudem więc ty żyjesz? – zapytał tamten z nadzieją, że Marcin mu odpowie.
-Nie czuje się jakbym umarł. Nie było żadnych białych tuneli, spowolnienia czasu, ani nawet nie widziałem was i siebie z góry. Po prostu postrzelili mnie, zemdlałem, a następna rzecz to nagłe przebudzenie chwilę temu. – powiedział Marcin. Było mu już cieplej, jednak dalej dygotał. Ktoś przyniósł mu gorącej herbaty.
-Dziwny fenomen. Może jesteś odporny na śmierć? Może wirus tak na ciebie wpłynął. Napisz o tym na forum. Popytaj ludzi, chociażby z całego świata, czy ktoś miał podobnie. – poprosił Marcina doktor.
-Nie boję się śmierci. Prędzej czy później umrę. Wszyscy umrzemy. Oczywiście można odwlekać ten stan. Najpierw umrą słabi, osoby nie umiejące walczyć. Na końcu zginą ci najbardziej poradni. Ale to już tylko kwestia czasu. Mutanty są zbyt silne. Słyszeliście o dwójce, która wpadła w gniazda mutantów i zwiała? – zapytał Marcin.
-Coś tam dwa dni temu czytałem… - powiedział lekarz, nieco zbity z tropu, tym co powiedział przed chwilą Marcin.
-Widziałem to. Uwierz mi, że jeśli takich gniazd jest wiele, to nie mamy szans na przetrwanie. – powiedział Marcin przygnębionym tonem. Upił spory łyk wrzącej herbatki.
-To co mamy robić?! – zawołał jakiś chłopak w tłumie.
-Walczyć. Bronić się. Opóźniać to co nieuniknione. – powiedział Marcin.
-Ile nam zostało? – zapytała jakaś dziewczyna.
-W takim tempie… was było ponad trzy tysiące, gdy patrzyłem ostatnio, prawda? – zapytał Marcin.
-Poczekaj… jest nas dokładnie… - zaczął lekarz, ale uprzedził go ten sam, który spytał ile im zostało.
-Trzy tysiące sto siedemdziesiąt cztery osoby.
-Ile osób umarło przez te trzy dni? – zapytał Marcin.
-Ze dwadzieścia osób może. Ale z tych dwudziestu osób było dziewięć samobójstw, trzy śmierci z przyczyn naturalnych, dwie od mutantów, oraz sześć osób zginęło od mrozu. – oznajmił lekarz.
-Dwadzieścia osób przez trzy dni. Obserwujcie kolejne trzy dni. Powinno być podobne. Jeśli to będzie szło w takim tempie… sto osób na dwa tygodnie. Dwieście na miesiąc. Po roku zostanie was gdzieś z sześćset, oczywiście o ile dotychczasowe zagrożenia nie będą mocniejsze. – odparł Marcin.
-Mówisz, że rok. Kończy się jedzenie. Nie jesteśmy w stanie wyżywić trzech tysięcy osób. – powiedział ktoś w tłumie.
-W ogóle, to co to za zgromadzenie, nie ma co panikować, ogarniemy sytuację! – powiedział jakiś chłopak w tłumie. Tłumek zaczął się rozchodzić, choć wciąż dużo osób na niego zerkało. Zostało pięć osób. Lekarz, jego dziewczyna, chłopak, który wcześniej się udzielał, oraz jeszcze dwie osoby, których kurtki miał Marcin.
-Dobra, masz przed sobą władzę Jastrzębia. Rozumiem, że byłeś kimś ważnym w Jastrzębiu, skoro przywiózł cię sam wasz dowódca? – zapytał lekarz.
-Dowódca? Szymon? – zdziwił się Marcin.
-No tak. Było mu nieco smutno. Chciał się odwdzięczyć, że mu pomogłeś wcześniej. – powiedział lekarz.
-No proszę, jednak warto pomagać. Dobrze. Jestem Marcin Marcinkowski, aka Gangster. Jestem jednym z dwunastu bodajże radnych z Zebrzydowic. To znaczy pewnie już nie, ale jak wrócę, to powinni mi pomóc. – stwierdził Marcin.
-Najpierw, to ja będę musiał zmienić opatrunek. A przynajmniej zobaczę, czy rana się goi. – stwierdził lekarz.
-Witaj Marcinie. Może to wydarzenie to był znak, abyśmy nasze miasta połączyli paktem o neutralności? Tyle się mówi teraz o walkach między wsiami, miastami o jedzenie. Ludzie giną masowo. Najciekawiej było w Nowym Yorku. Tam to blisko trzy tysiące osób starło się ze sobą. – zaśmiał się jeden z chłopaków od kurtki.
-Tak w ogóle, jestem Ryszard. – odparł lekarz.
-Ja jestem Agata, a to są bracia, Hubert i Olek. – wskazała dziewczyna Ryszarda na chłopaków od których Marcin miał kurtkę.
-Jestem Bartek jak coś. – powiedział ostatni z nich.
-Dobra, nie mam jakoś pomysłu co teraz z tobą zrobić. Chyba spróbujemy dostać się do mojego domu, ale to dosyć daleko. – stwierdził Ryszard.
-Opatrz mnie, daj coś ciepłego na drogę i dostanę się do Zebrzydowic. – stwierdził Marcin.
-Nie dasz rady. Drogi są całe ośnieżone, a pod spodem lód, więc samo chodzenie jest już niebezpieczne. – oznajmił Ryszard.
-Kurde no, ale ja muszę jakoś dotrzeć do reszty… - westchnął Marcin.
-Spokojnie, chodź z nami. Jakoś to będzie. – stwierdziła dziewczyna Ryszarda, Agata.
-No dobra, chodźmy. – wzruszył ramionami Marcin. Dopił duszkiem ciepłą herbatę i poszedł za nimi. Wyszli na mróz. O ile wcześniej Marcinowi było zimno, o tyle teraz, mimo chłodu, czuł, jakby na zewnątrz było cieplej niż w letni wieczór. Przeszli do czarnego volva i wsiedli do środka.
-W środku zimniej, niż na zewnątrz. – skomentował Marcin.
-Się nie wystrasz. W Jastrzębiu również jest jedno znane nam gniazdo. Będziemy je mijali, a tam lubi być sporo mutantów. – odparła Agata.
-Spokojnie, wzięli mi jak widzę pistolet, ale, ale łuk mam przynajmniej, więc w ostateczności mamy się czym bronić. – stwierdził Marcin, przeszukując swój plecak. Nie znikło na szczęście nic, był nawet jego telefon, jednak mróz sprawił, że wyładował się już zapewne pierwszego dnia, po postrzale.
-Może być ciężka jazda. – stwierdził Ryszard, po czym odpalił samochód. Odpalił bez problemu, widać, że tamten potrafił jeździć. W końcu był starszy.
-Ile masz lat? – spytał się Marcin, Ryszarda.
-Aa, już dwadzieścia, jestem jednym ze starszych tutaj, nie wiem, większość moich znajomych z rocznika zmarła przy epidemii. – oznajmił Ryszard.
-Dlaczego w ogóle ta epidemia się pojawiła? – zapytał Marcin.
-Było wiele teorii. Na przykład przed epidemią interesowałem się wiele o Illuminati. Wiesz co to, nie? – zapytał Ryszard.
-Taka grupka ludzi, która tam chciała, aby było mniej ludzi na świecie. To by się zgadzało. – zauważył Marcin.
-Reptilianie. Słyszałeś? – spytał Ryszard.
-Teoria, że światem rządzą jaszczury z kosmosu? – zaśmiał się Marcin.
-Tak, nieźle, widzę, że jesteś nieźle obeznany. No dobra, to ułatwi w rozmowie. Więc była teoria, że to Illuminati wysłało jakiś wirus, który nas wytępił. Jednak to by nie miało sensu, skoro najbardziej prawdopodobne osoby wywołania takiego wirusa umarły. – powiedział Ryszard. Wpadli akurat w lekki poślizg, jednak Ryszard wyszedł z tego cało. Minęli szpital i jechali w stronę centrum Jastrzębia.
-Czyli, że kto by to mógł być? – zapytał Marcin.
-Cóż. Wspomniałem wcześniej o Reptilianach. Jest teoria łącząca, że Reptilianie to też Illuminati. A o ile czytałem kiedyś to Reptilianie przewijali się przez wieki jako ci, którzy wiele dokonali w historii, albo ci którzy rządzili światem. Napoleon, Aleksander Wielki, Caryca Katarzyna. A w naszych czasach byliby to Putin, Obama, czy nawet możliwe, że Tusk. Ale to tylko teorie. Cała wymieniona przeze mnie grupka nie żyje, więc wątpliwe, aby to była wina Illuminati. Raczej coś nowego się wdarło do atmosfery, czy coś. – stwierdził Ryszard.
-Eh i ty w to wierzysz. – westchnęła Agata.
-Coś w tym jest. O co chodziło w tym wirusie? – spytał Marcin.
-Hmm, jeśli rozumiem pytasz ogólnie o to co o nim wiadomo? – spytał Ryszard.
-Pewnie niewiele, ale każda informacja jest ważna. – oznajmił Marcin.
-Dobra. Więc tak. Możesz nie wierzyć, ale pierwsze przypadki przytrafiły się w Polsce. W Wiśle zgłosiła się jakaś staruszka. Nie byłoby to dziwne, gdyby nie to, że nagle w ciągu jednej dobry w całej Polsce a wkrótce i za granicą zaczęli chorować na to samo. Im osoby starsze tym szybciej umierały. Objawami była gorączka, która później przejawiała się krwistymi plamami, krwisty kaszel i katar… masakra. Do dziś pamiętam, jak mój tata wrócił z nocnej zmiany w szpitalu cały schorowany. Ludzie umierali na całym globie. Część pochowała się w schronach, ale to nie u nas, tylko w Ameryce. Nie wiadomo co się z nimi stało. – odparł Ryszard.
-Tyle? – zapytał Marcin. Coś go w tym zaintrygowało.
-Tak, jak masz pytania to pytaj. Jestem synem lekarza to wiem o tej chorobie wiele. – stwierdził Ryszard.
-Spoko, zastanowię się. – stwierdził Marcin.
-Mijamy gniazdo. Patrz. – powiedział Ryszard, wskazując Marcinowi na stację benzynową. Wyglądało to dość dziwnie. Stacja była zapadnięta w ziemię, a część nawet zawaliła się na dół. Marcin widział to tylko dzięki wielu parom świecących oczu zielono, czerwono, niebieskich. Były też różne podobne odcienie. Kilka par się nimi zainteresowało i powoli zmierzali w ich stronę, jednak jak widać nie miały na nich ochoty, bo wystarczyło, aby pobiegły i byłoby po nich. Minęli je i ruszyli dalej.
-A ta staruszka z Wisły… jakieś dokładniejsze informacje o niej znasz? – zapytał się Marcin.
-Może to nie jest dziwne, ale jak już się pytasz, to miała sklerozę… nie pamiętała za wiele. Nie umiała się przedstawić. Wiedziała tylko swoje imię. – powiedział Ryszard.
-Zaraz! To jest to! Miała sklerozę… nie sądzę, aby ją miała. – uśmiechnął się Marcin.
-Masz tak samo, co nie? – zapytał Ryszard.
-Tak… wszystko połączyć, to możemy otrzymać ważną informacje. Kto ważny mieszkał, bądź przebywał w Wiśle w dzień gdy staruszka przybyła do szpitala? – spytał Marcin.
-Oj nie mam pojęcia… ta staruszka to była poniekąd celebry tka. – zdziwił się Ryszard.
-Że niby kto to był? – zdziwił się Marcin.
-Nie kojarzę jej imienia i nazwiska. Jakaś Irena. Polska aktorka czy coś takiego. Ale chyba wiem, do czego zmierzasz… - zaczął Ryszard.
-Tak, mogłeś mieć rację. Nikt nie pomyślał, że ktoś taki może być też z Illuminati. – powiedział z uśmiechem Marcin.
-Że niby ona celowo się zaraziła, aby zredukować ludność na świecie? – wystraszył się Ryszard.
-Była stara. Może miała raka, albo już umierała i specjalnie to zrobiła. Ale moje wnioski nie kończą się na tym. Wywnioskowałem stąd, że ona jest z Wisły. Cztery dni temu było słychać helikopter nad Zebrzydowicami. Odnotowali to też w Ustroniu, oraz właśnie w Wiśle. Dalej już nie. Skoro helikopter oraz ta staruszka byli z Wisły, to chyba mówi samo za siebie. – powiedział Marcin.
-Illuminati ma bazę we Wiśle? – zapytał Ryszard.
-Wiesz, Wisła jest wielka, a terenów zamieszkałych w niej niewiele. Nikt do tego nie wie, że tam może być jakaś siedziba czegoś tam. A, że Illuminati może mieć swą siedzibę w Polsce, to bym nie podejrzewał, ani na pewno żadna inna osoba. Więc to jest dla nich doskonały kamuflaż. – odparł Marcin. Minęli akurat galerię handlową po lewe stronie a kawałek dalej świecił znaczek Mc Donalda.
-Helikopter mówisz… więc oni żyją tam dalej… - zdumiał się Ryszard.
-Miałem w planach tamtego dnia zerknąć do Wisły za tym helikopterem. Będzie trzeba to zrobić jak najszybciej. – stwierdził Marcin. Ryszard skręcił koło Kauflanda i ruszył ulicą w dół.
-A co jeśli oni nas zabiją? – zapytała Agata.
-O jesteś tutaj. – zaśmiał się Ryszard, z tego, że Agata milczała całą podróż.
-Jeśli iść tą teorią dalej. Jestem jakiś inny. Ja i jeszcze kilka osób z Zebrzydowic. Mieliśmy taką samą utratę pamięci. Więc może oni zrobili na wszelki wypadek kilka osób, które mogłyby utrzymać gatunek w razie, gdyby wszystko poszło nie tak. – zamyślił się Marcin. Jego teoria była jeszcze bardziej możliwa, gdyż mimo tylu śmierci, ciągle żył. Możliwe, że miał wpięte w siebie jakieś urządzenie, które zapisywało jego ostatni sen a później go przywracało. Będzie musiał to uzgodnić z Laurą i Kingą, gdy już wróci.
-Wiedziałem, że coś jest w tobie. To było dziwne przeczucie, ale się sprawdziło. – uśmiechnął się za kierownicą Ryszard.
-Się nie zakochaj w nim. – zaśmiała się Agata z fascynacji Ryszarda.
-Spokojnie misiu, o to się nie bój! – powiedział Ryszard. Skręcili na parking po prawej stronie od targu. Były tu trzy samochody, a ich najgorszy ze wszystkich.
-Zbadamy cię dziś, a jutro dostaniesz kilku ludzi i pojedziecie do Wisły. – zaproponował Ryszard.
-Wiesz, szczerze, to nie potrzebuję pomocy. Dam radę sam. – stwierdził Marcin.
-Ale jeszcze ci się coś stanie. Co wtedy? – zapytał Ryszard.
-Spokojnie, jutro ustalimy, pasuje? – zapytał Marcin. Wyszedł z samochodu rozejrzał się po okolicy. W tle widział kilka bloków. Nie widział jeszcze takiej zimy jak tak. Drogi zaśnieżone, budynki, wszystko. Nie było widać, gdzie znajduje się trawnik, gdzie parking, a gdzie droga.
-Chodźmy. – zaproponowała Agata. Marcinowi jakoś nie spasowało ich towarzystwo. Wolał Laurę, Kingę i Nikodema. Agata i Ryszard byli zbyt dorośli. Postanowił ich wkrótce opuścić. Ryszard mieszkał na trzecim piętrze. Winda na szczęście działała, więc Marcin nie miał kłopotu z dotarciem tam.
-Nie pomyśleliście, aby gdzieś się przenieść niżej, albo w ładniejsze miejsce? – zapytał Marcin, pod drzwiami domu Ryszarda. Drzwi były zamknięte a znalezienie klucza trwało dość sporo.
-Mam sentyment do tego miejsca. – odparł Ryszard. Otworzył drzwi i weszli do środka. Zapalili światło i Marcinowi ukazał się maleńkie, trzy pokojowe mieszkanie. Przywitało ich radosne szczekanie.
-House, do nogi. – zawołał go Ryszard. Tamten pojawił się zza drzwi kulejąc na jedną nogę, niczym serialowy Dr House, skąd zapewne pies odziedziczył imię.
-Kawy, herbaty? – zapytała Agata Marcina.
-Herbatę, jakoś muszę zasnąć. – stwierdził Marcin.
-Chodź do dużego pokoju. – zaproponował Ryszard. Marcin sięga nim udał. Duży pokój, okazał się pokojem nie większym jak łazienka Marcina.
-Dobra, przebiorę się w robocze ubranie, a potem opatrzymy ci to. – powiedział Ryszard. Marcin chciał podłączyć telefon do ładowarki, jednak takiej nie znalazł. Pomyślał, że zadzwoni później. Najpierw po około pięciu minutach, wpatrywania się w ścianę przyszła Agata z trzema herbatami, a później dopiero Ryszard ubrany w kombinezon, oraz rękawiczki.
-Jak nie chcesz to nie patrz na to. – powiedział Ryszard. Marcin zdjął koszulkę i dał ręce za głowę. Nie wiedział, czy czeka go ból, jednak rana sama w sobie bolała dość mocno. Marcin ujrzał nieco zabarwiony na czerwono opatrunek.
-Cholera, nie wygląda to za ciekawie. W środku będzie gorzej. – westchnął Ryszard.
-Jestem gotowy. – powiedział Marcin. Ryszard zaczął od razu odklejać bandaż z okolic rany. Marcina zabolało w jednym momencie, bowiem krew przykleiła mu się do skóry, a Ryszard mu ją szarpnął. Pomimo tego, bandaż zszedł gładko, ukazując Marcinowi swoją biedną ranę. Ryszard mu się przypatrywał. Było widać kość, która była tak jakby lekko odrapana, trochę pojedynczych nitek mięsa, która zwisały bezwładnie z reszty ciała. Sama rana przyprawiła Marcina o mdłości. Sam nie wiedział dlaczego, ale zrobiło mu się słabo i odleciał w pustkę.
***
Marcin siedział na fotelu w pokoju Marcela. Rozejrzał się, jednak wyglądało to dosyć normalnie. Nie mógł się poruszać, był raczej uwięziony w swoim ciele, którym ktoś kontrolował. Wstał z łóżka i wyszedł z pokoju. Zbiegł ze schodów łapiąc do rąk Viki. Na dole siedziała jego mama i tata z małym braciszkiem. Widział ich już wcześniej. Teraz miał pewność, że Marcel jakimś cudem został podmieniony za niego.
-Cześć wam, co słychać? – zapytał Marcin. Jego głos był jakby młodszy od teraźniejszego. Sam wyglądał na niższego.
-Spóźnisz się do szkoły. – powiedziała jego mama.
-Od kiedy cię to interesuje? Idę dziś później. – powiedział Marcin. Wszedł do kuchni i zabrał chipsy. Widział, że jakoś za specjalnie nie lubił rodziców, czemu, tego jednak już nie wiedział. Scena znikła, zamiast niej, pojawił się Marcin idący nad Młyńsztokiem. Obok niego szła Vanessa, a za nimi Jarek, czyli jego sąsiedzi z góry.
-Myślisz, że Real jutro wygra, czy Barca? – zapytał Jarek.
-Jasne, że Barca. Zazwyczaj jest zacięta walka, ale teraz twój ukochany Real ma dwie kontuzje w składzie. – zaśmiał się Marcin.
-Nie w takich sytuacjach Real wygrywał. – wyśmiał go Jarek. Marcinowi znów znikła scena sprzed oczu. Nie mógł nic robić, jak tylko być tego wszystkiego świadkiem. Tym razem zobaczył jak idzie z toalety w jakimś dziwnym miejscu w górach. Dotarł do grupki około trzydziestu osób. Zobaczył w nich, jakby młodszą wersję Laury, Sandry i Kingi, jednak nie podszedł do nich, tylko do młodszej wersji Nikodema, który stał z jakimiś trzema nieznanymi Marcinowi osoby.
-Kiedy wracamy? – zapytał Marcin.
-Jakoś za kwadrans. Nie mam pojęcia, co tutaj można jeszcze robić. Cała ta wycieczka to jakiś niewypał. – westchnął Nikodem.
-Rozejrzyjmy się może. – zaproponował Marcin. On, Nikodem, oraz jeszcze jakaś jedna osoba, podeszli do ich miejsca zakwaterowania, wyglądającego bardziej na kamienicę niż willę. Przed nim była główna droga, a pomiędzy maleńki parking, oraz kilka bilbordów. Jeden reklamował Willę Małgorzata, a drugi z kolei telefonię komórkową Play. Marcin się przyjrzał, Salon od Play znajdował się w Wiśle, przy ulicy 1 maja. Marcin spojrzał na adres ich Willi. Była na ulicy 1 maja, co oznaczało… Marcinowi zabiło serce. Jakimś sposobem i w jakimś celu, znalazł się tu teraz, w Wiśle. Znów, kolejny znak za tym, że powinni udać się do Wisły. Akcja nie zniknęła i mimo, że Marcin się zamyślił, wciąż śledził, gdzie uda się jego ciało, z resztą. Przeszli przez ulicę i natrafili na jakieś stare garaże. Był tam też znak Polski Walczącej.
-Dziwne tereny. Tam pełno hoteli, centrum miasta, a tutaj zaraz obok dziura, bez jakichkolwiek oznak życia. –stwierdził trzeci chłopak.
-Patrz Arturze, tam jednak ktoś chodzi. – Nikodem wskazał palcem w krzaki niedaleko garaży.
-Olać to, wracamy. – odparł Marcin. Marcin słuchał tej wymiany zdań. Zdał sobie też sprawę, że trzecim chłopakiem, jest zabity przez Nikodema, Artur. Drugą sprawą było to, że te garaże wyglądały nie używane od lat. Kto wie, czy gdzieś tutaj nie byłoby tej bazy… - zamyślił się Marcin. Następnie obraz znów się mu zamazał. Tym razem zobaczył nieco inny obraz. Siedział przed swoim laptopem i wypisywał do różnych osób, których zbyt bardzo nie znał. Jakiś Łukasz, Karina i Agnieszka, choć nie ta, którą by kojarzył. Przyszła też nowa wiadomość. Całość nie była zbytnio przydatna i nie dowiedział się z tej sceny nic. Podobnie było przez kilka kolejnych, aż nagle poczuł, że może się poruszać i widzi ciemność. Obudził się. Gdzieś w pokoju obok słyszał chrapiącego Ryszarda. Sięgnął do plecaka, który leżał blisko niego na ziemi i wyjął latarkę. Zaświecił dyskretnie i rozejrzał się po pokoju. Nie widział niebezpieczeństwa, więc powstał. Rana bolała, jednak nieco mniej jak wcześniej. Bandaż miał zmieniony i nie wyglądało to już tak tragicznie jak wcześniej. Zabrał plecak ze sobą i powoli podszedł do przed pokoju. Usłyszał, jakby coś spadło na ziemię. Coś zaczęło się do niego zbliżać. Zaczął szukać broni w panice. Znalazł jedynie buta pod ręką. W lewej trzymał latarkę i świecił w kierunku kroków. Ze strachu zapomniał, że to był tylko pies.
-Oh, House, to tylko ty. – odetchnął Marcin z ulgą. Tamten zaczął się do niego łasić i Marcin musiał go podrapać, aby tamten się od niego odczepił. Wziął z szafy jakieś większe buty, oraz wojskową kurtkę. Ubrał to cicho i usłyszał, że chrapanie Ryszarda ustało. Marcin zahaczył o coś i usłyszał mocny huk o podłogę. Czym prędzej otworzył drzwi i wyleciał na zewnątrz, zatrzaskując je za sobą.
-Nie wyszło… - westchnął Marcin. Znajome dreptanie obok niego, dało mu poczucie, że może tą ucieczką doprowadzić do jakiejś wojny z Jastrzębianami. Zleciał po schodach, na dół a gdy był na dole, usłyszał głos Ryszarda, jednak nie wiedział co tamten krzyczał. Wiedział tylko tyle, że dopadł do drzwi wyjściowych od bloku i je pchnął. Wyleciał z niego i wpadł w poślizg. Wylądował na plecaku, przez co nieco złagodziło to ból. Marcin miał na sobie pełno śniegu. Za nim leciał House, który wyglądał, na przyjaźnie nastawionego.
-Wracaj do niego, bo będzie, że cię porwałem! – krzyknął Marcin. Powstał i rozejrzał się. Nie miał pojęcia, gdzie mógłby się udać. Spróbował szczęścia na parkingu. Skoczył do nowszego modelu BMW w nadziei na to, że będą kluczyki w środku. Wielkim zaskoczeniem było to, że kluczyki w środku były, a samo auto stało otworem.
-To on ma tu sportowe BMW a jeździ Volvem? – Marcin był zdziwiony. Usiadł i miał zamiar zamknąć drzwi. Zanim je zamknął, poczuł na sobie psa od Ryszarda. Tamten przeskoczył go i usiadł na przednim siedzeniu.
-To już jest kradzież. – westchnął Marcin. Odpalił samochód i wycofał się. Auto ślizgało się masakrycznie, przez co Marcin toczył się jedynie dziesięć kilometrów na godzinę. Skręcił w prawo, zostawiając Ryszarda i Agnieszkę samych. Miał wrażenie, że będzie źle. Wspomniało mu się, że jest on tym, który będzie końcem i zniszczy wszystko. Do tej pory wiele jego wyborów było złych. Marcin przejechał na czerwonym świetle i skręcił znów w prawo, jadąc już w kierunku ronda na Zebrzydowice.
-House… czeka nas długa droga do domu… - westchnął Marcin.
***
Rondo. Długi i stromy wjazd. Po lewej stronie oświetlony kościół. Nieco kręta droga. Drugi kościół. Dzielnica Ruptawa. Marcin zbliżał się do Zebrzydowic i sam nie wiedział, co powie reszcie. Chciał wiedzieć jak zareagują jego znajomi. Bał się trochę, jednak był pozytywnej myśli. Przed nim był stromy zjazd. Teraz jechał już ponad trzydzieści na godzinę, jednak nawet nie było aż tak czuć jak śliska mogła być droga. Pokonywał raczej drogę po śniegu i gdyby nie ledwo widoczny ślad innych opon, to miałby nie lada problem by znaleźć asfalt. Najgorszym problemem było to, że gdy zjechał ze stromego zjazdu, tuż przy samej granicy Jastrzębia i Zebrzydowic, stracił ślady opon, które zjeżdżały w jakąś mniejszą uliczkę w prawo. Zatrzymał się nie wiedząc co zrobić. Mógł jechać nalepo, nie znając drogi, oraz mógł udać się za oponami. Wolał jednak zatrąbić. House wystraszył się i zaczął chodzić po siedzeniu, jednak Marcin nie przestawał trąbić. Nie czekał długo. W jakimś domu po prawej stronie zapaliło się światło. Marcin przestał trąbić i czekał. Trzy osoby obserwowały Marcina przez okno. Ten zatrąbił jeszcze jeden raz, który już przyniósł skutki. W oknie zniknęła jedna osoba, a po chwili zaświeciło się światło przed domem. Marcin otworzył okno, czekając, aż tamten podejdzie. Po chwili zauważył, że zbliża się do niego, jakiś wysoki i łysy chłopak. Marcin przełknął ślinę, gdy chłopak stanął przy szybie. Miał on wiatrówkę wycelowaną w jego głowę.
-Czego? – warknął chłopak w jego stronę.
-Nie mam jak dojechać do domu. – oznajmił Marcin.
-Ja też nie wiem. – odparł tamten.
-Mogę przenocować? – zapytał Marcin.
-Nie sądzę. – odparł tamten wrogo.
-Ale… - zaczął Marcin.
-Nie. – powiedział tamten i odszedł.
-Nie dostaniesz już ani grama jedzenia od nas! – krzyknął Marcin. W odpowiedzi usłyszał strzał. Nie był jednak w niego wymierzony, gdyż rozbił tylną szybę.
-Cham… Dobra tam House, nie ma się co bać. Jedziemy dalej. Marcin wcisnął gaz, jednak samochód, zaczął zakopywać się w śniegu. Marcin dał na luz i wrzucił ręczny. Odpiął pasy a później wyszedł na zewnątrz. Było strasznie zimno, a śnieg sięgał do połowy łydek. Wziął ze sobą pistolet, w razie niebezpieczeństwa. Zaszedł samochód od tyłu i zaczął odkopywać śnieg. Odkopał pierwszą oponę, gdy usłyszał w pobliżu jakieś szmery. Wstał wyjmując pistolet i był gotowy na ewentualną obronę. Wyjął z kieszeni latarkę i poświecił dookoła. Nic nie dostrzegł, więc lekko przestraszony wrócił do odkopywania opon. Ledwie zaczął, a usłyszał kolejne szmery. Przeraził go ten fakt i od razu zaczął się rozglądać. Dostrzegł ruch, przy przednim kole. Coś kopało w śniegu.
-House… nie strasz mnie. – odetchnął na jego widok Marcin. Kolejne szmery. Marcin odwrócił się gwałtownie. Po śniegu szedł dość powoli, sporych rozmiarów dzik.
-O nie… co to, to nie. – stwierdził Marcin i wycelował pistoletem na niebieskookiego dzika. Oczy dzika świeciły tak mocno, że lekko oślepiały Marcina. Wystrzelił, gdy był pewny, że ma sto procent na trafienie. Dzik dostał w głowę, a Marcin odetchnął. Jednak nie na długo. Ze strony pól, nadbiegały kolejne mutanty, które wyglądały już nieco gorzej.
-W co ja się wplątałem! – wystraszył się Marcin. Przeleciał przez krótki dystans do drzwi samochodu. Chciał je zamknąć, jednak zauważył, że House, ma problemy z wskoczeniem. Marcin nachylił się i go dźwignął. Rana Marcina dała znać. Zabolało go straszliwie, jednak dał radę. Zamknął drzwi niemal w ostatniej chwili, a po sekundzie usłyszał mocne uderzenie w drzwi, od jego strony.
-Dobra, jedziemy! – krzyczał Marcin ze zdenerwowania. Odpalił samochód i wrzucił jedynkę. Samochód zaczął dziwnie skręcać w prawą stronę. Zanim Marcin zahamował, poczuł, że samochód spada do rowu.
-No nie! Tępy śnieg! – krzyknął Marcin. Nacisnął klakson, aby odstraszyć mutantów, jednak dźwięk wydawał się na nie, nie działać.
-Dobra, to tam nic strasznego, tym razem pojadę prosto do domu. Śmierć to nic strasznego… - powtarzał przerażony Marcin. Samochód leżał lekko przechylony do przodu, jednak aż tak strasznie to nie wyglądało. Marcin próbował zachować zimną krew, przez do wrzucił wsteczny i próbował wyjechać. Jedynym efektem był głośny dźwięk silnika. Musiał więc przestać. Marcin wziął do ręki ponownie latarkę i otworzył drzwi po stronie pasażera. Miał nadzieję, że jakoś zwieje. Wyskoczył w jeszcze głębszą warstwę śniegu, jednak już miał plan. Wybił się i wskoczył na dach. Po stronie drzwi kierowcy, trzy dość dziwne mutanty, starały się dostać do środka. Marcin wycelował i strzelił do pierwszego z nich. Niebiesko bordowa krew wystrzeliła w górę i pobrudziła śnieg. Pozostałe dwa na niego spojrzały i najwyraźniej dopiero teraz zainteresowały się nim na nowo. Marcin wystrzelił i powalił kolejnego zwierza. Trzeci zaczął próby wdrapywania się na dach, jednak nie potrafił zbyt bardzo. Marcin wycelował i nacisnął spust. Uśmiech z jego twarzy zszedł równie szybko jak się pojawił. Skończyły mu się naboje.
-Nosz cholera. – stwierdził cicho Marcin Od strony Zebrzydowic, po drodze, powoli zbliżały się kolejne mutanty. Marcin zaczął działać. Wiedział, że są wolne, więc wziął rozbieg, po czym przeskoczył ostatniego mutanta i wylądował w śniegu przy drodze po czym upadł.
-Argh! – krzyknął Marcin. Rana mocno ucierpiała na tym skoku, a sam Marcin prawie zemdlał. Nie potrafił wstać.
-Na co czekasz? Zabij mnie. – wyszeptał Marcin. Cały się trząsł. Nie kontrolował tego nawet. Popatrzył się w oczy mutanta. Tamten zatrzymał się i popatrzył na niego. Mutant wyglądał, jak jakiś goryl, w połączeniu z koniem. Tamten zawył nieludzko i odwrócił wzrok. Po chwili jednak znów na niego popatrzył i rzucił się w jego stronę. Marcin zamknął oczy, jednak nie poczuł go na sobie. Poczuł jedynie lekki podmuch powietrza. Otworzył szybko oczy, jednak tamtego nie było przy nim. Słyszał jego kroki gdzieś za swoimi plecami. Z samochodu wygrzebał się House. Równocześnie, usłyszał zwierzęcy ryk za swoimi plecami. Marcin zamknął oczy. House pobiegł gdzieś w stronę pól.
-Już jesteś bezpieczny. – usłyszał za swoimi plecami glos, który nie tak dawno odmówił mu pomocy.
-Nie próbował mnie zabić. – stwierdził Marcin.
-Mnie próbował. Zmieniłem zdanie. Na noc zostajesz, a gdy się rozjaśni, odejdziesz stąd i nie wrócisz. – oznajmił tamten. Jego ton, nie przyjmował sprzeciwu.
-Dobrze. Dziękuję. – westchnął Marcin.
-Chodź. Nie zamierzam czekać. – stwierdził tamten i odwrócił się.
-Idę, idę. House? Nosz, gdzie on się podział. – westchnął ponownie Marcin.
-Lubiłem ten serial. No ale się skończył. – stwierdził tamten. Marcin jeszcze chwilę go wołał, po czym zamilknął już. Weszli po schodach do środka.
-Jak jesteś głodny, to muszę cię zmartwić, ale porcje, jakie dostajemy, są na tyle małe, że sam muszę czasem coś upolować. – stwierdził tamten.
-No jestem, ale rozumiem was. No cóż. Takie czasy. – westchnął Marcin. Przybiegły cztery, nieco młodsze osoby, niż sam Marcin.
-Kim jesteś? – zapytał chłopak, może w wieku jedenastu lat.
-Marcin… Górniok, znany jako Gangster. – przedstawił się Marcin.
-Nie potraktowałeś naszego gościa, chyba zbyt ostro, co nie ? – spytała jedna z trzech dziewczyn.
-Uratowałem mu życie. To chyba i tak za dużo. – stwierdził tamten.
-Daj spokój Mati. – machnęła ręką najstarsza.
-Dobrze wiesz jaki mam stosunek do obcych, po tym, jak ostatni taki tu wpadł. – oznajmił Mati.
-Ale to był tylko raz. Nie każdy jest taki sam. – stwierdziła najmłodsza.
-Nie mówcie o tym już… błagam. – prawie popłakała się ta w średnim wieku.
-Przepraszam… ale mogę skorzystać z łazienki? – zapytał Marcin.
-Idź, idź. Na prawo, pierwsze drzwi. A i buty zdejmij. –oznajmił Mati.
-Już, już. Spokojnie Basia, nie ma co płakać, szepnęła średniej, najstarsza. Marcin dotarł do łazienki w samą porę. Ból stawał się nie do zniesienia. Zdjął szybko bluzkę i przeraził się. Z jego rany, leciała krew.
-Dobra, pora ten dzień już skończyć. – westchnął Marcin, w poszukiwaniu możliwości na jakąkolwiek śmierć. Znalazł sposób bardzo szybko. Wrząca woda w wannie. Rana powinna pozwolić mu na natychmiastową śmierć po zetknięciu z wodą. Gdy już chciał włączyć strumień wody, aby ten napełnił wannę, ktoś zapukał do drzwi.
-Nie! – krzyknął Marcin, jednak było za późno. Drzwi się uchyliły a w nich ujrzał głowę najstarszej z dziewczyn, może czternastoletnią.
-O kurwa. – skomentowała to prędko.
-Nie wołaj reszty, błagam. – szepnął Marcin.
-Mati! Chodź tu szybko! – krzyknęła tamta. Nie minęły może nawet i dwie sekundy, gdy drzwi otwarły się z hukiem.
-Najpierw gwałciciel, a teraz ranny. – westchnął Mati.
-Znajdź bandaże, musimy mu pomóc! – zarządziła najstarsza dziewczyna.
-Słabo mi… - stwierdził Marcin, po czym runął w czerń.
***
Dla odmiany, nic mu się nie śniło, ani też nie wróciły wspomnienia. Ocknął się w jakimś nowym i nieznanym mu pokoju. Leżał w łóżku z niebieską pościelą w samoloty. Obok stała szafa, a po drugiej stronie łóżka był stolik ze szklanką wody i jabłkiem, które nie było zbyt nowe. Naprzeciwko, było drugie łóżko, z drugą szafą i stolikiem. Naprzeciwko drzwi do pokoju, było okno. Dla odmiany padał deszcz, jednak nie było już nocy, a raczej poranek, lub nawet późniejsza pora. Marcin podniósł się i odkrył. Leżał w samych bokserkach, a rana była całkiem dobrze obandażowana. Nie było ani śladu krwi. Marcin miał nadzieję, że nie minęło za wiele czasu odkąd stracił przytomność. Chwilę potem stał już na nogach. Odkrył, że nawet nie czuje zbytnio bólu. Wziął szklankę i upił trochę wody. Popatrzył na jabłko, jednak nie poczuł głodu.
-Pozwiedzajmy więc. – uśmiechnął się Marcin. Podszedł do drzwi i otworzył je. Naprzeciwko zobaczył otwarte drzwi do drugiego pokoju o podobnym układzie, jednak było w nim dużo misiów na półkach i szafce, trochę zabawek, inaczej pomalowane ściany i kilka plakatów. Łóżka miały różowe kołdry. Marcin zerknął w prawo. Był tam trzeci pokój, w którym z kolei siedział Mati. Miał na uszach słuchawki i grał w jakąś grę na komputerze. Marcin postanowił pójść w lewo, w górę schodów.
-Widzę, że się obudziłeś. – uśmiechnęła się najstarsza z sióstr.
-A no tak wyszło. – Uśmiechnął się Marcin i przeciągnął się leniwie.
-Wiem, że to nieładnie… ale czemu masz tam tą ranę?
-Oj długa historia. Rana wojenna. – uśmiechnął się Marcin.
-Nie wyglądało to za fajnie.
-Ja wiem, wiem. No ale co zrobić? – wzruszył ramionami Marcin.
-Mati stwierdził, że prawdopodobnie ktoś ci postrzelił.
-Zna się więc na ranach. Głupio mi spytać, ale czy dałoby radę, abyście mnie zabrali do Zebrzydowic? – zapytał Marcin.
-Do Zebrzydowic? Jutro myślę, że drogi będą przejezdne. Plus musisz wypocząć. – odparła dziewczyna.
-A ty… hmm, czy wy nie chcieliście się przenieść do Zebrzydowic? – zapytał Marcin.
-Jakoś tutaj czujemy się dobrze. Wiemy, że na zewnątrz jest groźnie, więc nie wychodzimy na tam zbyt często.
-Dostawy żywności macie, co nie? – zapytał Marcin, choć miał wrażenie, że już mu o tym coś mówili poprzedniego dnia.
-Dziś się spóźniają, ale powinni lada moment mam nadzieję. – stwierdziła dziewczyna.
-Coś chyba nie gra. Dostawy są zazwyczaj przed czasem. Nie pamiętam aby ktoś się spóźniał kiedyś. – zmartwił się Marcin.
-Jak nie będzie nikogo to Mati tam zajedzie.
-Na pewno będzie. – uśmiechnął się Marcin, z nadzieją, że wszystko gra.
-Masz na imię Marcin, dobrze pamiętam?
-Dobrze, a ty… hmm, nie mówiłaś chyba. – stwierdził Marcin.
-Lucyna jestem. Nie kojarzę cię sprzed apokalipsy.
-Nikt mnie nie zna. Jestem kuzynem Marcela. – stwierdził Marcin. Był już w Zebrzydowicach znany jako jego rodzina, więc wolał utrzymać tą wersję do końca.
-Marcel się mocno kumplował z Matim przed apokalipsą. Później kontakt im się urwał bo w sumie Marcel olał go dla innych znajomych. – stwierdziła Lucyna.
-Muszę jechać kurczę do Zebrzydowic. – stwierdził Marcin.
-Powinieneś zostać. – zmartwiła się Lucyna.
-Nie chcę wam się narzucać. Plus jestem już i tak tutaj za długo.- stwierdził Marcin.
-No dobrze, to poczekajmy jeszcze chwilę i zobaczymy czy ktoś przyjedzie. – stwierdziła Lucyna.
-Czekaj, daj mi się ogarnąć i umyć. – powiedział Marcin.
-Dobrze, to powodzenia. – powiedziała Lucyna i poszła w stronę Matiego.
***
Deszcz bębnił o dach samochodu. Pod kołami była już tylko odrobinka śniegu, który niebezpiecznie dawał o sobie znać, nawet przy najmniejszym zakręcie. Marcin, Mati i Lucyna jechali mozolnie w kierunku Zebrzydowic. Dostawa nie dotarła i jechali sprawdzić przyczynę. Muzyka dudniła całym samochodem. Lucyna krzyczała coś z przedniego miejsca do Matiego, jednak Marcin nic nie słyszał. Mati chyba również bo ściszył muzykę, która wciąż była głośna.
-Co chciałaś? – spytał Mati.
-Abyś ściszył, bo jeszcze nam się jakieś mutanty zlecą, a tego nie chcemy. – stwierdziła Lucyna.
-Pech chciał, że już nas jakieś gonią i nawet doganiają, bo jedziemy za wolno. – stwierdził Mati. Faktycznie, Marcin obejrzał się za siebie i zobaczył kilkunastu dużych mutantów, którzy ich gonili.
-Mam pomysł. Ale nie wypali bo raczej nikt z nas nie ma jakiegoś czegoś co gra muzykę. – stwierdził Marcin.
-Radio jest. – stwierdziła Lucyna.
-Chodziło mi o to, że byśmy wyrzucili coś za okno co gra głośno i by się do tego zleciały wszystkie. – odparł Marcin.
-Czekaj, czeka. Mam coś chyba. Może nie jest to za dobre, ale może się udać. – oznajmił Mati.
-No, to dawaj! – krzyknął Marcin.
-Rzuć to jak będą bliżej. – uśmiechnął się Mati.
-Że co?! – Marcin był szczerze zdziwiony.
-Pomogliśmy ci. Uznaj to, jako fakt, że zaufaliśmy ci. Ani słówka reszcie. –uśmiechnął się Mati.
-No dobra, czyli chyba wiem już, kto ma całą zbrojownie z posterunku policji. – uśmiechnął się Marcin.
-O, czyli jednak przeszukaliście posterunek? – uśmiechnęła się Lucyna.
-Ja nie, ale zanim się zjawiłem już to zrobili, jednak nic nie znaleźli. – odparł Marcin.
-Jakby było tragicznie, to podzielimy się tym co mamy. Jak na razie to by tylko pogorszyło wszelaki scenariusz. – odparł Mati.
-Dobrze rozumiem. Ale jedno pytanko. Jak do cholery używa się granatów?!
***
Zebrzydowice były spowite mgłą. Od ronda, po centrum a nawet dalej. Skręcili na centrum nieco wystraszeni, że stało się coś więcej niż niedobrego.
-Myślicie, że mutanty przeprowadziły jakiś szturm? – zapytał Mati.
-Na razie, poza tymi wysadzonymi nie widziałem żadnego. – odparł Marcin.
-W sumie co się dziwić. Większość siedzi w szkole i obok niej, reszta w urzędzie zapewne. Więcej ludzi nie ma. Pojedyncze sztuki takie jak my, siedzimy gdzieś w domach. Ale zapewniam cię, że to garstka. – stwierdził Mati.
-Ale ja wiem, spokojnie. Tylko mówię, jakbym pomyślał, gdybym tu był pierwszy raz. – odparł Marcin. Podjechali pod urząd gminy i zatrzymali się. Drzwi uchyliły się i zobaczyli w nich głowę. Był to jeden z Braci Cienia, którego Marcin widział tylko raz, w momencie, gdy pierwszy raz przebywał w ich bazie.
-Kim jesteście? – krzyknął, gdy tylko wyszli z samochodu.
-Spokojnie, znam hasło, lewatywa pachnie mydłem! – krzyknął Marcin.
-Poprawnie. Tylko kim jesteście? – zapytał chłopak w drzwiach.
-Spokojnie, poproś Szymona, Nikodema, Agnieszkę, czy kogoś, kogo masz pod ręką. – poprosił Marcin.
-Gdzie ty byłeś? Skoro znasz hasło to powinieneś wiedzieć trochę nowości. Dwa dni temu wrogowie z Cieszyna bądź okolic podstępnie ukradli nam większość jedzenia, porywając do tego kilka osób z rady. Dziś ruszyła ekipa, która miała na celu znalezienie wroga i jego ciche wybicie. – oznajmił chłopak.
-Kiedy wyruszyli?! – zapytał zaniepokojony Marcin.
-Przed chwilką. Nie będą dalej jak przy Slov Nafcie. Z czego chcieli zrobić pętlę, aby nie było, że to my. – oznajmił chłopak.
-Dobrze, którędy mieli zamiar jechać? – zapytał Marcin.
-W Hażlachu na Zamarski, potem do Gumnej, Ogrodzonej, Bażanowic, Dzięgielowa i mieli zamiar chyba nawet na Punców jechać i dowiedzieć się co nieco od jakiegoś znajomego, który tam mieszka. – odparł chłopak.
-Łał, nieźle, nieźle. No to nie pozostaje mi nic innego jak za nimi jechać. Dobra, szkoda czasu. – machnął ręką Marcin.
-Jak to musisz? Bez nas sobie nie dasz rady. – stwierdził Mati.
-Daj spokój. Duży już jestem. Nie jadę przecież na wojnę a w pogoń. – uśmiechnął się Marcin.
-Ale…
-Ale co? A co z resztą? Przecież, nie możecie ich tam samych zostawić. – stwierdził Marcin.
-Ma rację. – westchnęła Lucyna.
-Wiem. Temu nie ma czasu do stracenia. – stwierdził Marcin. Zajrzał do sąsiedniego samochodu. Jako radny, wiedział, że kluczyki są chowane w tylnich fotelach, tak oby tylko oni wiedzieli o tym.
-Przyjedź po wszystkim. – westchnęła Lucyna.
-Przyjadę! Jutro powinienem wrócić najpóźniej. – uśmiechnął się do nich Marcin, po czym odwrócił do samochodu, który był najbliżej. Było to Audi A4, więc Marcin się uśmiechnął na myśl, że będzie tym kierował. Wyjął kluczyk i zamknął tylnie drzwi. Obok stał Mati, trzymając w dłoni trzy małe paczuszki naboi.
-Przyda ci się. Dwadzieścia cztery naboje. – uśmiechnął się Mati.
-Dzięki, trzymajcie się, naprawdę już lecę, tym bardziej, że muszę jeszcze jechać do domu po rzeczy. – odparł Marcin.
-Powodzenia. W opakowaniu masz kartkę z numerami telefonów. Zadzwoń a pomożemy. – powiedział Mati.
-Dzięki, trzymajcie się! – uśmiechnął się Marcin. Podał rękę Matiemu i wsiadł do samochodu. Odpalił silnik, po czym powoli wytoczył się z parkingu. Było ślisko, jednak mimo to, Marcin nie jechał powoli. Minął kościół, zamek i znalazł się koło Młyńsztoka. Mimo mgły, na stawie dało się wypatrzeć ponad tuzin łodzi, kajaków i innych pojazdów wodnych. Byli to rybacy, którzy najwyraźniej próbowali poradzić sobie z problemem żywnościowym. Bardzo chciał widzieć reakcje Kingi, Nikodema i Laury. Zjechał na swoją ulicę i powoli podjechał. Stało auto od Marcela, więc i oni byli najwidoczniej. Marcin wysiadł i poszedł do drzwi. Mimo wszystko wolał zapukać. Usłyszał po chwili jak ktoś zbiega po schodach. Drzwi otworzył Marcel. Zmierzył go wzrokiem i zmarszczył brwi.
-Spóźniłeś się na swój pogrzeb. – odparł Marcel podając mu dłoń.
-Haha, bardzo śmieszne. – zaśmiał się Marcin.
-Wchodź. Twoich ziomków co prawda nie ma, ale możesz zostać. – odparł Marcel.
-Nie ma? To co się z nimi stało? – zdziwił się Marcin. Marcel nie zdążył odpowiedzieć, bo zjawiła się reszta. Dawid, Justyna, Filip i Monika.
-Zombie? – zdziwił się Dawid.
-Jedna kulka nie jest w stanie mnie zabić. – uśmiechnął się Marcin.
-Chcesz się przejechać na swój grób może? – zaśmiała się Monika.
-Na grób? Ludzie, czemu niby robiliście mi pogrzeb, bez mojego ciała?! – Marcin był na granicy śmiechu i zdziwienia.
-Chowali wszystkich poległych. –odparła Monika.
-Słyszeliście o napadzie na gminę? – zapytał Marcin.
-No słyszałem coś tam. Porwali kilka osób i masę jedzenia. – stwierdził Filip.
-Mam zamiar ich dogonić, bo ruszyła ekipa odbijająca to co nam wzięli. – odparł Marcin.
-Hoho! Lecimy z tobą! - uśmiechnął się Marcel.
-Ja nie mogę odparła Justyna prędko.
-Czemu? – zdziwił się Dawid.
-Okres. Wolę przeleżeć to w domu. – odparła Justyna.
-Na pewno? – spytała Monika.
-Chcesz to jedź, poradzimy sobie sami. – stwierdziła Justyna.
-No haha, jak nie będziesz mieć humorków to spoko. – uśmiechnął się Dawid.
-Dobra, gdzie jest Laura i Nikodem? – zapytał Marcin.
-Po pogrzebie gdzieś zniknęli bez słowa. Zabrali połowę prowiantu, który dostaliście od gminy i słuch o nich zaginął. – odparł Marcel.
-No ja… jakiego ja mam pecha. – westchnął Marcin.
-Chcesz ich dogonić? To w drogę! – popędził ich Filip.
-Dobra, wyleje się i można jechać.
#10 Na wrogich ziemiach
Marcin, Filip, Monika i Marcel wyruszyli chwilę później. Byli wyposażeni w połowę całego prowiantu jaki im pozostał, kilka kocyków na wypadek mrozów, czterech proc, zrobionych przez Marcela, oraz w jeden łuk i pistolet. Prowadził Filip, gdyż miał już dużo większe doświadczenie niż Marcin. Jechali nieco inną drogą niż zazwyczaj. Mianowicie w stronę dzielnicy Kotucz. Na wyżynnych stronach Zebrzydowic, mgła była nieco mniejsza, niż w centrum. Do Kotucza wjechali z prędkością dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Minęli mostek i pierwsze domy w mgnieniu oka. Marcin spojrzał na jeden z domów, w którym nie tak dawno, był z Laurą i zostali podpaleni.
-Tak jak mówiłem, kieruj się większą pętlą w stronę Cieszyna. Musimy ich dogonić za wszelką cenę! – odparł Marcin.
-O to się nie martw. Damy radę. – odparł Filip. Deszcz już nie padał, jednak wciąż zbierało się na ulewę.
-Oni już i tak są daleko – stwierdził Marcin.
-Nie dalej jak w Zamarskach. – odparł Filip.
-Pojedziemy przez Pruchną. – powiedział Marcel.
-Okej, byle szybko. Ja będę wyszukiwał informacje o miastach. W sumie dawno nie wchodziłem na forum. – stwierdził Marcin. Siedział na przednim fotelu, który sobie rozłożył. Rozsiadł się wygodnie i wszedł na stronę. Na forum górował post o atakach na gniazda. Przeczytał kilka wątków. Jeden głosił o tym, że dobrym sposobem będzie wystrzelić w najjaśniejszy punkt jakiegoś wybuchowego pocisku, typu petarda. Pomyślał o granatach Matiego. Na pewno by mu pomógł. Niżej był oficjalny spis mutantów, nawet wypisane ich cechy i słabe i silne strony. Samych mutantów było bisko ponad sto odmian. Marcin wszedł na spis ludności. Tym razem coś się zmieniło. Niektóre z miast były nieco ciemniejszą czcionką. Po chwili się zorientował, że są to miasta, które są na bieżąco z podawaniem ilości mieszkańców. Z kolei te bardziej blade, pozostają z resztą bez kontaktu. Wpisał szybko Pruchną, która miała stały kontakt i liczyła niemal czterysta osób.
-Łoo, na chwilę się obróciłem do telefonu, a my już prawie w Pruchnej. – zdziwił się Marcin.
-Się dziwisz? Ten Fordzik wiele może. Za dziesięć minut będziemy w Zamarskach! – odparł Filip. Po chwili znaleźli się w Pruchnej. Za oknami śnieg był już tylko miejscami.
-Dobra, dotarliśmy do głównej drogi, teraz pójdzie szybko! – uśmiechnął się Marcel.
-Żebyś wiedział. Puste drogi to coś pięknego. – stwierdził Filip. Wkrótce przekroczyli setkę, a po chwili bliżej im było do drugiej setki niż do tej pierwszej.
-Dobrze, że śniegu nie mana drodze. – stwierdził Marcin.
-W takim tempie, to nie dziesięć a pięć minut nam zostało. – stwierdził Filip.
-Dobra, sprawdzę więc co słychać w Zamarskach. – powiedział Marcin, wpisując kolejną miejscowość. Ta również była aktywna. Liczba mieszkańców była nieco mała.
-Ej, a te Zamarski to są małe? – zapytał Marcin.
-Miałam kiedyś tam chłopaka jeszcze przed Filipem. No powiem, że malutkie są. – pokiwała głową Monika.
-No bo ledwie sto osób tam mają. – odparł Marcin.
-Wiesz, nie jest powiedziane, że tyle przeżyło. Mogli się przenieść chociażby do Cieszyna, albo i Bielska. – stwierdziła Monika.
-Wiem, tylko to strasznie mało osób. Hmm, masz może ładowarkę w samochodzie? – zapytał Marcin, patrząc na stan baterii.
-A mam, potrzeba ci? – spytał Filip.
-Pewnie! – Marcin się ucieszył.
-Dobrze, jest długi kabelek, więc śmiało możesz go używać. – powiedział Filip. Marcin podłączył telefon i tak dopiero teraz wpadł na pomysł przeglądnięcia listy kontaktów. Szybko popatrzył pod literką L, jednak Laury tam nie było. Następnie sprawdził pod N i niestety zawiódł się. Nikodema też nie miał. Olśniło go coś i zaczął rozmyślać. W międzyczasie zjechali z głównej drogi, gdyż zbliżali się już do Cieszyna i pojechali polną uliczką na Zamarski. Ponownie pod kołami mieli śnieg.
-Ej, jak Nikodem i Laura mają na nazwisko? – wypalił Marcin.
-Kalinowscy. Chcesz zadzwonić? – zapytał Filip.
-Nie koniecznie. Chcę sprawdzić czy mam kogoś. – wzruszył ramionami Marcin.
-Rozumiem, ale jakoś wątpię, że odbiorą. – odparł Filip.
-Lucek, Lucyna, Łosiu, Kabanos, Kalinowski Nikodem! Mam go! – uśmiechnął się Marcin.
-Ściszyć muzyczkę? – spytał Filip.
-Nie będę dzwonił. Napiszę tylko wiadomość. – odparł Marcin i wysłał krótką wiadomość z pytaniem, gdzie oni są.
-Są i Zamarski! – uśmiechnął się Filip.
-Są ślady opon na śniegu. Musieli tu jechać. – stwierdziła Monika.
-Racja, nie pomyślałem, aby sprawdzić. – westchnął Filip.
-Teraz powinni już być gdzieś między Gumną a Ogrodzoną. – stwierdził Marcel.
-To nie jest daleko. Znam okolicę i jest kilka skrótów. – oznajmił Filip. Marcin szybko wklepał Gumną na liście miast. Było ono skreślone. Opis był taki, że wszyscy wynieśli się do okolicznych miast.
-Gumna jest już stracona. Miasto duchów. – Stwierdził Marcin.
-No patrzyłem ostatnio, to wiele wsi opustoszało masakrycznie. Od nas też zaczną odchodzić. Już niebawem. Nie ma ich kto karmić, więc z głodu od nas pójdą. – oznajmił Marcel. Wjechali do centrum Zamarsk. O ile można to nazwać centrum. Trzy domy stały obok siebie, naprzeciwko był kościółek, a obok sklep. Dalej była jeszcze remiza strażacka. Na przystanku siedziała para, która się całowała. Filip zatrzymał się i otworzył szybę.
-Hej! Nie przejeżdżał tędy jakiś konwój dziś? – zapytał Filip.
-Pięć minut temu pięć samochodów jechało. – odparł chłopak.
-Dzięki i miłego dnia! – uśmiechnął się Filip.
-Nie ma sprawy! – krzyknął chłopak.
-Ja go znam. – stwierdził nagle Marcel.
-Świat jest mały. – uśmiechnęła się Monika.
-Znam skrót! Dogonimy ich, i zaczekamy w Bażanowicach. – odparł Filip, skręcając w polną dróżkę i gubiąc ślady samochodów.
-Lepiej uważaj! – Krzyknął Marcin. Od maski odbił się koto podobny mutant i poleciał do tyłu. Marcin poczuł wibracje. Otworzył szerzej oczy. Nikodem odpisał i raczej był nieufny.
-Kim jesteś i czemu piszesz z telefonu Marcina?! – Marcin szybko odpisał mu, żeby powiedział mu gdzie jest bo ma ważną rzecz do przekazania.
-Gdzieś tu mają gniazda, bo na polach ich sporo chodzi. – stwierdził Filip.
-No byle nie było na środku drogi… - wystraszył się Marcin. Nie chciał wpadać ponownie do dołu, aby stamtąd uciekać. Telefon zaczął wibrować. Nikodem mu oddzwaniał.
-Wycisz proszę. – odparł Marcin i odebrał.
-Słucham? – zapytał Marcin, ściszonym głosem.
-Kim jesteś złodzieju i czego ode mnie chcesz! – krzyknął Nikodem.
-Nic ci nie powiem, póki się nie dowiem. – stwierdził Marcin szeptem.
-Jejku… w Wiśle, mów o co chodzi! – wkurzył się Nikodem.
-Dobrze. Tylko nie mów dziewczynom. Wyślę ci MMSa zaraz. Ciao! – powiedział Marcin szeptem i rozłączył się.
-I jak? – zapytała Monika.
-Pojechali do Wisły, zbadać skąd pochodzi helikopter. – domyślił się Marcin. Włączył aparat i nakierował go tak, aby było widać jego twarz i Filipa, który prowadził.
-Wysyłasz mu dowód? – zapytał Marcel.
-Poniekąd. JEJKU! Jak mnie zarosło. – wystraszył się Marcin patrząc na zdjęcie. Miał wszędzie czarne kłaki, które go irytowały. Wysłał mu je jednak z podpisem. „Jedna kula to za mało, aby mnie zabić. Gra toczy się dalej”
-Jest i droga ekspresowa. – uśmiechnął się Filip wyjeżdżając na drogę. Skierował się w lewo i po chwili zorientował się, że jedzie złym pasem. Kawałek dalej był zjazd na Bażanowice. Gdy zjechali telefon ożył wibracjami na nowo.
-No halo? – zapytał Marcin normalnie.
-Ty żyjesz?! – Nikodem był wstrząśnięty.
-Żyję, a co! – uśmiechnął się Marcin.
-Gdzie jesteś?! – Nikodem wręcz krzyczał do słuchawki.
-Gumna, Bażanowice, te rejony. – stwierdził Marcin.
-Bo my jeszcze w Wiśle nie jesteśmy. Mamy postój w Skoczowie. Dziewczyny siedzą w kiblu i się malują, a ja chodzę po lesie i jagódki zrywam. – stwierdził Nikodem.
-O stary… przecież to nie dalej jak kwadrans ode mnie. – zdziwił się Marcin.
-Dawajcie do nas i lecimy na Wisłę! – odparł Nikodem.
-To mało możliwe, bo mamy inną misję z chłopakami… i Moniką. – odparł Marcin.
-Hm… jakbyście zaczekali, to byśmy podjechali. Mam im nic nie mówić tak? – zapytał Nikodem.
-No nie mów, jakbyś mógł. Ciekawi mnie ich reakcja. – uśmiechnął się Marcin.
-Ej, bo idą, widzimy się gdzie i kiedy? – zapytał Nikodem.
-Do pół godziny w Bażanowicach w centrum. – odparł Marcin.
-Ja chyba śnię… no dobra, widzimy się zaraz! – odparł Nikodem.
-No ciao! – krzyknął na pożegnanie Marcin i się rozłączył. Marcin spojrzał za okno. Śniegu było tutaj sporo, jednak z każdym kilometrem zaspy były większe i mieli kłopoty z jazdą.
-Jeszcze z kilometr i będziemy. – oznajmił Filip.
-Obyśmy byli przed nimi. Jeśli jadą na około, to będą gdzieś w Ogrodzonej. – policzył Marcel.
-Więc wkrótce się zjawią. Tutaj na prawo jest zjazd na Dzięgielów. Pojadą tędy, jestem pewien. – odparł Filip.
-Lecą na nas. – szepnęła głośno Monika.
-Mutanciki? Pobawmy się z nimi! – uśmiechnął się Marcel. Otworzył drzwi i wziął łom. Filip zgasił auto i również wyszedł.
-Ostrożnie chłopcy. – powiedziała Monika.
-A co jak ich coś capnie? – zaniepokoił się Marcin.
-Jeździmy już długo i nie raz się tak zabawiali z mutantami. Są już wprawieni. – uśmiechnęła się Monika.
-To dobrze, niech więc się bawią. – odparł Marcin. Wpisał sobie kolejne miasto, którym były Bażanowice.
-Jak to jest umrzeć i narodzić się na nowo? – zapytała nagle Monika.
-Pytasz o moje zmartwychwstania czy o ten postrzał? – zapytał Marcin.
-O to pierwsze. – stwierdziła Monika.
-Hmm, ciężko to określić. Takie jedno wielkie deja vu. – Marcin przypomniał sobie kilka śmierci i nim wzdrygnęło.
-Za dużo ich! Jedziemy! – krzyknął Filip zamykając szybko drzwi. To samo zrobił Marcel.
-Cała horda na nas lezie! – szepnął Marcel. Filip ruszył z piskiem opon i po staranowaniu kilkunastu mniejszych mutantów, mieli przed sobą pustą ulicę.
-Poczekajmy tutaj chwilkę. – zaproponował Marcin.
-Przecież nas dogonią. Ich tam są setki. Nigdy tylu na raz nie widziałem! – Filip był lekko zdenerwowany.
-Spokojnie, nic nam nie grozi tutaj. – zapewnił Marcin. Nagle usłyszeli łomot, który dochodził z dachu.
-Nic nie grozi? – wrzasnął Filip i ruszył szybko. Coś pukało w dach.
-No zrzuć to! – panikowała Monika. Nagle coś przebiło się przez dach. Jakiś kolec, który wyglądał jak dzida. Mutant wyjął go z dachu i zaatakował ponownie. Druga dziura była tuż obok.
-Mój samochód! – krzyknął Filip.
-Złap go, mam plan. – powiedziała Monika. Marcel się skupił i poczekał, aż mutant dziabnie po raz trzeci. Gdy to zrobił, chwycił go mocno, a Monika wbiła mu nóż w nogę. Mutant zaczął się szarpać i Marcel musiał go puścić.
-Poleciał do tyłu! – powiedziała zadowolona Monika.
-Gdzie są ci idioci? – spytał Filip.
-Powoli powinni być. – stwierdził Marcel.
-Było za nimi jechać, a nie chcieć ich przegonić i teraz narzekać. – westchnął Marcin.
-Przestały nas gonić. – stwierdziła Monika.
-Więc czekamy.
***
Minuta. Dwie. Pięć. Czas ciągnął się niemożliwie. Dziesięć, piętnaście. Minuty leciały a nikt nie nadjeżdżał.
-No nie jest to możliwe, żeby nam zginęli. – skomentował po długiej ciszy Filip.
-Cóż. Jeśli w grupie pościgowej był Szymon bądź Agnieszka, to faktycznie nie powinno się nic stać. Ich śmierć by mnie obudziła. – skomentował Marcin.
-Nie wytrzymam, idę się wylać. – westchnął Marcel.
-Powodzenia. – zaśmiał się Filip. Marcin przysypiał i przestał zwracać uwagę na otoczenie. Udało mu się przysnąć. Tak na kilka sekund. Dosłownie przez sen usłyszał to jeszcze przed innymi. Ryk silnika. Nie było nikogo jeszcze widać, jednak jeden poruszający się samochód w zasięgu słuchu dało się wychwycić z bardzo daleka. Marcin zobaczył daleko na horyzoncie dym. Później było widać zarys samochodu. Najwidoczniej ich zauważyli bo kierowca zaczął trąbić.
-No co za debil! Przyciągnie mutanty które nas goniły. – westchnął Filip.
-Czemu im samochód płonie? – zapytała Monika.
-Czyżby Szymon i Aga jakoś zwiali? – zdziwił się Marcin.
-Ale co to? – zdziwił się Filip.
-Co? – Marcin wpatrywał się w samochód który był już może ćwierć kilometra od nich.
-Gonią ich… - wystraszył się Filip.
-Aaaa! – z krzaków wrzeszczał Marcel. Leżał na ziemi i zwijał się z bólu.
-O nie… - Monika otworzyła swoje drzwi i podleciała do niego.
-Idź jej pomóż! – wrzasnął Filip. Marcin odpiął pasy i zanim do nich dobiegł, Monika razem z Marcelem w szybkim tempie dolecieli do samochodu. Marcin obiegł samochód i wsiadł w momencie, gdy zatrzymał się o kilkanaście metrów dalej nieznany samochód. Otworzyły się drzwi i wyleciał stamtąd Nikodem z zakrwawioną kataną w dłoni.
-Zabiłem go… ale mnie czymś opryskał… jak to parzy! – wrzasnął Marcel. Marcin odwrócił się. Cała dłoń Marcela była pokryta dziwnymi i nieprzyjemnymi niebieskawymi wrzodami.
-Będzie dobrze! – powiedział Marcin. W tym samym momencie mutanty rzuciły się na Nikodema.
-Trzeba im pomóc! – krzyknął Filip.
-Zostawcie mnie… idźcie walczyć… - poprosił Marcel.
-Łap broń! Strzelaj do nich… - powiedział Marcin Monice. Rzucił jej broń i paczkę z nabojami. Sam wyszedł z samochodu i wyjął szybko łuk z bagażnika. Leciał na nich jakiś tuzin mutantów ze strony z której przyjechali. Kilka tuzinów leciało w kierunku Nikodema od jego strony. Marcin spojrzał w kierunku Nikodema. Kinga miała w dłoni parasol a w drugiej maczetę. Marcin skojarzył, że nie ma parasola, a jego jedyna broń, to łuk. Nałożył strzałę na łuk i wycelował do biegnących mutantów. Strzelił. Pocisk poleciał nad ich głowami i w nic nie trafił.
-No kaman! – krzyknął Marcin. Wystrzelił drugą strzałę, która minęła już mutantów o centymetry. Wybuch petardy za jego plecami, sprawił, że się mocno wystraszył. Do tego Monika zaczęła strzelać z pistoletu. A mutanty były już pięćdziesiąt metrów od nich. Jeden z nich oberwał od Moniki i zatoczył się po czym upadł lecąc jeszcze dobre kilka metrów do przodu. Marcin napiął po raz trzeci łuk. Strzała poszybowała wolniej i wyżej, jednak upadła bliżej i trafiła małego mutanta, który z piskiem i wyciem upadł i wił się na ziemi.
-Dobrze! – krzyknęła Monika. Kolejny jej strzał sprawił, że mutant pożegnał się z życiem.
-Jeszcze osiem. – naliczył Marcin. Kolejna petarda, wystrzał i strzała Marcina.
-Sześć! – krzyknęła Monika.
-Są niebezpiecznie blisko! Pięć! – krzyknął Marcin. Monika dla odmiany chybiła.
-Czemu one są skierowane na mnie! – wystraszyła się Monika. I faktycznie. Ostatnie pięć mutantów leciało w stronę Moniki.
-Bo one nie są mną zainteresowane?! – Marcin uświadomił sobie coś dziwnego. Faktycznie. Odkąd miał kontakt z pierwszym mutantem, ani razu się nie zdarzyło, aby któryś mu coś chciał zrobić. Marcina wyrwał z przemyśleń krzyk Moniki. Jeden z mutantów skoczył na nią od tyłu i powalił na ziemię. Pistolet upadł jej w stronę Marcina. Marcin do niego doskoczył i wycelował. Mutant dostał idealnie w głowę i odleciał. Kolejnym strzałem zabił kolejnego lecącego w ich stronę. Zostały tylko dwa, jednak były już na tyle blisko, że Marcin chwycił strzałę i podleciał do nich. Wystraszone, zatrzymały się i zamiast go zaatakować, po prostu uciekły w las. Marcin skoczył do Moniki. Potrząsnął nią, jednak nie reagowała.
-No weź, wstań! – Marcin sprawdził jej puls i przełknął ślinę. Nie było jej już z nimi. Nie żyła. Marcin odwrócił się idealnie, by zauważyć wielką eksplozje. Nikodem zabijał z zimną krwią, a obok niego Filip, który jeszcze nie wiedział o Monice, również miał frajdę z zabijania. Kinga i Monika były odwrócone do siebie plecami i nawalały każdego mutanta, który chciał do nich podejść. I wtedy właśnie to się stało. Spory syk, a sekundę później samochód eksplodował. Części z samochodu wyleciały w każdym możliwym kierunku. Filip oberwał kołem i upadł. Reszta szczęśliwie uniknęła karoserii, jednak Laurę i Kingę powalił gorący podmuch. Nawet Marcin go wyczuł. Kilka mutantów odleciało daleko w powietrze. Marcin otworzył szeroko oczy. Z lasku leciał jeden z dwóch mutantów które przed nim uciekały. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że Laura go nie widziała. A zbliżał się do niej bardzo szybko. Marcin doskoczył do łuku i wziął ostatnią strzałę. Nie mógł dopuścić do tego, co się stało Monice. Może dla niego nie znaczyła za wiele, jednak była w jego ekipie.
-Nie mogę tego spierdolić teraz. – Marcin skupił się i wymierzył. Napiął najmocniej jak potrafił i czekał, aż mutant będzie pod jego celownikiem. Wystrzelił. Laura nie miała żadnej broni, gdyż przez podmuch ją upuściła. Odwróciła się gdy mutant był pięć metrów od niej. Strzała poleciała bardzo szybko. Marcin widział ją już, jak trafia w mutanta. Coś poszło jednak nie tak. Wiatr sprawił, że nieco zboczyła z kursu.
-Nie, kurwa nie! – Marcin złapał się za głowę i czas się zatrzymał. Strzała pomknęła idealnie w Laurę.
***
Aaa! – krzyknął Marcin. Obudził go ryk silnika.
-No co za debil! Przyciągnie mutanty które nas goniły. – westchnął Filip.
-O! Cóż za szczęście w nieszczęściu! – ucieszył się Marcin. Ucieszył się na widok Moniki.
-Czemu im samochód płonie? – zapytała Monika.
-Zaraz! Marcel! Trzeba go ocalić! – zorientował się Marcin na widok Marcela w krzakach.
-Że co? – zdziwił się Filip.
-Zaraz go coś zaatakuje. – oznajmił Marcin i wyleciał z samochodu jak głupi. Widział jak od boku leci średniej wielkości kuna. Oczywiście był to mutant.
-Uważaj! – krzyknął Marcin. Marcel odwrócił się w porę, aby zauważyć mutanta. Tamten skoczył na Marcela, który go odepchnął. Marcel wyjął szybko mały nożyk zza pasa i wbił go prosto w ciało mutanta. Wystrzeliły spazmy niebieskawej krwi, która go lekko opryskała.
-Aaaa! – z wrzasnął Marcel i upadł na ziemię. Wił się mocno z bólu.
-Nie dotykaj tego. Chodź ze mną, nic ci nie będzie. – oznajmił Marcin. Podniósł go szybko i doniósł do auta. Monika już otwarła drzwi.
-Co mu? – zmartwił się Filip.
-Nie ma czasu. Na pozycje. Mutanty nadlecą z dwóch stron. Dwunastka zza naszych pleców a od nich cała horda. Oddalcie się od ich samochodu bo wybuchnie. Monika ze mną. Masz pistolet i amunicje. – powiedział szybko i jednym tchem Marcin. Sam wyszedł z samochodu i wyjął łuk. Miał dziesięć strzał. Chwilę to trwało, jednak Marcin ustawił się tam gdzie przedtem. Miał wrażenie, że odpiera po prostu drugą falę potworów.
-Słuchaj. Gdy zostanie ich jakoś z pięciu, miej oczy dookoła głowy. – poprosił Marcin.
-Przeżyłeś to już, prawda? – zapytała Monika.
-No niestety. Celuj jak poprzednio, a będzie dobrze. – uśmiechnął się Marcin. Wystrzelił pierwszy. Strzała poleciała podobnie jak i poprzednio. Z drugą poczekał chwilę dłużej, aż mutanty zbliżą się na dobrą odległość. Monika trafiła nieco później jak poprzednio, a sam Marcin miał kłopoty z celnością. Ostatecznie siódemka leciała w kierunku Moniki.
-Czemu one są skierowane na mnie! – wystraszyła się Monika. Ostatnie siedem mutantów leciało w jej kierunku.
-Nie wiem, ale uważaj! – krzyknął Marcin. Mutant, który wcześniej ją zabił już się zbliżał. Monika strzeliła do niego niemal natychmiast. Padł jeszcze kilka metrów od niej.
-To ten? – zapytała Monika.
-Tak! Ładna obrona. – stwierdził Marcin i przełknął ślinę. Siedem mutantów zbliżyło się niebezpiecznie blisko. Marcin zabił jeszcze jednego, a Monika dwóch.
-Mam tylko mój kijek… - westchnął Marcin. Wymacał w sakwie coś metalowego. Nóż. Nie miał czasu mu się przyjrzeć, jednak było w nim coś szczególnego. Marcin skoczył przed Monikę i rzucił się na jednego z mutantów. Niestety pozostałe go minęły i rzuciły się na Monikę.
-Nie! – Marcin usłyszał krzyk Moniki. Marcin rzucił się na mutanty, które się do niej dorwały. Przyleciał tym razem również Filip dobijając ostatniego mutanta.
-Wybacz stary… - westchnął Marcin. Nie chciał patrzeć na Monikę, lecz mimo to spojrzał. Miała rozgryziony brzuch i jednego pośladka. Dodatkowo ślady zadrapań na całym ciele. Rozkrwawiała się powoli.
-Marcin… - szepnęła Monika.
-Tak? – zapytał Marcin unikając jej słabnącego wzroku. Dodatkowo Filip zaczął skomleć i zbierało mu się na płacz.
-Mam to coś w sobie… ja też się odrodzę! Zobaczysz! – powiedziała Monika, o dziwo z pełnią sił. Zaraz jednak zaczęła kaszleć i dusić się.
-Na pewno. Pozdrów więc mnie z drugiego… - Marcinem wstrząsnęły myśli. Nie mógł się od nich uwolnić. Co, jeśli faktycznie wyczuła, że się odrodzi jak on? Co jeśli on zaraz zniknie? Wstrząsnęła nim nieopisywalna panika. Równocześnie w powietrzu dało się słyszeć spory syk. Nadciągała eksplozja. Nikodem walczył dalej od samochodu, jednak w poprzedni sposób jak ostatnio, Laura i Kinga upadły przez gorący podmuch. Mutanty wyleciały w powietrze, a jeden upadł nawet ze dwa metry od niego. Powrócił do myśli. Monika szeptała z Filipem, a reszta wciąż walczyła. Kolejne myśli. Tym razem jeszcze większy dreszcz przeszedł Marcina. Co jeśli on tak naprawdę ciągle umiera i zostawia ich za każdym razem samego bez nich? A sam odradza się w ciele innego jego samego. Światy alternatywne. Bajki. Odepchnął tą myśl szybko, jednak coś mu wciąż nie dawało spokoju. Nie umiał tego racjonalnie wytłumaczyć, ale wciąż żył. Może Monika stała się teraz kimś takim jak oni? Że jak umrze, to tak jakby umarł Szymon, lub ktokolwiek inny z tych co stracili pamięć. Myśli miał wiele, jednak nic mu się nie zgadzało. Szloch Filipa był już głośny. Tulił mocno Monikę i było widać, że odeszła. On był tutaj dalej. I znów miał deja vu. Samotny mutant lecący w stronę Laury, która nie była niczego świadoma. Marcin skoczył po łuk i ustawił się. Nie miał czasu na przygotowanie więc strzelił od razu. Strzała pomknęła dziwną trasą, jednak tym razem trafiła idealnie mutanta, który z kolei poleciał martwym cielskiem na Laurę i ją powalił.
-Nie daj się, lecę im na pomoc! – szepnął Marcin. Zbiegł po drodze w kierunku wraku samochodu, Nikodema i reszty. Kinga zauważyła go pierwsza robiąc wielkie oczy. Laura nie umiała się wygrzebać spod ciała wielkiego mutanta, a Nikodem walczył z zimną krwią, samotnie kontra dziesiątki różnorodnych mutantów. Marcin minął Kingę i skoczył w kierunku Nikodema, mając jedynie nożyk. Wtopił go w ciało pierwszego mutanta i wyjął go z wytryskiem niebieskawej krwi. Ochlapała go po nadgarstku i Marcin jęknął cicho, mimo wszystko walcząc w dalszym ciągu. Nikodem zauważył go dopiero teraz.
-No nie wierzę… ty żyjesz… - Nikodem zaczął się śmiać, mimo, że wciąż nie przestawał walczyć. Sama walka trwała już tylko kilka sekund, gdyż brakło mutantów.
-Dobra, chodźmy do dziewczyn, bo chce widzieć ich reakcję. – powiedział Marcin, jednak myśli wciąż go denerwowały i miał w oczach obraz, gdy zabijał Tomka i Szymona, również wystrzał samobójczy Laury, no i do tego doszła Monika. Tych twarzy już nie zapomni, o tym wiedział. Tak zamyślony zbliżył się do Laury, która z pomocą Kingi, zaczęła wychodzić spod mutanta.
-Mówię ci, widziałam Marcina! Na pewno! Uwierz mi! – Kinga była oszołomiona.
-Słuchaj! To, że ja go widziałam dwa dni temu, nie znaczy, że teraz każdy będzie go widział. Zresztą to nie mógł być on, tylko ktoś podobny, przewidział mi się… - Laura miała niespokojny głos, który jej drgał.
-Ale… -zaczęła Kinga.
-Spierdalaj! On odszedł. Nie ma go. Nie przypominaj mi o nim już więcej. Proszę... – powiedziała wkurzona Laura i w końcu wygramoliła się spod dużego mutanta.
-Dobrze… o kurwa… miałam rację… - powiedziała Kinga, na widok Marcina i Nikodema, którzy wyszli zza płonącego wraku.
-Marcin… - Laura otworzyła usta. Dosłownie.
-Musimy się spieszyć. Wybuch mógł przyciągnął mutanty. – oznajmił Nikodem.
-Marcin! – Laura wstała z ziemi i chciała podbiec do Marcina, jednak, najwidoczniej jakaś rana uniemożliwiła jej bieg i runęła na ziemię. Głową przywaliła o twardy grunt. Najwidoczniej upadek sprawił, że straciła przytomność.
-Bierzemy ją! – powiedział Nikodem. Dźwignęli ją za ręce i nogi i zaczęli nieść. Kinga szła obok i pilnowała.
-Ała! Stój, stój! W boku rwie… - syknął Marcin. Efektem był upadek Marcina wraz z Laurą. Tamta jednak przywaliła jedynie nogami, a resztę utrzymał Nikodem. Ból minął szybko, więc aby nie ryzykować, Kinga zmieniła Marcina. Teraz to on wypatrywał niebezpieczeństwa.
-Powiedz mi… powiedz mi jakim cudem ty żyjesz? – zapytała Kinga.
-Szczerze to wolałem zginąć, bo teraz muszę męczyć się ze sporą raną. - stwierdził Marcin.
-Nad kim on leży? Czy to Monika? – zapytał Nikodem podenerwowany.
-No niestety. Nie udało mi się jej ocalić. – westchnął Marcin.
-Kurde… ciągle ktoś ginie… - warknął pod nosem Nikodem. Marcin ruszył do przodu, aby im otworzyć drzwi od samochodu. Marcel leżał patrząc się w sufit. Popatrzył na Marcina, gdy tylko ten się pojawił obok drzwi.
-Jak leci? – zapytał Marcin.
-Masz policzek od błota. A no właśnie, boli jak nie wiem. Ale trzymam się. – stwierdził Marcel. Marcin skinął głową i odsunął się. Marcel, na widok reszty usiadł robiąc reszcie miejsce. Laura miała rozwalone czoło, a Marcin modlił się w duchu, aby to nie doprowadziło do czegoś większego. Obok niej usiadł Nikodem, a jeszcze obok Kinga.
-Idę po Filipa. – poinformował jeszcze Marcin. Filip już nie płakał. Patrzył za to na coś zbliżającego się powoli w ich stronę.
-Nie mów, że kolejna horda. – powiedział Marcin.
-Horda, horda. I to największa, jaką widziałem. Nie ma miejsca dla niej, prawda? – zapytał smutno Filip.
-Pożegnaj się lepiej. Nie mam pewności co się dzieje po mojej śmierci z wami. Jedźcie. Jeżeli jest szansa, że to serio cofa się czas, a nie, że trafiam w ciało innego mnie, to i tak to nic nie zmieni. Ale i tak uciekajcie. Tak na wszelki wypadek. – stwierdził Marcin.
-Ale… chyba nie chcesz tam wlecieć?! – wystraszył się Filip.
-Jedno jest pewne. Ja nie umieram. Do trzech razy sztuka. Tym razem Monika przeżyje! – powiedział Marcin i zanim się rzucił w nadlatującą hordę, to Filip rzucił się na niego. Oboje wylądowali na ziemi.
-Nawet o tym nie myśl! – warknął Filip. Nikodem i Kinga już byli obok. Cały jego plan poszedł w diabli.
-Chciał ją ocalić. Nie pozwólcie mu nic zrobić! – powiedział Filip.
-Szybko! Kto prowadzi?! – panikowała Kinga.
-Marcin, wybacz, nie jestem w stanie. – westchnął Filip.
-Dobra, niech wam będzie… tylko mnie puśćcie gamonie. –pufnął Marcin. Usiadł za kierownicą i poczekał na resztę. Nikodem i Kinga dołączyły do tyłów, a Filip dał ostatniego całusa Monice i zamknął jej martwe powieki. Łzy spływały po jego policzku, jednak w końcu usiadł po jego prawej stronie. Mutanty były już kilkaset metrów od nich.
-Musimy przez nie się przebić, tam nasza droga. – stwierdził Marcel.
-Niestety wiem. Lecimy! – powiedział Marcin. Włączył samochód i rozpędził się dość szybko.
-Zapinać pasy. Może rzucać i trząść strasznie. – oznajmił Nikodem.
-Ciekaw jak, skoro jest nas czwórka z tyłu. – stwierdził z przekąsem Marcel.
-Zapuść muzykę i będzie dobrze! – powiedział spanikowany Nikodem. Marcin chciał rozpędzić się bardziej, jednak resztki śniegu pod jego kołami utrudniały przyspieszanie. Mutanty były już blisko. Marcin przełknął ślinę. W samochodzie rozbrzmiało radio a w tle leciało „Jestem Kobietą” w wykonaniu Edyty Górniok.
-Toście wymyślili podkład. – Marcin przewrócił oczami. Pierwszy mutant uderzył o zderzak i nic się nie stało.
-To będzie rzeź. – skomentował Marcel. Marcin spojrzał na Filipa, który milczał. Miał zamknięte oczy i głowę opuszczoną dół.
-Jest dobrze. – powiedział cicho Marcin. Błękitna krew mutantów opryskiwała szybę. Marcin włączył wycieraczki, jednak rozmazał jedynie całość. Nic prawie nie widział. Chciał włączyć spryskiwacze, jednak najwyraźniej nie działały, bądź nie było płynu.
-No bez jaj. – skomentował Marcel. Uderzali w mutanty cały czas, jednak minimalnie tylko zwolnili.
-Nie widzę gdzie jechać! – krzyczał Marcin.
-Zjeżdżasz na lewo! Odbijaj w prawo! – komentował Marcel, obserwując przez nieco mniej brudną boczną szybę.
-Dobra, kierujcie mnie, a jak je już miniemy, to szybko poprzecierać trzeba będzie. – stwierdził Marcin.
-Że tak spytam. Jaki jest cel naszej podróży? – spytała milcząca do tej pory Kinga.
-Cel? Chyba Cieszyn. Choć mieliśmy znaleźć Szymona najpierw i resztę. – odparł Marcin.
-Tak sobie myślę, że oni wiedzieli co robią. Więc może lepiej jechać do tej Wisły zobaczyć gdzie ten helikopter? – zapytał Nikodem.
-Pomyślimy za moment, póki co jedziemy przed siebie. – oznajmił Marcin.
-Chyba ci się włączyła rezerwa paliwa. – oznajmił Filip.
-Rezerwa? Ou… faktycznie. – Marcin lekko się przestraszył.
-Ale spokojnie, raczej ujedziemy daleko. – powiedział Filip. Przestali uderzać w mutanty. Horda została za nimi.
-Uważaj, zakręt przed nami. –oznajmił Marcel. Marcin zaczął hamować. Śnieg lekko utrudniał zadanie. Gdy zatrzymali się prawie całkiem, uderzyli w barierkę. Uderzenie może i nie było zbyt mocne, jednak sprawiło, że Edyta Górniok ucichła a z nią całe radio.
-Moment. – oznajmił Marcin. Wyszedł samochodu i skierował się do przedniej szyby. Nie mając pomysłu co zrobić z szybą, wyjął z kieszeni czapkę i przetarł nią najważniejsze miejsca. Horda rozproszyła się i jedynie pojedyncze osobniki powoli zmierzały w ich stronę.
-Dobra, możemy jechać. – oznajmił Marcin.
-To pomyślmy gdzie.- stwierdziła Kinga.
-Wisła raczej poczeka. Lecimy na Cieszyn, ale okrężną drogą. – stwierdził Marcin.
-Też tak myślę. – stwierdził Nikodem.
-No niech będzie i tak. – pokiwała głową Kinga.
-Lecimy. – powiedział Marcin. Odpalił samochód na nowo i ocierając cały bok o barierkę, ruszył dalej. Akurat zaraz przed nimi był zjazd na Dzięgielów.
-A teraz, skoro mamy już spokój, powiedz nam, jakim cudem ty żyjesz?! – poprosiła Kinga.
-Nie chce mi się dwukrotnie mówić. Poczekajcie na Laurę. – stwierdził Marcin.
-Może w tym Puńcowie zatrzymamy się na obiad? – zapytał Filip.
-Czemu nie? Mi pasuje. – wzruszył ramionami Marcin. Dzięgielów pojawiło się niemal od razu. Równie szybko zostało za nimi. Jechali polną drogą w kierunku Puńcowa. O tym, że już są na miejscu, nie poinformował ich wcale znak. Poinformowało ich OSP z napisem, że znajduje się ona w Puńcowie. Przed OSP, było może z trzydzieści osób, które ze zdziwieniem patrzyli w ich stronę.
-Jedź dalej, musimy znaleźć jakiś fajny dom gdzie się zatrzymamy. – poprosił Nikodem. Kawałek dalej był sklep, Zielony Kłos. Siedziała pod nim jakaś para i się obściskiwali. Przestali na ich widok.
-Musi ich dziwić błękit na aucie. – uśmiechnął się Nikodem. Wkrótce skończyła się zabudowa i jechali dalej. Droga nawet przestała być dziurawa.
-No i gdzie my jesteśmy? Wie ktoś co jest za Puńcowem? – zapytał Marcin.
-Jakaś wioska na wzgórzu tam jest. Jedźmy tam. – stwierdził Marcel.
-Jest i znak z nazwą. Czy to nie… Cieszyn? – zapytał zdziwiony Marcin.
-Najwyraźniej zrobiliśmy już to kółko i powinniśmy iść dalej na piechotę. – stwierdził Filip.
-Znajdę jakiś byle jaki dom i zatrzymamy się tam. – oznajmił Marcin. Daleko nie zajechali, gdyż znalazł się odpowiedni budynek na postój.
-Co powiecie na karczmę? – zapytał Marcin z uśmiechem.
***
W środku było mrocznie i nie działały światła. Wzięli jednak całą żywność i zapakowali do plecaków. Filip i Nikodem wzięli Laurę, która powoli już wybudzała się, gdyż zaczynała mamrotać pod nosem. Marcel wyszedł sam, jednak było widać, że ból nie daje mu spokoju. Marcina piekło te kilka ranek na dłoni i postanowił to opatrzyć, gdy już znajdą się w środku i zjedzą. Dużego wyboru nie mieli, jeśli chodziło o posiłek. Marcin wziął sobie dwa rogaliki i zaczął jeść.
-Nie miałem pojęcia, że byłem taki głody. Do teraz. – powiedział Marcin z pełnymi ustami.
-Mmm? – Laura przeciągła się i ziewnęła. Leżała na stole obok nich.
-Pilnujcie jej, żeby nie spadła. – polecił Marcel.
-Już tam idę. – powiedział Marcin pełen niepokoju. Nie wiedział czemu, ale nagle jakoś bał się reakcji Laury. Stanął obok niej i popatrzył na nią. Rękoma przecierała oczy.
-Co się stało? – zapytała niewyraźnie, wciąż przecierając oczy.
-Spokojnie. – szepnął Marcin.
-Nikodem, braciszku, to ty? – zapytała cicho Laura.
-Teraz tylko spokojnie. – powiedział Marcin i przełknął ślinę. Pomyślał o tym, że niemożliwe jest to, by Nikodem i Laura byli rodzeństwem. Miał się o to spytać, jednak zapomniał. Teraz jednak pomyślał, że potem ich o to spyta.
-Czyli to dalej sen? – zapytała Laura patrząc zza przymrużonych oczu na Marcina.
-Patrz. Żyję mimo tego. – powiedział Marcin odsłaniając swoją ranę pod obojczykiem przy żebrach. Bandaż był suchy. Tym razem już działał. Marcin się cieszył, bo sama rana już mniej bolała.
-Jesteś chujem. Nawet nie wiesz ile przez ciebie się tu nacierpieli wszyscy. A teraz wracasz? – zapytała Laura nieco wściekle. Nie takiej reakcji się spodziewał Marcin. Zresztą wszyscy wokół byli mocno zdziwieni.
-Ale… - zaczął Marcin, ale nie wiedział co powiedzieć.
-Oj już dobrze, nie bój się, cieszę się, że żyjesz. – uśmiechnęła się Laura. Próbowała się podnieść. Zaraz obok znalazł się Nikodem. Razem z Marcinem pomogli jej usiąść.
-Co to za miejsce? – zapytała zdziwiona Laura.
-Przedmieścia Cieszyna. Mamy misję, aby uwolnić pojmanych radnych z Zebrzydowic. – odparł Nikodem.
-Dobrze. Więcej nie muszę wiedzieć. Dlaczego boli mnie głowa? – zapytała Laura.
-Upadłaś, guza masz chyba. –stwierdził Marcin.
-W bajkach jak naciskali na guza to on wchodził do środka i go już nie było. – stwierdziła Laura.
-No niby tak. Ale wątpię, że zadziała. – odparł Marcin.
-Dziwne, jakoś ciężko mi się oddycha. – odparła Laura.
-Chodź na zewnątrz. – zaproponował Marcin.
-Idę z wami. Mam kilka pytań. – stwierdził Nikodem.
-Też mam do was jedno pytanie. Ale to zaraz. – odparł Marcin. Wzięli Laurę za ręce, jednak je odepchnęła i zeskoczyła ze stołu. Sama dowlekła się do drzwi, a Marcin i Nikodem poszli za nią.
-Będzie z nią dobrze. – stwierdził Marcin.
-No z tobą jest, to i z nią będzie. – uśmiechnął się Nikodem. Wyszli przed karczmę, mimo, że nie było za ciepło.
-Cinek, mów więc, jaki jest sposób na śmierć. – poprosiła Laura, patrząc na niego.
-Postrzelili mnie, ale zapadłem w śpiączkę i żyję. Ocknąłem się, znalazłem pewnie jedynego medyka w okolicy. Mimo braku odpowiednich warunków żyję. Potem znów trafiłem do innego lekarza, który mnie podwiózł nawet na Zebrzydowice. W dodatku mutanty tylko na mnie nie polują. Mam farta i tyle. Jak inaczej to wszystko wyjaśnić? – zapytał Marcin.
-Tak właśnie rozmyślaliśmy, że się myliłeś z tym, że po twojej śmierci na nowo się odrodzimy. – powiedziała Laura.
-No właśnie sam nie jestem już tego wszystkiego pewny. Wiem, że nic nie wiem. Wszystko może tak naprawdę się dziać po mojej śmierci. Wy się odradzacie razem ze mną, albo tylko ja, tyle, że gdzie indziej, u boku was, ale innych was. – odparł Marcin.
-Światy alternatywne? – zapytał Nikodem.
-Nie sądzę. Po obudzeniu dzieje się to samo co wcześniej. Nie ma zmian. Jedyną zmianą jestem ja. Moje decyzje, wybory, które zmieniają bieg wydarzeń. – odparł Marcin.
-Więc chyba po prostu odradzasz się po śmierci. Respawn. Jak w grach komputerowych. Zginiesz i zaczynasz z nowym życiem. Tyle, że tam masz zazwyczaj ograniczoną ilość żyć. – stwierdził Nikodem.
-A gadacie głupoty. Ten cały jad, czy co to było zawierało coś odpowiadającego za to całe jego przenoszenie się po śmierci. Ma to powiązanie ze snem, bo gdy się budzisz, to jest to taki twój nowy początek. – stwierdziła Laura. Marcin się zatrzymał i odezwało się coś w jego głowie. Dokładnie było to jedno z wielu zapomnianych wspomnień. Marcin stał w jakimś pokoju i obserwował biegnącego Kapturnika za oknem. Wiedział już teraz, że chodzi o Słupsk. Był tam na wakacjach. Przypomniał sobie jak jeszcze kilka dni temu, zanim spotkał Marcela i resztę, natrafił w jego pokoju na zdjęcia pamiątkowe z miejsc gdzie bywał na koloniach. Na jednym był Słupsk. Miał w głowie słowa, że nic nie dzieje się przypadkiem. Wiedział też, że nie przez przypadek właśnie teraz o tym pomyślał.
-Jesteś genialna. – powiedział Marcin, po czym wrócił się w biegu do karczmy i skierował się do jedzącego Marcela. Próbował pocieszyć Filipa, jednak tamten był mocno przybity.
-Już pogadaliście? – zdziwiła się Kinga.
-Marcel. Gdzie byłeś w Słupsku na koloni. – powiedział prosto z mostu Marcin.
-Kolonia? W Słupsku? Ale kiedy to było? I o co chodzi? Pytasz o miejsce? – zapytał Marcel.
-Mam wrażenie, że wiem coś więcej. Albo to po prostu zwykłe wspomnienie. – odparł szybko Marcin.
-Pensjonat Marzenie chyba. W Słupsku właśnie. A jak już pytasz o to miejsce, to straszyło tam strasznie, ale ogólnie to kilka dni było straszne a potem nas bawiło to już. – odparł Marcel.
-Straszyło… wiadomo co? – zapytał Marcin.
-Ostatniego dnia właściciele nam opowiedzieli, że ktoś tam chciał jakiś skarb złupić a na strychu jest jakiś ważny artefakt, czy coś takiego. – odparł Marcel.
-Artefakt? Jeśli wszystko zawiedzie, lecimy do Słupska. – odparł Marcin.
-Ty tak poważnie? – zapytał zaciekawiony Filip.
-No nie, na niby. – przewrócił oczami Marcin.
-Wszystko zawiedzie? – zapytał Marcel.
-Tak, jeśli po zgromadzeniu całej siódemki, odbiciu naszych z Cieszyna, odnalezieniu helikoptera no i oczyszczeniu gniazd z mutantów nic się nie stanie, to właśnie tam się udamy. Coś czuję, że u mnie potoczyło się tam całkiem inaczej jak u ciebie. Byli tam Kapturnicy, którzy są teraz tutaj, plus sam pensjonat był tak jak mówisz nawiedzony. Coś tam musi być, co pomoże nam wydostać się stąd. – powiedział Marcin z pewnością w głosie.
-Jeśli to faktycznie coś da, to można spróbować. – wzruszył ramionami Marcel.
-I tak wszyscy umrzemy. – stwierdził Filip.
-Nie umrzemy. Zadbam o to. – odparł Marcin.
-Tak jak zadbałeś o Monikę, co? – powiedział sobie Marcin w myślach i westchnął. Rozmowie przysłuchiwała się Laura i Nikodem.
-Już idę! – krzyknął Marcin i podszedł spokojnie do nich.
-Czasem nie rozumiem co się z tobą dzieje. – stwierdził Nikodem.
-Wybaczcie. Mam nową koncepcję. Trzeba zbadać miejsce koloni w Słupsku. – odparł Marcin.
-Byłem tam przecież. – stwierdził Nikodem.
-No fakt, byłeś na zdjęciu. – przyznał Marcin.
-Nie powiem, że zaciekawiła mnie ta historyjka, jaką opowiedzieli nam właściciele. Ale jakoś nie było kiedy tego sprawdzić. – stwierdził Nikodem.
-No mniejsza o to. Mieliście sprawę. Mówcie więc. – poprosił Marcin.
-Obgadaliśmy to. Chodziło nam o to, abyśmy jakoś zrozumieli to, czemu żyjesz. – oznajmiła Laura.
-Patrzcie więc. Postrzelili mnie. – powiedział Marcin zdejmując koszulkę i odsłaniając ranę.
-Paskudnie to wygląda. – wystraszył się Nikodem.
-Co zrobić. Mam nadzieję, że wkrótce przestanie mi to dokuczać. – powiedział Marcin zakrywając bok.
-Zachowajcie spokój. Ktoś nas obserwuje w budynku obok. Nie wie o tym. Na trzy polecicie za mną. – powiedziała szeptem Laura.
-Dobra więc. Licz. – powiedział Marcin.
-Trzy! – wrzasnęła Laura, odwracając się. Marcin lekko zaskoczony poleciał za ich dwójką, jednak nieco bolał go bok, więc nie nadążył. Domek był stary i okno w którym ktoś stał, było na piętrze.
-Stój Marcin na straży w drzwiach. Jak coś leć po resztę! – krzyknął jeszcze Nikodem.
-Mi to pasi. – wzruszył ramionami Marcin. Laura i Nikodem wbiegli na piętro. W drzwiach stał brunet o nieco dłuższych włosach jakie ma Marcin.
-Kim wy jesteście? – zapytał z niepokojem. Miał w dłoni nóż.
-Nikodem i Laura. Nie znasz. – stwierdził Nikodem.
-Miałem się spotkać z większą grupką przed godziną. To wy? – zapytał się chłopak.
-Nie, ale powiesz nam wszystko co wiesz.
-Nie chce dla nikogo źle. Nikt z Cieszyna nie ma prawa wiedzieć co się kroi. – odparł chłopak.
-Nie jesteśmy z Cieszyna, ani nawet z okolic. – odparła Laura.
-Nie powinienem nic mówić. – westchnął chłopak.
-Przy torturach każdy się łamie. Idziemy po resztę. – powiedział Nikodem z rezygnacją.
-Tortury? Co? Nie… ja nie chcę. Powiem wam co chcecie! – powiedział wystraszony chłopak.
-Na kogo czekasz w takim razie? – zapytał z uśmiechem Nikodem.
-Większa grupka, która chciała odbić swoich ludzi. – odparł chłopak.
-Też mamy taki cel. – zauważyła Laura.
-Czy nie miałeś czekać w Puńcowie? – zapytał Nikodem.
-Przy Puńcowie jak już. – poprawił chłopak.
-W takim razie los Szymona i reszty nie znany. Jesteśmy tu ich tropem, który się nam urwał. – odparł Nikodem.
-Ale mnie wystraszyliście! Kurka, dobrze, że jesteśmy po tej samej stronie. Oluś, możesz wyjść. – powiedział chłopak. Zza niego wyjrzała lekko starsza dziewczyna.
-Sebuś, trzeba ich wtajemniczyć. – uśmiechnęła się Ola.
-No wiem, wiem. Sebastian jestem. – uśmiechnął się chłopak.
-Chodźmy na dół do naszych ludzi. – odparł Nikodem.
-Dobra, wspólnymi siłami obalimy Cieszyn! – uśmiechnął się Sebastian.
-Trzeba nacieszyć się znów Marcinem! – uśmiechnęła się Laura i zbiegła ze schodów. Marcin kucał w kuchni przy szafkach.
-Co się dzieje? – zawołała Laura.
-Dam sobie rękę uciąć, że widziałem niezmutowanego kota. – odparł Marcin.
-No wciąż się zdarzają nie zmutowane zwierzęta. Viki chociażby od Marcela. – stwierdziła Laura.
-Wiem, lubię koty po prostu. W ogóle, znalazłem trochę jedzonka. Płatki, zupki chińskie no i słodycze. – odparł Marcin.
-Ten ktoś jest po naszej stronie. Jak jesteś ciekaw co ma do powiedzenia, to chodźmy do karczmy. – zaproponowała Laura.
-Jestem, ale ty chyba chcesz coś porobić, dobrze myślę? – zapytał Marcin.
-Znasz mnie dobrze. Nie byłoby coś do picia może? – zapytała Laura.
-Wszystko zostało w domu, więc lipa lekko. – westchnął Marcin.
-Chodź na spacer, zobaczymy co ciekawego skrywa Cieszyn. – poprosiła Laura.
-Mieliśmy się nie ujawniać. – stwierdził Marcin.
-Nikt nas nie zna. Nie pamiętasz? – zapytała się Laura.
-Zamieściliśmy w necie filmik na którym ratuje Szymona. Ale możesz mieć rację. – stwierdził Marcin.
-Kawałek stąd jest sklep odzieżowy. Na pewno wszystkiego nie rozkradli. – uśmiechnęła się Laura.
-Galerii w Cieszynie nie ma, a z małego zapewne właśnie porozkradali. – stwierdził Marcin.
-Nie bądź pesymistą. Zobaczyć nie zaszkodzi. – uśmiechnęła się Laura.
-Nawet broni nie mamy. – zauważył Marcin.
-Kto nie ma ten nie ma. – uśmiechnęła się znów Laura podając Marcinowi kuszę.
-Rozumiem że kamienie mam sam poszukać? – zapytał Marcin.
-Ja ci szukać nie mam zamiaru. – stwierdziła Laura. Marcinowi dość dobrze dogadywało się z Laurą, przez co lubił ją chyba najmocniej ze wszystkich. Nawet nie wiedział, kiedy znaleźli się przed sklepem.
-Tutaj chyba nic nie znajdziemy. Wygląda na to, że to tylko sklep z bielizną i odzieżą sportową. – zauważył Marcin.
-Szukajmy dalej. Ciemno się robi, więc raczej nikt nas nie rozpozna. – uśmiechnęła się Laura.
-Jakoś wątpię, że na noc będą włączone latarnie. Możemy nie trafić do naszych. – odparł Marcin.
-Poślij im SMS, żeby się nie martwili. – poprosiła Laura.
-Już im wcześniej napisałem. W mieście raczej ciężko o mutanty, więc nie boję się o nas. – uśmiechnął się Marcin.
-Czemu miałoby nie być mutantów? – zdziwiła się Laura.
-W mieście z ponad trzema tysiącami ludzi, zapewne już pozabijali wszystko co tylko podejrzanie wygląda. – odparł Marcin. Jak na zawołanie, w trawie, kilka metrów przed nimi leżały zwłoki jakiś mniejszych niebieskawych zwierzątek.
-Tak się zastanawiam, dlaczego one nie chcą cię zaatakować. – odezwała się po chwili Laura.
-Może zostały one jakoś specjalnie zaprogramowane? – zapytał Marcin.
-Że niby coś jak roboty? Że mają polecenia. Coś typu, nie atakować Marcina Górnioka? – zapytała Laura, wybuchając śmiechem.
Wiesz… równie dobrze to we mnie może być coś co je powstrzymuje. – stwierdził Marcin.
-A jeśli jesteś iluzją? – zapytała po chwili Laura.
-Iluzja… cały ten świat to jedna wielka iluzja. Jaka jest szansa, że to wszystko jest prawdziwe? Mam w głowie poukładany świat, wiedzę, jak to wszystko powinno wyglądać. – stwierdził Marcin. Skręcili spod rzeki Olzy w stronę centrum.
-Ale ja mówię serio. Może masz coś w sobie, co równocześnie pozwala ci na ponowne życie, jak i ochronę przed nimi? – zapytała Laura.
-Jeśli już coś takiego jest, to te mutanty same mi to dały, gdy pierwszy raz zginąłem. – stwierdził Marcin. Maź, która sprawiła, że może teraz ginąć na okrągło, była podobna do tej, która teraz denerwowała go na jego ręce. Wziął do dłoni kamyk, który zebrał do swojej procy i przyłożył go do rany. Przeszedł go gorący dreszcz… a rana przestała go boleć. Marcin zdumiał się mocno, po czym przyłożył kamyk do pozostałych ranek. Niebieskawa maź powoli zmieniała swoją barwę na szarawą. Cała rana była twarda niczym skała.
-Co się dzieje? – Laura zauważyła, że Marcin niepokojąco przygląda się ranie.
-Nie wiem. Jakoś tak inaczej się czuje. W dodatku coś jakby mi w głowie pulsuje. Coraz mocniej. Dziwne. – stwierdził Marcin.
-Na pewno wszystko gra? Usiądźmy. – stwierdziła Laura.
-To chyba… Laura. To nie jest ból głowy. Słyszysz? – zapytał Marcin. Odwrócił się do źródła dźwięku.
-Tuż to helikopter. – zdziwiła się Laura.
-Kurde… a mogliśmy jechać do Wisły. – przewrócił oczami Marcin. Helikopter zbliżał się dość szybko i wkrótce przeleciał nisko nad ich głowami. Leciał powoli wzdłuż Olzy, jakieś piętnaście metrów nad ziemią.
-Dawaj, biegniemy! Może dowiemy się dokąd on leci! – powiedziała Laura. Helikopter leciał dosyć wolno i próbował się zniżyć. Zaczął zatrzymywać się w momencie, gdy droga odbijała w głąb miasta. Zniżył się na poziom kilku metrów nad ziemią. Marcin leciał w tamtym kierunku zostawiając Laurę lekko z tyłu. Ból dał mu się we znaki i musiał zwolnić.
-Już chyba nigdy nie będę mógł normalnie biegać. – westchnął Marcin. Wyciągnął procę i nałożył kamień, by w razie kłopotów, być gotowym na wszystko. Kłopot polegał na tym, że Marcin do tej pory nigdy nie strzelał z procy. Więc nie miał pojęcia co robić. Okazało się to nie być konieczne.
-Marcin?! – mimo hałasu, jaki dawał helikopter, od razu rozpoznał ten głos.
-Szymon! Co jest kurwa! – Marcin nie miał pojęcia co jest grane. Laura zdołała go dogonić i również niedowierzała.
-Jakim cudem ty żyjesz?! Wsiadajcie! Nie ma czasu na wyjaśnienia! – darł się Szymon. Marcin zauważył, że kilkaset metrów dalej biegła grupa zaciekawionych osób. Marcin nie czekał i zbliżył się do helikoptera. Podał dłoń Blondasowi, który z pomocą Agi, wciągnęli go do siebie. Pomogli wsiąść też Laurze. Oboje byli na tyle zdumieni, że nie odezwali się słowem przez dobre dwie minuty. Szymon poleciał na terytorium Czeskiej Republiki i Cieszyn znikł za horyzontem. Widoki były niezłe, jednak powoli zaczynało się robić całkiem ciemno.
-Co robiliście w Cieszynie? – zapytał w końcu Blondas po kilku minutach ciszy.
-Chcieliśmy odbić naszych. – stwierdził Marcin.
-We dwójkę to nic nie zdziałacie. – stwierdził Blondas.
-Skąd wiedzieliście, że tam będziemy? – zapytał Marcin.
-Całkiem przypadkiem was zobaczyliśmy. Chcieliśmy przelecieć się nad Cieszynem i ogarnąć teren z góry. – oznajmił Szymon.
-Zostawiliśmy kilka osób, w tym waszego informatora, którzy zapewne w nocy przeprowadzą atak. – oznajmiła Laura.
-Teraz mi to mówisz?! – Szymon na tyle się wystraszył, że aż helikopter dostał lekkich turbulencji.
-Napisałbym im, żeby nie atakowali, ale najwidoczniej moje SMSY im nie dochodzą. – westchnął Marcin.
-No właśnie, pisaliśmy spod Wisły i też nie dochodziły. Straciliśmy kilku ludzi. – westchnął Szymon.
-Ale mamy helikopter. – uśmiechnęła się Agnieszka.
-Po co nam w ogóle ten helikopter? – zdziwił się Marcin.
-Jak wam to opowiemy to wam szczęki opadną. – uśmiechnął się Szymon.
-No to mówcie! – Marcin był lekko podenerwowany.
-Spokojnie, dolećmy do Zebrzydowic. – powiedział Blondas. Zbliżali się już a Szymon zaczął obniżać lot. Wciąż byli po Czeskiej stronie, jednak Marklowice były już niemal pod nimi. Kawałek dalej były Zebrzydowice, które widzieli jedynie dzięki pojedynczym światłom w kilku domach i szkole. Świecił się też kościół. Przelecieli nad Marklowicami i minęli rondo w Zebrzydowicach.
-Ktoś ma pomysł, gdzie lądować? – zapytał Szymon.
-Nigdzie na widoku, ani w centrum. Obniż lot. Polecimy do Ruptawy. Znam pewne miejsce, gdzie będzie bezpiecznie. – stwierdził Marcin. Szymon leciał o tyle nisko, że prawie zahaczali o slupy.
-Dobra, gdzie teraz? – zapytał Szymon.
-Tam na tamto pole. Blisko tamtego miejsca jest dom kolesia, który mnie opatrzył wczoraj w nocy. – odparł Marcin.
-Lądujemy! Nie umiem tego robić, więc jak się zniżę, to każdy wyjdzie i ja już wyląduje samemu, aby was nie narażać. – oznajmił Szymon. Marcinowi przez całą podróż było dosyć słabo. Gdy zeskoczył na ziemię, przeszedł go gorący dreszcz i poczuł się od razu lepiej. Coś z nim było nie tak. Nie miał pojęcia o co tylko chodziło. Laura stanęła obok i pomachała mu przed twarzą.
-Marcin, co się z tobą dzieje? – Laura była zaniepokojona.
-Spokojnie. Pewnie to przez zmianę klimatu. – stwierdził Marcin. Złapał się na tym, że ściskał przez cały czas w ręku kamienie do procy. Nawet ich nie wyczuł wcześniej. Wystraszony włożył je do kieszeni.
-Odsuńcie się może. Szymon nie ma jak wylądować. – zawołała Aga. Szymon zaczął powoli zniżać się do ich poziomu. Tymczasem nadleciał Mati z wiatrówką w ręku.
-Marcin? Co tu jest grane? – zdziwił się Mati.
-Też póki co tego nie pojmuje. – stwierdził Marcin. Szymon posadził helikopter na ziemi i go wyłączył. Hałas wreszcie się skończył i ich uszy, mogły odetchnąć z ulgą.
-Może wstąpicie na kawę? – zapytał Mati.
-Chętnie, ale strasznie się spieszymy. Mamy do załatwienia kilka spraw. Masz broń jak widzę. Świetnie, przydasz się! – oznajmił Szymon.
-Co ty chcesz zrobić, wyjaśnij w końcu… - odparł zbulwersowany Marcin.
-Ech… planuje zastawić pułapkę na Cieszynian. Wiem, że jeszcze dziś w nocy planują zaatakować wszystkimi siłami i ukraść resztę żywności. – odparł Szymon.
-TO co zrobimy? – zapytał Marcin.
-Jak to co? Zabijemy ich wszystkich! –odparł Szymon.
#11 Alternatywny plan
Wokół nich była już jedynie ciemność. Niekiedy widzieli jakieś świecące oczy mutantów, jednak nie było ich wiele. Jechali samochodem Matiego w stronę Zebrzydowic. Szymon wydawał się być nerwowy a Marcinowi odkąd wsiedli do samochodu, było słabo. Laura lekko się niepokoiła, a Aga nerwowo gwizdała. Jedynie Mati i Blondas nie wykazywali żadnych oznak zdenerwowania. Marcin stracił dwa razy przytomność, jednak sam nie wiedział, czy aby na pewno zemdlał. Miał po prostu takie wrażenie, gdyż za drugim razem ocknął się w środku rozmowy.
-Więc niech będzie. Będę schowany przy Slov Nafcie i obserwował. Można wysłać jeszcze Artura w stronę Kaczyc i Olka na Marklowice. Musimy mieć pewność, że nas nie zaskoczą. – odparł Blondas.
-Dobra. A jeśli się postarają i zaatakują od strony Jastrzębia? – zapytał Szymon.
-Raczej po prostu pójdą najszybszą drogą. – stwierdził Blondas.
-No to dobra, na moje oko mamy jakoś ze cztery godziny. – stwierdził Szymon.
-A my dostaniemy jakieś zadanie? – zapytała Laura.
-Spokojnie, po kolei. Aga poprowadzi oddział Alfa.
-To my mamy jakieś wojsko? – zdziwił się Marcin.
-Pod twoją nieobecność działo się dość sporo. Wszyscy chętni brali udział w nauce walki. Stworzyliśmy jedenaście dziesięcioosobowych oddziałów. Jedni mają łuki, inni proce. Mamy też trzy pistolety, kilka wiatrówek. Są też kusze i dwa oddziały z bronią białą. – odparł Szymon.
-Dobra, wysadźcie mnie, zajdę sobie do Slov Nafta. – poprosił Blondas, gdy znaleźli się przy szkole. Zostawili samochód na środku drogi i Marcin, Laura, Mati, Szymon, oraz Aga, ruszyli drogą w kierunku szkoły. Od razu było widać zmiany. Drzwi były zabarykadowane, były też dwa przewrócone bokiem samochody, blokujące wejście. Przy wejściu było dwóch wartowników.
-Zawołajcie mi tutaj Olka i Artura. Pójdą na zwiady. – odparł Szymon. Jeden z nich wszedł do szkoły, a drugi odchrząknął i zaczął mówić.
-Zrobiliśmy co kazałeś. Grupy, Jota, Theta i Eta, poszły przeszukać budynki w Zebrzydowicach. Zaliczyliśmy jeden zgon, niestety jakaś mała zmutowana jaszczurka wpadła jednej dziewczynie pod bluzkę i tak ją pokąsała, że nie udało jej się odratować. Co do znalezionych rzeczy do obrony, w dwóch domach były akcesoria typowe dla policjanta. Pałka teleskopowa, paralizatory, kajdanki, różne takie przedmioty. Mamy karabin i trzy pistolety. Nieźle, nie? – zapytał chłopak.
-Oni będą lepiej wyposażeni. Zawsze coś, ale pamiętajcie, że efekt zaskoczenia będzie się liczył. Oddział Alfa, będzie bronił nas ze strony Kończyc, na moście kolejowym. Dodamy tam trochę metalowych części i powinno być dobrą obroną przed kulami. – stwierdził Szymon.
-Hmm, drzwi samochodowe byłyby dobre? – zapytał Marcin.
-Tak, nie wpadłbym na to. Wyślemy Daniela, bo on jest od kradzieży samochodów. – odparł Szymon. Marcin skojarzył, że chodzi mu o tego Daniela, którego spotkał jako pierwszego po utracie pamięci. Marcin uśmiechnął się pod nosem. Ze szkoły wyszedł chłopak, który był po Artura i Olka.
-Idą wszyscy, grupy od Alfa do Lambda. – odparł chłopak.
-Dobrze, to od razu powiem wszystkim co i jak. – odparł Szymon.
-Pojdę do naszych i Daniela wyślę z misją szukania drzwi. – odparła Aga. Ze szkoły zaczęło wychodzić trochę ludzi. Marcin kojarzył parę osób, które miał okazję zobaczyć podczas swojego przemówienia. Oni go jednak nie pamiętali, bo zdołał zginąć i cała rozmowa na nic się nie przydała. Grupy szybko ustawiły się na placu przed szkołą. Przed prawie każdą stał lider.
-Co się stało z liderem z Kappy? – zapytał Szymon.
-Chory. Silna gorączka go rozłożyła. – stwierdziła jedna z dziewczyn.
-Dobra, Marcin, jak powiem ci co masz z nimi robić, to poprowadzisz ich? – zapytał Szymon.
-Ale dodaj do oddziału Laurę. – poprosił Marcin.
-Git. Także słuchajcie. Grupa Alfa, będzie odpowiedzialna za zasadzkę na moście kolejowym przy Kończycach. Dostaniecie materiały, którymi sobie przygotujecie tamto miejsce. Musimy za godzinę być gotowi. Ja teraz tylko przypominam, bo plan już zna prawie każdy. – powiedział Szymon w stronę Marcina.
-Dobra… grupa Beta i Gamma będą w pobliżu mostu, przy komendzie policji, a gdy usłyszą strzały, polecą pomóc tym przy moście. Ich zadaniem jest wystraszyć wroga no i obezwładnić bądź zabić kogo się da. Grupa Delta i Epsilon. To samo co Beta i Gamma, tylko z drugiej strony. Ukryjecie się w lasku i również nadejdziecie z pomocą gdy usłyszycie strzały.
-Grupa Dzeta, Eta, Theta i Jota, mają za zadanie chronić szkoły. Za wszelką cenę musicie obronić wszystkich którzy tutaj się znajdują. Grupa Dzeta, będzie w oknach. Grupa Eta, ukryta w budynkach w okolicy. Grupa Theta, będziecie ukryci przed szkołą. Z kolei Jota, ma za zadanie w razie czego ewakuować ludzi ze szkoły i ich bronić.
-Idźcie już, przygotujcie się emocjonalnie czy coś. Pierwsze pięć grup ma za godzinę być gotowe. Pozostałe niech po prostu są gotowe do natychmiastowego działania. – odparł Szymon.
-A co mam robić ja, z moją grupką? – zapytał Marcin.
-Dostałeś chyba najciekawszą grupkę. Jesteś łucznikiem o ile pamiętam, więc sprostasz. Dostaniecie specjalne strzały, które będą wybuchały po mocnym zderzeniu z czymś twardym. Tak czy owak, musicie po prostu zabijać. Będziecie mobilni, więc będziecie się poruszali po okolicy i musicie pozostać niezauważeni, gdy będą się dziwić skąd ich atakują. – powiedział Szymon.
-Da radę zrobić. Tylko łuk mam w Cieszynie. – westchnął Marcin.
-Spokojnie, dostaniesz łuk poprzedniego dowódcy Kappy. – powiedział Szymon.
-Dobra, a Lambda? – zapytał Marcin.
-Drużyna specjalna. Zakres działań tajny. Jestem ich dowódcą i tylko do tego reszta jest uprawniona. – uśmiechnął się Szymon.
-No nic, mamy coś robić, czy raczej poczekać na sygnał? – zapytał Marcin.
-Twoja ekipa może odpocząć. Ty możesz ogarnąć okolicę i jakieś punkty strategiczne blisko drogi. – powiedział Szymon.
-Coś wymyślę. Muszę odpocząć bo sam się nie czuję najlepiej. – stwierdził Marcin.
-To co robimy liderze? – zapytał jakiś chłopak z jego Kappy.
-Sam nie wiem. Jak macie jakieś zajęcia to macie godzinę czasu. Widzimy się o dwudziestej pierwszej na moście, gdzie będą przygotowywali zasadzkę. Sam jestem ciekaw jak im to wyjdzie. – stwierdził Marcin.
-W porządku. A jak ktoś nie ma co robić? – zapytał jeszcze inny chłopak.
-Ja raczej wrócę do domu po jakieś leki. Ale…- zaczął Marcin.
-Leków w szkole pod dostatkiem. Czego ci trzeba? – zapytał ten sam chłopak.
-Proszę cię, zaleć mi po coś na ból głowy i jakieś osłabienie. – poprosił Marcin. Dziesięć minut później, Marcin już wiedział co będzie robił. Czuł się nieco lepiej, oraz miał plan. Najpierw jednak musiał się załatwić. Poszedł za szkołę i usłyszał, jak ktoś blisko niego zaklął.
-Kurwa! Co jest z tymi komunikatorami. – westchnął chłopak. Marcin nasłuchiwał. Usłyszał ciche łączenie i odezwał się jakiś głos.
-Halo? Halo? Słyszysz nas? Wiedzą o nas? Wiedzą, skąd ich zaatakujemy? – zapytał głos w słuchawce. Był trzeszczący i słyszalny.
-Halo, słyszysz mnie? – zapytał chłopak. Marcin postanowił działać od razu. Podniósł skałę, która wydała mu się niepokojąco lekka. Mimo wszystko skoczył na chłopaka i uderzył go prosto w twarz. Wyglądało na to, że był mocno zszokowany. Uderzenie wystarczyło. Marcin powalił go na ziemię.
-Halo? Halo? Co to było? – zapytał chłopak w słuchawce. Marcin wpadł na pomysł.
-Yyy, wybacz, trzeszczało i musiałem uderzyć o coś twardego ale już działa. – stwierdził Marcin.
-Teraz to ty trzeszczysz. No mów jak sytuacja. – poprosił chłopak w słuchawce.
-Nastawili się, że zaatakujemy od strony Kaczyc. Mają tam jakiś patrol w okolicy szkoły w Kończycach. Temu moja propozycja byłaby taka, abyście poszli właśnie Kaczycami, no i skręcili na Slov Naft. – powiedział Marcin.
-Kaczycami? Ale to kawał drogi… No ale jeśli ma to nam pomóc… to zrobimy jak każesz. Czyli iść potem główną drogą tak? – zapytał chłopak.
-Dokładnie. Szkołę mają bez ochrony. Wszyscy mają zasadzkę koło boiska Spójni w Kończycach. Nie wiem czemu myśleli, że tam pójdziecie. – odparł Marcin.
-To chyba tyle, jakby coś się zmieniało to nam mów. Zadzwonimy jeszcze! Strzałeczka i do usłyszenia. – odparł chłopak w słuchawce. Rozłączyli się i Marcin mógł w końcu się wysikać. Z emocji zapomniał, że stał nad szpiegiem. Tamten jednak coś nie odpowiadał. Tak czy owak Marcin go zostawił. Wrócił stamtąd jakoś silniejszy niż był przed chwilą.
-To co robimy? – zapytała się Laura. Uczepiło się ich trzech chłopaków z grupki.
-Macie zadanie. Musicie przygotować materiały, których użyjemy i przenieść je pod komendę policji. Popilnują nam ci z Bety i Gammy. – odparł Marcin.
-W porządku, w takim razie lecimy! – powiedział chłopak. Przed szkołą zostali tylko wartownicy, oraz Laura z Marcinem. Reszta w cudowny sposób zniknęła.
-Fajnie ich spławiłeś. W takim razie jaki plan? – zapytała Laura.
-Lecimy do domu Marcela. Napijemy się i zobaczymy co dalej. – uśmiechnął się Marcin. Na myśl o piciu, Laura od razu się uśmiechnęła.
-Tylko że nie ma samochodu, a samemu to tak niebezpiecznie iść taki kawał drogi. – zmartwiła się Laura.
-Czekaj… kolego! Możemy pożyczyć ten samochód? – zapytał Marcin, mówiąc o jednym z wywróconych bokiem.
-Nie mają paliwa. Ale jak potrzebujecie auto, to z tyłu szkoły jest parking i o ile pamiętam, to BMW powinno być sprawne. Kluczyki są pomiędzy fotelami z tyłu. – odparł chłopak.
-Dobrze dzięki! – uśmiechnął się Marcin.
-Chodźmy przez szkołę. Będzie prędzej – uśmiechnęła się Laura.
-Czemu nie? – odparł Marcin. Gdy weszli do budynku, Marcinowi od razu zrobiło się słabiej. Miał już tego dość. Najpierw w karczmie, potem w helikopterze, potem w samochodzie, teraz w szkole. Nie miał pojęcia jak powiązać te wszystkie miejsca.
-Co się dzieje? – Laura zauważyła jego osłabioną twarz i lekko się zaniepokoiła.
-Chyba mam klaustrofobie. – stwierdził Marcin.
-Hm? Co ty gadasz? – zdziwiła się Laura.
-Serio ci mówię. Co bym nie wszedł do zamkniętego pomieszczenia to mi słabo. – stwierdził Marcin. Zeszli po schodach na dół, do poziomu szatni.
-Zaraz zobaczymy, po wyjściu z budynku. – stwierdziła Laura. Minęli kuchnię, z której dobiegały liczne rozmowy.
-Myślisz, że to ostatnie dni, w których wszystkim wiedzie się dobrze? – zapytał Marcin.
-Jedno jest pewne. Jeśli przegramy, to raczej już będzie po nas wszystkich. – stwierdziła Laura.
-No to wszystko musi pójść po naszej myśli. – odparł Marcin. Przeszli przez kuchnie i wyszli tylnimi drzwiami. Na parkingu było kilka samochodów. Było też BMW.
-Dobra, szukaj kluczyków, ja muszę koniecznie odpocząć. – powiedział Marcin. Zdziwił go nagły przypływ sił, gdy tylko stanął na asfalcie. Zaczął głęboko oddychać i przykucnął. Wziął do ręki kilka kamyczków i zaczął nimi jeździć po ręce. Nie wiedział czemu, jednak mocno go to uspokajało.
-Co ty właściwie robisz? – zamyślenie Marcina przerwała Laura.
-Ja? Jak to co? – Marcin sam nie wiedział co robił. Zamyślił się, sam nie wiedział o czym, jednak zaskoczyło go, że ułożył piramidę z kilku mniejszych głazów przed sobą. Sięgała prawie pół metra.
-Co robisz pytam! – Laura nagle znalazła się przed nim i podniosła go, przez co odzyskał zdolność poruszania się.
-Nie mam pojęcia co się dzieje. Skąd ja wziąłem te skały? No i po co? – zapytał Marcin.
-A bo ja wiem co ci odwala. Zaczynam się ciebie obawiać. Nie zrób mi lepiej nic. – zaśmiała się Laura. Marcin nie wiedział czy traktować to jako żart czy też nie.
-Sorki no, nie wiem co jest grane. – westchnął Marcin. Usiadł za kółkiem po czym odjechali z Laurą do domu Marcela.
-Justyna i Dawid zostali? – zapytała Laura po chwili jazdy.
-Z tego co wiem, to mieli pilnować domu. – stwierdził Marcin. Bez przeszkód znaleźli się pod domem Marcela. Marcin zadzwonił, ale zapomniał, że prąd już nie działa. Drzwi były zamknięte, więc po prostu zapukał. Jako, że nikt nie otwierał, postanowił sprawdzić tylnie wejście.
-No to jak wejdziemy? Wątpię, że tu będzie otwarte. – stwierdziła Laura.
-No jest zamknięte. Zerkniemy przez balkon. – uśmiechnął się Marcin. Gdy wszedł na balkon, zobaczył, że w środku coś się świeci. Marcin podszedł do drzwi balkonowych i uśmiechnął się.
-Co jest? – zdziwiła się Laura.
-Zastanawiam się nad zapukaniem, a pozwoleniem im dokończyć. – stwierdził Marcin z uśmiechem.
-Ale, że jak? Robią to, co myślę? – uśmiechnęła się Laura.
-Tia, ładnie ujmując, kochali się, haha. – zaśmiał się Marcin.
-Dobra, poczekamy w samochodzie, bo tu może być niebezpiecznie. – stwierdziła Laura.
-Musiałbym chociaż na kilka minut zasnąć. Dawno już nie spałem a śmierć kogoś z was, oznaczała by przeniesienie mnie bodajże do momentu zanim jeszcze was spotkałem. – odparł Marcin.
-Dobrze, ja muszę jedynie znaleźć jakiś wychodek. – stwierdziła Laura.
-Że do toalety musisz?
-No przydałoby się. Normalnie to bym w krzaczki poszła, ale Marcel ostatnio poszedł no i go mocno potraktował mutant. – stwierdziła Laura.
-Można iść do tego domu co ostatnio. – stwierdził Marcin.
-Czy ja wiem? Niby mamy czas. – uśmiechnęła się Laura. Wsiedli do samochodu a Marcin podjechał szybko pod dom Vanessy i Jarka. Podeszli od drzwi, jednak te były zamknięte.
-Zamykałaś je? – zapytał Marcin. Nie musiał czekać na odpowiedź. Usłyszał otwieranie zamka.
-Tknij mnie, a zginiesz, nieznajomy! – usłyszał czyiś głos.
-Tutaj Marcin Górniok… kuzyn Marcela mieszkającego naprzeciwko. – powiedział szybko Marcin.
-A no dobra, czego wam potrzeba? – zapytał ten sam głos.
-U Marcela jest teraz jedna para i nie chcemy im przeszkadzać, więc przyszliśmy tutaj, czy jest możliwość skorzystania z kibelka? – zapytał Marcin.
-Śmiało, kojarzę cię z gminy, to możesz opowiedzieć co tam słychać powiedział chłopak.
-Jarek, dobrze pamiętam imię? – zapytał Marcin.
-Tak, Bądźcie tylko cicho bo Vanessa śpi. – stwierdził Jarek. Weszli do środka. Marcin czuł jeszcze lekki odór po zdechłym psie. Szybko streścił sytuację odnośnie całej wojny.
-Potrzebujecie ochotników do walki? Dajcie mnie do jakiejś grupki! – poprosił Jarek.
-Hmm, myślę, że znajdzie się miejsce w grupce ochraniającą tą na moście. – odparł Marcin.
-Vanessa by mnie nie puściła, temu lepiej jej nie mówić. – powiedział szeptem Jarek
-Nie no, jak chcesz. Tylko od razu mówię, że nie masz stuprocentowej szansy na przeżycie. Nie wiemy czym dysponuje wróg. – powiedział Marcin.
-Nie pocieszasz. Zresztą… ten świat i tak już się kończy. Z dnia na dzień nas ubywa. Przeżyją ci, którzy będą się chować. Ale ich też w końcu coś dopadnie. – stwierdził Jarek.
-Może i masz rację. Ja wiem jedno. Będę tym, który będzie walczył o lepsze jutro do samego końca. Pragnę naprawić ten świat, żebyśmy doczekali dnia, w którym będziemy bezpieczni. – powiedział Marcin.
-Dzięki. Pomogę wam, jak tylko będę potrafił. Obyśmy oboje spotkali się jutro, bezpieczni, żywi, no i z możliwością zjedzenia czegokolwiek. – powiedział Jarek.
-Spotkamy się, na pewno! Weź co tylko potrzebujesz no i podwiozę cię do szkoły, porozmawiaj z ekipą Beta. Powiesz, że jesteś ode mnie, no i chcesz pomóc. – powiedział Marcin. Jarek poleciał się spakować. Laura przybyła po chwili.
-Słychać was nawet w łazience. Woda się skończyła, nie jest dobrze. – stwierdziła Laura.
-Prąd, woda, co jeszcze?! – Marcin westchnął.
-Jak cię nie było, gdy byłeś martwy, to wtedy nagle wszystko szlak trafił. – odparła Laura.
-Co na to ludzie? – zapytał Marcin.
-Wszyscy prawie zjawili się w szkole. Nieliczni mieszkają już samotnie. A, no i w Świstaku jest też mała grupka, może trzydziestu osób. Trochę też zajmuje się młodszymi w przedszkolu. Ale przedszkole długo nie uciągnie, pieluchy się kończą, jedzenie, góra tydzień czasu. Jest planowany wypad w poszukiwaniu czegoś dla tych dzieci, ale póki co mamy ważniejszą sprawę do rozwiązania. – stwierdziła Laura.
-Poczekaj na Jarka, ja idę się zdrzemnąć szybko. – poprosił Marcin. Wyszedł na zewnątrz i się rozejrzał. Na horyzoncie zobaczył tylko jedną parę zielonych oczu. Zszedł ze schodów i przykucnął. Znów nie wiedząc czemu wziął do ręki kilka niewielkich kamyczków.
-Czemu czuję się silniejszy, gdy je trzymam? – zdziwił się Marcin. Zaczął sobie nimi jeździć po ręce. Czas dla niego płynął wolniej. Otworzył szeroko oczy. Kamyczki były większe niż przed momentem. Przypomniał sobie wielkie głazy na parkingu za szkołą.
-Co jest grane?! – zdziwił się Marcin. Pomyślał, że to dziwne, ale chciałby ułożyć kolejną piramidę z kamieni. Widział na własne oczy, że kamienie, które trzymał, urosły już kilkukrotnie. Skupił się jednak na jednym, a resztę wyrzucił. Po chwili kamyczek, był wielkości jego laptopa. Marcin wziął kolejny. Przyłożył go sobie do swojej rany. Miała niebieskawy odcień i była niepokojąco brzydka. Marcin przyłożył kamień do rany. Zaczął nim sobie jeździć mocniej, zdzierając niebieskawego strupa. Rana znikała, jednak kolor jego skóry, przybrał w tamtych okolicach koloru kamienia. Marcin był wystraszony. Sam do końca nie wiedział co robi.
-To mi się musi śnić! – Marcin cisnął kamieniem w stronę mutanta. Tamten najwidoczniej oberwał, albo kamyczek go wystraszy, gdyż uciekł spłoszony. Wszedł do auta i zamknął oczy. Na chwilkę udało mu się odpłynąć, jednak już po chwili usłyszał Laurę.
-Trzeba nam jechać. – powiedziała Laura.
-Yyy… dobra. – stwierdził zaspanym tonem Marcin. Spojrzał na rękę. Nie było ani śladu niebieskiego strupa. Jego ręka wyglądała jak wcześniej. Jedyna różnica, że była ona szarawa. Marcin odpalił silnik, po czym ruszył po chwili. Jechali w ciszy. Marcin zastanawiał się, co też właściwie przed chwilą uczynił. Nie wiedział czy mówić o tym Laurze, jednak wiedział, że najwidoczniej będzie musiał.
-Zastanawiałeś się, co z Nikodemem i resztą? – zapytała Laura.
-No są w Cieszynie. Mają idealną okazję do odbicia zakładników. Ba, mają Sebastiana. Musi im się udać! – stwierdził Marcin. Podjechali pod szkołę. Wciąż było przed nią jedynie dwóch strażników.
-Widzimy się jutro! – przypomniał Marcin i odjechał spod szkoły.
- Co teraz? Wciąż mamy pół godziny. – stwierdziła Laura.
-Możemy ponownie do mnie jechać. No albo posiedzimy u ciebie. Co ty na to? – zapytał Marcin.
-U mnie… no w zasadzie to nie jest zły pomysł. – stwierdziła Laura.
-Muszę ci coś pokazać. Ale to pod twoim domem. – powiedział Marcin. Laura pokierowała go w centrum Zebrzydowic. Minęli między innymi złomowisko, na którym wciąż była grupka Braci Cienia. Skręcili jednak w lewo, w stronę przedszkola. Zatrzymali się pod sporym domem.
-Nie byłam tu już ze dwa tygodnie. – westchnęła Laura. Zanim Marcin jej odpowiedział, usłyszał swój telefon. Dzwonił.
-Co jest grane? Raz jest zasięg a raz nie ma. Popatrzył na wyświetlacz. Dzwonił Nikodem. Zerknął też na baterie. Miał już jedynie nieco ponad trzydzieści procent, więc musiał oszczędzać.
-Odbierz może. – stwierdziła Laura.
-Marcin, gdzie jesteście? – usłyszał Nikodema, zanim zdołał się odezwać.
-To skomplikowane. Szymon nas zgarnął helikopterem no i jesteśmy w Zebrzydowicach.
-Uciekajcie lepiej. Pół Cieszyna zmierza właśnie w waszą stronę! Macie może z godzinę czasu. – powiedział Nikodem szybko.
-A wy gdzie? – zdziwił się Marcin.
-Odbiliśmy naszych. Dwójkę zabili przy torturach, ale poza tym wszyscy są albo mocno pobici, albo nawet nie przytomni. Zmusili ich, aby powiedzieli, gdzie trzymacie jedzenie. Pochowajcie jak tylko możecie. – poprosił Nikodem.
-Cholera. Wiesz którędy idą? – zapytał Marcin.
-Wiem, jakiegoś szpiega macie, powiedział, żeby przez Kaczyce iść no i przy Slov Nafcie odbić. Wycofaj szybko swoich ludzi. Weźcie jedzenie, no i uciekajcie. Spotkajmy się w Jastrzębiu w galerii. – powiedział Nikodem.
-Spokojnie. Mam plan. Skontaktuje się z wami jeszcze. Zostańcie w Cieszynie, albo szybko jedźcie przez Kończyce. – poprosił Marcin.
-Wiesz co robisz? – zapytał Nikodem.
-Taa, wiem. – stwierdził Marcin. Rozłączył się i spojrzał na Laurę.
-I jak? – zapytała pełna obaw. Mamy przewagę w postaci wiedzy. Musimy to wykorzystać w taki sposób, abyśmy mieli również przewagę ilościową. – odparł Marcin.
-Jak to zrobimy? – zapytała Laura.
-Będę potrzebował… jeden kanister z benzyną, jednej osoby z mojej grupki. Rozmieścić szybko grupy na swoich pozycjach, no i najważniejsze. Będę potrzebował jednej odważnej dziewczyny, którą mi pomoże z najważniejszym chyba zadaniem. – stwierdził Marcin.
-Co planujesz? – zapytała Laura.
-Zobaczysz, ale jeśli się uda… to Cieszynianie nawet nie dotrą do Zebrzydowic. – uśmiechnął się Marcin.
***
Marcin podrzucił Laurę pod złomowisko. Miała przekazać Braciom Cienia, aby ukryli żywność na złomowisku. Sam Marcin podjechał pod szkołę i wleciał do środka najszybciej jak tylko potrafił. Dowiedział się szybko, że wszystkie grupki są na sali gimnastycznej. Wszedł do środka a na jego widok nastała cisza.
-Przygotować się. Tysiąc Cieszynian nadciąga! Ktokolwiek z grupy Kappa, który potrafi prowadzić, niech idzie ze mną. – poprosił Marcin.
-Co mamy zrobić? Nas jest nieco ponad setka! – powiedziała jakaś dziewczyna.
-Grupa Kappa zredukuje jak najbardziej tysiąc do zera. Od tego jesteśmy.
-Po co od razu zabijać? – zapytał jakiś chłopak.
-Nie jest mieć fajnie krew na rękach. Ale motywuj się tym, że jak ich nie powstrzymamy, to bez jedzenia, długo nie przetrwamy. – odparł Marcin.
-Dobrze. To… mamy się przygotować? – zapytała jakaś dziewczyna.
-Tak, na pozycje. Mamy malutko czasu. – stwierdził Marcin. Pokazał im wszystkim jeszcze kciuka, że wszystko będzie dobrze. Wybiegł szybko ze szkoły i pojechał z powrotem na złomowisko. W bramie czekała Laura z Długasem.
-Gdzieś ty tyle był? Przecież wróg nadchodzi! – zezłościła się Laura.
-Cii, jest dobrze. Długas, dawno się nie widzieliśmy. – uśmiechnął się Marcin.
-Dobrze cię widzieć żywego. – uśmiechnął się Długas. Razem z Laurą dosiedli się do Marcina.
-Czyli jak rozumiem, masz jakiś plan? – zapytał się Długas.
-Tak, ale spokojnie. Musimy zrobić wszystko po kolei. Najpierw jedziemy na Kończyce, odwiedzić Blondasa. – powiedział Marcin.
-Blondas w Kończycach? – zdziwił się Długas.
-Obserwuje kiedy wróg nadciągnie. – oznajmił Marcin.
-Myślisz, że przetrwamy ten dzień? – zapytał Długas.
-Proszę cię. Jestem nieśmiertelny! Choćbym miał powtarzać ten dzień dziesięć razy to w końcu i tak wszystkich uratuje. Nie no, a tak serio, to nie mam zamiaru ginąć i chcę od razu zrobić tak, aby wszystko poszło zgodnie z planem. – odparł Marcin.
-On wie co robi. – pokiwała głową Laura. Minęli most, który ma posłużyć za zasadzkę.
-Nie sądzisz, że to niehumanitarne zabijać tysiąc osób na raz? – zapytał Długas.
-No kto jak kto, ale, że ty mi coś takiego powiesz to bym się nie spodziewał. Kto niby zabić chciał poprzedniego lidera Zebrzydowic? – zapytał Marcin.
-No zrobiłem to. Masz rację. Mam trochę krwi na rękach, ale jakbyś mi dał zrobić to co planujesz, to bym się nie obraził. – uśmiechnął się Długas.
-Świetnie! Dostałeś angaż. A więc może najwyższy czas wprowadzić was w część mojego planu. – stwierdził Marcin.
-Mów mój mistrzu! – Długas wyraźnie ożywił się tym, że będzie mógł zrobić demolkę.
-No dobra. Twój plan to będzie rozsadzić Slov Nafta. – uśmiechnął się Marcin.
-Mistrzu… kocham cię! To najlepsze co do tej pory robiłem! Dzięki, że mogę tego dokonać. – powiedział Długas. Ożywił się na tyle, że przytulił kierującego Marcina i Laurę siedzącą obok.
-Oj daj spokój, piwskiem śmierdzisz. – zaśmiała się Laura.
-Tylko wiesz, że możesz zginąć, nie? – zauważył Marcin.
-Zginąć? Nie! Jestem za silny by ginąć. – stwierdził Długas.
-Słuchaj teraz uważnie. Druga część planu jest nieco trudniejsza no i w zasadzie ten plan z wysadzeniem stacji nic nie zrobi, zabijemy tym góra tuzin osób i z setkę sparzymy tylko. To za mało. Żeby plan się udał, musimy pojechać z Laurą do Pielgrzymowic. – odparł Marcin.
-Że jak? – zdziwiła się Laura.
-Napuścimy na nich całe stado mutantów. Całe gniazdo dokładnie. Ja i ty, będziemy przynętą. Musimy ich tylko wywabić z gniazda no i zmusić by za nami poszły aż tutaj. Jak dam znać to Długas rozsadzi stację, a mutanty, powinny już tutaj same trafić, aby zaatakować wszystkich żywych. – powiedział Marcin.
-Świetnie. Już ja znajdę sposób by rozsadzić Slov Nafta.
-Myślałem, żebyś zrobił ścieżkę z benzyny i ją podpalił i zwiał. – powiedział Marcin.
-Proszę cię! Bo ja się będę w takie coś bawił, wymyślę coś. – odparł Długas. Podjechali pod Slov Nafta i nieco się zdziwili. Pod Slov Naftem stała grupka blisko pięćdziesięciu osób.
-Cieszynianie? – zapytała Laura.
-Kilku z nich już widziałem. To Kończanie. – odparł Marcin po chwili. Podszedł do niech Blondas. Marcin otwarł szybę od strony Laury.
-Coś się stało? Mieliście się chyba przygotowywać? – zapytał Blondas.
-Nie ma czasu, Zmieniliśmy plan. Już tu idą i będą tu szybko. Wrócił zasięg więc jak będą się zbliżali to daj znać. Tak czy owak, jak ich tylko zobaczysz, uciekaj do Długasa. On ma zadanie. O wszystkim ci zaraz opowie. Powiedz tylko na co ci oni? – zapytał Marcin mówiąc o Kończanach.
-Znajomości. Są ochotnicy by pomóc. Niestety jest jeden warunek, każdy z nich musi dostać kolacje i śniadanie. – stwierdził Blondas.
-Po co? Nie będą konieczni, odeślij ich ku domom! – poprosił Marcin.
-Szymon mówił mi co innego, ale dobra. Zachowam ich w gotowości. – odparł Blondas.
-Spoko, ja muszę jechać natychmiast. – powiedział Marcin. Zamknął szybkę, podał rękę Długasowi i poczekał aż tamten wyjdzie. Ponownie zostali sami z Laurą.
-Jesteś pewny, że wiesz co robisz? – zapytała się go Laura.
-Wiem, że ten plan nie jest idealny. Gniazdo jest dobry kwadrans stąd, a nie wiemy kiedy Cieszynianie uderzą. Możemy jedynie jeździć na około i jakoś ich spowalniać, więc na ich spóźnienie jesteśmy przygotowani. Gorzej tylko, jak nas wyprzedzą. – westchnął Marcin.
-Będzie ciężko, cholera. – westchnęła Laura.
-Boję się lekko. – wzdrygnął się Marcin.
-Zbierajmy je już powoli. – powiedziała Laura. Otwarła okna i puściła głośno piosenki. Włączyło się jakieś Disco-Polo.
-Nie ma nic innego? – zdziwił się Marcin.
-Nie, koleś w tym aucie ma cztery płytki, wszystkie podpisane tak samo a radio nie działa. – stwierdziła Laura.
-Damy radę. – odparł Marcin. Mimo wszystko jechał dosyć powoli. Robili kółko, jednak tędy było szybciej. Najpierw ruszyli na Pruchną, jednak odbili jedną z bocznych uliczek tak, że po chwili jechali w stronę miejsca, gdzie kilka dni temu został uwięziony w płonącym domu z Laurą. Minęli mostek, po czym ruszyli w prawo, na Pielgrzymowice.
-Już prawie jesteśmy. Musimy zadbać, aby mutanty się nie rozlazły. – stwierdził Marcin.
-Żeby nie poszły na Zebrzydowice? – zapytała Laura. Zanim Marcin odpowiedział, zadzwonił telefon.
-Cholera, już są?! – Marcin przyspieszył.
-Czekaj, wyjmę go – odparła Laura. Żeby telefon wyszedł z kieszeni, Marcin musiał wyprostować nogę. Wbił ją w pedał gazu i gwałtownie przyspieszyli.
-Cholera! – Marcin wpadł w poślizg, jednak jakimś cudem wyszedł cało z zakrętu.
-Halo? – zapytała Laura.
-No hej siostrzyczko! – Powiedział Nikodem. Laura dała go wcześniej na głośnik.
-Nie strasz nas. Co jest grane? – zapytał Nikodem.
-Pijemy kawę na Slov Nafcie. Słyszałem, że minęliśmy się. – stwierdził Nikodem.
-Co wy tam robicie? Przecież zaraz to miejsce zniknie! – wkurzyła się Laura.
-Od kiedy słuchasz Disco-Polo? – zaśmiał się Nikodem.
-Cicho! Idźcie stamtąd, jesteś z resztą, prawda? – zapytała Laura.
-Tia, Kinga, Marcel, Filip, Sebastian i to wszyscy. No i Długas z Blondasem i jeszcze jakieś pisiont osób. – zaśmiał się Nikodem.
-No bez jaj, idźcie do Zebrzydowic. Nie wiadomo jak daleko są? – zapytała się Laura.
-Kilometr stąd, idą właśnie od strony Podlesia w Kończycach. – powiedział Nikodem.
-Kurna! Spierdzielajcie stamtąd! – warknęła Laura i się rozłączyła.
-Mamy mało czasu. Jak nie wiem co. – westchnął Marcin.
-Mamy może dziesięć minut. – odparła Laura.
-Dobra, jesteśmy przy gniazdach. – odparł Marcin. Zatrzymał się kilka metrów od dołu i odwrócił samochód w stronę Zebrzydowic. Laura pogłośniła muzykę, a Marcin zaczął trąbić. Mutanty pojawiły się od razu. Zaczęły wychodzić i lecieć w ich stronę.
-O Jezu! Gazu! – wystraszyła się Laura. Marcin ruszył a mutanty pognały za nimi. Wciąż trąbił, a muzyka sprawiała, że pojawiały się kolejne. Coś uderzyło w samochód.
-Masz wrażenie, że idzie za nami coś czterometrowego? – zapytał Marcin.
-Ma czerwone oczy. Mocno czerwone oczy! Ziemia drży od jego kroków. – stwierdziło Laura. Muzyka skończyła się i zaczął się kolejny kawałek. Po chwili byli już w miejscu, gdzie wcześniej Marcin wpadł w poślizg.
-Pięć minut mamy, a to jeszcze nie jest połowa drogi! – zauważył Marcin.
-Spóźnimy się kurde. – westchnęła Laura. Musieli jechać średnio pięćdziesiąt na godzinę, bo wtedy mutanty nadążały i ich nie ubywało. Po pięciu minutach, byli już blisko. Skręcali właśnie na główną drogę od Pruchnej, która kończyła się naprzeciwko Slov Naftu. I wtedy nastąpił wybuch. Przebił się on przez muzykę i trąbienie Marcina.
-Spóźniliśmy się, ale może nie wszystko stracone! – Marcin jechał w stronę ognistej chmury, która wystrzeliła do góry. Widział jak odłamki stacji leciały dość wysoko, a następnie opadały. Miał też wrażenie, że jakieś kilka podpalonych ciał zostało wystrzelone w powietrze. Przed nimi był zjazd z wielkiej górki, później kilka zakrętów, OSP w Kończycach i w końcu Slov Naft. Gdy zjeżdżali z górki, zobaczyli płonące szczątki Slov Naftu.
-Minuta do celu. – Marcin przełknął ślinę.
-Boję się. – stwierdziła Laura.
-Już prawie… - Powiedział Marcin. Pokonywali ostatni zakręt. Ujrzeli porą grupkę Cieszynian. Spora część wyglądała na martwą. Niektórzy byli dziwnie zwęgleni, inni mieli sporo krwi na sobie. Niestety to był jedynie początek całej grupki Cieszynian. Cała reszta stała bezpiecznie w odległości. Wszyscy gapili się w ich stronę. Marcin zdał sobie sprawę, że stanowią łatwy cel. Do tego muzyka sprawiała, że byli słyszani już od kilku minut. Marcin wyciszył całkowicie muzykę i zerknął do lusterek. Mutanty, małe i wielkie, z niebieskimi, zielonymi, żółtymi, pomarańczowymi, fioletowymi i czerwonymi oczami, bardziej zmutowane, lub mniej, wszystkie leciały za nimi. Marcin wykonał gwałtowny skręt na Zebrzydowice. Usłyszał serię z karabinu maszynowego. Strzały uderzyły w samochód. Do tego pękła tylna szyba.
-Głowy w dół! – wrzasnął Marcin.
-Skąd oni mają broń maszynową! – zdziwiła się Laura.
-I właśnie dlatego potrzebowaliśmy tej przewagi! – krzyknął Marcin. Poczuł, że obie tylne opony są przedziurawione. Nagle w coś zawadził kołami, jakby w krawężnik. Sekundę później gwałtownie w coś uderzyli.
***
Krzyki. Wystrzały. Do tego niezwykły ból głowy. Wielki ryk, który był tak przeraźliwy, że nie mógł go wydać żaden człowiek. Marcin podniósł głowę. Poczuł mocny ból w swojej ranie, oraz na szyi. Miał głowę w poduszce powietrznej.
-Laura? – Marcin wiedział, że zawalił. Musieli szybko uciekać, albo ktoś ich znajdzie i zabije. Usłyszał otwieranie drzwi. Ktoś wyrzucił go z całej siły z samochodu. Przywalił w jakąś szybę, która się na niego rozbiła. Przeleciał dalej i wylądował w jakimś rowie. Wszystko go teraz bolało. Widział już, że samochód przywalił w przystanek od strony Slov Nafta. Przez dziurę w przystanku, którą zrobił, przeszedł jakiś chłopak w kapturze. Miał w dłoni długą drewnianą dzidę.
-Ty kurwo! – wrzasnął do Marcina. Marcin nie był w stanie nic powiedzieć. Tamten pociągnął go za kołnierz jego bluzy i samemu wytargał z rowu. Był typowym karkiem, dresem, kimś, kto w normalnych czasach budził jedynie strach i niepokój. Tamten wytaszczył go z dołu i rzucił na asfalt. Marcin nie miał się by się opierać. Poleciał prosto na twarz i poczuł niebywale wielki ból. Bał się. Mocno się bał. Znalazł się w opałach, a miał przy sobie jedynie swój nożyk. Leżał. Nie miał sił by się podnieść. Zaczął nawet odpływać. Nie mógł tego jednak zrobić. Wtedy straci szanse na kolejne życie. Utrzymał jednak świadomość, choć wiedział, że musi zginąć. Krzyki i wystrzały, oraz odgłosy walki wciąż były jedynym odgłosem jaki Marcin słyszał. Zobaczył przed sobą trzy cienie, jednak nie mógł się podnieść by zobaczyć kim są owe tajemnicze osoby.
-Marcin, tak? A więc to tu się ukrywałeś. Wiesz? Szukałem cię. Nie raz. Znalazłem każdego z waszej grupki. Szymona, Agnieszkę, Kingę, Sandrę, Wiktorię, Laurę. Ciebie niestety nie. No ale nie ważne. Wiedziałem, że tutaj jesteś. Pewnego dnia pojawił się filmik w Internecie, jak ratowałeś Szymona. Wtedy wiedziałem, że ostatnia osoba przybyła. Mogłem zacząć. To zabawne, ale tak naprawdę, tamci ludzie, którzy tam giną, nie są mi potrzebni. Głównie, byłeś mi potrzebny ty. – powiedział nieznajomy. Zanim cokolwiek dodał, Marcin usłyszał strzał. O dziwo nie był to strzał w niego. Poczuł na sobie krew. Krew tego, który do niego przemawiał.
-Uciekajcie idioci! Na niego jeszcze przyjdzie pora. On musi pozostać żywym! - usłyszał znów jego głos. Czyli zastrzelony został ktoś inny. Marcin dopiero teraz podniósł głowę i minimalnie odzyskał siły. Podniósł się lekko i ktoś go chwycił za ręce i ramiona.
-Marcin… - Nikodem niedokończył. Strzał przerwał jego głos. Nikodem krzyknął i upadł za Marcinem.
-Stójcie gdzie stoicie, a nikogo już nie zastrzelimy! – Marcin obejrzał się. Blisko dziesięć osób mierzyło do nich od pistoletów, po łuki i proce.
-Coś ty zrobił! – Marcin był wściekły. Świadomość, że Nikodem może już nie żyć, oddała mu możliwość mówienia. Oprzytomniał.
-On i tak nie był ważny dla tej historii. – wzruszył ramionami mówca. Był najwidoczniej ich przywódcą. Marcin widział, że mutanty wciąż walczyły. Co prawa największy z nich już padł, jednak ilość, jaka atakowała Cieszynian, była podwójnie większa, jak pozostali przy życiu.
-Co… - Marcin był wstrząśnięty. Nie miał pojęcia z kim gada. Tamten z kolei wydawał się wiedzieć wszystko.
-Postrzeliłeś mnie kiedyś, choć pewnie tego nie pamiętasz. Nazywam się Adrian… - Marcinem wstrząsnęło. Znał to imię. Zobaczył przed oczami wizję. Znajdował się przed zamkiem i coś krzyczał. Strzelił w Adriana i zaczął uciekać. Była też reszta osób, które przechodziły z nim przez portal.
-Czego chcesz? – warknęła Laura. Marcin rozejrzał się i westchnął. Koło niego, klęczeli, Laura, Kinga, Sebastian, Marcel i Filip. O dziwo klęczał również Nikodem. Choć trzymał się za ramie i widać, że mocno cierpiał.
-Wszystkiego się dowiecie w swoim czasie. Za zniszczenie moich planów, będę musiał was zamknąć w więzieniu. Muszę was mieć przy sobie, w końcu nie możecie zginąć. Poniekąd. Wydaje mi się, że więzienie to nie będzie do końca to, co by was załamało. Nie chcę was zabijać. Chcę was wykończyć psychicznie. Chcę, żebyście przyszli do mnie i błagali, abym was zabił. O tak! Dobra. W końcu wyjawię wam co chcę zrobić. – uśmiechnął się do nich Adrian. Marcin mu się przyjrzał. Miał ciemne włosy, podobnej długości jak jego, oraz twarz człowieka, który nie bał się zabijać. Był gotów posunąć się do wszystkiego. Jakiś chłopak do niego podszedł i dał mu miecz. Zwykły miecz, którym walczono w średniowieczu.
-Zabije jednego z was, na oczach wszystkich. – uśmiechnął się Adrian. Marcin był przerażony. Oddychał głęboko i bał się co się z nim stanie. Nie bał się już o Zebrzydowice. Bał się teraz już tylko o siebie i wszystkich obok niego.
-Marcin. Ciebie nie mogę zabić, jesteś zbyt cenną osobą. Uwierz mi, jeszcze mi kiedyś podziękujesz. – odparł Adrian.
-Marcel. Nie wiem czy wiesz, ale w tym świecie, to ty jesteś Marcinem. Zająłeś jego miejsce, poniekąd jesteście tą samą osobą. Nie zabije cię. – uśmiechnął się Adrian. Marcin spojrzał na Marcela. Nic z tego nie rozumiał.
-Sebastianie! To nie przypadek, że tutaj jesteś. Również jesteś ważny dla tej historii! Każdy z was jest tak naprawdę. No cholera. Filip już mocno ucierpiał gdy stracił Monikę, a rodzeństwo Kalinowskich jakoś nie mam ochoty zabijać. Nosz cholera, trudny wybór. – pokiwał głową Adrian, odwracając się w stronę pola bitwy. Mutanty powoli padały, a Cieszynianie również nie mieli już zbyt licznej armii. Góra dwie setki osób. Nagle Adrian odwrócił się i uśmiechnięty popatrzył na Marcina.
-Wiem. Hehe, jestem genialny. Nie mogę się zdecydować, więc niech wybierze ślepy los! O tak! – Adrian zaśmiał się przerażająco.
-Bzy, bzy, bzy, były sobie pszczółki trzy… - zaczął Adrian. Wskazywał mieczem kolejno na Kingę, Nikodema, Marcina, Laurę, Sebastiana, Filipa i Marcela.
-…Gucio, Maja, Klementyna i wy-pa-dasz… - Adrian zatrzymał miecz na Marcinie i spojrzał na osobę obok śmiejąc się głośno.
-…TY! – Miecz powędrował na Laurę. Marcinem przeszedł przerażający dreszcz. Zaczął się podnosić, jednak ktoś, kto za nim stał, szybko postawił go na kolana.
-Nie! Tylko nie to! – wrzeszczał Marcin.
-Dajcie ją dwa metry przed nich. – powiedział Adrian i zbliżył się do Laury, którą ustawili twarzą do innych.
-Nie zginiesz… - szepnął do niej Marcin. Laura była spokojna. Spojrzała na Marcina. Za każdym razem, gdy kogoś minimalnie coś drasnęło, a mogło to spowodować śmierć, sprawiało, że Marcin się budził. Wiedzieli o tym oboje. Marcin nie jednokrotnie jej o tym opowiadał.
-Ślepy los chyba wybrał najlepiej jak tylko mógł. Laura Kalinowska. Kocha się w Marcinie, ze wzajemnością, choć oboje jakoś boją się sobie to powiedzieć. Przyszywana siostra Nikodema, oraz chyba każdy choć trochę zdołał ją polubić. A teraz was opuści. Na wieki… wieków. – odparł Adrian i zamknął oczy. Otworzył je i spojrzał na Marcina. Podniósł wargę do góry i pokiwał głową. Odwrócił się do Laury tak, aby wszyscy mogli widzieć jej śmierć.
Nie!! – Nikodem krzyczał, wręcz łkał.
-Stary, przecież będę miał… - niedokończył, gdyż z przerażeniem stwierdził, że nic się nie dzieje. Marcin dalej klęczał, a miecz bez trudu przebił Laurze jamę brzuszną. Adrian spojrzał na Marcina z uśmiechem. Laura otworzyła szeroko oczy i spojrzała na Marcina. Adrian skierował ostrze do góry, tnąc narządy i tkanki. Ciało Laury zalała rzeka czerwieni.
-Marcin… ja… kocham… - zaczęła Laura, jednak z jej ust zaczęła wypływać potok krwi. Skapywała ona z obu kącików ust, plamiąc białą bluzę Laury. Jej wzrok spoczął na Marcinie i nie była w stanie już nic zrobić. Jej oczy zaczęły opadać. Nikodem już nie patrzył. Łkał pod nosem. A Adrian dopiero zaczynał. Ostrze przecięło klatkę piersiową, sprawiając, że krew wypływała i zaplamiła całą Laurę. Laura spojrzała po raz ostatni na Marcina i zamknęła oczy. Głowa opadła jej w dół. Marcel, Marcin i Kinga jedynie jeszcze obserwowali. Marcin zdał sobie sprawę, że coś jest nie tak, że nagle stracił swoją moc. Miał przecież coś nowego. Nową moc. Moc powiększania kamieni. Coś mu tutaj nie grał. Dźwignął kamień i zaczął go w dłoniach formować. Był miękki jak plastelina.
-Tak oto, ginie wielka podpora waszej grupki, Laura Kalinowska. – odparł Adrian. Wyjął miecz z jej klatki piersiowej i rzucił zwłokami na asfalt. Upadła na plecy. Jej roztargana bluza opadła odsłaniając nagie, martwe i zakrwawione ciało. Adrian wziął zamach i wbił miecz w jej szyję, oddzielając głowę od ciała. Tego było dla Marcina za wiele. Spuścił wzrok, jako ostatni z grupy. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że płakał. Łzy zalewały jego twarz, a on sam był cały w spazmach. Wiedział, że nic nie może zrobić. Wrócił potworny ból, który wywołały łzy, w spotkaniu z zakrwawioną twarzą. Kamień w dłoni Marcina był teraz w kształcie ostrego noża z ostrymi końcami na końcu. Miał już zaatakować, gdy nagle, oprawca za nim upadł na niego. Zalała go krew. Nie było żadnego sygnału, ani ostrzeżenia. Zauważyło to tylko dwoje innych, którzy stali za nimi i trzymali ich, aby się nie podnosili.
-Szefie! – krzyknął jeden z nich i po chwili również i on upadł martwy na Kingę. Wszyscy się odwrócili, w momencie gdy trzeci upadł martwy.
-Co jest do cholery? – wystraszył się Adrian. Strzała pomknęła nad nimi i minęła Adriana o milimetry.
-Ukryć się! – poleciał Adrian. Zaczął uciekać slalomem. Marcin rzucił w niego kamiennym nożem. Nie trafił go, jednak również niewiele brakło. Marcin podniósł się i ruszył biegiem w kierunku samochodu, którym tu przyjechał z Laurą. Wyjął łuk i strzały i odwrócił się wściekły w kierunku Cieszynian. Nie był w stanie trzeźwo myśleć. Stracił Laurę. Tylko to się teraz liczyło. Zemsta…
-Marcin, co ty robisz… zabiją cię! – usłyszał Kingę.
-I CO Z TEGO! – warknął Marcin. Zanurzył strzałę w proszku, który dostał od Szymona. Po chwili strzała mknęła już w kierunku Cieszynian. Tamci kończyli walczyć z mutantami. Strzała trafiła w asfalt, blisko kilku osób. Wybuch sprawił, że dwoje z nich powalił na ziemie, a do tego zaczęły im płonąć ubrania. Marcin widział jak się podnoszą i panicznie próbują gasić ogień. Jednego z nich powalił mutant. Kilka osób zaczęło strzelać w ich kierunku. Wściekły Marcin wystrzelił strzałą w stronę murku, za którym stali. Strzała nic nie zrobiła, napędziła stracha kilku osobom i nic poza tym. Mieli jednak czas aby uciec. Uciekali slalomem przez dobre sto metrów. Od strony Zebrzydowic nadjechał samochód. Był to ten sam, którym jechał jeszcze nie tak dawno w kierunku Cieszyna.
-Ave! Kogoś gdzieś podrzucić? – zawołał uśmiechnięty Długas. Marcin miał ochotę mu coś zrobić. Marcin machnął ręką. Do środka wsiadł ranny Nikodem, Kinga Filip i Sebastian. On sam biegł z Marcelem.
-Stary… - zaczął Marcel.
-Cicho… nic nie mów. – powiedział Marcin bez uczuć. Przeszedł go dreszcz. Do końca dni będzie żył z obrazem rozpruwanej Laury.
-Gonią nas. Chyba nie poddali się! – powiedział Marcel.
-Kappa! Odwrót! – krzyknął Marcin. Wiedział, że to jego oddział go ocalił. Kilku z nich biegło mianowicie środkiem drogi.
-Szefie! Wybacz, że tak późno. Zobaczyliśmy wybuch i powoli się do was dostaliśmy! – powiedział jeden z chłopaków. Podjechał po nich van.
-Blondas gotów do służby. – zatrzymał się i wpuścił całą drużynę Kappa do środka.
-Rzuć nas do oddziału Beta, pod komisariat Policji. – poprosił Marcin. Już wiedział co zrobi. Zabije ich wszystkich. A ciało Adriana rozetnie jak ciało Laury. To był jego cel. Marcin usiadł pod ścianą i zapatrzył się. Nim się obejrzał byli już pod komisariatem.
-Co z nimi? – usłyszał głos jakiegoś chłopaka.
-Meldujemy, że pozostało ich nieco więcej niż nas. Marcin i Długas, wykończyli blisko osiem setek osób. Sami. – powiedział jeden chłopak z Kappy. Marcin zauważył już, że zazwyczaj to on się odzywa.
-Gratuluję! Poddali się? – zapytał przywódca Bety.
-Nie, niestety. Idą tu wkurzeni, ale raczej nie spodziewają się zasadzki. Musimy ich wszystkich wyeliminować. – oznajmił chłopak z Kappy.
-Marcel, zostajesz w Becie? – zapytał Marcin.
-Dajcie mi broń i mogę walczyć. – pokiwał głową Marcel. Marcin pokiwał głową i odparł.
-Ech, dobra. Słuchajcie. Ty tu dowodzisz od teraz. Jak ci na imię? – zapytał Marcin chłopaka z Kappy.
-A mniejsza z tym. No ale jestem Igor, jakby co. No dobra, więc skoczymy szybko do pozostałych grupek, Alfy i tych dwóch za mostem, Delty i Epsilonu. Musimy ich ostrzec. – poprosił Igor.
-Idźcie. Ja mam inne zadanie. – powiedział Marcin. Początkowo biegł z drużyną Kappy. Igor wiedział co robi. Przebiegli za mostem, tak, żeby nie było ich widać. Z mostu odmachał oddział Alfa. Marcin wiedział, że mogą to być ich ostatnie chwile. Odbiegł w stronę Zebrzydowic. Nastała dla niego całkowita cisza. Jakiś mutant przeszedł obok niego. Tak jak się spodziewał, samochód Długasa stał pod ośrodkiem zdrowia. Sam Długas, stał oparty o samochód i dopalał papierosa.
-Marcin! Papieroska? – zapytał Długas, wyciągając jednego z kieszeni.
-Daj. Nie paliłem nigdy, ale może to mi pomoże. – poprosił Marcin. Długas pomógł mu zapalić i Marcin zaciągnął się. Zaczął się dusić i kaszleć, ale po którymś tam razie było już lepiej.
-Słyszałem co się stało. Wyrazy współczucia. Spoko babka była. Niecałą godzinę temu jeszcze z nią gadałem. – westchnął Długas.
-No cóż, wojna nigdy się nie zmieni. Zawsze będą ofiary. A, że mam jak zawsze pecha, to muszą to być moi najbliżsi. Jak z Nikodemem? – zapytał Marcin lekko dławiąc się.
-O ile wiem, to zemdlał w czasie jazdy i źle z nim. – odparł Długas. Z Ośrodka wyszedł Filip z Sebastianem.
-Dobra, będziemy walczyć. – odparł Filip na widok Marcina.
-Stójcie. No nie możecie wszyscy walczyć. – westchnął Marcin.
-Musimy pomścić Laurę. Ona by to dla nas zrobiła. – stwierdził Filip.
-W zasadzie jestem osłabiony. Zobacz na moją twarz zresztą. Przyszedłem po pomoc po prostu. Musicie sobie radzić beze mnie. Postaram się wrócić jak najszybciej. – odparł Marcin.
-Pomścimy ją. Obiecujemy! – powiedział Filip.
-Jakbyście dali radę złapać Adriana żywcem… nie zapomnijcie mi go zostawić. – poprosił Marcin. Gdy wchodził do środka usłyszał jeszcze jakiś krzyk od strony mostu. Walka najwidoczniej się rozpoczęła.
#12 Rzeź
Marcel oglądał oddalający się oddział Kappy, oraz Marcina. Pomyślał, że idzie do ośrodka zdrowia. Z jego twarzą nie było najlepiej. Stał wraz z członkami grupy Beta i Gamma. Razem było ich dwudziestu czterech. Słuchał wyciszonych rozmów reszty. Wynikało z tego, że większość się mocno bała. Nikt nie chciał zabijać. Część osób chodziła głodna. Prawie każdy narzekał. On sam miał przed oczami ciało Laury. W zasadzie ono dalej tam leżało. Kto wie, co oni mogli z nim zrobić? Marcel miał dość. Najpierw Monika, teraz Laura. Kto następny? Zastanawiały go słowa Adriana. Że tak naprawdę jest Marcinem. Ale co to mogło znaczyć? Marcin pojawił się nie dawno i od razu było w nim coś dziwnego. Podobne ubranie, laptop. Do teraz mu to nie dawało spokoju. Wiedział jedynie, że jak tylko spotka Marcina i będzie czas, to go o to spyta.
-Dobra, zbliżają się. Idą dość sporą grupką. Idziemy w stronę mostu. – polecił dowódca Bety. Usłyszeli krzyki. Kilku Cieszynian zaczęło panikować. Część wleciała w poczną uliczkę do Policji.
-Brać kusze, proce i łuki, no i póki nas nie widzą walczymy! Przeżyjemy wszyscy! – stwierdził dowódca i napiął swój łuk. Marcel miał jedynie procę, jednak słabo nią władał. Bardziej pełnił rolę obserwatora. Koło niego stał jego sąsiad, Jarek.
-Co tu robisz? – zdziwił się Marcel.
-Marcel? Nie poznałem cię w tych ciemnościach! Nie umiem zbytnio strzelać, ale chcę pomóc. – odparł Jarek.
-Mam podobnie… - stwierdził Marcel. Obserwował jak lecący w ich stronę Cieszynianie padają Martwi, bądź okaleczani przez kamienie. Wybuch. Dość mocny wybuch. Najwidoczniej granaty poszły w ruch. Mieli cztery od Matiego, który z kolei, był po drugiej stronie mostu. Cieszynianie zorientowali się już w pułapce, więc ruszyli w stronę lasku, wprost do oddziałów Delta i Epsilon. Padło kilka strzałów w ich stronę. Ktoś trafił przywódcę Gammy, która raczej i tak podlegał dowódcy Bety. Marcel znał raczej większość grupy, więc mimo wszystko zrobiło mu się go szkoda.
-Za dużo tego na raz! – Marcel był zły, że tu przyszedł. Nic nie pomagał, a sam był narażony na ciosy. Schował się za wzgórzem z Jarkiem i wypatrywał co się działo. Oberwało jeszcze dwóch innych z ich oddziałów, ale więcej osób nie szło w ich stronę.
-Udało się! Walczą z Deltą i Epsilonem! Gońmy ich! – dowódca Bety ruszył przodem i stanęli jeszcze przed główną drogą. Miał wrażenie, że mało kto z Cieszynian ich widział. Mieli przewagę i mogli to zakończyć już teraz. Marcel i Jarek ruszyli za resztą. Marcel podniósł z ziemi pistolet. Widocznie któryś z zabitych go miał i upuścił. Przeładował go i czekał aż będzie dobry moment na użycie. I wtedy się zaczęło. Z lasu wybiegła garstka Cieszynian. W ich stronę, jak i w stronę mostu pomknęły dziwne przedmioty. Nagle zrobiło się mgliście. Marcel zaczął się dławić. Jarek upadł obok niego. Marcel pozwolił mu wstać. Odwrócił się i strzelił na oślep. Może nawet kogoś trafił, wolał jednak nie wiedzieć. Z raną od kuli, na szyi, leżał przed nim jego martwy kumpel z podstawówki. Wstrząsnęło to nim dość mocno. W końcu to mógł być on. Teraz już wolał uciekać, niż patrzeć na resztę. Zgubił gdzieś Jarka, jednak wierzył, że sobie poradzi.
-Uważajcie! Wchodzimy do posterunku i bronimy się! – poprosił dowódca Bety. Marcel stwierdził, że to zły pomysł. Poleciał dalej, w kierunku torów. Słyszał krzyki i wrzaski.
-Stój! – słyszał za sobą nieznany głos. Ktoś do niego strzelał. Leciał lekkim slalomem. Wbiegł na peron i wleciał do tunelu, łączącego peron z wyjściem. Wokół było pełno graffiti. Sam nawet kiedyś jedno zrobił, choć oczywiście nie było ono zbyt dobre i nikt nigdy nie wiedział co ono przedstawiało. Zbiegł na dół i przebiegł długim korytarzem. Ukrył się za końcem korytarza i nasłuchiwał. Serce było mu dość mocno. Nie wiedział co powinien zrobić. Usłyszał jak ktoś zbiegał na dół.
-I tak cię znajdę. – powiedział chłopak sam do siebie. Był coraz bliżej. Szedł szybkim krokiem. Marcel wiedział, że ma jedną szansę. Nie będzie mu łatwo, jeśli spudłuje. Nie wiedząc skąd miał przeczucie, że chłopak był wysoki i napakowany. Rozmiar buta czterdzieści pięć. Marcel nie wiedział skąd o tym wie, jednak odrzucił myśli. Problemem było to, że nie miał przeładowanej broni, więc musiał szybko działać. Zostały jakieś trzy metry… dwa. Marcel był gotów. Szybko przeładował broń, a jednocześnie wyskoczył. Nacisnął spust. Zamiast huku usłyszał kliknięcie. Zdał sobie właśnie sprawę, że został bez naboi. Jego przeciwnik był długowłosym blondynem. Wiedział, że miał tylko chwilę. Tamten się wystraszył, jednak już przeładowywał broń. Marcel skoczyła niego i wykrzywił mu dłoń. Huk ogłuszył ich oboje. Marcel poczuł pięść na swojej twarzy. Poleciał na twardy beton, jednak zdołał wykopać broń napastnikowi. Tamten rzucił się na niego z rykiem. Marcel odturlał się, a wróg wywalił się i przywalił trochę boleśnie o ścianę. Kilka godzin wcześniej został boleśnie potraktowany przez mutanta. Ból wrócił. Mimo wszystko Marcel skoczył na niego. Nigdy z nikim się nie bił. Wiele chłopaków z jego szkoły umawiało się po lekcjach na bójki na łączce za szkołą. On zawsze był jedynie obserwatorem. Miał nawet problem z utrzymaniem gardy. Teraz jednak starał się okładać przeciwnika. Tamten jednak był od niego nieco większy i miał jako tako masę. Zrzucił go z siebie i skoczył na niego. Kilka pięści wylądowało na jego twarzy. Starał się bronić, jednak wiedział, że ta walka będzie przegrana.
-Zostaw go! – usłyszał Marcel znajomy głos. Napastnik zleciał z niego i uderzył o ścianę. Teraz to ktoś inny go okładał już nieco mocniej niż on. Filip. Całe szczęście. Po chwili napastnik był nieprzytomny.
-Co z nim zrobimy? – zapytał Filip. Marcel się podniósł i podniósł broń napastnika. Przeładował broń i usłyszał kolejne kroki. Nie poznał jednak żadnego głosu, więc po cichu wycofali się z Filipem i Sebastianem.
-Idą tutaj… plan troszkę zawiódł, straciliśmy ludzi! – powiedział szeptem Marcel. Wybiegli z tunelu i znaleźli się na peronie.
-Mam plan! – krzyknął Sebastian. Powiedział to chyba za głośno i po drugiej stronie torów ich zauważyli. Poleciało kilka strzałów.
-Co chcesz zrobić? – zapytał Filip.
-Widzisz? Pociąg tu stoi. Potrafię prowadzić taki pociąg! – uśmiechnął się Sebastian.
-Dobry plan! Ale musimy ostrzec Marcina, no i szkołę. – odparł Marcel.
-To może innym razem. – westchnął Sebastian. Kilka strzałów pomknęło naprawdę blisko.
-Dużo ich tam jest. – westchnął Filip. Kilka osób wyleciało z tunelu i pomknęło za nimi. Oni znów, minęli już tory i zbiegli ze schodów. Zaraz po drugiej stronie ulicy mieli ośrodek zdrowia.
-Lecę do Marcina! Wy ich zatrzymajcie! – poprosił Marcel. Dał Filipowi broń.
-Co jest grane? – zapytał Długas.
-Bądź gotowy do odjazdu. – poprosił Marcel. Źle widział na jedno oko, więc prawie wywrócił się na schodach. Otworzył szeroko drzwi. W poczekalni siedziała Kinga.
-Tobie też oklepali mordę? – zaśmiała się nerwowo Kinga.
-Idź do Długasa. Musimy się ewakuować! – wrzasnął Marcel. Wbiegł do kolejnego pomieszczenia. Ujrzał jęczącego z bólu Nikodema, leżącego na łóżku, oraz Marcina i jakiś trzech lekarzy.
-Marcel? Tobie też oklepali mordę? – westchnął Marcin.
-Idą tutaj… - westchnął Marcel
-Skąd mają wiedzieć, że tu jesteśmy? – zapytał nerwowo Marcin. Usłyszał strzał. Później drugi. Wyjrzeli przez okno. Ze schodów zbiegało trzech chłopaków i jedna dziewczyna. Z kolei więcej jak pięćdziesiąt osób biegło za nimi ze strony torów.
-Po co im to było? Stracili prawie wszystkich. – stwierdził Marcin. Wziął szybko łuk do ręki i otworzył okno.
-A teraz stracą jeszcze więcej. – dodał po chwili Marcin.
-Ja to bym raczej stąd uciekał.- stwierdził Marcel.
-A widzisz, żeby Nikodem był w stanie? – zapytał Marcin.
-Co mamy robić? – zapytała spanikowana pielęgniarka.
-Weźcie Nikodema do samochodu Długasa. Pomogę wam. Marcin i Filip będą osłaniać, tak długo jak będzie to możliwe.
-Ja się tylko pytam, co się stało z drużyną Kappa?! – wkurzył się Marcin.
-Jak byli z tymi, po drugiej stronie mostu, to raczej już ich z nami nie ma. – odparł Marcel. Marcin wypuścił strzałę. Wybuch podpalił kilku chłopaków. Zaczęli wrzeszczeć i uciekali jak głupi. Jeden z nich wleciał na jakąś dziewczynę i ona również zajęła się ogniem.
-Cztery za jedną strzałą? Dobrze! – zdumiał się Marcel.
-Schowaj się. Oni również mają broń. – stwierdził Marcin. Wciąż jednak nikt w nich nie strzelał. Marcin wypuścił kolejną strzałę. Tym razem nieco dalej. Trafił w okolicę wejścia na schody.
-Gdyby te gałęzie jeszcze tak nie przeszkadzały. – skomentował Marcin. Filip przestał strzelać. Możliwe, że skończyły się naboje. Pielęgniarki już wyniosły Nikodema.
-Dobra, musimy ich wystraszyć. Teraz, albo wcale. – powiedział Marcin. Miał kilka kamieni pod ręką. Wystarczyło, że wyobraził sobie kształt takiego kamienia, a kamień takim się stawał. Zrobił sobie idealnie okrągły kamień, który zamoczył w prochu od Szymona.
-Dobra, tak wiele prochu powinno ich wystraszyć. – stwierdził Marcin. Wyrzucił kamień z całej siły. Poleciał w gorę i zaczął opadać, mniej więcej na środek drogi, gdzie pierwsze osoby już powoli się zbliżały. Kamień poleciał idealnie pomiędzy dwie dziewczyny. Marcin otworzył szerzej oczy. Kamień uderzył w asfalt, tworząc kilkukrotnie większy wybuch, niż zrobił to za pomocą strzały. Dziewczyny dosłownie odleciały na kilka metrów, płonąc przy tym. Oczywiście nie wstały. Zaczął rzucać kamieniami. Robił to tak szybko, że wszyscy zaczęli się cofać w kierunku schodów. Niestety, ktoś w końcu wrzasnął, że ataki nadciągają z tego okna. Kilka strzałów wleciało przez okno, a on sam nie mógł nic zrobić.
-Cholera, idziemy, szybko! – Marcin wziął swoją broń i zleciał z Marcelem po schodach. Długas akurat odjeżdżał. Jedna z pielęgniarek leżała martwa.
-Cholera! Zostawili nas! – krzyknął Marcin.
-Ważne, że im się udało. – stwierdził Marcel.
-Na parking! Może jest coś tutaj co nam pomoże uciec! – polecieli za ośrodek zdrowia. Marcin szybko sięgnął do klamek dwóch samochodów. Drugie były otwarte, jednak bez kluczyków.
-Dobra, nie ma czasu. Idą tutaj. Uciekamy! – poprosił Marcel. Pierwsze strzału uderzyły w jeden z samochodów. Marcin powoli skradał się za kolejny samochód. Strzału umilkły. Słyszał tylko nawoływania, żeby przeszukać ośrodek i parking. Marcin pokazał Marcelowi, żeby przeszedł po cichu za dziurę w furtce. Odchylił mu i przeszedł bez głośnie. Dał mu swój kołczan, łuk, po czym sam przeszedł.
-Tam są! – usłyszeli w końcu czyiś głos. Kilka strzałów pomknęło w ich stronę.
-A żeby wam się amunicja skończyła! – krzyknął Marcin. Rzucił kamieniem w jeden z samochodów. Proszek Szymona miał to do siebie, że wybuchał tylko przy większych prędkościach. Temu tym razem nie eksplodował.
-To jest Marcin! On ma być żywy! – usłyszeli Adriana.
-Zabije go… - powiedział cicho Marcin. Wziął kolejny kamień. Uformował z niego coś w rodzaju dzidy. Na końcu dał drugi kamień, otoczony proszkiem. Zamachnął się i rzucił. Znów eksplozja była niczego sobie. Kilka osób krzyknęło. Przestali strzelać.
-Olać ich, jeszcze przyjdzie ich pora. A teraz na szkołę! – polecił Adrian.
-Aż tak dałem się wam znać? – zapytał wściekle Marcin.
-Oj, coś czuję, że my tobie bardziej. – powiedział zawadiacko Adrian.
-Zabije cię. Zobaczysz. – warknął Marcin.
-Śmiało. Stoję dziesięć metrów od ciebie. – zaśmiał się Adrian. Marcinowi skończyły się kamienie. Nie widział go, więc nie mógł go też postrzelić. Ruszył więc do siatki.
-Nie rób tego! On tylko czeka aż podejdziesz. – powiedział Marcel.
-Masz rację. No kurde. – Marcin był wściekły. Nie wiedziało powinien zrobić. Wtedy znów pomyślał wściekle. Gdzie się podział Szymon i Agnieszka? Co oni mieli zrobić? Przecież byli również oddziałem.
-Chodź szybko. – poprosił Marcel. Zauważył to samo co on. Ktoś przeszedł przez furtkę, kilkanaście metrów od nich. Zanim Marcin cokolwiek zdołał zrobić, usłyszał za plecami.
-Oddział Kappa melduje się! – powiedział Igor. Marcin był zdziwiony.
-Co się stało, meldować! – poprosił Marcin.
-Ostrzelaliśmy ich, może z trzydziestka od nas padła, no ale niestety, zostało nas trzech jedynie. Pojawiły się za nim dwie dziewczyny.
-Co z resztą? Zauważyli ich? – zapytał Marcin.
-Wbiegli dalej niż sądziłem. Byliśmy dobrze ukryci, na tyle, że przebiegli obok nas nic nie widząc. Wmieszaliśmy się w nich i zabijaliśmy kogo się dało. Te dwa oddzialiki za mostem padły całkowicie. – westchnął Igor.
-Was nie wykryli? – zapytał Marcin.
-Działaliśmy na tyle dyskretnie, że nie. Później było gorzej. Nagle zawrócili i ruszyli na most, oraz policję i dotarli tutaj. Beta trzymała się dzielnie, ale chyba również i oni padli.
-Jarek, cholera. – westchnął Marcel.
-Chciał pomóc. – westchnął również Marcin.
-Chodźmy, musimy pomóc szkole. – poprosił Igor.
-Którędy? – zapytał Marcel.
-Przez płoty i ogródki. Aż nie dotrzemy do jakiejś drogi. – odparła jakaś dziewczyna. Bez żadnego sygnału ruszyli. Przechodzili przez płoty, wzajemnie sobie pomagając. Szczególnie dziewczyny miały z tym problem. Marcin przypomniał sobie, że Mati był gdzieś wśród poległych.
-Cholera, straciliśmy dużo ludzi. – westchnął Marcin.
-Wiem. Kilka osób z mojej klasy padło. – stwierdził Marcel.
-Weronika i Oliwia, tak? – zapytał Igor dziewczyn.
-No, ja to Weronika a ona Oliwia. – Marcin przeszedł przez kolejny płotek. Gdzieś z boku słyszeli odgłosy Cieszynian. Byli tuż za nimi. Marcin pomógł przejść Weronice, a Marcel Oliwii. Znaleźli się na drodze przy ulicy Kwiatowej. Polecieli nią w dół i po chwili skręcili na ulicę Elizy Orzeszkowej. Kierowali się w stronę szkoły.
-Dobra, idziemy ulicą Piękną i Cichą i przez ogródki! - polecił Marcin. Jak powiedział, tak też zrobili. Tym razem mieli łatwiej. Otwarta furtka zaoszczędziła sporej chwili.
-Mutanty! – szepnęła Weronika.
-A tam. – Marcin wzruszył ramionami. Wziął do ręki jakiś kamień i rzucił w pierwszego lepszego. Jego siła się poprawiła. Był coraz lepszy w tym co robił. Wziął do ręki drugi kamień, jednak z niego zrobił w ekspresowym tempie coś w rodzaju pancerza na rękę. Zdumiał się, że potrafi coś takiego. Wziął do ręki swój nożyk i skoczył w szale na mutanty. Był wkurzony za Laurę i miał ochotę się zemścić. Pancerz dobrze chronił przed krwią mutantów. Sam załatwił całą gromadkę, zanim rzuciła się na resztę.
-Co to było?! – Oliwia była mocno zdumiona. Podobnie jak reszta.
-Zostało ich siedemdziesięciu trzech. – wypalił w pewnym momencie Marcel. Marcin popatrzył zaciekawionym spojrzeniem na Marcela.
-Skąd wiesz? – zapytał Igor.
-Czuję. Ziemia drga. Nie liczę nas. Powinno ich być siedem dziesięciu trzech. Siedemnaście dziewczyn. – powiedział Marcel. Zamknął oczy. Na chwilę wydawało się jakby odpłynął.
-Mają dwa karabiny maszynowe, może tuzin pistoletów. Nie wiem co by więcej powiedzieć. – odparł Marcel.
-Coś ty ćpał? – zdziwił się Marcin.
-Nie wiem. Mam tak od niedawna. Potrafię wyczytać informacje o kimś, lub czymś nawet go nie widząc. – odparł Marcel. Marcinowi od razu skojarzyły się fakty.
-O stary. To przyniesie nam przyszłość. Dajcie się oparzyć krwi mutanta! Tu i teraz! Chcecie móc coś więcej? – zapytał Marcin. Marcel również skojarzył.
-Są kilkanaście metrów za nami. Szybko! – poprosił Marcel.
-Jesteś pewny? – zapytał Igor.
-Słuchaj, popatrz! – Marcin dotknął ziemi. Kamienie zaczęły pełznąć po jego ciele i rozrastać się. Najpierw obie ręce, później nogi. Kamienie oblazły całe jego ciało. Łaskotało go to lekko, ale sam Marcin był zdumiony. Kamienie zaczęły wchodzić na jego głowę. Zrobił sobie kamienny hełm. Najlepsze było to, że nie czuł ciężaru stroju.
-Iron Man! – krzyknął zdumiony Marcel.
-Stone Man jak już! – Marcin na chwile zapomniało cierpieniu i dał ponieść się emocjom.
-Ale jak… - zapytała Weronika.
-Mówię wam, krew mutantów. Mam moc która sprawia, że kamienie są mi posłuszne. On z kolei ma moc wiedzy czy czegoś takiego. – odparł Marcin. Nie czekając na resztę rozpędził się, po czym wpadł na metalowy płot. Tamten jak gdyby nigdy nic, odleciał przy jego ciężarze.
-Bądź naszym czołgiem! – zaśmiał się Igor. Dostali się do płotku, który prowadził na szkolny parking. Ona również padła bez problemu. Zsunął się po zboczu na parking i dopiero teraz zdał sobie sprawę, że ta zbroja może dużo nie ważyła, jednak spowalniała jego ruchy. Poczuł na sobie strzały. Tak po prostu. Ktoś w niego strzelał. Rozpoznał napastnika.
-Filip, zdrajco! – zaśmiał się Marcin.
-Jezus Maryja! Myślałem, że jakiś nowy mutant opancerzony się pojawił! Nie strasz! – Filip był mocno wystraszony.
-Dobra, gdzie Nikodem? – zapytał Marcin.
-Długas zabrał go do Jastrzębia. Pielęgniarki mogą się przydać i są w szkole. – stwierdził Filip.
-Filip! Brachu! – Marcel podbiegł i go przytulił.
-Cieszę się, że się wam udało! – Pokiwał głową na widok reszty.
-Cóż. Nie działa na mnie amunicja? Ile we mnie puściłeś pocisków? – zapytał Marcin.
-Trzy? Nie wiem nawet. Nic nie widać prawie. Usłyszałem tylko dziwny dźwięki i zobaczyłem to coś. Co to jest w ogóle?! – zapytał Igor.
-Stone Man! Dzięki niemy wygramy! - ucieszył się Igor.
-No nie wiem, czy chcę tam na nich wbiec. Mogę nie być zbyt mocny i po prostu padnę po kilku strzałach. Tym bardziej, że chyba skończyła mi się nieśmiertelność. – westchnął Marcin.
-Ilu mamy ludzi? – spytał Igor.
-Czterdzieści siedem osób, a ich jest siedemdziesięciu trzech. – wypalił Marcel.
-Co jak co, ale z matmy nigdy nie byłeś dobry. – zaśmiał się Filip.
-Cichaj, on wie co mówi. Szybko, bo są tuż, tuż! – poprosił Marcin. Nagle cała zbroja opadła a kamienie roztrzaskały się, bądź po prostu spadły i leżały obok niego.
-Po co? – zdziwił się Marcel.
-Używanie mojej mocy jest trochę męczące. A jestem już zmęczony. Idę do szkoły, będę strzelał z okien. – stwierdził Marcin. Marcel został z Filipem.
-Kappa, za Marcinem. – polecił Igor. Weronika i Oliwia pomknęły za Marcinem. Pierwszy wybuch przerwał ciszę.
-Kilkanaście metrów od nas, lepiej się pospieszmy! – polecił Marcin. Dotarli do wejścia. Został już tylko jeden strażnik, ten, który polecił im zabrać samochód z tyłu szkoły.
-Meldujemy się! Załatwiliśmy prawie wszystkich. Jakoś dwa razy tyle co naszych, jest w pobliżu. Musimy ewakuować szkołę. Dasz radę? Szkoda strat, a chyba są na tyle wkurzeni, że bez wahania zabiliby tu każdego. – powiedział Marcin.
-Szefie… to trochę potrwa. Trochę się porozchodzili wszyscy… - zaczął strażnik.
-Zbierz więc tylu, ilu się uda. Potrzebujemy być bezpieczni. – poprosił Marcin. Seria wybuchów, dała mu znać, aby się pospieszył.
-Na drugie piętra! Musimy mieć dobrą pozycję do strzelania! – poprosił Igor. Marcin biegł ostatni. Korytarze były pogrążone w całkowitej ciemności. Kilka osób stało i patrzyło się na nich ze zdziwieniem. Wybuchy ucichły. Marcin wiedział, że pozostałe oddziały były kiepsko rozlokowane i ciężko u nich było z celnością, więc wiedział, że to tak naprawdę od Kappy zależą losy wojny. Drzwi do sal były pozamykane. Marcin żałował, że nie miał przy sobie swojego sprzętu. Sam do końca nie pamiętał nawet, gdzie się podział jego plecak z laptopem, narzędziami i innymi drobiazgami. Wtedy po prostu zamknął oczy. Pomyślał, że chce po prostu, że klamka znikła. Zamiast tego, klamka po prostu znalazła się w jego ręce, a drzwi zostały osłabione. Marcin popchał je mocniej i otwarły się.
-Tylko dwa okna, czekajcie. – poprosił Marcin. Równocześnie otworzył w podobny sposób klamkę w drzwiach obok.
-Dobra, jedna do mnie, druga z Igorem. – powiedział Marcin. Podszedł szybko do okna.
-Strzały mi się kończą. – odparła Weronika.
-Jak się skończą to powiedz, mam mało, ale mam moje kamienie. – odparł Marcin.
-Coś tak cicho na zewnątrz. No nie? – zapytała Weronika.
-No właśnie coś mi tu nie gra. Przydałby się Marcel i jego ocena sytuacji. – westchnął Marcin. Wystawił głowę przez okno. Zupełna cisza.
-No przecież chyba już nam do szkoły nie weszli. – zapytała Weronika. Wystrzał. Krzyk. Później seria wystrzałów, a to wszystko dosłownie pod nimi.
-Cholera! Weszli od strony basenu… - Marcin był nieco wystraszony.
-Czyli ominęli połowę oddziałów. – stwierdziła Weronika.
-Jeden oddział miał bronić szkoły. Tyle, że oni mają broń, a my nie bardzo. – Marcin wyszedł ostrożnie z pomieszczenia. Usłyszał wystrzał na zewnątrz.
-Dobra, mam jednego! – oznajmiła Weronika.
-Zostań tutaj, ja spróbuje ich zatrzymać. – stwierdził Marcin. Odwrócił się i od razu na kogoś wpadł. Nie rozpoznał jednak, więc po prostu ruszył dalej. Dotarł do schodów. Widział poniżej kogoś biegnącego z bronią. Wziął łuk do dłoni i napiął go. Był gotów do strzału. Bał się wychylić, jednak zrobił to. Widział co najmniej tuzin osób, odwróconych plecami do niego i idącymi przed siebie. Bał się tylko, że ktoś może wyskoczyć zza jego pleców. Wystrzelił. Strzała trafiła jakiegoś chłopaka w plecy. Ogień wypełnił małą część korytarza. Wrzaski. Wszyscy przeraźliwie krzyczeli. Marcin miał już dość zabijania. Musiał odpocząć. Ruszył schodami do góry. Usiadł przy drzwiach, gdzie była jego drużyna i rozpłakał się. Łzy szczypały go w rany policzkowe, ale nie zważał na to. Miał po prostu dość.
***
Marcel i Filip stali przy wejściu do basenu. Marcin i reszta Kappy opuściła ich pół minuty temu. Wiedzieli oboje, że zostało niewiele czasu. Wybuchy i krzyki, oraz strzały przerywały ciszę.
-Myślisz, że się uda? – zapytał Marcel.
-Zobaczymy. Mamy przewagę. Sam nie wiem, czy nie lepiej, jakby każdy wziął go rąk jakiś patyk i ruszył im na czołówkę? – zapytał Filip.
-Zależy od strat. Ale nie powinno być tak źle… patrz tam! – Marcel wskazał płot, blisko miejsca, gdzie rozwalił go Marcin. Zaczęli tam wchodzić po Cichu Cieszynianie.
-Cholera, chyba chcą wejść tędy! – Filip był lekko zaskoczony, że ponownie są na linii frontu. Marcel otworzył basenowe drzwi i je szybko zamknął. Przeszli też przez drugie, które były zaraz obok nich.
-Nie możemy ich zamknąć bo prądu nie ma i nie mamy czasu szukać klucza. – westchnął Marcel. Wlecieli do szkoły.
-Uciekać! Wchodzą tutaj! – Filip wrzeszczał na cały głos.
-Kurde, zmieszała mi się ilość wroga z naszymi, ale jest ich jakoś sześćdziesięciu. – odparł Marcel.
-O czym ty gadasz, cholera! – Filip był wystraszony.
-Nie choleruj mi tutaj! Musimy się pospieszyć. Ruchy! Ruchy! – Marcel był spięty, ale starał się trzeźwo myśleć.
-Jowita! Chodź z nami! – powiedział Filip widząc samotnie stojącą dziewczynę.
-Nie mogę… - westchnęła Jowita.
-Co jest… idą tutaj! – Filip wahał się, pomiędzy zabraniem jej siłą, a ucieczką.
-Judyta się gdzieś straciła. Była, a teraz jej nie ma. – powiedziała Jowita.
-Weszli do szkoły, nie mamy czasu! – poinformował Marcel. Wziął Jowitę za rękę i pociągnął za sobą. Filip strzelił ostrzegawczo, w kierunku basenu. Miał jeszcze pięć naboi, więc nie bał się jako tako, że je straci. Po jego wystrzale ktoś krzyknął. Nastąpiła seria wystrzałów. Marcel widział, że ktoś padł postrzelony co najmniej kilkukrotnie. Trzy strzały w klatkę piersiową, dwa w głowę i jeden w biodra. Znów nie wiedział skąd o tym wie, jednak mimo wszystko był tego pewien.
-Wyczuwam blisko trzydzieści wrogów w szkole. Drugie tyle jest gdzieś na zewnątrz. – odparł Marcel. Pomknęli schodami w dół, ku wyjściu ze szkoły. Gdy tylko ujrzeli wyjście, musieli szybko zmienić kierunek ucieczki. Mianowicie akurat ktoś postrzelił strażnika. Od strony gimnazjum nadleciało jedenaście osób. Mieli wszelakie bronie, niestety jednie były one do walki wręcz.
-Lepiej nie! Mają broń palną! – polecił Marcel.
-Mamy jeden granat i paralizatory. Coś zdziałamy! – odparł chłopak.
-Dobra, cały oddział Jota, za mną! – powiedział inny chłopak. Minęli ich i ruszyli dalej. Po chwili usłyszeli krzyk kilkunastu osób.
-Stężenie siarki wzrosło w naszej okolicy o całe dwie dziesiąte procenta! To może oznaczać tylko jedno. Marcin i jego strzały! – oznajmił Marcel.
-Jaja sobie robisz? – zdziwił się Filip.
-Serio mówię! Jedenaście osób krzyczało. Cztery dziewczyny, siedem chłopaków. – odparł Marcel.
-Ale… ich było jedenastu! Chyba ich nie zastrzelił! – Filip był lekko przejęty.
-Niee… czuje ich kroki, spokojnie. Do szkoły ktoś wszedł. Zrobi plecy oddziałowi Jota! – zauważył Marcel.
-Szefie! Straty są wielkie! – usłyszeli czyiś przejęty głos.
-Oj Danielu. To są nic nie znaczące jednostki. Pionki. Oni nic nie wiedzą. Myślą, że serio są tu, by odbić jedzenie. My musimy jedynie zdobyć trzy osoby, które miały styczność z portalem. Mogą i zginąć wszyscy. Musimy po prostu oczyścić to miejsce z osób, które by ich broniły. – usłyszeli głos Adriana.
-Nam nic nie grozi? – zapytał Daniel. Ich głos zanikał powoli. Ruszyli do piwnic.
-Jasne, że grozi… - głos Adriana zanikł. Po raz kolejny usłyszeli strzały od strony basenu.
-Trzy osoby? Chyba rozumiem. Potrzebuje Marcina no i jeszcze jakiś dwóch osób z ich siódemki. – oznajmił Marcel.
-Miał przecież trójkę, gdy nas uwięził. Mógł to już zrobić wtedy. – stwierdził Filip.
-A o co chodzi? – spytała niezorientowana Jowita.
-Za dużo tłumaczenia, naprawdę. – zapewnił Filip.
-Chciał nas złamać, ale coś mu nie wyszło, Marcin to jednak dobry wojownik. – oznajmił Marcel.
-Jak mi się spać chce. Eh, długi dzień. Mam dość stary. – stwierdził Filip.
-Wiem, wiem, Monika… - powiedział Marcel. Filip spojrzał na niego wściekle, ale nic nie powiedział. Ruszyli w ciszy. Jakiś wybuch zatrząsł budynkiem.
-Spadajmy stąd lepiej. – stwierdził Filip. Znaleźli się przy kuchni. Było to chyba jedyne wyjście ze szkoły, które było póki co bezpieczne.
-Nie możemy ich przecież opuścić. – powiedział Marcel.
-Ale co ty chcesz zrobić? – zapytał Filip.
-Marcin wciąż gdzieś tam jest. – zauważył Marcel.
-Owszem. A pomiędzy nim, a nami, wciąż z trzydziestu Cieszynian. – oznajmił Filip.
-Ta, idą naszymi śladami, ale raczej chcą dogonić tych, co uciekli tyłami. – powiedział Marcel.
-Lepiej ich dogońmy i im zapewnijmy wsparcie. – powiedział Filip.
-Hmm… no dobra. – stwierdził Marcel. Weszli do kuchni i zamarli.
-Co jest?! – Filip popatrzył na blisko dwie setki osób zgromadzonych w pomieszczeniu. Było obszerne, więc spokojnie drugie tyle by tu weszło.
-Jak to co? Chowamy się. Nie znajdą nas. – odparła jakaś dziewczyna. Marcel przekręcił oczami.
-Przez kuchnie i uciekać! - wrzasnął Filip.
-Uciekać! – wrzeszczał Marcel.
-Uciekać do cholery! – powtarzał Filip. Zostali zauważeni i dopiero teraz, nieco w panice, wszyscy zaczęli pędzić do wyjścia.
-Cholera. Zbliżają się. – zauważył Marcel.
-Spokojnie, będę ich krył. – zapewnił Filip.
-Sam, kontra czterdzieści osób? – zapytał Marcel. Sam zaczął się rozglądać. Zamknął drzwi i rozwalił pierwszy z brzegu stolik. Wyrwał z niego nogę i włożył w uchwyty do drzwi. Cieszynianie schodzili już po schodach. Byli tuż, tuż. Ogarnął wzrokiem sale. Osiemdziesiąt dwie osoby z nimi dwoma. Jowita już wbiegała do kuchni.
-Przydałby się nam Marcin. – stwierdził Filip. Jednocześnie Cieszynianie, zaczęli szarpać się ze drzwiami.
-Mówisz, masz! – Marcel wyciągnął telefon i zadzwonił.
***
Marcinowi puścił się potok łez. Nie zważał na to. Minęła może minuta, gdy wstał i minimalnie mu przeszło. Obtarł policzki, rozdrapując przy tym swoje rany. Miał już wchodzić do środka, gdy nagle ktoś zaczął go wołać. Marcin obejrzał się. Z jakiejś sali wyglądał znany mu chłopak.
-Blondas? – zdziwił się Marcin.
-Ta, chyba skończyły się cele na zewnątrz. Musimy szybko iść pomóc na dół. – oznajmił Blondas.
-Dopiero co… eh, no nie wiem. Moje siły się wyczerpują. Mam dość. – westchnął Marcin.
-To co teraz, szefie? – zapytał Igor, który również wyszedł z sali, wraz z Oliwią. Wyszła też Weronika. Marcin omiótł ich wzrokiem.
-Musimy tam zejść i ich powstrzymać. Taką ilością jedzenia nam nie ukradną, ale musimy postarać się, żeby miał to jedzenie ktokolwiek otrzymać. Jeśli dogonią naszych, to szybki będzie nasz koniec. – stwierdził Marcin.
-Prawie zestrzeliłem tego, który zabił ci Laurę. – oznajmił Blondas.
-ON TU JEST? – wykrzyczał Marcin.
-Tak, wszedł do szkoły zabijając strażnika. – stwierdził Blondas.
-Jasna cholera. Idziemy! – Marcin pognał grupkę. Wróciła mu wola walki i chęć zemsty. Zbiegli ze schodów, jednak na nikogo się nie natknęli. Było trochę zadymione i pachniało zwęglonymi ciałami. Marcin podszedł do zabitych przez niego Cieszynian. Kawałek dalej leżała garstka jakby osób z któregoś oddziałów, ale było też kilka innych trupów. Marcin wygrzebał dwie bronie.
-To chyba był oddział Jota. – stwierdził Igor.
-To ich już jest malutko. Tak jak i naszych zresztą. Cholera, miałeś rację z tymi Kończanami, mogli się przydać, a tak… - zaczął Marcin ale przerwał mu Blondas.
-Pomogli. Już ich nie ma. – machnął ręką Blondas.
-Że jak? – Marcin był zaskoczony.
-Mieli jeszcze więcej namieszać, gdy mutanty ruszyły do boju, ale no mutanty trochę się rozlazły i był taki wielki, który ich tam powybijał. – wzruszył ramionami Blondas.
-Cholera, nie za fajnie. – stwierdził Marcin.
-Idźcie, sprawdzę, czy nie został ktoś na basenie. – powiedział Blondas.
-Uważaj na siebie. – poprosił Marcin. Blondas odbiegł, a Marcin, Igor, Oliwia oraz Weronika, ruszyli w stronę kuchni. Zeszli ze schodów i minęli wyjście. W drzwiach faktycznie leżał trup strażnika. Marcin wziął głęboki oddech. Wtedy wpadł na pomysł.
-Jeśli oni poszli do kuchni, to na pewno na prosto. Zejdźmy schodami w dół, przy wejściu. – oznajmił Marcin.
-Jeśli pójdziemy cicho, to powinniśmy ich zaskoczyć. – stwierdził Igor.
-Dziewczyny, gotowe? – zapytał Marcin.
-Wiadomo. – przytaknęła Weronika. Marcin starał się nie patrzeć na ciało strażnika. Zaczęli schodzić ze schodów. Marcin przeżył kolejny szok. Na dole leżał Kacper, którego co prawda już dawno nie widział, a on go tym razem nie znał. Był on w końcu jego pomocnikiem gdy przeszukiwali domy. Rozmawiał z nim trochę. Marcinowi zrobiło się przykro. Pomyślał jeszcze o Konradzie. Zazwyczaj trzymał się z Kacprem, jednak jego tutaj nie było. Schodząc niżej usłyszeli głosy.
-Oni naprawdę są tępi. – zaśmiał się jakiś chłopak.
-Jak już ich wytłuczemy, to co dalej? – zapytał jeszcze inny chłopak.
-Myślę, że to są jedni z ostatnich żyjących osób w okolicy. Przedszkola nikt nie broni, więc już chyba po rzezi niewiniątek. – powiedział Adrian. Marcin zamarł. Adrian był jakieś cztery metry od niego. Uśmiechnął się przykładając obie ręce do ściany. Ściana zaczęła pełznąć po jego ręce niemal bez hałasu. Miał już pancerz do ramion. Jednocześnie kawałki schodów zaczęły wspinać się po jego nodze. Jakiś kawałek upadł i zaczął turlać się po schodach. Marcin czym prędzej sprawił, że kamień zniknął.
-Słyszałeś? – zapytał chłopak.
-Ta, idź zobacz, ja pójdę już za chłopakami. – powiedział Adrian. Dźwięk telefonu. Marcin zamarł. Zaczął się wycofywać jak najszybciej potrafił. Reszta jego grupy również.
-Podsłuchiwali nas! – stwierdził chłopak na widok Marcina. Marcin życzył im teraz już tylko śmierci. Rozkazał w myślach sufitowi, aby się na niego zawalił. Zdołał jednak wystrzelić. Samotna kula trafiła w pancerz na nodze Marcina i odbiła się gdzieś w ścianę. Telefon przestał grać.
-Aaa! – wrzasnął jeszcze chłopak po czym gruz zwalił się na jego ciało. Zrobił zbyt wiele, gdyż zatrzęsło całą szkołą i możliwe, że już niewiele brakowało do jej całkowitej destrukcji. Marcin się wycofał i stanął przy wejściu. Blondas go zauważył, gdyż akurat przechodził przez hol.
-Daleko nie zaszliście. – zauważył Blondas.
-Będzie tutaj bezpiecznie? – zapytał Marcin, pokazując wyjście ze szkoły.
-Zawal całą szkołę. Zabijemy ich już teraz! – zauważył Igor.
-Nie wiemy ilu naszych jest w środku. Gdzieś tu jest Marcel! – krzyknął Marcin. Wyjął telefon.
-Nie widziałem go już dawno. –zauważył Blondas.
-Co z Długasem? – zapytał Marcin.
-Hmm, on jechał chyba do złomowiska. Ale po co, to już nie wiem. – odparł Blondas.
-Cholera, weźcie swoich Braci i pomóżcie! – krzyknął Marcin. Był wściekły, że nic nie może zrobić. Wyleciał przed szkołę. Miał pancerz na rękach i nogach. Szybko skończył robić górę i napierśnik.
-Ale jak?! – Blondas był mocno zdziwiony. Już same ręce i nogi nim wcześniej lekko wstrząsnęły.
-Nie czas na tłumaczenia. Chwilkę… - Marcin popatrzył na swoje dłonie otoczone teraz kamieniem. Zaczął kształtować umysłem coś w rodzaju armaty. Usłyszeli wystrzały w okolicy stołówki. Krzyki, połączone z wielkim bólem i strachem.
-Trzeba im pomóc… - zauważyła Weronika.
-Chodźmy dookoła szkoły. – poprosił Marcin. Skończył robić armatę i wyszli przed szkołę. Niespodziewanie zostali ostrzelani. Kilka strzał pomknęło w ich stronę. Za mnie! Ja was ochronię. – powiedział Marcin. Zauważył jedynie, że strzelali w nich jego właśni ludzie, którzy mieli czekać na wroga. Byli jednak za daleko, mimo to krzyknął.
-Idioci! Wroga zabijać a nie! – wkurzony Marcin stwierdził, że to zadziałało, ostrzał się skończył.
-Idziemy! – Marcin popatrzył do tyłu. Kogoś mu brakowało.
-Gdzie jest kurwa Blondas! – Marcin usłyszał kaszel, gdzieś przy wejściu do szkoły. Wycofał się pełen najgorszych przeczuć. Blondas leżał ze strzałą wbitą w szyję.
-Idźcie… ja jeszcze nie powiedziałem… ostatniego słowa. – Mówił z wielkim trudem, jednak patrzył na Marcina spokojnie.
-Przecież masz strzałę w szyi. Jak chcesz to przeżyć… jak ci ją wyjmą to się wykrwawisz! – Marcinem wstrząsnęło. Stłumione krzyki powoli przestały dobiegać ze szkoły.
-Idźcie! – Blondas podniósł głos i zaczął kaszleć krwią.
-Jebcie się wszyscy! – Marcin krzyczał w stronę oddziałów ukrytych w budynku. Pokazał im palec środkowy i ruszył w stronę ulicy Kasztanowej. Marcin prawie dostał zawału. Zza rogu ktoś wyskoczył i mimo jego pancerza, zdołał go wywrócić.
***
Marcel patrzył na drzwi z niepokojem. Ktoś w nie strzelił. Zaczęła się panika. Wszyscy chcieli bardzo wyjść, że zaczęli się stratować. Kilka osób upadło a kolejne je przydeptały. Kilka osób nie wstało.
-No nie odbiera! – Marcel był lekko wystraszony. Drzwi zaczęły puszczać.
-Czyli to koniec? – zapytał Filip.
-Niekoniecznie. Właśnie zawalił się jakiś fragment szkoły. Moglibyśmy to wykorzystać. Pęknięcie… hmm, ciekawe. – Marcel spojrzał na jeden fragment ściany. Podszedł do niego i zaczął go badać.
-Rzuć mi nogę od stołów! – Marcel miał plan.
-Mam lepszy plan. Filip wystrzelił. Pocisk przebił szybę w oknie, niestety wciąż była tam krata. Filip zaczął się z nią mocować.
-Chodź tędy lepiej – poprosił Marcel. Filip spojrzał z niedowierzaniem. Marcel wywarzył spory fragment ściany i już zaczynał się przez nią przeciskać.
-Tutaj! – Filip zawołał ostatnie osoby z tych co uciekały. Sam zaczął już przechodzić. Drzwi puściły. Spora grupka Cieszynian wparowała do kuchni i zaczęła strzelać. Ludzie krzyczeli. Piski, były połączone z bólem i cierpieniem. Filip wyszedł niezauważony.
-Uciekamy z nimi, czy może sami, w kierunku szkoły i szukamy Marcina? – zapytał Filip.
-Czekaj chwilkę… - Marcel wziął broń od Filipa i oddał strzał w kierunku Cieszynian. Trafił kogoś idealnie w głowę. Przeładował i postrzelił jeszcze trójkę. Skończyła się amunicja. Nikt ich wciąż nie widział.
-Dobra, idziemy. – poprosił Filip. Ruszyli w biegu w kierunku szkoły. Wylecieli zza rogu i Marcel uderzył w coś twardego. Było na tyle ciemno, że nie widział niczego. Wiedział tyle, że wywrócił się, oraz tyle, że leżał na tym czymś.
-Weźcie go ze mnie! – Usłyszał Marcina.
-Nie! To ja, nie zabijajcie… - Marcel był wystraszony i po chwili, gdy tylko wstał, a nikt nic mu nie robił, odetchnął z ulgą.
-Idziemy, idziemy! – Marcin nie miał czasu na powitania. Musiał ocalić kogo tylko się dało. Wyleciał na ulicę Kasztanową. Już od początku widział, jak spora grupa leciała około sto metrów dalej i wciąż wysypywali się kolejni z innej uliczki od strony tylnego parkingu przy szkole. Marcin słabł. Czuł to w kościach. Pancerz zaczynał powoli się kruszyć, jednak Marcin wciąż leciał przed siebie. Marcel, Filip, Weronika, Oliwia oraz Igor lecieli tuż obok. Gdy już prawie dogonił resztę, nagle zaczęli upadać ci, którzy wybiegali z uliczek. Strzały były już tuż, tuż.
-Przygotować się! – Marcin podniósł głos. Nikt już nie wybiegał z uliczki. Marcin czekał. Wsadził kilka kamyczków do lufy i czekał. Wybiegli. Najpierw kilku. Później było ich już więcej. Marcin wciąż czekał. Gdzieś między nimi dostrzegł Adriana.
-Wybuchającymi, nie żałować! – poprosił Marcin. Wyobraził sobie, jak wewnątrz armaty, powiększa się jeden z kamieni i wystrzela z ogromną prędkością. Wyleciał. Marcin nie wiedział jak to robił. Po prostu potrafił.
-Dwudziestu dziewięciu! – krzyknął Marcel.
-W tym Adrian. – Gdyby tylko mógł, to Marcin zatarł by rękami. Wystrzelił po raz kolejny. Nie chcący sprawił, że wyleciała cała jego zbroja z prawej ręki, razem z rakietnicą. Przygniotła jedną osobę i kamienie rozprysły się jeszcze w kilku. Odwrócili się, by zobaczyć lecące strzały. Część zajęła się ogniem. Zaczęli w nich strzelać.
-Cholera! Schowajmy się! – krzyknął Filip.
-Za kasztanowce! – polecił Marcin. Oberwał dwoma kulami w dolną część pancerza. Rzucił w nich jednym z kamieni, tym razem sprawił, że urósł on w locie.
-Aaa! – krzyknął Filip. Marcin spojrzał akurat, gdy upadał.
-Nie! – krzyknął Marcel.
-Stary… - Filip ledwie zdołał cokolwiek wykrztusić.
-Pocisk wszedł na głębokość szesnastu centymetrów. Uszkodzone płuca… ciężko stary będzie… - zauważył Marcel. Filip nie odpowiedział. Marcel również zaniemówił. Wyczuł bowiem, że jest już po Filipie. Nie mógł uwierzyć, po prostu nie mógł. Puściły się mu łzy. Ukrył sięga pierwszym lepszym kasztanowcem. Obok niego była Weronika.
-Nic już dla niego nie zrobimy. – westchnęła Weronika.
-Kurwa! To moja wina... oh, sorki, normalnie nie przeklinam. – westchnął Marcel. Marcin został ostrzelany gradem pocisków. Czym prędzej się schował.
-Cali? Marcin stracił już część pancerza i obawiał się też, czy gdzieś nie oberwał. Nie czuł jednak bólu. Wziął łuk i wystrzelił strzałę w kierunku wroga. Trafił kogoś, jednak to było wciąż za mało.
-Siedemnastu. – westchnął Marcel.
-Idą tu… - Marcin był wystraszony.
-To koniec… nie mam pomysłów. – westchnął Marcel.
-Ja mam… - Marcin wyczuł go w kieszeni swojej bluzy. Sam nie wiedział skąd on się tam wziął. Nie zużył go jeszcze. Granat Matiego. Zwarzył go w ręce i wyciągnął zawleczkę. Poturlał nim po asfalcie.
-Granat! – krzyknął ktoś z Cieszynian. Wybuch. Kolejna dawka wrzasków.
-Uciekamy! – krzyknął Marcin. Wypuścił na oślep strzałę i zaczął biec. Kilka pocisków pomknęło na ślepo, nikogo nie dosięgając. Wbiegli przez bramkę w stronę szkoły i znaleźli się przed szkołą, gdzie stała grupka z obu oddziałów, broniących szkołę z okien. Łącznie było to siedem osób.
-Ukryjcie się! – idą tutaj… - stwierdził Marcel.
-Będziemy bronić szkoły! – odparł jakiś chłopak.
-Pomożemy im. – odparł Igor.
-Myślisz, że idą? Poszli dalej za naszymi. – odparł Marcin.
-Nie. Wiem co mówię. Jesteś mu potrzebny. – odparł Marcel.
-To wiem… ale po co? – zapytał Marcin. Minęli martwego Blondasa.
-Pamiętasz ja mi mówiłeś swoje teorie odnośnie waszej siódemki i jak się zgromadzicie razem, to może coś zrobicie, aby naprawić ten świat? – zapytał Marcel. Weszli do szkoły. Zostali sami, we dwóch.
-Tak, ale przecież jest nas szóstka. Z czego nie wiem co z resztą. Kinga jest w Jastrzębiu z Nikodemem. Szymon i Agnieszka są teraz w nieznanym mi miejscu, no i pozostają dwie dziewczyny. Sandra bodajże i Wiktoria. Pierwsza siedzi gdzieś w Kończycach, a drugiej nawet nie odnalazłem. – odparł Marcin.
-Słuchaj. Podsłuchałem Adriana i musisz coś wiedzieć. Przynajmniej póki jestem żywy. – odparł Marcel.
-A cicho. My we dwoje mamy moce. Ciebie ciężej ubić jak mnie. Bo możesz po nikąd przewidzieć gdzie jest wróg i w ogóle. Jak się na chwilę teraz rozstaliśmy to szczerze mówiąc potrzebowałem twoich zdolności. – powiedział Marcin.
-No ja twoich też właśnie. Nie ważne. Adrian potrzebuje waszej trójki. Nie ważne kogo. Podejrzewam, że musisz wśród tej trójki być ty. – stwierdził Marcel. Marcin był zaskoczony.
-Żeś mnie zaskoczył. Domyślałem się, że mu o nas chodzi. Teraz mam potwierdzenie, że o trzy osoby. Niby spotkał już wszystkich. Czyli może znaleźć Wiktorie i Sandrę nie potrzebując Szymona, Kingi i Agnieszki. Może już je ma, a teraz tylko ja mu jestem potrzebny? – Marcin był lekko wystraszony.
-Skoro za nami idą, to musi znaczyć, że jesteś im potrzebny. – stwierdził Marcel.
-Ech, ilu ich jest? – zapytał Marcin.
-Strzelają się przed szkołą. Powiem ci za pół minuty. Wiem tyle, że nam kilka osób padło i im też. – zaczął Marcel.
-Ukryjmy się w jakimś pomieszczeniu, gdzie będzie nisko okno. – poprosił Marcin.
-Po co się ukrywać? Trzeba pomścić Filipa i Laurę. – zauważył Marcel.
-Blondasa, Jarka i Matiego i resztę również! – odparł Marcin.
-Po co my tu w ogóle wchodziliśmy? – zapytał Marcel.
-Nie wiem. Nie sądziłem, że reszta zostanie walczyć. – zaczął Marcin. Zaczął dzwonić mu telefon. Wyjął i się zdziwił. Wyświetlacz wskazywał numer Filipa.
-Halo? – zapytał Marcin.
-Jeśli nie chcesz, aby twoi przyjaciele zginęli, zjaw się w drzwiach, którymi wszedłeś do środka. Masz minutę. – usłyszał Adriana.
-Zabiję cię. – podkreślił Marcin i się rozłączył.
-Co jest grane? – Marcel był nieco zdziwiony.
-Masz za zadanie nas ocalić. Leć do drugiego głównego wejścia. Musisz zaskoczyć Cieszynian. Mów mi ilu ich jest. – zapytał Marcin.
-Pięć osób stoi z podniesionymi rękami. Osiem osób do nich mierzy. Reszta najwidoczniej ściga uciekinierów. No albo już ich tylko tylu jest. – stwierdził Marcel.
-Leć. Muszę poddać się Adrianowi, inaczej padnie nas jeszcze więcej. – westchnął Marcin.
-Znajdę sposób, by was ocalić! – krzyknął Marcel z drugiej połowy korytarza. Marcin westchnął. Musiał coś zrobić. Nie miał już prawie sił. Nie mógł za bardzo korzystać mocy. Próbował zrobić sobie nowy pancerz, ale kamienie ledwie się go słuchały. Odczuwał też silny głód. Jakoś wszystko było mu jedno. Odetchnął głęboko.
-Skoro jestem dla niego ważny… to mnie nie zabije. – powiedział sobie Marcin. Wziął do ręki łuk i przygotował strzałę. Zanurzył końcówkę w prochu od Szymona. Jego cel był jeden. Adrian. Marcin stanął naprzeciwko wyjścia. Miał jakieś piętnaście sekund aż Adrian zacznie zabijać zakładników. Marcin się rozpędził. Drzwi były częściowo uchylone, gdyż martwy strażnik był częściowo w szkole, a częściowo na zewnątrz. Pięć metrów, cztery, trzy… serce Marcina biło coraz mocniej. Pomyślał o Laurze. Doskoczył do drzwi, pchając je ramieniem, po czym szybko wyleciał na zewnątrz. Miał tylko około sekundy, aby ogarnąć sytuację. Weronika, Oliwia, Igor, oraz dwóch z tych co im pomagali bronić, byli teraz trzymani pod muszką przez osiem osób. Z tych ośmiu osób, nikt nie miał broni wymierzonej w nich. Raczej byli nerwowi i patrzyli w drzwi z których akurat wybiegł Marcin. Nie wzięli w nim zagrożenia. Marcin wystrzelił. Strzała pomknęła ku trzem osobom. Widział w ich oczach przerażenie.
-Nie będziemy tak grać! – usłyszał Adriana.
-Niee! – usłyszał również Igora. Wystrzał. Marcin był pewny, że będzie w niego. Padło jednak na Igora. Marcin sięgnął po kolejną strzałę. Załamał się. Nie miał ich już więcej. Adrian wystrzelił do kolejnej osoby. Tym razem padło na jednego z oddziału broniącego szkołę.
-Nie pozwolę! – wrzasnęła Weronika i skoczył na Adriana, gdy ten miał już strzelać do Oliwii. Na Marcina również ktoś skoczył. Wywrócili się na twarde podłoże. Jakaś dziewczyna. Marcin nie wiedział, czy ma się bronić, czy raczej nic nie robić.
-Też nic nie pamiętam. Wiem tyle, że on chce nam pomóc. – usłyszał swoją przeciwniczkę.
-Wiktoria… - Marcin od razu skojarzył fakty. Marcin widział jak Oliwia i Wiktoria okładały Adriana. Dostał trzykrotnie w krocze, co całkowicie uniemożliwiło mu jakąkolwiek obronę. Była jeszcze jedna osoba od niego, która próbowała coś zdziałać, jednak szybko została powalona przez jednego z ostatnich Cieszynian. Nie zabiła go, jednak co najmniej omdliła. Poza Adrianem i Wiktorią, pozostało jeszcze Cieszynian. Rzucili się bronić Adriana. Wiktoria również obserwowała. Marcin to wykorzystał. Nie był za przemocą wśród kobiet, jednak musiał coś zrobić. Przywalił jej dość mocno w twarz i zrzucił ją z siebie. Skoczył pomóc Oliwii i Weronice, bo najwidoczniej mieli problemy. Cieszynianie nie mieli żadnej broni, więc zaczęli po prostu odpychać dziewczyny ze skulonego Adriana.
-Szefie… to koniec… uciekajmy! – powiedział jeden z nich. Drugi skoczył na Marcina i go mocno ode pchał, że aż zatoczył się do tyłu i upadł na tyłek.
- O nie… co to, to nie… to dopiero początek! – krzyknął Marcin z furią w głosie. Zauważył miecz. Ten sam, którym zabito Laurę. Uśmiechnął się mimowolnie. Musiał to zakończyć tu i teraz. Rzucił łuk pod siebie i wziął do ręki miecz. Było na nim sporo krwi. Wiedział, że była tam też krew Laury. Adrian zauważył Marcina.
-Nie chciałem tego robić… - zaczął Adrian. Marcin za późno zauważył co jest grane. Był już dwa metry od Adriana. Chłopacy byli zajęci walką z dziewczynami a Wiktoria patrzyła na wszystko z boku.
-Nie… - powiedział Marcin z przerażeniem. Huk. Marcina przeszedł po całym ciele potworny ból. Już raz to przeżywał. Tym razem pocisk nie rozszarpał jego ciała. Tym razem wbił się w jego nogę. Marcin upadł na kolana. Spojrzał jeszcze z nienawiścią na Adriana. Tamten w grymasie bólu się uśmiechnął.
-Idzie tu jeden z nich! Ma broń! – krzyknęła Wiktoria. Marcin upadł na bok. Widział wciąż wszystko. Przyspieszył mu oddech.
-Nie damy rady go zabrać. Jezu jak boli… idziemy! – powiedział Adrian, podnosząc się z pomocą chłopaków. Strzelił jeszcze w kierunku nadbiegającego Marcela. Nie trafił go, a z kolei Marcel postrzelił jednego z chłopaków.
-Marcin! – Marcel podbiegł do niego. Obrócił go na plecy i spojrzał na ranę.
-Szybko, samochodu mi trzeba! – krzyknął Marcel.
-Ciężko będzie. – odparła Oliwia. Miała ona dość sporego siniaka na oku, gdyż chłopacy jednak mieli przewagę i gdyby nie Marcel, kto wie co by się działo. Weronika była jedynie trochę poobijana, więc nic jej nie było.
-Miałeś zaczekać… po co to było… - Marcel westchnął.
-Goń ich… muszą umrzeć… - powiedział cicho Marcin.
-Chwila… Blondas zostawił samochód na parkingu przy basenie. – powiedział Marcel.
-Popilnujemy go. – zapewniła Weronika.
-Spokojnie… nie trzeba mi lekarza… - zapewnił Marcin. Dźwignął się na rękach i usiadł. Spojrzał na ranę. Pocisk był wbity. Najwyraźniej kość go zatrzymała. Kto wie, czy nie była złamana.
-Co robisz? Leż spokojnie. – powiedziała Oliwia.
-Czekaj… - Marcin złapał za pocisk. Pomyślał, że chce, aby się zmniejszył i znalazł się w jego ręce. Udało mu się to, mimo, że jego siły, powoli się już kończyły. Oliwia poświeciła mu latarką.
-Masz strasznie bladą krew. Nawet taka niebieskawa można powiedzieć. – powiedziała Weronika.
-Czyli to już potwierdzone. Jestem pieprzonym mutantem. – westchnął Marcin. Było mu już wszystko jedno. Czy rana się zakazi, czy zostanie uleczony, lub czy nic się nie stanie. Wziął kamień i wsadził go sobie do rany.
-Fuj! Nie rób tego! – Oliwia wyłączyła Latarkę. Po chwili było po wszystkim.
-Zaświeć już, jak możesz. – polecił Marcin. Oliwia zapaliła latarkę i zdumiała się. Po ranie nie było ani śladu. Noga Marcina wyglądała, jakby miała jedno brudne miejsce. W rzeczywistości był to kamień. Marcin wstał i poruszał nogą. Nie czuł bólu. Dziewczyny były pod wrażeniem.
-Niezniszczalny… - zauważyła Weronika.
-Czy to koniec całej wojny? – zapytała Oliwia.
-Nie. Absolutnie nie. Koniec będzie, gdy ten oto miecz zanurzy się w ciele Adriana. Teraz to on poleci do Jastrzębia i ich na nas zrazi, a potem nas zaatakują. Albo coś gorszego. Ja bym opuścił to miejsce, nie wiem jak wy. – powiedział Marcin.
-Gdzie chcesz iść w takim razie? – zapytała Weronika.
-Dziś na noc wracam do domu. Sprawdzę co tam słychać w świecie i zapewne wybiorę się w jakieś zaludnione miejsce, gdzie mi nic nie będzie groziło. – stwierdził Marcin.
-Słuchaj. Nie możesz ich zostawić. Oni cię potrzebują. – powiedziała stanowczo Weronika.
-Że kto? Nikogo już nie ma. Garstka osób. Kto chce, może iść ze mną. Ale nie gwarantuje bezpieczeństwa. – powiedział Marcin. Usłyszeli ryk silnika. Marcel odpalił samochód.
-Ci którzy przeżyją, zawdzięczają tobie życie. My również. Zabijanie nie jest fajne. Wiem o tym. Widzę ciągle ich twarze… pewnie masz to samo. – powiedziała Weronika.
-Wiadomo. Co z Igorem? Widziałem, że dostał, ale czy umarł? – zapytał Marcin.
-Trafienie w głowę nie pozostawia wątpliwości. – westchnęła Weronika.
-Podobał mi się kurcze. – powiedziała Oliwia. Marcel podjechał pod wejście do szkoły. Wielkie było jego zdziwienie, gdy Marcin podbiegł do samochodu.
-Co… - Marcel nie dowierzał.
-Cicho, jedziemy do Dawida i Justyny. – powiedział Marcin. Usiadł z przodu, a z tyłu usiadły dziewczyny.
-Jesteś dalej nieśmiertelny. Mimo wszystko. – Marcel pokiwał głową z uznaniem i ruszył. On był innego zdania niż Marcin. On wiedział, ze jest już po wojnie. Teraz musieli zebrać wszystkich i wspólnie odbudować cywilizację. Miał jednak niedosyt. Stracił jednego ze swoich najlepszych kumpli. Mimo to, miał teraz nowego. Marcin może i był według niego trochę psychiczny, ale przypominał mu niego samego. Tym bardziej gdy o tym pomyślał, przerażały go słowa Adriana – że on i Marcin, to ta sama osoba.
#13 Wszystko nabiera sensu
Jechali w ciszy. Marcin siedział zamyślony. Wpatrywał się w mijające widoki. Był tak zmęczony, że zasnął, zanim jeszcze dojechali. Marcel prowadził, wiedząc, że od rana, czeka ich ciężki dzień. Będą musieli zapanować nad chaosem, jaki pozostawili Cieszynianie. Dziewczyny z tyłu, również wyglądały na zmarnowane. Dojechali pod dom Marcela.
-Będzie go trzeba przenieść. Sześćdziesiąt trzy i siedem dziesiątych kilo samo się nie przeniesie. – westchnął Marcel. Póki co zostawili Marcina w samochodzie. Ruszyli do środka. Marcel miał klucz, więc bez większego hałasu dostali się do środka.
-Mam dwóch domowników. Jak ich znam, to gdzieś razem śpią, ale trzeba będzie im przeszkodzić. – oznajmił dziewczynom Marcel.
-Już, już! – usłyszeli z głębi domu Dawida.
-Daj nam jeść! – wrzasnął Marcel.
-Faktycznie… dopiero teraz to czuć. – zauważyła Oliwia. Wszyscy byli mocno głodni. Było późno w nocy, a oni jedli w godzinach popołudniowych. Zjawił się Dawid, zapinający swoją koszulę i w odpiętych spodniach.
-Witam was… Łał! Marcel, nigdy cię chyba z dziewczyną nie widziałem… ale żeby od razu z dwiema? No stary! Szacuneczek. – pokiwał głową Dawid. Marcel przekręcił oczami.
-Chodź mi lepiej pomóż wziąć tu Marcina.
-A temu co? Znów się spił jak wtedy? – zaśmiał się Dawid.
-Nie, choć w zasadzie to pewnie by chciał po tym co się stało. – powiedział Marcel wzdychając.
-Już po wojnie? Słychać było krzyki i strzały. Biedni ludzie… kogo straciliśmy? – zapytał Dawid.
-W pizdu ludzi. Straciliśmy Filipa… rozumiesz? Filipa… - powiedział Marcel. Dawid spojrzał na niego z przerażeniem.
-Chodźmy po Marcina. – westchnął tylko Dawid.
-Idźcie do salonu, Justyna wam herbaty zrobi i da jeść. – powiedział Marcel. Gdy przyszli pod samochód, Marcin już nie spał. Patrzył tylko w dal i nie zwracał na nich uwagi.
-Co ci? – zapytał Dawid.
-Spokojnie… nie pytaj go lepiej. Jutro ci opowiem co i jak. Udało się nam, pokonaliśmy ich. Wojna skończona. – zauważył Marcel. Marcin wysiadł z samochodu i spojrzał Marcelowi w oczy.
-Wojna się skończy gdy zabiję Adriana. On nie może żyć. Będzie stanowił zagrożenie póki go nie zabiję. – powiedział Marcin klepiąc Marcela po ramieniu.
-Jak chcesz tego dokonać? – zapytał Marcel.
-On przyjdzie. Nie wiem tylko, czy nie lepiej będzie wyjechać. – oznajmił Marcin.
-Ja zostaję. Zrobisz jak zechcesz. – powiedział Marcel. Marcin tylko westchnął i poszedł w stronę domu.
-Laura? – zapytał Dawid, gdy Marcin już był w domu.
-Laura. – pokiwał głową Marcel. Oboje wrócili do domu. Marcel był potwornie zmęczony. Wiedział, że ciężko będzie mu zasnąć. Za dużo wrażeń tej nocy.
-Jedzenie się kończy. Mamy na góra dwa dni. – powiedziała Justyna.
-Wystarczy. Będziemy polować. – powiedział Marcin.
-Zaskakujesz mnie. – zdziwił się Filip.
-Wiesz… zrobiliśmy tak wiele złego dzisiaj, że trzeba teraz pomóc tym co pozostali. – zauważył Marcin. Wziął sobie dwa rogaliki i poszedł samotnie do góry, zostawiając resztę.
-Trzeba by go było pilnować. – zauważyła Weronika.
-Zostawmy go. Dużo przeszedł. – poprosił Marcel. Zaczęli jeść i opowiadać Dawidowi i Justynie o tym co zaszło.
***
Marcin szedł przed siebie. Nie miał pojęcia gdzie był. Zaczął się rozglądać w wielkiej panice. Był z Marcelem, Weroniką, Szymonem i Agnieszką. Był w jakimś znajomym miejscu, a za razem nie wyglądało to jak nic co znał. Dopiero teraz się zorientował. Szedł w kierunku swojego domu. Nie zgadzało mu się bardzo wiele szczegółów. Jego dom miał trzy piętra, oraz kilka przybudówek. Domy w pobliżu były również większe. W tle było widać wieżowce. Marcin wiedział, że coś musiało się stać. Agnieszka rozmawiała z Szymonem. Marcin wsłuchał się w rozmowę.
-Oddalamy się? Co z tego. Ważne, że jesteśmy blisko celu. W końcu. Po tym co przeszliśmy… - powiedziała Agnieszka.
-Nie mów hop. Musimy znaleźć drugą część mapy. – powiedział Szymon.
-Mapę ma Adrian, albo Laura. – włączył się Marcel. Marcin spojrzał na nich z przerażeniem. Jak to, Laura? Nastała ciemność.
***
Marcin wrzasnął. Leżał w łóżku ze sporą gorączką. Coś było nie tak. Poleciał do pokoju Marcela, zobaczyć, czy wieżowce stoją tam gdzie stały. Zobaczył jedynie ciemność. Odetchnął głęboko z ulgą.
-Co ty robisz? – usłyszał zaspanego Marcela.
-Coś mi się przyśniło. Mam co jakiś czas dziwny sen. – zauważył Marcin.
-A dajże ty mi święty spokój. Muszę się wyspać. – westchnął Marcel.
-Ja się wyspałem… śpij, porobię coś. – odparł Marcin. Zszedł po schodach i zaczął ubierać buty. Wyszedł na zewnątrz i wsiadł do samochodu. Włączył sobie muzykę i obserwował wschód słońca. Nim się obejrzał było już jasno. Jak na niego trzymał się całkiem dobrze. Wyciszył sobie muzykę i wziął telefon. Miał siedem procent baterii, jednak szybko ją zmienił na nową. Miał jeszcze tylko trzy baterie, więc musiał oszczędzać. Wybrał numer Filipa i zadzwonił. Nie musiał długo czekać.
-Stęskniłeś się? – usłyszał głos Adriana. Zaśmiał się przy tym.
-Dzwonię spytać, kiedy masz zamiar pofatygować się po dwoje pozostałych potrzebnych ci osób. – powiedział Marcin. Adrian chwilę milczał. Marcin najwidoczniej zdziwił go tym, że o tym wie.
-Nie mam pojęcia, gdzie podziali się twoi przyjaciele. Po ciebie samego to mi się nie opłaca. Tym bardziej, że łatwym przeciwnikiem to ty nie jesteś. – zauważył Adrian.
-Dwie minuty po tym jak mnie postrzeliłeś biegałem już sobie, więc nie tak łatwo mnie zabić. – stwierdził Marcin.
-Widzisz. Jak już mówiłem, nie zamierzam was krzywdzić. Potrzebuje was żywych. – zauważył Adrian.
-Po co chcesz nas zniszczyć psychicznie? – zapytał Marcin. Był bardzo spokojny, nawet nie spodziewał się, że będzie w stanie zachować spokój.
-Ponieważ nie jesteś jeszcze gotów. – powiedział Adrian.
-Gotów na co? – zapytał Marcin.
-Bractwo Cienia czeka. – zaśmiał się Adrian.
-O czym ty gadasz? – zapytał Marcin.
-Przyszłość kochany, przyszłość. Ja nie zabiłem tak naprawdę Laury. Musisz o tym wiedzieć. – powiedział Adrian. Czuł, że Adriana bawi ta rozmowa i cała sytuacja.
-Laura to już przeszłość. Teraz już nie ma znaczenia. – powiedział Marcin, sam nie wierząc, że to mówi.
-Szybko się pozbierałeś. Czyżbyś nic do niej nie czuł? – powiedział z udawaną troską Adrian.
-Domyślam się o co chodzi. To symulator. Przecież to nie jest możliwe, żeby dorośli zginęli. – powiedział spokojnie Marcin.
-Cóż. Co do poprzedniej twojej wypowiedzi, Laura to przyszłość. Teraz nie rozumiesz nic z tej rozmowy. Ale poczekaj, jeszcze trochę i będziesz wiedział więcej. Na mnie już czas. Nie zgińcie mi tylko. Znajdź wyjście. Dziś się wszystko rozegra. – podkreślił Adrian i rozłączył się.
-Czekaj! – Marcin lekko się wkurzył. Zamknął oczy i przypomniał sobie całą rozmowę, póki o niej jeszcze pamiętał. Bracia Cienia. Musiał tam się udać. No i o co chodziło mu z Laurą? Laura to przyszłość. Jedno było pewne. Faktycznie nic nie rozumiał. Miał tylko nadzieję, że przeżyje do momentu, by to pojąć. Coś mu umknęło.
-Jakie wyjście mam znaleźć? – zapytał Marcin sam siebie. Uruchomił samochód. Wycofał i ruszył w stronę centrum. Musiał zrobić kilka rzeczy. Pojechał pod kościół i zaparkował. Ruszył wzdłuż cmentarza, gwiżdżąc pod nosem. Czuł z daleka smród zgnilizny ciał. Wiedział, że gdzieś tu była zbiorowa mogiła dorosłych. Wolał się jednak upewnić. Gdy znalazł się przy samym dole, wzięło go na wymioty. Wytrzymał jednak i szybko się wycofał do samochodu. Podjechał pod urząd gminy.
-Lewatywa pachnie mydłem! – krzyknął Marcin hasło, które znali tylko nieliczni. Odpowiedziała mu cisza. Lekko się zmartwił. Wszedł do środka po cichu. Dwa ciała leżały przy ścianie. Kolejne dwa na końcu korytarza.
-Jest tu ktoś? – krzyknął Marcin, mając dłoń na pistolecie. Cisza. Marcin machnął ręką i zaczął ciągnąć ciała w dół schodów. Po chwili wrócił po dwa kolejne. Musiał jeszcze przejrzeć pomieszczenia. Znalazł jeszcze jedno ciała, trochę mocniej zmasakrowane. Marcin starał się nie patrzeć, ale brał ciała z wielkim spokojem. Wyszedł przed gminę. Był dość chłodny poranek i gęsta mgła unosiła się nisko nad ziemią. Ktoś ze spokojem wchodził po schodach. Marcin myślał nad wzięciem broni do dłoni, ale dał sobie spokój, rozpoznając wysoką sylwetkę chłopaka.
-Jarek… - Marcin otworzył usta szerzej.
-A no ja, choć sam nie wiem, czy żyję, czy tylko fartem uniknął śmierci. – powiedział Jarek.
-Co się stało? – spytał Marcin.
-Stałem sobie z twoim kuzynem i zrobili na nas odwrót. On gdzieś uciekł, a ja poleciałem za resztą. Ukryłem się za otwartymi na całą szerokość drzwiami. Nie było mnie widać. Zabili wszystkich. Przeżyłem jako jedyny. – powiedział Jarek.
-Cieszę się. Jak to było?
-Że spotkamy się jutro żywi, bezpieczni i z możliwością zjedzenia czegoś? – zapytał Jarek.
-Tak, wszystko się sprawdziło. – pokiwał głową Marcin.
-No nie wiem, głodny jestem. – zauważył Jarek.
-Lepiej nie poruszać się tutaj samemu… kurde, chciałem zwłoki powywalać aby nikogo nie drażniły. Ale no, zrobię to potem. Wrócisz do domu, no i lepiej nie mów Vanessie. Pewnie dalej śpi. – uśmiechnął się Marcin. Ruszyli we dwóch w stronę ich domów. Prawie kogoś rozjechali. Marcin gwałtownie zahamował.
-Niby większość poumierała, a tłocznie tu o tej godzinie, jak nigdy. – pokiwał głową Marcin.
-Stary… dobrze cię widzieć żywego. – powiedział Długas wsiadając do auta.
-Ciebie również. Pomożesz mi zaraz. – powiedział Marcin.
-Znów coś szalonego? – uśmiechnął się Długas.
-Znajdź mi coś do picia. Aaa! Nie, to nie ta robota. Na trzeźwo nie dam rady po prostu. Musimy przenieść trupy do mogiły przy cmentarzu. – powiedział Marcin.
-Że jak? Tylko nie tam… znajdziemy inny dół, tam zbyt bardzo… trupem wali, no wiesz. – zaczął Długas.
-Chyba mam pomysł. – stwierdził Marcin. Odwieźli Jarka pod dom i ruszyli z powrotem.
-Słyszałem już, że walka nie poszła jakoś najlepiej. – odparł Długas.
-No, mamy dość sporo zgonów. – pokiwał głową Marcin.
-Pojedziemy po vana, wiem, gdzie stoi jeden nieużywany. – powiedział Długas.
-No nie ma sprawy. – poparł go Marcin. Podjechali pod jeden z domów przy ulicy Elizy Orzeszkowej.
-W domu są kluczyki, zaraz wracam. – odparł Długas. Marcin wysiadł z samochodu i wsłuchał się w ciszę. Teraz była ona wszech obecna.
-Co to się porobiło… - westchnął Marcin.
-Wejdź, chwilę posiedzimy, bo mi słabo trochę. – poprosił Długas. Marcin westchnął i wszedł do domu.
-Kto tu mieszkał? – zapytał Marcin.
-Ten dom należał do mojej rodziny. Głodny? – zapytał Długas.
-Masz jedzonko nawet? – Marcin był jeszcze lekko głodny.
-Kilka zupek chińskich udało mi się zachomikować, nie mów Szymonowi. – ostrzegł go Długas.
-Tak się składa, że mnie mocno wkurzył, bo z pomocą jego i reszty oddziału, myślę, że nie dotarli by nawet do kuchni. A tak gdzieś zniknął i nie raczył nawet się odezwać. – odparł Marcin. Po chwili zorientował się, że nie miał jak nastawić wody na zupki.
-Szymon wrócił w nocy. Przywieźli trzykrotnie więcej jedzenia, niż mieliśmy. Teraz, jeśli by liczyć, że z ponad tysiąca, żyje nas nieco ponad czterystu, starczy nam tego jedzenia na cztery długie miesiące. – powiedział z uśmiechem Długas.
-Coś nie wierzę, że to była tajna misja Szymona. On mi nie powie jak zdobył helikopter, ani nic. – pokiwał głową Marcin.
-W Wiśle, jest baza naukowa. Właśnie tam powstał wirus, który wytępił ludzkość, pozostawiając bachory. O to im właśnie chodzi, badają nas, jak radzimy sobie w takich warunkach, jak głód, wojna, czy też po prostu jakieś zwykłe codzienne czynności. Czy bez dorosłych, dzieciaki potrafiłyby przetrwać. – powiedział Długas.
-Badają? Że dorośli? – zapytał Marcin.
-Tak, właśnie tak. Jakiś czas temu właśnie wirus nieco ewoluował, przez co pojawiły się mutanty. Starali się jakoś go zwalczyć, stąd właśnie wtedy dowiedzieliśmy się o helikopterze. Musieli udać się do innego miejsca, do innej bazy. I nie wiem czy wiesz, ale, żeby znaleźć bazę, wcale nie musieliśmy jechać do Wisły. Była w Jastrzębiu Zdroju. Właśnie tam miał się udać Szymon wczoraj. Oni mimo wszystko nie spodziewali się, że uda się komukolwiek wparować do środka. Obiekt jest silnie chroniony. – powiedział Długas.
-Więc jak im się udało do cholery załatwić dwa ośrodki?! – zapytał Marcin.
-Ten sam pomysł co ty miałeś, ale w większej skali. Podjeżdżali do kilku gniazd i napuszczali mutanty na ośrodek. Mutanty nie gryzą osób zmutowanych, więc Szymon mógł po wszystkich wejść do środka i pozabierać jedzenie, albo właśnie helikopter. – powiedział Długas.
-Wszystko jasne. Jedno mnie dziwi. Po co? Po co to wszystko. Nudzi im się? Mają możliwość cofania czasu, żeby ludzkość dalej funkcjonowała? Albo co? – pytał Marcin.
-To wszystko ma związek z wami. Jak już się zorientowaliśmy, nie jesteś stąd. To nie jest twój świat, Marcin. W tym świecie siedzi za ciebie Marcel. Was badają najbardziej, a taki Adrian to ich taki… powiedzmy, człowiek rzucony do akcji. Ma was pobudzać, zmieniać was. Dlatego tak namieszał. Sztuczna wojna miała odbić się na waszej psychice. – powiedział Długas.
-Skąd ty tyle wiesz? I jak nie z tego świata, to czy istnieje inny? Jaki? Gdzie? – Marcin miał wiele pytań.
-Bycie blisko Szymona popłaca. Światów jest bardzo wiele. Dawno temu, na samym początku dziejów, gdy pojawiły się pierwsze inteligentne osoby, przyleciała do nas obca rasa. Wybudowała całą masę portali, służących do teleportacji. Dali nam też różne prymitywne technologie, abyśmy mogli się rozwijać. Z biegiem czasu, wykształciło się kilka nacji, na różnych miejscach na całej planecie. Plemiona, które wiedziały bardzo wiele, więcej jak dorośli w naszych czasach nawet. Mimo to, nie próbowali mieszać w dzieje. Zamiast to sprawili, że portale mogły teraz działać również w drugi sposób. Czas. Bawili się w to, jednak zaczęło to mocno zmieniać czas. W końcu, rozwój ich zaczął tak przyspieszać, że w bardzo szybkim czasie zniszczyli całą cywilizację. Aby to uratować, zaprogramowali portale tak, aby jak najszybciej, programowały możliwe rozwinięcia wszelakich wyborów i decyzji. Światy alternatywne. Powstały ich biliardy. O ile pamiętam, liczba zer sięgała czterdziestu. Tamta cywilizacja upadła. Wszystkie światy, stworzone na początku również. Im dalej od początkowych światów, tym dłużej utrzymywała się cywilizacja. – opowiedział Długas.
-Czy można było zarówno… powiedzmy… cofnąć się w czasie i zmienić świat alternatywny? – zapytał Marcin.
-Wszystkie trzy opcje na raz było można. – skomentował Długas.
-Czyli wszystko się zgadza. Jestem z alternatywnego świata z roku 2018. Czyli rocznikowo jestem o cztery lata za wami. – powiedział zdumiony Marcin. Serce biło mu mocno. Czy nie o tym mówił Adrian? Laura, to przyszłość! Jeżeli światów było biliony, pełnych najróżniejszych decyzji… to w ilu światach zdobył Laurę? Coś jednak przebiło myśli Marcina. Coś silniejszego od Laury. Strach.
-Rozumiem… nie znałem ciebie zanim się tu pojawiłeś, więc to by mogła być... – zaczął Długas, ale przerwał mu Marcin.
-Musimy znaleźć wyjście. Musimy znaleźć portal! Wszystko się zgadza. Dzisiaj! – Marcin połączył wszystko co mówił Adrian.
-Że jak? Położenie portali to wielka tajemnica. Masz pojęcie, że one mogą być wszędzie? – zapytał Długas.
-Czy Szymon szukał też może informacji o portalach? – zapytał Adrian.
-Uważa, że to jedyny sposób by ocalić ten świat. Musicie opuścić go i wszystko ustanie. Mutanty znikną i tak dalej. – odparł Długas.
-Trochę naciągane. Jak dla mnie ratuje własną dupę. Skoro wirus sprawił, że pojawiły się mutanty, to czy on nie jest groźny? – zapytał Marcin.
-Jest coraz groźniejszy. Potencjalnie to on ciągle ewoluuje. – odparł Długas.
-Zabiorę cię w pewne miejsce. Potrzebuje też Szymona. On wie, że ty mi to mówisz? – zapytał Marcin.
-Kazał mi przekazać gdyby coś. A co byś chciał zrobić? – zapytał Długas.
-Zobaczycie. Nie wiem jak Szymon tylko zareaguje. – powiedział Marcin.
-A co z kopaniem ciał? – zapytał Długas.
-Się okaże. Póki co mamy inne zajęcie. Wszystko mi mówi, że ten świat jeszcze dzisiaj spotka coś nie miłego. – powiedział Marcin.
-Źle się czuję… ale jedźmy. – powiedział Długas. Wziął pudło pełne piwa i wsadził na tyły vana. Marcin usiadł na miejscu pasażera.
-Myślę czy nie skoczyć po Marcela. – pomyślał Marcin.
-Dobra tam. – wzruszył ramionami Długas.
-Czekaj… coś mi umknęło. Szymona ugryzł mutant? – zapytał Marcin.
-No tak. Marcel ma moc przeczuwania ile kogo gdzie jest, jaki jest, ogólnie, nie da się nazwać jego mocy. Ty masz coś w rodzaju panowania nad skałami. Szymonowi z kolei, dostała się jeszcze dziwniejsza moc. Potrafi mówić w myślach do osoby blisko niego. – powiedział Długas.
-Że telepatia? - Marcin zmrużył oczy.
-Słyszałem na własne uszy. – pokiwał głową Długas. Ruszyli. Marcin zamyślił się. Natłok nowych informacji nie dawał mu spokoju. Był raczej szczęśliwy, że w końcu wiedział co nieco o swojej przeszłości. Dziwiło go tylko, że dowiedział się tego od Długasa. Od samego rana słyszał same dobre wieści. Miał nadzieję, że jak na razie dadzą sobie spokój z bawieniem się jego emocjami. Jeśli wierzyć Adrianowi, to go już w tym świecie nawet nie było. Coś mu nie dało spokoju.
-Jak sterować takim portalem? – zapytał Marcin.
-Tego już nie wiem. Wiem, że bez specjalnych ogniw nic nie zrobisz. – powiedział Długas.
-Adrian dziś opuścił ten świat. Myślisz, że na jego miejsce, pojawi się drugi Adrian? – zapytał Marcin.
-To zależy. Ale jeśli zesłali go ci, którzy się nami bawią to bardzo możliwe, że posiada on ogniwa sterujące portalem no i uda mu się przenieść do świata, gdzie jego postać tam nigdy nie istniała. Tak samo jak twoja. Zostałeś przeniesiony za pomocą ogniw. – powiedział Długas.
-Hmm, jak odnaleźć te ogniwa? – zapytał Marcin.
-To nie takie proste. Poszukujemy mapy. Wiemy, że ma ją Adrian. Na owej mapie są przedstawione ogniwa i miejsce ich występowania. Kłopot jest taki… że nie może być ich więcej, jak jeden, ukryty gdzieś na całym świecie. Adrian ma akurat mapę z zapisanymi koordynatami, zarówno współrzędne, jak i numer świata alternatywnego. – powiedział Długas.
-Cholera… za dużo informacji. – zaśmiał się Marcin. Coś mu znów zaiskrzyło.
-Adrian ma tylko jedną mapę. – powiedział Marcin.
-Są dwie? W sumie logiczne, że map może być nieskończenie wiele. Tyle ile światów. – zauważył Długas.
-Nie, słuchaj. Sen miałem, że połówkę mapy ma Laura, lub Adrian. – powiedział Marcin.
-Laura… widzę, że już myślisz przyszłościowo. W którymś świecie pewnie nawet my mamy mapę. – uśmiechnął się Długas.
-To teraz pytanie jak dokonać paradoksu. – zapytał Marcin.
-Paradoks ogólnie nie jest możliwy. Nigdy czegoś takiego nie odnotowano. – odparł Długas.
-Jesteś pewny? Mogę ci powiedzieć, że mój laptop i ubrania, których już nie mam, dokonały paradoksu z rzeczami i laptopem Marcela.
-Jeśli to jest możliwe, to musimy być ostrożni. Kto wie, co się stanie, gdy ktoś z nas spotka samego siebie. –odparł Długas. Dojeżdżali do centrum. Minęli zjazd na ulicę Kasztanową i podjechali pod złomowisko. Marcin zauważył spory tłumek osób na ulicy. Niektórzy siedzieli na krawężniku, inni stali i rozmawiali. Kilka osób stało na boku i płakało. Spora część jednak była wewnątrz złomowiska.
-Całe Zebrzydowice? – zdziwił się Marcin.
-Będziemy liczyć po południu, gdy się zlezą inni po jedzonko. – powiedział Długas.
-Jednego jestem pewny. Niech każdy się naje do syta i poćwiczy walkę. Być może się to dzisiaj im przyda. – powiedział Marcin.
-Na pewno? Zawołam Szymona. – poinformował Długas. Kazał mu też wyjść z samochodu. Wjechał Vanem na teren złomowiska. Marcin pozostał sam wśród wielu nieznanych mu osób. Oni jednak go kojarzyli. Pokazywali go sobie palcami i mówili. Marcin próbował dostrzec kogoś znajomego. Wszyscy jednak co do jednego byli mu nieznani. Prawie. Rozpoznał Konrada, który nie zwracał na niego uwagi. Stał grupką chłopaków i żartowali sobie. Rozpoznał też pewną czerwonowłosą dziewczynę. Nie miał pojęcia tylko co ona tutaj robi. Była to Sandra, jedna z siedmiu osób, które nie były stąd. Siedziała samotnie, jednak Marcin nie miał ochoty na rozmowę. Rozpoznał też dwie siostry bliźniaczki, Jowitę i Judytę. Była z nimi jeszcze trzecia, miała jedynie przefarbowane włosy. Najwyraźniej była to Julita. Marcin zastanawiał się, czy jest tu tylko mile widziany. Sam nie wiedział, czy będą go obwiniać za śmieć tylu osób, czy raczej podziękuję, że tylko tylu zginęło. Marcin zamyślił się, gdy nagle podszedł do niego jakaś dziewczyna. Nie znał jej.
-Pewnie mnie nie znasz… no ale nie ważne. Naucz nas strzelać z łuku. – poprosiła dziewczyna.
-No właśnie! Też bym chciała! – podbiła do nich jeszcze inna dziewczyna. Wkrótce Marcin miał przed sobą całą gromadkę, czegoś w rodzaju fanek. Pomyślał, że awansował od nieznajomego, po bohatera. No ale nie obyło się też bez złośliwości.
-A nie mogłeś pozabijać ich więcej? – zapytał jakiś chłopak.
-A ty, ilu zabiłeś wrogów? – zapytał Marcin grzecznie.
-Nie on był od naszej ochrony! – obronił go inny chłopak.
-Ja wiem, że nawaliłem. Nie musicie mi tego wypominać. Ale gdyby nie ja, to ofiar byłoby więcej. – odparł Marcin.
-Gdyby nie Marcel i Filip, to by było jeszcze gorzej. Więc nie byłeś jedyny. – powiedział jeszcze inny chłopak. Marcin zauważył coś dziwnego. Żaden chłopak nie stanął po jego stronie. Z kolei żadna dziewczyna po stronie chłopaków.
-Eh dobra dajcie wy mi wszyscy spokój! – Oburzył się Marcin odpędzając się od „fanek”. Ruszył w głąb złomowiska. Teraz nie rozpoznał już nikogo. Dopiero pod samą siedzibą zobaczył parę znajomych twarzy wśród Braci Cienia. Była tam też Agnieszka. Minął van Długasa i podszedł do niej.
-Marcin, dobrze cię widzieć. – powiedziała Agnieszka. Przytuliła się z Marcinem.
-Ciebie również Aga, idziesz z nami do zamku? – zapytał Marcin.
-Słyszałam właśnie, że chcesz iść. I jak? Jak reakcja po tym co ci Długi powiedział? – zapytała się Marcina.
-Nie spodziewałem się, że Długas tyle może wiedzieć. Ale ogólnie jestem mocno zszokowany. Myślałem kiedyś, że to może być właśnie świat alternatywny. Choć bardziej mi to symulację przypominało. – stwierdził Marcin.
-Słyszałam też, że mówiłeś, że dziś ma nastąpić coś niedobrego. – stwierdziła pytająco Agnieszka.
-Gadałem z przywódcą Cieszynian przez telefon. Mówił, że dziś się wszystko rozstrzygnie, oraz, że mamy znaleźć wyjście. – skomentował Marcin.
-O w mordę… idę po Szymona! – Agnieszka była zaniepokojona. Weszła do środka. W środku był nowy magazyn żywności. Marcin odwrócił się, by spojrzeć sobie na cały tłum. Nie miał mocy Marcina, ale na oko widział z czterysta osób. Nie było to wiele. Jeśli przyjdzie im się z czymś zmierzyć, to mogą mieć problemy z tym czymś. Musieli znaleźć wyjście.
-Marcin! Jakim cudem ci się udało ich aż tylu obronić? – zapytał Szymon na wstępie. Marcin odwrócił się i lekko zdumiał. Szymon miał twarz pokrytą niebieskimi bąblami.
-Czekaj… - Marcin podszedł i przyłożył dłoń. Bąble zaczęły znikać.
-Dasz radę, aby to znikło? – zdumiał się Szymon.
-Już nie masz ani śladu. –pokiwał głową Marcin.
-Świetnie. Nic nie mów, słyszałem wszystko. Wybacz, nie doceniliśmy siły wroga. Wybacz, za Laurę. Ona jedyna była dla nas ważna. – powiedział Szymon.
-Spokojnie. Wystarczą trzy osoby. – pokiwał głową Marcin.
-Wyjątkowo spokojny jesteś. – zdziwił się Szymon.
-Szczerze? Jak wiem, że to wszystko to tylko próby, które próbują nas zmienić… to ja po prostu olewam żałobę. Laura żyje! Znajdę ją. A jak mnie nie polubi to znów. Mam tysiące prób. – powiedział z uśmiechem Marcin. Mimo wszystko widział wciąż jak rozpruwa ją miecz. Miał też przed oczami kilka innych śmierci. Wzdrygnął się.
-Dobra. Mów gdzie chciałeś mnie zabrać. – poprosił Szymon.
-Tak jakby nie mogę powiedzieć. Znaczy mogę, ale wolę, abyście zobaczyli to na własne oczy. – powiedział Marcin.
-Jadę pozwozić ciała. Spiszę listę ofiar o ile rozpoznam. – oznajmił Długas.
-No to dobra, czekaj! Podrzucisz nas pod zamek. – poprosił Szymon. Puścili Agę do przodu, a Marcin i Szymon usiedli na tyłach. Nastała dziwna cisza. Marcin dostał wizji. Poczuł jak nagle leci do przodu wpadając na ścianę lewego boku furgonetki. Wywalił się na brzuch. Poczuł, że drzwi furgonetki były otwarte. W dodatku jechali ze sporą prędkością. Szymon podał mu rękę w ostatniej chwili. Marcin spojrzał na niego z przerażeniem. Nie miał pojęcia co jest grane. W środku siedziało kilka nie znanych mu osób. Była też Agnieszka, która przecież poszła do przodu. Zamarł. Zobaczył Adriana. Nagle van przywalił w coś jeszcze, najprawdopodobniej krawężnik. Szymon, który trzymał Marcina, zachwiał się i poleciał na niego. Zaczęli lecieć do tyłu. Marcin stracił oparcie podłoża i znalazł się w powietrzu.
-Szymon! – krzyknęła rozpaczliwie Agnieszka. Nagle otworzył oczy i zdał sobie sprawę, że dalej siedział w tym samym miejscu. Oddychał głęboko i zaczął się rozglądać.
-Co jest grane? – zapytał Szymon na widok zdyszanego Marcina.
-Widzę przyszłość chyba. Albo przeszłość. Sam nie wiem. Wiem tyle, że w tym samym vanie siedziałem. – stwierdził Marcin.
-Nie wiemy jak długa była nasza podróż światami alternatywnymi. Straciliśmy pamięć, więc najwyraźniej coś im nie wyszło i musieliśmy zacząć od nowa. A wizja mogła pochodzić z poprzednich światów. – oznajmił Szymon. Ruszyli. Marcin lekko spanikował i chwycił się mocno.
-Wyjaśnij mi tylko, czemu w tej furgonetce był Adrian. – westchnął Marcin.
-Nie koniecznie jest naszym wrogiem. Poprzednio może udawał sojusznika by po prostu zobaczyć, jak sobie poradzimy z innymi wyzwaniami. Testują nas. Mówiłem ci. – powiedział Szymon.
-Ciężkie mamy życie. – westchnął Marcin. Zapatrzył się w ziemię i zamyślał. Natłok myśli nie dawał mu przestać myśleć. Wspomniał mu się Nikodem. Będzie musiał po niego zajechać. Skoro ma być koniec, to musi być w najlepszym chronionym miejscu, czyli obok niego. Podjeżdżali już pod zamek. Po chwili patrzyli już na odjeżdżającego Długasa.
-Prowadź. –poprosił Szymon. Ruszyli koło Młyńsztoka i po chwili skręcili w kierunku zamku. Było całkiem pusto. Jak na ranek, było całkiem ciemno. Weszli do zamku i ruszyli za Marcinem do pizzerii.
-Zgłodniałeś? – zaśmiał się Szymon.
-Czekaj… - odparł Marcin. Dotarł do schowka i kazał im wejść do środka.
-Co to jest? – zdziwiła się Agnieszka.
-Zejdźcie na dół, to się dowiecie. – poprosił Marcin. Sam zsunął się jako pierwszy. Nie był tu już od kilku dni. Nic się jednak nie zmieniło. Poczekał na Szymona i Agnieszkę.
-Nie mów mi, że znalazłeś portal. – powiedział Szymon z mocnym wytrzeszczem oczu.
-Zobaczycie. – oznajmił Marcin. Zeszli na sam dół do wielkiej hali. Na środku stał wciąż dymiący się, zniszczony portal. Świetlówki wciąż migały. Marcin się dziwił, skąd tutaj się wziął prąd.
-Cholera… wszystko stracone. – westchnął Szymon.
-No nie wygląda to za ciekawie. Co go tak zniszczyło? – zdziwiła się Agnieszka.
-Nasze przejście najwyraźniej. – powiedział Marcin. Szymon zaczął się rozglądać. Przeszukiwał szafki. Agnieszka poszła do pokoju obok.
-Niedobrze! Szymon, chodź tu. Natychmiast! – Agnieszka zawołała donośnym głosem. Coś było w tym nie dobrego. Marcin poleciał pierwszy. Znalazł się w małym pokoiku z dziwnym i niepodpiętym archaicznym monitorem, który coś wskazywał na ekranie. Były jakieś cyferki, które coś wskazywały. Marcin nie widział wszystkiego. Całość przysłaniał wielki, na pół ekranu komunikat z wieloma wykrzyknikami. Najgorszym w tym wszystkim był czas, który do czegoś odliczał. Podleciał Szymon.
-O kurde, to coś działa! – zauważył Szymon.
-Zostało półtora godziny do czegoś. – zauważyła Agnieszka.
-Mówiłeś coś o zakończeniu tego świata? – popatrzył Szymon, w kierunku Marcina.
-Ja… o której dokładnie ma się zakończyć odliczanie? – zapytał Marcin.
-Równo o dziesiątej rano. – zauważył Szymon. Wziął wklepał jakąś komendę przy użyciu klawiatury. Pokazała się dziwna lista, która miała sześć punktów.
-Etap pierwszy. Respawn. Etap drugi. Dojście do władzy. Etap trzeci. Feniks. Etap czwarty. Odbicie. Etap piąty… rzeź niewiniątek. Etap szósty… - Marcin zamilknął. Pod licznikiem, były cztery możliwości nadpisane etapem szóstym. Śmierć, ocalenie, ucieczka i wyjście.
-Masz pojęcie o co chodzi? – zapytał Szymon.
-Wiesz dobrze, że chodzi im głównie o mnie. Te etapy są o mnie. Najwidoczniej jakiś etap dopisze się za półtora godziny. – oznajmił Marcin.
-Bardzo ciekawe opcje masz do wyboru, Marcinie. Odradzam pierwszą. – zaśmiał się Szymon.
-Ale co się ma takiego stać za te półtora godziny? – zapytała Agnieszka.
-Nie wiem, ale najlepiej jak będę daleko od wszystkich. Chcą się skupić na mnie. – powiedział Marcin.
-To wybierzesz opcję „ucieczka”. Tego chcesz? Chyba do ciebie to nie pasuje. – zauważyła Agnieszka
-Chyba rozumiem. Możemy znaleźć wyjście i ich zostawić, albo zaryzykować i albo ich ocalić, albo zginąć. – powiedział Marcin. Był lekko zaniepokojony. Nie miał pojęcia co powinien zrobić. Wiedział jedno. Chciał znaleźć wyjście. Ale z drugiej strony… czy nie tego chciał Adrian? Być może ucieczka stąd, byłaby najgorszym z możliwych pomysłów. W jego naturze, leżała raczej chęć pomocy tym ludziom. Może i byli po prostu zbędni, ale on czuł, że musi im po prostu pomóc. Nie po to wczoraj życiem ryzykował, by teraz się poddać.
-Tak jak mówiłem. Idźcie ostrzec resztę, żeby nauczyli się korzystać z broni. Nakarmcie ich. Znajdźcie przede wszystkim jakiś dobry punkt obronny. – poprosił Marcin.
-A ty co zrobisz? – zapytał Szymon.
-Ja lecę po Marcela. I lecimy po Nikodema i Kingę. Musimy ich mieć przy sobie. Aha! No i uważajcie jak będziecie stąd wychodzić. Schodki się kruszą. – poinformował Marcin. Ruszył biegiem ku powierzchni. Bał się, że się nie wyrobi. Musiał jeszcze wiele zrobić. Najgorsze było to, że nie miał żadnego samochodu. Ruszył więc biegiem wzdłuż Młyńsztoka, lecz szybko się zmęczył. Serce biło mu nie spokojnie. Odpalił telefon. Zerknął na zasięg. Był spory, również internet działał. Wszedł szybko na stronę główną. Jak się okazało, największe metropolie upadły w przeciągu dwudziestu godzin od ostatniego sprawdzenia. Wyczytał szybko, że mutanty zaczęły niszczyć wszystko po kolei. Wiele wsi i miast wciąż funkcjonowało. Nawet Warszawa miała wciąż blisko sześć tysięcy ludzi. Nic nie wskazywałoby na to, że to wszystko może spaść do zera. Marcin znalazł się naprzeciwko swojego domu. Jednak rzeka Piotrówka zagradzała mu drogę przez co zawsze musiał nadrabiać kilkaset metrów, idąc drogą. Tym razem mu się spieszyło. Zamknął oczy i wyobraził sobie kamienny most. Usłyszał jak sypie się duża góra. Otworzył oczy i zobaczył coś w rodzaju dużej kupy kamieni. Marcin szybko przeszedł na drugą stronę, bo nurt już zaczął podmywać kamienie, a gdy Marcin przeszedł kilka metrów, góra kamieni runęła. Ruszył polem w kierunku domu. Było strasznie dużo krzaków, przez co Marcin musiał zrobić sobie kamienny pancerz na nogach. Szybko przebiegł dystans dzielący go do domu i wszedł do środka. Prawie wszyscy już spali.
-Gdzie ty byłeś. – spojrzała na niego z przerażeniem Weronika. Marcin zorientował się, że ma zakrwawione ręce. Spojrzał na nią i się zastanawiał, czy dożyje do końca tego dnia. Po raz pierwszy zobaczył jak wygląda. Wcześniej było ciemno, więc nie widział ani jej, ani Oliwii. Omiótł ją jeszcze raz wzrokiem, aby nie zapomnieć jak wyglądała. Była dość niska, zgrabna i dobrze zbudowana. Miała błękitne oczy i duże usta. Do tego długie do ramion włosy, koloru ciemny blond. Jej piersi może i nie były tym samym co giganty Laury, ale do małych nie należały. Marcin zapatrzył się na plamkę na jej bluzce, przez co wyglądało, jakby perfidnie gapił się jej w cycki. Weronika zmarszczyła czoło.
-A nie… nie, spokojnie. Nie gapie się. No ten tego… Plamka. Masz… przy dekolcie. – zawstydził się nieco Marcin.
-Jak się siedzi w tym samym przez tydzień to potem tak się dzieje. Niestety, ale o higienę się w szkole dbać nie dało. Tyle co prysznice, ale chłopcy są zboczeńcami, więc im dłużej się myło, tym większa była szansa, że któryś zrobi coś głupiego. – rozgadała się Weronika.
-No nie ważne. Ja taki nie jestem… mimo, że chyba zrobiłem teraz złe wrażenie. Marcel śpi? – zapytał Marcin, zmieniając temat. Poczuł, że mu trochę głupio.
-Mocno był zmęczony. – stwierdziła Weronika.
-Musielibyśmy odebrać kilka osób z Jastrzębia. Chcesz jechać, zamiast Marcela? – zapytał Marcin.
-No mogę. – uśmiechnęła się nieśmiale Weronika.
-Beze mnie chciałeś jechać? – usłyszał za plecami Marcela. Patrzył zaspanym wzrokiem na Marcina ziewając przy tym donośnie.
-No dobra, ale pospiesz się. – westchnął Marcin. Zerknął na telefon. Zostało nieco ponad godzinę czasu. Marcel wrócił ubrany po jakiś dwóch minutach.
-Ogól się może. – zaśmiał się Marcel z Marcina.
-Nie mam czasu kurde. – warknął Marcin. Przejechał ręką po brodzie. Faktycznie lekko go już zarosło.
-Gdzie ci tak spieszno? – zdziwił się Marcel. Ubrał buty i wyszli przed dom.
-Pogadamy w aucie. – pospieszył go Marcin.
-Co się z autem stało. – zmarszczył brwi Marcel.
-Byłem już w centrum i jakoś tak wyszło, że go nie wziąłem. – stwierdził Marcin. Kazał im jeszcze poczekać. Skoczył szybko do domu naprzeciwko, do Jarka i Vanessy. Zanim dotarł do drzwi, zobaczył w oknie Jarka. Tamten po chwili otworzył mu drzwi.
-Przyda się wam samochód? – zapytał Marcin.
-Możesz pożyczyć, ale postaraj się oddać. – odparł Jarek.
-Możecie z Vanessą udać się na złomowisko? Tu wkrótce może przestać być bezpiecznie. – powiedział Marcin.
-Ona wciąż śpi… ale spokojnie. Wpadniemy. – zapewnił Jarek.
-Macie nieco ponad godzinę czasu. – powiedział Marcin. Jarek podał mu kluczyki. Marcin podziękował i podszedł do metalowego garażu. Otworzył go i szybko wyjechał. Otarł się przy tym o garaż, ale na szczęście Jarek nie patrzył. Podjechał pod Weronikę i Marcela. Marcel z czegoś żartował.
-Coś masz dziś dobry nastrój. – stwierdził Marcin, gdy tamten wsiadł.
-A wiesz… gdy ma się takie towarzystwo… nie no, wciąż mam go przed oczami. – westchnął Marcel, mówiąc o Filipie.
-Widziałeś może kto otworzył mi drzwi? – uśmiechnął się Marcin.
-No Vanessa, nie? – zapytał Marcel.
-Jarek. Żyje, ogarniesz to? Ukrył się za otwartymi drzwiami i go nie znaleźli. – uśmiechnął się Marcin.
-Ładnie… jeszcze Filip by mógł tak nagle powstać. – westchnął Marcel.
-Przeżyj dzisiejszy dzień, a go zobaczysz. – uśmiechnął się Marcin.
-Nie rozumiem. Chyba jak umrę raczej to go zobaczę. – odparł Marcel.
-Nie rozumiesz. Ale nie dziwię się… - stwierdził Marcin. Ruszył w kierunku Młyńsztoka.
-Też nie ogarniam. Ale ty chyba już tak masz, że mówisz dużo niezrozumiałego. – uśmiechnęła się Weronika.
-Cały ja. Ale słuchajcie. Miałem opory, no ale chyba każdy może to usłyszeć. O tyle, co Marcel wie o mnie tyle co ja sam, o tyle taka Wera już niewiele. – skomentował Marcin.
-Wiem chyba tyle, że jesteś Marcin i jesteś Stone Manem. – zaśmiała się Weronika.
-A tam… myślę, że mogę wiele zrobić z kamienia. Jak zdążymy, to zacznę robić fortyfikacje, abyśmy mogli się bronić. – powiedział Marcin.
-Oj no dobra, miałeś mówić! – zauważyła Weronika.
-Może więc zacznę od początku. Możesz się zamyślić, czy coś. – zwrócił się do Marcela.
-Nie wiem czy jest sens, abyś opowiadał wszystko jednej osobie. Potem znów byś musiał Oliwii. – zauważył Marcel.
-Cii! Daj mu powiedzieć… nie chcesz to nie słuchaj. – odparła szybko Weronika.
-Oj nie kłócić się… mamy czas przecież. No więc dobra. – Marcin chciał zacząć ale znów się rozproszył. Zegarek wybił dziewiątą rano. Mieli godzinę.
-Wyczułem wstrząs. – powiedział szybko Marcel.
-W dupie chyba. Wrr. – Weronika była wściekła na niego, jednak mimo wszystko ją to bawiło.
-Hahaha! – Marcin prawie zderzył się z krawężnikiem, jednak rozwaliła go odpowiedź Weroniki.
-Cii! Daj mi powiedzieć. – zaśmiał się Marcel.
-Niech mówi Marcin. – powiedziała Weronika.
-Dobra, ale jakbyś znów coś wyczuł to mów. No dobra. Jestem Marcin. Ale to już chyba wiesz. Powiem tyle, ile wiem. – powiedział Marcin.
-Mów, mów. – zainteresowała się Weronika.
-Sam już nie wiem kiedy to było, może tydzień temu, ale ocknąłem się z całkowitym brakiem pamięci. Znałem jedynie szczegóły tego jak powinien funkcjonować świat w roku 2018. Cóż. Jak wiecie, jest rok 2014, więc poniekąd może się to dla niektórych wydać dziwne. Ale dobra, wracając. Hmm… więc nie wiem… dobra, zacznę może od faktu, że wyszedłem na powierzchnię i nikogo nie znałem. Nikt mnie nie rozpoznał, co było jeszcze gorsze. Znałem okolicę, nawet znalazłem własny dom. Problemem było to, że mieszkał w nim Marcel. Miałem jednak przy sobie rzeczy, które wyglądały jak jego. Na przykład laptop. Nawet te same ryski. Co byś pomyślała, gdyby ci się takie coś przytrafiło, że znajdujesz identyczny laptop jak masz ty? – zapytał Marcin.
-No nie wiem… chyba bym pomyślała, co do poprzednich wydarzeń, że skoro nikt mnie nie zna, znajduje swój dom z kimś innym, który mówił, że tam mieszka… chyba pozostaje mi jedna opcja. Że trafiłam do świata równoległego. Ale to zbyt szalone, by mogło być realne. Muszą istnieć inne… - zaczęła Weronika.
-Stój. Dobrze powiedziałaś. Moje perypetie, doprowadziły do wielu dziwnych wydarzeń. Zostałem postrzelony, umarłem, ale powróciłem, niczym feniks z popiołów, byłem odbijać zakładników w Cieszynie, wróciłem helikopterem do Zebrzydowic, by bronić je z wami przed Cieszynianami. To tak w dużym skrócie. Możesz słuchać Marcel. Teraz coś nowego. – zaczął Marcin.
-Nie chcę niepokoić. Ale coś mi tu nie gra. Wcześniej wyczuwałem mutanty, a teraz nagle jakby wszystkie schowały się gdzieś. Tak samo jakoś dziwnie i spokojnie. Ciepło się robi. Za ciepło. Nie wiem o co chodzi… - zaniepokoił się Marcel. Marcin spojrzał na zegarek. Pięćdziesiąt pięć minut.
-Kurde. Mam pewne obawy… zaraz do tego dojdę. Mogę mówić dalej? – zapytał Marcin.
-Mów… masz bardzo ciekawą historię. Nie jest to nic codziennego. – zauważyła Weronika.
-A czy cokolwiek tutaj jest codzienne? – zaśmiał się Marcin.
-Ta, niby racja. – pokiwała głową Weronika.
-Otóż obudziłem się rano, o dziwo wyspany jak nigdy, no i jakoś lepiej mi było. Chciałem pomóc z oczyszczaniem zwłok. Z Długasem pojechałem do jego domu. On wiedział wszystko co wiedział Szymon. A, no i Szymon dziś wrócił. Dowiedziałem się bardzo wiele. – popatrzył Marcin na Marcela. Minęli Ruptawę i dom Matiego. Jechali dalej, na Jastrzębie. Śniegu już nie było. Było sucho i jechało się całkiem przyjemnie.
-Mów. Jestem gotowy. – pokiwał głową Marcel.
-Szymon był w Wiśle, w ośrodku naukowym. Zdołał przejąć nad nim kontrolę. I tak, dorośli w nim siedzieli i mieli nad wszystkim kontrolę. To oni wypuścili wirusa, który ewoluował tworząc mutanty. Oni się nami bawili. Oni mnie tu przysłali. To przez nich ocknąłem się wtedy w podziemiach zamku i nic nie pamiętałem. Jesteśmy wszyscy poniekąd ofiarami, choć mimo, że badają, jak zachowują się młode osoby bez dorosłych, to głównym celem było zbadać mnie, jak i innych sześć osób, które w podobny sposób się zjawiły w tym świecie. Nasze decyzje, wywołane ich sztucznymi sytuacjami, które podsycał Adrian. On poprowadził tych ludzi na nas. Specjalnie zabił Laurę. Chciał abyśmy stali się inni, niż byliśmy. Żebyśmy byli w stanie zacząć się mścić i zabijać na wojnie. Chciał aby to nas zmieniło. A on niestety współpracuje Z nimi, więc nie ma łatwo. Okazało się, że zostaliśmy przysłani z innego świata alternatywnego. Nie wiadomo jak wiele już przeszliśmy. Wiemy tyle, że oni nie odpuszczą i będą badali. Jak długo? Nie wiem. Po co oni to robią? Również nie wiem. Wiem tyle, że Szymon, którego potem spotkałem wiedział tylko tyle. – rozgadał się Marcin.
-Jestem tobą? Tylko geny się lekko pozmieniały i zamiast ciebie, pojawiłem się ja? – zapytał Marcel.
-Nie wiem jak to działa. Wiem, że nie w każdym świecie istniejemy. Ja trafiłem do takiego, gdzie mnie nie ma. – skomentował Marcin.
-Ile jest takich światów? – zapytała Weronika.
-Liczba światów miała kilkadziesiąt zer. – powiedział niepewnie Marcin.
-Myślałam, że nieskończenie wiele. – powiedziała Weronika.
-Musimy znaleźć przejście między światami. – zauważył Marcel.
-Tak. Rozmawiałem przez telefon z Adrianem. Powiedział mi kilka rzeczy, które teraz rozumiem. Laura, Filip, Blondas i reszta. Oni nie umarli. Żyją wciąż, gdzieś tam, w innych światach. – powiedział Marcin z uśmiechem.
-Znajdziemy ich. – uśmiechnął się Marcel.
-Zauważyłeś, że mamy bardzo podobne uzębienie? – zapytał Marcin.
-Pokażcie! Uśmiech proszę. – uśmiechnęła się Weronika. Marcel odwrócił się i Marcin również, choć częściowo, aby widzieć drogę. Byli już przy kościółku, przy zjeździe na Moszczenicę, jedną z dzielnic Jastrzębia. Za dwie minuty będą już przy rondzie na Jastrzębiu.
-Faktycznie… Idealnie tak samo. – zdziwiła się Weronika.
-To jest dziwne. Przecież to chyba zależy od jedzenia i innych rzeczy. – zauważył Marcin.
-A mimo to, mamy takie same. Jesteś jako tako moim alterem. – powiedział Marcel.
-Alterem? – zapytał Marcin.
-Prawdziwy alter, to twoja kopia, brat bliźniak. Jako tako jesteśmy swoimi alterami. Tylko, że nie bliźniaczymi. – odparł Marcel.
-Dobra nazwa… -pokiwał głową Marcin. Znów nie dokończył, a zbliżali się już do Jastrzębia.
-Marcin… wstrząs się nasilił. – powiedział trochę wystraszony Marcel.
-Uważaj bo jeszcze nasili się na tyle, że poczujemy. – powiedziała Weronika.
-Dobra, dokończę szybko. Otóż z Szymonem zeszliśmy na dół, tam gdzie się ocknąłem. Był tam taki jakby komputer. Pokazał nam jakiś licznik, który odliczał do końca. Było wtedy półtora godziny. Teraz mamy czterdzieści pięć minut. Nie ważne już czemu i o co chodzi, ale zostały mi przedstawione cztery możliwości. Śmierć, ucieczka, ocalenie i wyjście. Adrian przez telefon kazał znaleźć mi wyjście. Teraz wiem, że lepiej tego nie robić. Nie ufam mu, mimo iż nie kłamał w tym co do tej pory od niego usłyszałem. Czyli mamy trzy opcje wyboru. Śmierć, której wiadomo nie wybieramy, oraz ucieczka i ocalenie. Myślę, że biorąc to na logikę, mamy poniekąd trzy drogi wyjścia. Pomóc obronić się Zebrzydowiczanom, co może nam dać śmierć, oraz ocalenie, ucieczka da z kolei śmierć Zebrzydowiczanom, ale zapewne mamy przez to spokojne życie, czy coś. No i trzecia opcja czyli to odnalezienie wyjścia, portalu alternatywnego. – powiedział Marcin.
-Musimy uciec z tego świata. To jest pewne. Nie żyliście w szkole. Tam jest tak patologicznie… ale nikt z kolei nie chciał mieszkać samemu, ani nawet w parach czy coś. Tu się nie da żyć. – skomentowała Weronika.
-Dobrze, raczej uciekniemy, tylko ocalmy najpierw kogo tylko się da. Cieszynianie pozostawili kilkadziesiąt sztuk broni. Będziemy musieli szybko po nie zajść. – oznajmił Marcin.
-Zadzwonię po Długasa, jak pójdziesz po Nikodema. Wiesz gdzie on jest? – zapytał Marcel. Byli już w Jastrzębiu i minęli rondo. Obecnie jechali pod górkę w stronę drogi do Zdroju, gdzie był szpital i Diament.
-Poniekąd… - Marcin zamilkł. Spieszył się, bo miał bardzo mało czasu. Puste drogi naprawdę ułatwiały poruszanie.
-Czy te wstrząsy i nagła zmiana braku mutantów, może sugerować, że nadciąga coś gorszego co je powoduje? – zapytał Marcel.
-Nie sądzę. Mutanty według mnie szykują się na bitwę. One, kontra reszta świata. Nie tylko nas zaatakują. Patrzyłem rano. Blisko połowa wszystkich miast już nie istnieje. Ludzie się kończą. – powiedział przejęty Marcin.
-A co, jeśli nie znajdziemy potem wyjścia? – posmutniała Weronika.
-Znajdziemy. Musimy. Nie ma innej opcji. – oznajmił Marcin.
-Jeśli to nasza ostatnia godzina… - Niedokończyła Weronika. Bała się, podobnie jak Marcin. Wiedział tyle, że raczej go nie zabiją. Choć pierwsza z opcji go wciąż napawała strachem.
-Widać i szpital… - powiedział cicho Marcin.
-Popilnuje auta. Znajdźcie go. – powiedział Marcel, gdy Marcin zaparkował koło szpitala.
-Dobra… myślę, że jestem gotowy. Mamy trzydzieści dziewięć minut. Choć Wercia, znajdziemy Nikodema i resztę i wracamy. Wyszli z samochodu. Chmurzyło się. Było na tyle ciepło, że wyszli w samych bluzach. W Diamencie słychać było cicho muzykę. Było przed nim troszkę ludzi. Przed szpitalem było cicho, jednak gdy podeszli pod drzwi, zobaczyli w środku dwie dziewczyny. Marcin wszedł pierwszy. Zazwyczaj był gentlemanem. Tym razem jednak spieszył się. Mocno się spieszył. Podeszli do jednej z pielęgniarek.
-Nie przywieźli tu kogoś z Zebrzydowic po ranie postrzałowej? – zapytał Marcin.
-A przywieźli. Nie pierwszego postrzelonego mamy u nas. Akurat pierwszy też był z Zebrzydowic. – odparła pielęgniarka.
-No wiem. A więc, gdzie on jest? – zapytał Marcin.
-Chodźcie. – zachęciła pielęgniarka. Druga poszła do innego pokoju.
-Zdążymy. – poklepała Marcina Weronika.
-Wiem. – odparł Marcin. Weszli do jakiegoś pomieszczenia. Marcin uśmiechnął się na widok Sebastiana, Kingi i Nikodema.
-Marcin! – uśmiechnęła się Kinga.
-Czołem! – uśmiechnął się Marcin.
-Jak tam Zebrzydowice? – zapytał Nikodem.
-Dobrze. Zapomniałem, że jest tu Sebastian. Musimy jakoś się pomieścić w jednym samochodzie. Chodźcie. – poprosił Marcin.
-On musi jeszcze tu trochę poleżeć. – zastąpiła drogę Marcinowi pielęgniarka.
-Mogę mu dać jakieś pięć minut, bo potem będzie za późno. – powiedział Marcin, zgrabnie wymijając pielęgniarkę.
-No nie możesz! – pielęgniarka chwyciła go w pasie, chcąc go zatrzymać. Weronika jednak ją odciągnęła. Trzymała ją z pomocą Kingi. Marcin zauważył, że postrzelili go w ramię.
-Spokojnie. Wiem co robię. Nie zaboli cię nic. – stwierdził Marcin. Zdjął delikatnie opatrunek z rany Nikodema. Spojrzał na nią i go lekko zemdliło. Wyglądała fatalnie. Marcin zamknął oczy i przyłożył ją do ściany. Kawałek został mu w ręku. Wyobraził sobie to samo co wczoraj i włożył ją w ranę Nikodema. Tamten patrzył wstrząśnięty i zaciskał zęby. Marcin sprawił, że ściana wypełniła ranę, a po chwili zmieniła kolor na kolor jego skóry. Po ranie nie pozostał ani ślad.
-Marcin… nie boli mnie. – Nikodem nie wierzył. Wstał bez problemu z łóżka i podziękował pani lekarz. Chciał się przebrać jeszcze, ale Marcin mu nie pozwolił. Trzydzieści cztery minuty, to troszkę mało na takie rzeczy. Szli korytarzem w ciszy.
-Co to miało być?! – wypalił nagle Nikodem.
-Mam moc. Mogę robić wszystko z kamienia. Nawet skórę. – wyszli na zewnątrz. Było duszno. Musieli zdjąć bluzy.
-Nie rozumiem… - Weronika spojrzała na Marcina, a Marcin na nią. W tym momencie poczuli wstrząs. Coś jakby lekkie trzęsienie ziemi.
-Cholera… Marcel miał rację… musimy się pospieszyć! – dolecieli do samochodu i do Marcela. Wszyscy jakoś się upchali. Marcin poczuł nagle gwałtowny ból w swojej ranie w okolicach pachy. Zapomniał o niej. Wyszedł szybko z samochodu i sprawił to samo co z ranę Nikodema. Po chwili nie było ani śladu, jego dawnej rany postrzałowej. Mógł jechać. Mieli już tylko pół godziny, a z każdą minutą, robiło się coraz groźniej…
#14 Ostateczna decyzja
Wyjazd z Jastrzębia był już lekko trudniejszy. Wstrząsy sprawiły trochę zniszczeń. Niekiedy na drogach leżały jakieś przedmioty, typu zwalone słabsze drzewo, albo nawet widzieli przewalonego dźwiga, który wcześniej stał przy niedokończonej budowie. Musieli przez to jechać w kierunku centrum. W dodatku jechali dość mocno uciśnięci, co prawda Marcin tego nie odczuwał, ale tyły śmiały się głośno i co chwila ze śmiechem narzekali, że mają mało miejsca, bądź ktoś im coś uciskał.
-Marcelu, jak sytuacja? – zapytał Marcin, gdy znaleźli się na rondzie, które kierowało ostatecznie na Zebrzydowice.
-Dwadzieścia trzy minuty czasu, a wstrząsy lekko ucichły. Może to coś innego? – zapytał Marcel.
-Nie sądzę… wiem, że to kolejny etap, przygotowany przez ludzi Adriana. Cwaniak wiedział co się szykuje i już sobie siedzi w innym świecie. – zauważył Marcin.
-Nas też to czeka. Dobra, wsłuchuje się lepiej. – stwierdził Marcel. Wyjął telefon i zaczął coś sprawdzać. Marcin skupił się na drodze. Bał się, że gdzieś coś będzie im przeszkadzało by jechać.
-Ile osób przeżyło w Zebrzydowicach, razem z nami? – zapytał się z tyłu Nikodem.
-Łał, może się zdziwisz, ale wyczuwam poniekąd, już na dalsze odległości. Nas, o ile mnie moc nie myli, jest dokładnie czterystu dwudziestu siedmiu. Ale wyczuwam silne przemieszenia ludzi w naszym kierunku. – odparł Marcel.
-Jakie przemieszczenia zaś. – Popatrzył na niego Marcin.
-Najwyraźniej Pielgrzymowice, Kończyce i Marklowice, dostały cynk od kogoś z naszych, żeby przyszli nam pomóc. Razem, jest nas tysiąc sto trzynastu. – powiedział Marcin.
-Tylko czy to wystarczy. – zauważył Marcin.
-Skoro jedno gniazdo pełne mutantów zdołało zniszczyć cały oddział Cieszynian, to co będzie z nami? – zapytał Marcel.
-To nie musiało być całe gniazdo. – zauważył Marcin.
-Nie pocieszasz. - westchnął Marcel.
-Miałem ostatnio pomysł… żeby dać kilka osób aby dały się pogryźć mutantom. – powiedział Marcin.
-Ale… to głupie. – zauważyła Kinga.
-Spokojnie, poboli, ja was uleczę z ran, ale za to macie na całe życie jakąś moc. – powiedział Marcin.
-Kurcze… to jest jakiś plan. Gdzie znajdziemy mutanty? – zapytał Nikodem.
-Zapomniałem powiedzieć, bo pojawiły się przecież mutanty kilka minut temu. – dodał Marcel szybko.
-Byłabym gotowa. – powiedziała Weronika.
-A wy to debile jesteście. – przewróciła oczami Kinga.
-Też bym wolał zostać cały. – stwierdził Sebastian.
-Weronika i Nikodem tylko, dobrze rozumiem? – zapytał się Marcin. Zatrzymali się pod kościołem, przy skręcie na Moszczenice.
-Tylko szybko, mamy siedemnaście minut. – zauważył Marcel.
-Widzę mutanta. Żółte oczy. Czy ich kolory coś oznaczają? – zapytał Marcin.
-Nie wiem. Idź z nimi. – poprosił Marcel. Musieli wyjść prawie wszyscy, aby Weronika i Nikodem mogli wyjść. Nikodem włożył palce do ust i zagwizdał. Mutant leniwie popatrzył na niego i powoli zaczął iść w ich kierunku. Marcin skądś skojarzył tego mutanta.
-House… - powiedział cicho Marcin, na widok psa, którego stracił wczoraj. Mały kundelek wciąż był mały. Miał jednak sierść zabarwioną na błękitny kolor, oraz miał nieco zmutowany zad, gdyż miał tam trochę kolców, niczym jeż.
-No super, jeżopies. – westchnęła Weronika.
-Dajcie się jakoś opryskać jego krwi. Macie nóż? – zapytał szybko Marcin. Weronika wyjęła nóż z sakiewki.
-Wzięłaś z domu Marcela? – zaśmiał się Marcin, na widok kuchennego noża.
-Boję się trochę. – zauważyła Weronika.
-Spokojnie... bądź dzielna jak w dniu wczorajszym. – powiedział Marcin.
-To ja będę obok. – stwierdził Nikodem.
-Martwię się, że skoro mi moc wskoczyła po dobrych kilku godzinach, to i wam może nie wskoczyć. – powiedział Marcin.
-Kij z tym. Ważne, że mutanty nas zostawią w spokoju. – stwierdziła Weronika. Ruszyła na Housa. Marcin nie widział co się stało, ale usłyszał krzyk Weroniki. Nikodem podszedł do niej.
-Musisz chyba zamoczyć. – powiedziała Weronika z bólem w głosie.
-Ta… - Powiedział Nikodem. Po chwili syknął z bólu. Oboje odwrócili się do Marcina. Weronika miała całą rękę we wrzodach, a Nikodem jedynie dłoń.
-Nie wiem ile musicie z tym siedzieć, aby to cokolwiek dało, ale w Zebrzydowicach wam pomogę się tego pozbyć. – odparł Marcin.
-Wiesz jak to boli? – zapytał Nikodem sycząc z bólu.
-Tak się składa, że wiem. Zaraz przestanie. – zapewnił Marcin. Wrócili do auta. Marcin ruszył tak szybko, jak tylko potrafił. Wraz z zapiszczeniem zegarka Marcela, poczuli jeszcze mocniejszy wstrząs niż wszystkie poprzednie. Zbliżały się ciemne chmury, a w oddali grzmiało.
-Bez wyczuwania, mogę stwierdzić, że to będzie jedna i wielka rzeź. – zauważył Marcel. Nikt mu nie odpowiedział. Mijały minuty a oni byli coraz bliżej. Wtedy się zaczęło. Najpierw delikatny wstrząs, który jednak zamienił się w coś naprawdę groźnego. Zjeżdżali wtedy z górki na Ruptawie, tuż przy domu Matiego.
-Cholera! – Marcelowi zabiło mocno serce, podobnie jak wszystkim. Wstrząs ustał, ale to co zaczęło się dziać potem, było bardzo niepokojące. Najpierw przeleciało stado ptaków mutantów, które poleciały na Jastrzębie. Następnie. Zaczęło grzmieć, mocniej jak kiedykolwiek. Do tego błyskało się coraz bliżej nich. Marcin wyhamował gwałtownie. Zatrzymał się dziesięć metrów od wielkiego kanionu w ziemi. Był on na tyle szeroki, że nie było mowy o ominięciu go, lub przeskoczeniu. Zostali odcięci od Zebrzydowic.
-I co teraz! – Nikodem był zdruzgotany.
-Dajcie mi wasze ręce. Musicie być sprawni. – Marcin przyłożył dłonie do ich ran. Wziął wcześniej wyrwał klamkę od drzwi, aby mógł im wyleczyć ranę. Uformował z klamki coś w rodzaju szmatki i zaczął zdzierać strupy, jednocześnie wypełniając rany kawałkami skał, które zamieniały się w skórę.
-Mamy dziewięć minut… - westchnął Marcel.
-Idziemy do domu Matiego! – zarządził Marcin. Wysiedli z samochodu i zaczęli biec w tamtym kierunku. Dom stał dosłownie nad przepaścią. Marcin wbiegł po schodach i zaczął pukać. Nie doczekał się odpowiedzi, więc musiał wejść do środka.
-Lucyna! – krzyknął Marcin, wołając jedną z sióstr Matiego. Odpowiedziała mu cisza, więc nie tracił więcej czasu. Wyszedł z domu i stanął na schodach. Zobaczył coś, co mu umknęło. Helikopter.
-Wiem co zrobimy! – krzyknął Marcin. Nie było ostrzeżenia. Nie wiedząc czemu zaczął tracić grunt pod nogami. Gnany przeczuciem zaczął biec po schodach w dół. Te jednak szybko zaczęły dziwnie się wyginać. Zdał sobie sprawę, że cały dom zaczyna osuwać się w przepaść.
-Marcin! – usłyszał Weronikę. Zbiegł ze schodów, ale grunt mimo wszystko dalej się osuwał. Poczuł, jak jego noga wpada w głębsze błoto i zaklinowała się. Poczuł na sobie silny uchwyt. Nie miał pojęcia od kogo. Wiedział tylko, że ktoś go mocno trzyma. Nogi Marcina zaczęły wychodzić z błota. W końcu ktoś go pociągnął. Cała gleba pod nim osunęła się w przepaść. Marcin spojrzał na jego wybawcę. Weronika. Spodziewał się Marcela, albo Nikodema, dlatego jej osoba zdziwiła go mocno.
-Nie dziękuj. – uśmiechnęła się Weronika.
-Uciekajmy lepiej. Chodźcie za mną. – powiedział Marcin lecąc jako pierwszy w stronę helikoptera. Sam nie wiedząc czemu, wsiadł za stery. Wszystko w środku wydało mu się znajome. Przełożył kilka rzeczy i nacisnął parę przycisków. Helikopter zaczął buczeć, a śmigło wirować.
-Wsiadać wsiadać! Jest sześć miejsc plus dla pilota. Dziesięć sekund później zaczęli się wznosić.
-No nie wierzę, że potrafisz latać śmigłowcem. – otworzył usta Marcel.
-Pewnie działa to na tej samej zasadzie co kierowanie samochodem. Raczej normalnie bym nie potrafił, tylko dostałem taką umiejętność gdy straciłem pamięć. Szymon w końcu też latał nim a pewnie nie potrafił. – zauważył Marcin. Nie wznieśli się wysoko. Lecieli po prostu w kierunku Zebrzydowic. Widzieli jak ziemia osuwa się w stronę kanionu. Działo się to powoli więc kanion sam z siebie raczej nie był zagrożeniem, dla ludzi przy szkole.
-Mamy pięć minut. Zdążymy jakoś idealnie na czas. – stwierdził Marcel.
-Miej nas Boże w swojej opiece. – powiedziała Kinga, stresując się mocno.
-Żeby czas zleciał, powiem wam, że wyczytałem nieco o tym, ile gdzie osób żyje. Nie wszyscy to już aktualizują, ale ten kto tym zarządza, zrobił takie coś, że teraz jak ktoś co godzinę nie będzie aktualizował, to skreśla ich z listy. Zaktualizował nas, Kończan, Pielgrzymowiczan i Marklowiczan przed chwilą, więc jeśli chodzi o rejonowe miasta, to w Cieszynie jest nieco ponad tysiąc ludzi, a Jastrzębian dwa tysiące z hakiem. Skreślono Warszawę, no i większe miasta. Najlepiej mają się miasta gdzie jako tako są mury obronne. – opowiedział Marcel.
-Dobra, to dobra wiadomość, że jednak gdzieś ktoś jeszcze żyje. – uśmiechnął się Marcin.
-Domyślam się, czemu Jastrzębie się tak trzyma, albo Cieszyn. – odezwał się Nikodem.
-Cieszyn ma wzgórze zamkowe, ale fakt, tylko jedną drogą mogą tam wejść mutanty i to wąską w dodatku, ale czemu Jastrzębie? – zapytał Marcel.
-Jastrzębie ma dość dobrze ogrodzony stadion. Mogę się mylić, ale jest taka właśnie szansa. Choć na przykład w Warszawie mają byczy stadion a i tak już są tam unicestwieni. – skomentował Nikodem.
-Wystarczy, że akurat pośrodku stadionu zrobi się gniazdo mutantów i co zrobią? No nic nie zrobią. – skomentowała Weronika. Minęli rzekę i nieco zbaczając z głównej drogi, lecieli nad lasem, nad ulicą Zamkową. Było już widać Zebrzydowice.
-Trzy minuty. – powiedział cicho Marcel. Było dość niepokojąco cicho. Może dlatego, że lecieli wysoko. Nad nimi było czyste niebo, ale co ciekawe, mniej więcej od zamku w Zebrzydowicach, wszędzie wokół, do jakiś dwóch kilometrów był symetryczny okrąg czystego nieba. Wszędzie wokół było całkowicie ciemne niebo. Co gorsza, chmury powoli się zbliżały. Zniżyli lot i minęli złomowisko. Było na nim z pięć osób. Marcin pomyślał, że są idiotami. Lecieli nad ulicą Kasztanową i przelecieli zaraz nad szkołą. Marcin zobaczył ponad tysiąc ludzi, którzy stali w większości na boisku do piłki nożnej. Druga część, choć dużo mniejsza, stała na boisku do koszykówki.
-Minuta od teraz. – skomentował Marcel.
-Zdążyliśmy! – uśmiechnął się mocno zestresowany Marcin. Zaczął zniżać się najmocniej jak tylko mógł. Ciągnął za drążek i zaczął lądować, mniej więcej na środku boiska do piłki nożnej. Marcin posadził maszynę najdelikatniej jak potrafił. Cała jego grupka wyleciała najszybciej jak potrafiła. Dopiero teraz Marcin zauważył, że prawie każdy ma jakąś broń. Twarze Marcinowi całkiem nieznane. Usłyszał za to gdzieś Szymona.
-Słuchaj. Musimy to przetrwać. Mutanty powinny zaraz nadlecieć. Przylecieli do nas z okolicznych wsi, więc mamy trochę więcej ludzi niż początkowo zakładaliśmy. – Marcin zdał sobie sprawę, że Szymon rozmawia z nim przy użyciu swojej mocy.
-Jak mam z tobą rozmawiać? – zapytał Marcin cicho.
-Możesz nawet nie mówiąc, a myśląc. Ale dobra, większość ma broń. Osoby z bronią palną, mają strategiczne pozycje. Są dwa karabiny maszynowe, to ustawiliśmy ich na miejscu do sędziowania, na małym boisku. Reszta jest otoczona przez grupy wsparcia… - mówił Szymon. Marcin kazał mu się zamknąć.
-Marcel, jak długo! – krzyknął Marcin.
-Czternaście sekund! – krzyczał Marcel. Marcin stracił gdzieś Nikodema i Kingę. Został z Sebastianem, Weroniką i Marcelem. Spojrzał do góry. Chmury powoli zamykały przestrzeń powietrzną. Zaczynało padać a pioruny uderzały coraz bliżej.
-Trzeba znaleźć jakiś dobry punkt. – skomentował Marcin. Zobaczył w miarę pusty kawałek i zaczął przeciskać się przez tłumy z łukiem w dłoni. Wcześniej wziął sobie dorobił trochę strzał za pomocą mocy, więc miał teraz spory zapasik w kołczanie. Kończył mu się jedynie nieco wybuchowy proch. Musiał oszczędnie walczyć. Zatrzymali się na pasie do biegania, który ciągnął się wokół boiska. Mieli przed sobą metalową siatkę, która raczej stanowiła dobry punkt obronny. Przed nią znajdowała się mała łączka, a za nią małe osiedle domków, między ulicą Kasztanową a nimi.
-Dobra… trzy sekundy mamy. – powiedział Marcel.
-Kochani… przetrwajmy to. – powiedział Marcin zamykając oczy. Woda spływała mu po całej twarzy. Wiedział, że gorzej być nie mogło. Padało i zaraz miały zjawić się mutanty. Gdy wybiła dziesiąta rano, nie stało się absolutnie nic. Pioruny jak waliły, tak dalej waliły, a deszcz jak wcześniej padał, tak dalej padało.
-No co jest… coś tu nie gra. – zauważył Marcel.
-Wyczuwasz mutanty? – zapytał Marcin.
-Wyczuwam coś dziwnego. Mutanty się schowały całkowicie. Chyba też powinniśmy. – powiedział Marcel. Marcin zaczął w myślach wołać Szymona. Nie potrafił jednak go znaleźć, chyba musiał czekać, aż tamten go zawoła. Piorun uderzył w helikopter. Ludzie zaczęli krzyczeć. Marcin wykorzystał ten moment i spróbował się przekrzyczeć w stronę tłumu.
-Uciekamy do szkoły! I do toalet na Orliku! – pobliskie osoby, zaczęły biec w stronę szkoły, a po chwili biegła cała grupa. Piorun uderzył w miejscu, gdzie przed momentem stali. Bisko sześć osób zostało porażone. Pioruny biły na około, jeden uderzył w toalety, drugi w siatkę od Orlika, jeszcze inny zaraz za siatką. Pełno piorunów uderzało w szkołę. Był to bardzo niecodzienny widok. Stracił Marcela i Weronikę. Został tylko z Sebastianem.
-Cholera… nie tak to miało wyglądać. – westchnął Marcin.
-Wiem… musimy uciec tej burzy. – pokiwał głową Sebastian. Wbiegli na boisko do koszykówki. Gdzieś z przodu mignęła mu Lucyna. Czyli to tutaj byli. Marcin odetchnął lekko z ulgą. Dużo osób wrzeszczało i panikowało. Niekiedy dochodziło do stratowań. Pioruny nasiliły się i kilka uderzyło już po prostu w tłumek. Jeden uderzył na tyle blisko, że Marcinowi stanęły włosy i poczuł lekko na sobie uderzenie. Spanikowany rzucił się do przodu gubiąc Sebastiana. Został sam. Bał się dość mocno. Leciał wzdłuż siatki, bo tłumek leciał przez środek boiska. W ten sposób, minął blisko setkę osób. Marcin widział kolejną makabryczną scenę, która nie pozwoli mu spać. Piorun uderzył dziewczynę, której nawet nie znał. Dostała idealnie w głowę. Nie zdążył nawet krzyknął. Piorun roztrzaskał się i uderzył również okoliczne osoby. Tamte już zdołały wrzasnąć i nawet zapłakać. Marcin odwrócił wzrok i pobiegł dalej. Wbiegł w tłum i wyleciał z Orlika. Część osób poleciała w kierunku wejścia dla podstawówki a druga część w kierunku basenu. Marcin wybrał podstawówkę. Słyszał wrzaski, ale poszkodowanych już nie. Miał tylko nadzieję, że nie będzie wśród nich nikogo, kogo poznał. Wbiegł do podstawówki i najchętniej zostałby już przy wejściu i rzucił się zmęczony pod ścianę, ale wciąż wlatywały osoby, a zaczynało się robić ciasno. Ktoś wrzasnął, aby zrobić miejsce. Ludzie zaczęli iść w górę schodami, albo w lewo, lub prawo, czyli do pomieszczeń z szatniami. Sam Marcin stanął w widocznym miejscu i zaczął obserwować wchodzące tłumy. Słyszał stłumione dźwięki burzy i błyskawic. Najpierw zobaczył wchodzącą Agnieszkę. Ona go nie zauważyła jednak i skręciła w stronę gimnazjum. Później weszły trojaczki – Judyta, Julita i Jowita. Minęły Marcina i poszły na pierwsze piętro. Potem wleciał Dawid z Justyną. Podlecieli do niego.
-Marcin! Żyjesz! Dobrze… - ucieszył się Dawid.
-Co z Oliwią? – zapytał się Marcin.
-Znikła nam nagle, ale widziałem jak wchodziła od strony basenu. – powiedział Dawid.
-Dobra, patrzcie, idzie Marcel i Weronika. – uśmiechnął się Marcin.
-Żyjecie! – uśmiechnął się Dawid.
-Co to za życie… ciągle ktoś ginie. – machnął ręką Marcel i westchnął.
-Ilu nas zostało? – zapytał Marcin.
-Zginęło chyba dwieście trzydzieści osób. Ale mogę się mylić. No i ofiar przybywa. – odparł Marcel.
-Mam wrażenie, że ta burza to dopiero prolog, do całości wydarzeń. – pokręcił głową Marcin.
-Więc mamy wiele przed sobą. – zauważyła Weronika.
-Masz już tę moc? – zapytał Marcin.
-Dziwnie się czuję trochę. Ale nie czuję się jakaś inna, jeśli chodzi o posiadanie jakiejś mocy. Powinno przyjść z czasem. – wzruszyła ramionami Weronika.
-Dobra, wszyscy wbiegli do środka. – powiedział Marcel. Faktycznie, nikt już nowy się nie pojawiał w drzwiach.
-Gdzie Kinga? Gdzie Szymon, Jarek, Długas, gdzie reszta? – zaniepokoił się Marcin.
-Gdzieś są na pewno… widziałem gdzieś Sebastiana. – odparł Marcel.
-Chodźmy stąd. – poprosiła Justyna. Marcin przytaknął i poszli schodami do góry. Minęły ich dwie pielęgniarki, które wczoraj uratowali z ośrodka zdrowia. Było ciemno, jednak kilka osób włączyło latarki, więc mrok, który nagle się pojawił z nadejściem chmur, został w miarę oddalony.
-Musimy znaleźć naszych. Im szybciej, tym lepiej. – odparł Marcin.
-Dzielimy się? – zapytał Dawid.
-Hmm, gdzieś tu jest jedynie Aga. Chyba, że przyszli przede mną. – odparł Marcin.
-Podzielmy się i spotkajmy za kwadrans w miejscu, gdzie się spotkaliśmy. – zaproponował Marcel.
-Dobra, to trójkami. Ja, Weronika i Marcel pójdziemy do gimnazjum, wy ogarnijcie basen i podstawówkę. – poprosił Marcin.
-Mi pasuje. – uśmiechnęła się Weronika. Wrócili się schodami w dół. Poszli w lewą stronę szatni. Było tam dość sporo osób, ale nikogo znajomego. Zawrócili i ruszyli w stronę gimnazjum. Zerknęli do kuchni. Wciąż tam były ciała z wczorajszej masakry. W dodatku śmierdziało niesamowicie.
-Ręce mnie dziwnie bolą. A jak są jakieś efekty uboczne? – wystraszyła się Weronika.
-No to co? Zmutuje ci ręce to je odetnę i zrobię ci z kamienia. – uśmiechnął się Marcin.
-No haha, bardzo śmieszne. – zaśmiała się Weronika.
-Dziękuje tak w ogóle za uratowanie życia. – powiedział Marcin.
-A dobra, może będziesz miał okazję się odwdzięczyć jakoś. – uśmiechnęła się Weronika.
-Halo, gołąbki, na gimnazjum siedzi czterdzieści osób. Mało opłacalnie jest tam iść. – odparł Marcel.
-Cicho! Nie można nawet porozmawiać… - westchnął Marcin.
-Nie chcę was martwić, ale burza tak jakby słabnie. – powiedział Marcel.
-No i co zrobimy? – zapytała Weronika.
-Myślę, że musimy szybko pójść na Orlika, zaraz po końcu burzy. Jest dziesięć po. Myślę, że co kwadrans może coś się zaczynać. Na przykład teraz przyjdą te mutanty. – odparł Marcel.
-Może nie wchodźmy po schodach do góry, tylko po prostu idźmy koło wyjścia z gimnazjum. – zapytał Marcin. Przeszli tamtędy, mijając grupkę osób. Odnaleźli Nikodema i Sebastiana.
-Dobrze was widzieć. – uśmiechnął się Marcel.
-Burza się kończy. – skomentował Nikodem.
-Straciliśmy kogoś? – zapytał Marcin.
-No niestety… eh… wszyscy, jeden za drugim. Dwie takie najbliższe mi osoby odeszły. – Nikodemowi puściły się łzy z oczu.
-Ale czekaj… o kim ty mówisz?! – Marcinowi zabiło serce mocniej.
-Wczoraj Laura… teraz Kinga. – powiedział Nikodem płacząc. Marcinowi zrobiło się smutno i słabo. Stracili kolejną osobę z ich siódemki. Został tylko on, Szymon, Aga i Sandra, o ile wciąż żyła. Wiktoria zdradziła ich wszystkich, więc jej nawet nie liczył.
-Co teraz? – zapytał Marcin.
-Chyba chcę do nich dołączyć. – powiedział ze smutkiem Nikodem.
-Stary… będzie dobrze… nie możesz zginąć. One by tego nie chciały. Pomścij je, pomóż mi. Obie by były z ciebie dumne. – powiedział twardo i stanowczo Marcin.
-Tak… masz rację. Uda się! – Nikodem z łzami poszedł w stronę podstawówki.
-Łoł! Spokojnie… chodźcie, trzeba znaleźć resztę naszych. – odparł Marcin. Nie spotkali już nikogo więcej. Drugiej grupie się bardziej poszczęściło. Znaleźli Szymona, Agnieszkę, Oliwię, Konrada, kilka mniej znanych lub nawet nowych Marcinowi osób. Za to rozpoznał jedną ważną dla nich osobę, Sandrę. Marcinowi lekko ulżyło.
-To wszyscy? – zapytał Szymon.
-Wszyscy którzy cokolwiek ogarniają. – odparła Sandra. Każdy z nich miał jakąś broń strzelaną.
-Uwaga, zbliża się wstrząs! Silny… - powiedział Marcel. Nagle zatrzęsło nimi tak mocno, że każdy, bez wyjątku się poprzewracał. Mury szkoły zaczęły pękać, jednak po chwili przestało. Coś się zawaliło. Krzyki i płacz.
-Wychodzimy. Burza jest chyba lepsza od przygniecenia. – powiedział stanowczo Szymon. Wylecieli przed szkołę. Nieco osób zdołało się już wysypać ze środka.
-Znów wstrząs… ta szkoła długo nie wytrwa. – westchnął Marcin.
-Żeś ją wczoraj uszkodził co nieco to co się dziwisz. – uśmiechnął się Długas, który szedł alejką od strony ulicy Kasztanowej.
-Żyjesz! – Marcin mocno się ucieszył.
-Zasnęło mi się. Przespałem burzę. – stwierdził Długas.
-To gdzie byłeś? – zapytał Marcin.
-W klasie się zdrzemnąłem. Wstrząsy mnie obudziły teraz. – odparł Długas.
-Dobra… widać mutanty się zbliżają. – skomentowała Weronika. Kolejny wstrząs znów ich wywrócił. Tym razem zaczął się sypać tynk ze szkoły.
-Patrzcie na gimnazjalną część szkoły! – zawołał Nikodem. Wszyscy wpatrzyli się na dziwnie pochylony fragment ścian gimnazjum.
-To samo co na Ruptawie! – skomentował Sebastian. Gimnazjum chwilę później było już tylko wspomnieniem w ich głowach. Wstrząsy sprawiły, że szkoła zaczęła się walić.
-Na Orlik! To rozkaz. – krzyknął Marcel. Przejął inicjatywę i zaczął kierować ludźmi.
-Miały być mutanty! A nie zjawiska nadprzyrodzone! – krzyczał Szymon.
-Myśmy sobie wymyślili te mutanty tak naprawdę. – pokiwał z niedowierzaniem Marcin. Wbiegli na Orlik. Powoli po burzy nie było śladu. Helikopter stał dalej na swoim miejscu. Teren pozostał nienaruszony, jedynie spora ilość ciał, dawała znać, że coś tu nie jest grane. Nadleciała spora grupka osób.
-Pięćset trzy osoby… za dwie minuty kwadrans, jak długo mamy przetrwać, skoro w trzynaście minut zginęła połowa osób?! – westchnął Marcel.
-Więcej. – podkreślił Marcin.
-Dobrze zrobiłeś z tym helikopterem. W najgorszej opcji ewakuujemy się stąd. – stwierdził Szymon.
-Gdyby nas dziura w ziemi nie powstrzymała, to by tam został. – odparł Marcin.
-Gdzie będzie według ciebie najbezpieczniej? – zapytał Szymon. Marcin wytężył umysł. Przypomniał sobie sny. W jednym płakał w kościele…
-Na cmentarzu! – powiedział zdumiony Marcin.
-Mówisz? – zapytał Szymon.
-Tak… znajdź samochód i woź ich do kościoła. Myślę, że to dobry plan. – odparł Marcin.
-Poczekajmy na piętnaście po. Niewiadomo co będzie tym razem. – odparł Marcel.
-No to pół minuty… cholera… - Marcin spojrzał na niebo. Właśnie kończył się deszcz. Co ich czeka teraz? Marcin był pełen złych myśli i przeczuć.
-No ale to nie wyczuwasz nic? To co z ciebie za jasnowidz… - warknęła Weronika do Marcela.
-Spokojnie! Nie pobijcie się. Musimy znaleźć wyjście. – powiedział Marcin.
-Znaleźć wyjście? – zapytał Nikodem.
-Wyjście… tak. Musimy uciec z tego świata. Nie wiem jak… - zaczął Marcin.
-Pięć sekund! – krzyknął Marcel.
-Daj mi rękę! – Oliwia złapała się z Weroniką.
-Wtedy to nie przyszło od razu, tylko po kilku sekundach. Kto więc wie... – zaczął Marcin, ale już nie dokończył. Coś go mocno zdziwiło. Z białej chmury, która została odsłonięta przez ciemne, zaczął lecieć delikatny śnieżek.
-Jak słodko. – uśmiechnął się Marcin.
-Haha. No dobra, ćwierć godziny spokoju? – zapytał Marcel.
-Coś się stanie… musi… - zaczął Nikodem.
-Nic nie musi, bo musi to na Rusi… - zaśmiał się jakiś chłopak.
-…a, że Polska koło Rusi, to też musi. – dokończył Nikodem.
-TO NIE JEST ŚNIEG! – wrzasnął nagle Marcel. Zaczął się otrzepywać ze śniegu i biegać w kół.
-No faktycznie, nie topi się to. – zauważył Marcin. Poczuł mrowienie na szyi. Coś go ugryzło. Strzepał to z siebie. Przyjrzał się białym płatkom, które spadały z nieba. Wyglądało to jak połączenie jakiejś ważki z osą, czy nawet szerszeniem.
-Owady jakieś… uwaga! – Marcin wrzasnął, również biegając wokół siebie. Wszyscy zaczęli biegać. Było to dziwne, jednak każdy, bez wyjątku, zaczął biegać. Jakieś osoby zaczęły wskakiwać do helikoptera, żeby ich to nie dotknęło. Weszło do środka z dwadzieścia osób, poupychanych, jedna na drugiej. Kilkadziesiąt skoczyło do toalet. Niestety, większa część szkoły była już wspomnieniem, a kolejna część była gruzowiskiem.
-To zjada ubrania! – usłyszeli głos jakiejś dziewczyny.
-I gryzie! – jęknęła pielęgniarka.
-Wszystkie ubrania zostały w szkole… - ktoś jęknął. Bieganie może i nie było niebezpieczne ale męczyło. Szczególnie dziewczyny. Niektóre były w szpilkach, więc teraz latały boso.
-Zmieniajcie się z tymi w helikopterze i kiblach! – polecił jakiś chłopak.
-To nas do czegoś przygotowuje… - zaczął Marcin, jednak zaraz po zakończonym zdaniu zatrzęsła się ziemia i wszyscy poupadali. Wlazły na nich białe owady i wszyscy zaczęli piszczeć i wstawać, zrzucając je z siebie.
-Dobra, trzeba tu coś zrobić. – powiedział Marcin. Miał już dziury w bluzie. Wciąż biegając, dotknął rękami podłoża i zaczął go wznosić do góry, w kierunku którym biegł. Sam nie wiedział co robi, ale miał pewną koncepcję. Zakręcił kilka razy i wyszedł mu dość spory prostokąt. Teraz, widząc szkic, bez dotykania zaczął oczami wyobraźni wznowić go do góry. Położył płytę na dachu. Jęczał przy tym z bólu, bo ciągle był gryziony. Podobnie jak inni. Zaczął robić dach. Wyszedł mu dość spory domek, do którego wlała się spora grupka osób. Pomyślał też o podłodze i w ostatniej chwili odwrócił ją tak, by owady zostały pod ziemią. W środku zmieściło się jakoś sto osób, a on musiał zrobić jeszcze kilka domków. Wtedy walnął się w głowę, że też o tym nie pomyślał. Zaczął szybko robić pancerz, starając się, aby żaden owad nie był pod spodem. Minęło siedem minut, czyli niespełna połowa jaki im pozostał. Marcin zaczynał odczuwać zmęczenie. Nie tyle co przez bieganie, jak przez używanie mocy. Nie poddawał się jednak, choć miał mały problem. Koło niego zaczęło latać sporo osób, prosząc by się pospieszył.
-Szybko! Zaraz mi to stanik zeżre! – wrzeszczała jakaś dziewczyna, która nie miała już tak sporego fragmentu bluzki, że faktycznie widać jej było stanik.
-Szybciej Marcin! – usłyszał Weronikę. Miała dobrze o tyle, że również siedziała w bluzie. Miała ją niewiele co tkniętą.
-Hmm… to dla ciebie. – powiedział Marcin, zamieniając, jedną ze swoich strzał w parasol.
-Jak dobrze! Dzięki! – Marcin skarcił się w głowie, że zamiast szybko zrobić kolejny dom, pomógł jednej z niewielu osób, które lubił. Miał nadzieję, że jakoś uda się jak największej części jego znajomych. Widział już kilka ciał, które były dosłownie zjadane żywcem. Im się nie udało. Musiał się pospieszyć. Zaczął szybko formować dom który był nieco większy jak poprzedni. Minęła minuta, nim mu się całkiem udało.
-Właźcie i żyjcie! – polecił Marcin. Biegało już niecałe sto osób. Z pięćdziesiąt siedziało w kiblach, około dwustu było w jego domkach, no i jeszcze dwudziestka w helikopterze. Brakowało mu blisko setki osób. Zrobił nieco mniejszy domek i tym razem wszyscy, łącznie z nim i Weroniką skryli się w środku.
-Nie jest źle. – usłyszał Weronikę.
-Mamy ubrania. Sukces. – zaśmiał się jakiś chłopak.
-Chyba zaczyna mi się coś dziać. – usłyszał Nikodema obok siebie.
-Moc? – zapytał Marcin.
-Moc. – odparł Nikodem.
-Ale co jest? – zapytał Marcin.
-To bieganie sprawiło, że jakoś tak mnie nosi w nogach… jak nigdy. – zauważył Nikodem.
-No dobra, zobaczymy co z tego będzie. – uśmiechnął się Marcin. Brakowało mu Marcela. Ale chyba widział go w pierwszym z domków które zrobił. Potrzebował oceny sytuacji, ilu ich żyło i co się może stać.
-Czy te domki wytrwają trzęsienia? – zapytała Oliwia.
-Ten na pewno. Moja moc go utrzyma w pionie. Martwiłbym się o tamte. – zauważył Marcin. Marcin uchylił drzwi. Wciąż padał deszcz owadów.
-Trzy minuty do kolejnej fazy. – westchnął Nikodem.
-Cholerka… trzęsie się… - westchnęła Weronika.
-Nie najmocniej… - zauważył Marcin. Uchylił drzwi. Owady kończyły spadać.
-Wychodzimy. Już się to kończy. Uwaga na nogi, bo sporo ich. – poprosił Marcin. Wyszedł jako pierwszy w pełnej zbroi i poszedł po resztę. Wyszli wszyscy i zaczęli na nowo biegać. Kilka osób zostało w środku. Znów zaczęło trząść. Owady zaczęły znikać. Wkopywały się do ziemi. Gdy już wszystkie znikły, zatrzęsła się ziemia. Kilka osób wylazło z domków, ale niestety niektórzy wciąż byli w środku. Skały które ich przygniotły były mocno twarde, więc raczej nic się nie ocaliło. Marcin podbiegł pod jeden domek z którego wystawało ciało. Konrad. Kolejna znana mu osoba poszła do piachu.
-Mamy półtora minuty. – skomentował Marcel. Marcin wywalił zbroję, bo czuł zmęczenie.
-Są ranni! – powiedziała jakaś dziewczyna. Najwyraźniej plotka o uzdrawiającym Marcinie obiegła już całą szkołę, bo zjawiło się obok niego z sześć dziewczyn. W większości miały pogryzione ramiona. Jedna miała dość sporą dziurę w stopie.
-Pomogę wam, spokojnie. Marcin zaczął łatać rany skałą i w międzyczasie słuchał Marcela.
-Jest nas trzysta dziewięćdziesiąt trzy osoby. – rzekł Marcel. Chwilę zamilkł i sprawdzał coś w komórce.
-Cholera… nie wiem ile to ma trwać, ale liczę, że faktycznie będą to cztery fazy, przez całą godzinę! – powiedział wystraszony Marcin. Uleczył prawie wszystkich. Zobaczył Lucynę, która podeszła do niego.
-Nie wiesz co z Matim? – zapytała go na wstępie.
-Eh… nie widziałem go, ale mówiono mi, że zginął, broniąc Zebrzydowiczan. Także, pełnisz teraz funkcję głowy rodziny. Gdzie masz siostry? – zapytał Marcin.
-Jedną poraził piorun… druga sama nie wiem. – powiedziała płacząc Lucyna.
-Cały świat dosłownie przestał notować co się z nimi dzieje. Jakieś trzy miasta z USA, kilkadziesiąt w Europie i chyba tyle. Co najciekawsze, Cieszyn i Jastrzębie się jako tako trzyma. Cieszyn ma małe straty, a Jastrzębie spore, ale ich również sporo było. – skomentował Marcel.
-Trzydzieści sekund… - powiedział Szymon. Wstrząs. Nagle. Bez zapowiedzi. Nawet Marcel go nie wyczuł. Marcin upadł dość boleśnie. Pojawiła się wyrwa w ziemi. Przecięła Orlik i zaczęła się zapadać wokół niej ziemia. Nikt nie umiał wstać, ale ludzie próbowali jakoś odpełznął na bok. Marcin przełknął ślinę. Co prawda mało kto był przy samej wyrwie, ale zmroził go całkiem inny widok. Helikopter stał tuż przy wyrwie. Przestało trząść, ale ziemia wciąż wpadała do środka.
-Szymon lub Aga! Weźcie stąd sześć osób! Na cmentarz… helikopter musi zostać cały… - westchnął Marcin. Szymon skoczył do helikoptera. Pognały za nim głównie dziewczyny. Trojaczki, oraz jakieś inne osoby, których Marcin nie kojarzył. Z sześciu miejsc, zrobiło się dziesięć. Szymon szybko uruchomił maszynę, a wyrwa wchodziła powoli pod śmigłowiec. Zaczęli się osuwać. Śmigło jednak utrzymało już helikopter w powietrzu, mimo, że się zachwiał. Ktoś wyleciał. Z wrzaskiem. Usłyszeli jego ostatnie słowa, które go zmroziły.
-Lawa! – Marcin otworzył szeroko oczy. Czyżby szykowała się erupcja?
-Uciekajmy… - Krzyknął Marcin.
-Gdzie? – zapytał jakiś chłopak.
-Chyba… wiem. – pomyślał Marcin i ruszył w biegu.
-Trzy sekundy… - zauważył Marcel, który biegł obok niego.
-Erupcja? – zapytał Marcin.
-Wątpie… nie ma stożka, ani nic, więc chyba to tak nie działa. – zauważył Marcel. Wbiegli na boisko do koszykówki. To było akurat całe. Dobiegli do połowy i od strony szkoły, której już w ogóle nie było, leciała na nich, pół metrowa fala lawy. Taka sama leciała od strony boiska do piłki nożnej. Nie była zbyt szybka, ale w końcu zaleje całe boisko. Helikopter tymczasem, odleciał już dość daleko i powoli znikał im za drzewami.
-Jesteśmy odcięci… Marcin, użyj mocy czy coś… - powiedziała zrozpaczona Weronika.
-No niby lawa to skała… ale mam plan. – powiedział Marcin. Ruszył w stronę brzegu Orlika, od strony bloków, stamtąd, skąd wczoraj przyleciał z Weroniką, Oliwią, Igorem i Marcelem. Problemem była skarpa, która oddzielała to przejście od Orlika. Marcin zrobił szybko schody i wbiegł na górę jako pierwszy. Patrzył na to z przerażeniem. Musiało wejść blisko trzysta osób, a schody były wąskie. Weronika zaczęła szarpać się z siatką.
-Zostaw to mi, już ją pomniejsze, czy coś. – poprosił Marcin. Zdziwiło go to, że bez większego wysiłku, dała radę wyrwać siatkę z ziemi. Czyżby to była jej moc? Przypomniało mu się, jak sama w pojedynkę wyciągnęła go z zapadającej się ziemi. Już wtedy było to dziwne.
-Masz moc! – krzyknął Marcin.
-Moc? Ale co to takiego? – zdziwiła się Weronika. Marcin zrobił kolejne schody, tam gdzie nie było siatki. Wszyscy wchodzili do góry, a lawa była coraz bliżej.
-Znów ich trochę nie da rady… - zauważył Marcin. Starał się zatrzymać lawę ale nie mógł. Na końcu zobaczył Jarka. Zrobiło mu się go żal. Wiedział już, że on nie da rady. Marcin odwrócił się i zaczął biec przed siebie. Wrzasków nie dało się nie usłyszeć. Miał łzy w oczach. Czuł bezsilność. A wrzaski tylko nasiliły się.
-Cholera. – powiedział Marcin sam do siebie. Mało kto biegł obok. Ktoś go wyprzedził. Dobiegli do ulicy Cichej i skierowali się na główną. Od razu zobaczył nowe niebezpieczeństwo. Lawa płynęła swoim leniwym tempem po torach kolejowych i lada moment miała się wylać.
-Zawracać! – krzyknął Marcin. Tym razem biegło już więcej osób. Poleciał wzdłuż Cichej, a potem skręcili na Piękną. Jego celem było dobiec do ulicy Elizy Orzeszkowej. Dogonił go Nikodem.
-Stary… mam moc! – uśmiechnął się Nikodem.
-Co możesz robić? – zapytał się go Marcin.
-Mogę… zresztą popatrz. – uśmiechnął się Nikodem. Wyminął go bez najmniejszego problemu, mimo, że Marcin biegł najszybciej jak potrafił. Nikodem biegł nieco ponad dwukrotnie szybciej jak Marcin.
-Super! – krzyknął za nim Marcin. Stwierdził, że nie ma co się spieszyć i zwolnił. Minęli go chłopacy, kilka dziewczyn, lecz nie poznał nikogo znajomego. Gdzieś przeleciała Sandra, jeszcze indziej Vanessa. Trzymając się za rękę, biegła Weronika z Oliwia.
-Dobra, w końcu ktoś znajomy. – odezwał się Marcin.
-O Marcin, fajnie. – zauważyła Weronika.
-Ilu nas zabiła lawa? – westchnął Marcin.
-Ze trzydzieści osób. – stwierdziła Weronika.
-Trzeba ich pospieszyć. Od góry też napływa lawa.
-Szybko! Szybko! – wrzeszczała Oliwia.
-Uciekać! – wtórował wrzaskiem Marcin. Chyba podziałało. Zaczęło ich mijać więcej osób. Zatrzymał się obok nich Marcel.
-Mamy jakieś pół minuty, aż zjawi się tu lawa wyliczyłem, że pomiędzy Piotrówką, a Młyńsztokiem, a potem tak aż do kościoła, będzie jedyny safe-zone w okolicy. – odparł Marcel.
-To jak nas chcą tam zagonić… to co nam szykują na koniec? – zapytał zaniepokojony Marcin.
-Mutanty chyba już pozabijało, więc chyba nam tego oszczędzą. Wiesz co jest ciekawe? Że Cieszyn się trzyma. Jastrzębie coraz słabiej. – powiedział Marcel, patrząc w telefon.
-A my? – zapytał Marcin.
-Równe trzysta pięćdziesiąt osób. – skomentował Marcel. Dobiegli do końca ulicy jako jedni z ostatnich. Lawa była kilka metrów od skrętu. Ostatnie osoby zdążyły dosłownie w ostatniej chwili. Lecieli w dół ulicy Elizy Orzeszkowej a potem odbili w kierunku centrum.
-Mówiłeś im gdzie mają lecieć, czy na oślep biegną? – zapytał Marcin.
-Mówiłem, że bezpieczne miejsce jest przy kościele.
-Dobra, lecimy tam… ile czasu do końca fazy? – zapytał Marcin.
-Siedem minut. Akurat dobiegniemy. – stwierdził Marcel.
-Pytanie czy w ogóle dobiegniemy? – zapytał Marcin.
-Myślę, że każdy etap jest tak zaprogramowany, aby część z nas zginęła, a pewnie finał będzie najgorszy. – stwierdziła Weronika.
-Też tak myślę. – stwierdził Marcin.
-Ale to nie oznacza, że jesteśmy bezpieczni. – zauważyła Weronika.
-Nie gadajmy, tylko przyspieszmy. – poprosił Marcel. Wszyscy zamilkli i nieco przyspieszyli tempa. Gdy byli kawałek przed skrętem, który prowadził ich już na skraj Młyńsztoka i do zamku, zauważyli lawę, wypływającą z góry ulicy Kasztanowej. Równocześnie wypłynęła zza ogrodzeń przy drodze i powoli wtargnęła się na drogę. Trochę osób było za nimi, głównie dziewczyny, więc Marcin bał się o nie. Widział, że mają kłopot. Skręcili niemal w ostatniej chwili, a dziewczyny za nimi skręciły i ruszyły stronę Piotrówki. Kilka dziewczyn dało radę jeszcze dobiec do mostu. Reszta, goniona przez lawę musiała próbować przeprawić się przez rzekę. Marcin stanął na moście i obserwował. Kilka nieznanych Marcinowi dziewczyn. Wchodziły właśnie do rzeki. Zaczęły piszczeć bo woda była za zimna. Porwał je nurt. Przepłynęły pod mostem. Marcin zmienił stronę mostu i obserwował. Jakieś dwie dziewczyny dały radę. Udało się im. Kilka płynęło dalej. Marcin nie widział, ale miał wrażenie, że któraś się utopiła. Usłyszeli mocny syk. Lawa wpadła do Piotrówki.
-Chodźmy lepiej. – poprosiła Weronika. Powolnym krokiem, ruszyli koło zamku. Ku ich zdziwieniu, Młyńsztok nie miał w sobie już wody, lecz samą lawę. Minęli zamek i kilka osób.
-Chodźcie pod kościół. – poprosił Marcel. Poszli powoli, mieli jeszcze chwilę.
-To chyba pora na finał. – pokiwał głową Marcin.
-Mamy dwie minuty. – skomentował Marcel. Dotarli w końcu pod kościół. Było im strasznie gorąco.
-Cholera… musimy jakoś to przeżyć. – pokiwała głową Weronika.
-Mamy małą przestrzeń ruchu. Cokolwiek nas czeka, jest z nami lekko ponad trzysta osób. – powiedział Marcel.
-Spokojnie. Mamy do dyspozycji plac przed kościołem, parking naprzeciwko kościoła, lawa na szczęście jak widzę, zatrzymała się za kościołem.
-Żyjecie jeszcze? – usłyszeli Dawida. Było jasno, więc w miarę było widać ludzi. Rozpoznał parę osób i stwierdził, że niektóre osoby po twarzy są mu już też znajome.
-Nie gińcie tylko. – pokiwał głową Marcin.
-Półtora… - szeptał Marcel. Lawa zaczęła zastygać.
-Dobra, wszyscy zbiórka! – usłyszeli Szymona. Wszyscy ruszyli na plac przed kościołem. Niektórzy stali na drodze i nieliczni na parkingu. Nagle z plebani wyszło pięć osób.
-Co się dzieje? – zapytał jakiś chłopak.
-Byliście tu cały czas?! – Nikodem był mocno zdziwiony.
-No… tak, a co w tym dziwnego? – zapytał chłopak.
-Oj Jonasz, Jonasz. Idź się za nas pomódl lepiej, bo może się przydać. – poprosił Nikodem.
-A to są chyba najbardziej religijne osoby, które sobie zamieszkały tutaj po apokalipsie i nie mieszały się w życie, ani nic. – skomentował Marcel, tłumacząc Marcinowi.
-No nieźle. – Marcin wpatrywał się w lawę. Zastygła już całkiem.
-Ile osób ma jeszcze broń? – zapytał Szymon. Zgłosiła się połowa osób.
-Malutko… - westchnął Długas.
-Cóż, jeśli teraz nadlecą mutanty, to raczej nie mamy szans. Marcin, Aga, Sandra, gdyby pojawiły się mutanty, odlatujemy. – skomentował Szymon. Marcin wyjął łuk zza pleców. Lekko jęknął, na widok przegryzionej cięciwy. Nie miał jak strzelać. Stwierdził, że ma pomysł.
-Nie! – powiedział stanowczo Marcin.
-Jak to, nie? – zdziwił się Szymon.
-Chcecie to lećcie. Ja będę walczył i bronił wszystkich, którzy tutaj są. Nie wybrałem ucieczki. Wybór był mój. Wybrałem ocalenie.
-Wybrałem wyjście. A ty, najwidoczniej wolisz śmierć. – odparł Szymon.
-Wybór miał należeć do mnie. Nie zapominaj. – powiedział stanowczo Marcin. W tej chwili Szymon stracił wiele w jego oczach.
-Cholera… zawsze coś. – pokiwał głową Szymon.
-Będziemy wam pomagać z powietrza. – zdecydowała Agnieszka.
-Lecę z wami. – zgłosił się Długas.
-Jak chcecie lecieć, to zostało wam jeszcze dwadzieścia pięć sekund. – powiedział Marcel.
-Dobra… - stwierdził Szymon. On, Sandra, Aga i Długas, pognali do helikoptera. Marcin miał ich za tchórzy.
-Dobra, więc ja tu teraz dowodzę. – odezwał się Nikodem. Tego, że on postanowi dowodzić, Marcin się już nie spodziewał.
-Dobra, co mamy robić? – zapytała jedna z dziewczyn. Wszyscy byli w miarę spokojni. Raczej nikt nie płakał. W większości zostali już tylko faceci. Na oko, tylko jedna trzecia osób była z Zebrzydowic, reszta była Kończanami, albo Marklowiczanami, z dziesięć osób było z Pielgrzymowic.
-Każdy, kto nie ma broni, stara się szybko znaleźć coś do walki. Słupki, płotki… urny z cmentarza, nie wiem. Coś czym możecie się obronić. Możliwe, że nic się nie przyda. – powiedział Nikodem. Helikopter zaczął startować. Kilkadziesiąt osób zaczęło wyrywać metalowe pręty z ogrodzenia przy kościele. Pomagała im Wiktoria, używając swojej mocy. Dodatkowo z parafii dostali kilka ostrych narzędzi. Około sześćdziesiąt osób było bez broni.
-Pięć sekund. – szeptał Marcel.
-Wszyscy, którzy sobie nie znaleźli broni, w razie ataków mutantów, muszą się ukryć w plebani! – krzyczał Nikodem. Nastała cisza. Zegarek Marcela, wybił za piętnaście jedenastą. Cisza. Jedynie helikopter, zaczął się wznosić jedynie, robiąc przy tym sztuczny wiatr i hałas.
-Czyżby były tylko trzy fazy? – zapytał Marcel, po blisko dziesięciu sekundach ciszy
-Ładne jaja… - powiedział Nikodem. Był mocno zestresowany, podobnie jak reszta. Marcin szybko uporał się z naprawą łuku. Z kamienia, zrobił elastyczną cięciwę, którą wymienił ze starą. Była teraz lepsza, a co za tym idzie, jego strzały mogły polecieć dalej.
-Czyli, że co? – zapytał Nikodem.
-Coś się dzieje. Tylko nie wiem co… - zauważył Marcel, lekko zaniepokojony.
-Co czujesz? – zapytał Marcin.
-Czuję… jakieś drgania, ale inne niż dotychczas. – odparł Marcel. Coś gruchnęło. Odgłos jakby pękania skorupki jajka, tyle, że zwielokrotnione. Zanim Marcin wpadł na to co się dzieje, usłyszał w głowie głos Szymona.
-Zastygła lawa pęka… ale czemu to nie wiem.
-Szymon mi mówi, że lawa pęka. – odparł Marcin.
-No jasne… dobra! Wszyscy, którzy nie mają broni… niech stąd idą! – wrzasnął Marcel.
-Mutanty? – zapytał się go Marcin.
-Tak… jednak nasze modły zostały wysłuchane i na koniec przygotowali nam walkę. – zażartował Marcel.
-Myślałem, że tornado będzie… - westchnął Marcin.
-Jaki plan? – zapytał się go Marcel.
-Nie wiem. Ja. Nikodem, ty, no i Weronika jesteśmy nietykalni, więc powinniśmy iść przed szereg. – odparł Marcin.
-Marcin, daj mi ochraniacz na dłonie. Coś mocnego ale takiego, żeby moja siła tego nie rozwaliła. – poprosiła Weronika. Marcin szybko zrobił jej to, o co prosiła.
-Takie coś? – zapytał Marcin. Ochraniacz przypominał rękawiczki. Miała je wokół palców, oraz dłoni i były aż do nadgarstka. Marcin sprawił, że był on miękki, niczym bawełna. Weronika zaczęła uderzać pięściami w murek. Kilka uderzeń, a po murku nic nie pozostało.
-Dobra, wszyscy w szereg! – wrzeszczał Nikodem.
-Czekaj, będę ci doradzał. – podszedł do niego Marcel.
-Myślę, że lepiej jakbyśmy ustawili się w wielkim kole i odpierali taki z każdej strony. – poprosił Marcin.
-Marcin, mutanty do was lecą od strony Świstaka. Z helikoptera, dało się słyszeć kilka wystrzałów.
-Lecą od Świstaka. Blisko trzydzieści mutantów. Drugie tyle, biegnie zza kościoła. – Mówił szybko Marcel, mając zamknięte oczy.
-Już! Ustawiać się. Tak, aby połowa odwróciła się w kierunku Świstaka, a druga do kościoła! – polecił Nikodem. Marcin stał przed kilkoma osobami z kijami w dłoni.
-Stanę tu sobie, dla was korzystniej bo was obronię jakby co. – powiedział Marcin. Był odwrócony do Świstaka. Po chwili zobaczył je. Były dość małe, wszelakie psy, koty, jakieś lisy, kury i inne mniejsze zwierzęta. Oczywiście miały najróżniejsze mutacje. Kolor ich oczu był taki sam. Kolor żółty.
-Kolor oczu oznacza stopień trudności? – zapytał Marcin Weronikę, która była obok. Swoją broń dała jakiemuś chłopakowi. Sama postanowiła walczyć dłońmi. Miała też łuk na plecach.
-Na pewno jesteśmy nie do tknięcia przez nie? – zapytała Weronika.
-Ja na pewno. Szymon to samo. Więc reszta odmieńców pewnie też. – stwierdził Marcin. Padły pierwsze strzały za ich plecami. Po chwili zaczęło się to samo po ich stronie.
-Lecą już, od strony zamku! Jakieś większe bydlaki. – skomentował Marcel. Marcin wystrzelił strzałę w kierunku jakiegoś lisa, po czym nawet nie patrząc czy trafił, spojrzał na zamek. Po jednym z większych parkingów, biegła w ich kierunku mała horda. Były tam różne krowy, większe psy, konie, wilki, sarny, łosie, dziki i tego typu zwierzęta, z niebieskawymi oczami. Szymon zaczął zniżać helikopter. W ich kierunku leciały najróżniejsze ptasie mutanty. Marcin się o nich zaczął bać. Wleciały w nich, gdy byli kilka metrów nad ziemią, nad połową przeżytych żółtookich mutantów.
-Cholera! – wrzeszczał Szymon. Ich problemem było to, że pasażerowie, mogli bez problemu wypaść. Marcin strzelił w jakiegoś mutanta, obserwując Szymona. Tamten szybko się zniżył, jednak musiało się stać coś gorszego. Długas zaczął panicznie wrzeszczeć. Wyleciał z helikoptera, gdy tamten był dwa metry nad ziemią. Jego szczęściem, że wylądował już za resztą żółtookich mutantów, które jednak zatrzymały się i skupiły na nim. Marcin ruszył w biegu w jego kierunku. Leciała z nim również Weronika.
-Łapiemy go! – krzyknął Marcin. Nikt już nie strzelał. Zostało może z siedem żółtookich mutantów, które rzuciły się na Długasa. Marcin wyjął swój nóż, jednocześnie robiąc pancerz wokół ręki tak, że jego nóż stał się jego częścią. Skoczył na mutanty i zaczął je dźgać. Niebieskawa krew trysnęła na wrzeszczącego już Długasa.
-Stary! Damy radę! – krzyczał Marcin, patrząc na niego. Usłyszał krzyk Weroniki. Otworzył oczy jeszcze szerzej.
-Damy… - szepnął Długas, patrząc w stronę Weroniki.
-Nie… - skomentował Marcin odwrócił się, patrząc na Weronikę. Kot Marcela i zapewne też jego samego. Viki. Wgryzała się w gardło Weroniki, z którego wylewała się niebieskawa krew. Marcin skoczył na nią i wyrwał z niej Viki. Trysnęła na niego błękitna krew. Zalało mu twarz. Wkurzony, rzucił kotem w kierunku reszty tak, aby się nim zajęli. Weronika upadła. Rozszarpane gardło, świeciło pustką. Widać było środek przełyku. Wyraźnie nie mogła mówić. Dusiła się. Długas jakoś poradził sobie z ostatnimi żółtookimi i kulejąc podszedł do Marcina.
-Przykro mi… - powiedział ze strachem. Weronika próbowała nabierać powietrza, robić cokolwiek by przeżyć. Było już jednak za późno.
-Nie mogę stracić kolejnej osoby… - Marcin miał łzy w oczach. Czuł się bezsilny. Strzelanina dała mu znać, że to dopiero początek ofiar. Ale przecież…
-No przecież… oby to podziałało… - Marcin pełen nadziei, wziął kamyk i wsadził go w rozszarpane gardło Weroniki. Zamknął oczy i zaczął formować tkanki i wszystko co było niezbędne. Czuł na sobie wzrok wielu osób, w tym Weroniki. Po chwili skończył. Nie mógł otworzyć oczu. Bał się.
-Marcin. – usłyszał jej głos. Odetchnął z ulgą a z oczu wylały się łzy.
-Dzięki Bogu… - Marcin rzucił się jej w ramiona i z płaczem obserwował dalszy ciąg.
-Nie chcę nic mówić… ale ja tu się wykrwawiam… - westchnął Długas.
-Nie widzisz czego dokonałem? Uzdrowiłem pewnego trupa! Dawaj tu swoje rany… mamy mało czasu. Walczą już… - Powiedział Marcin. Z helikoptera wybiegły dziewczyny i Szymon.
-Uciekajcie! Lecą kolejne! - wrzeszczał Szymon.
-Dawaj tą ranę! – powiedział do niego Marcin. Szybko załatał jego kilka ran. Najpoważniejszą miał na szyi. Była to rana, którą spowodował jeden z ptaków. Przez to ugryzienie Długas wyskoczył z helikoptera.
-Chodźcie. – zarządziła Weronika.
-Wybacz mi… nie wiedziałem. – powiedział Marcin. Czuł się winny faktu, że zapewnił ją o bezpieczeństwie. Pytanie było takie, czy on również był podatny na ataki.
-Nie wiedziałeś. Dziękuję ci mocno… tak się bałam… odpowiednio podziękuję ci po wszystkim. – uśmiechnęła się Weronika.
-To znaczy? – spytał Marcin. Puścił kilka strzał w kierunku niebieskookich mutantów. Walczyły one z paroma osobami z brzegu oddziału. Był tak jeden z Braci Cieni, który miał miecz, którym zabito Laurę. Rozpoznał w nim Artura.
-Oj, zobaczysz. – uśmiechnęła się Weronika.
-Trzynaście minut! – usłyszeli Marcela. Marcin otworzył szerzej oczy i usta. Te dwie minuty zleciały równie wolno, jak cała poprzednia godzina.
-Cholera, ten czas leci wolniej coś. – mruknął Marcin. Nikodem biegał wokół mutantami i przecinał ich nożem. Marcel starał się podpowiadać, gdzie powinni strzelać i skąd nadlatują mutanty. Kolejne niebieskookie mutanty, nadleciały od strony Świstaka. Marcin nałożył swój proszek na strzałę i wystrzelił. Strzała pomknęła z zaskakująco wielką prędkością w kierunku nadbiegających mutantów.
-Tak jest! – uśmiechnął się Marcin. Wybuch załatwił kilka mutantów na raz. Z pomocą innych, grupka mutantów nawet nie doleciała w ich kierunku.
-Ten helikopter zawadza. – skomentował Długas, który już stał z pistoletem i strzelał.
-Nie uszkodźmy go lepiej. – powiedział Szymon. Wkrótce wszystkie mutanty padły.
-To koniec? – zapytał Nikodem.
-Raczej to był pierwszy etap ostatniej fazy. – stwierdził Marcel.
-Sześć osób padło. – powiedział Nikodem. Nastała cisza. Wszyscy stali cicho i nasłuchiwali. Chłopacy w większości pozdejmowali koszulki, bo zaczęli się pocić. Kilka dziewczyn również zdjęło bluzki, co spotkało się z uciechą wielu osób.
-Ja bym zdjęła, ale mi się wgryzły wcześniej robale i mi wszystko widać przez stanik. – zaśmiała się Oliwia. Minęło półtora minuty i zaczęto rozmowy. Wyszli też niektórzy z plebani i zaczęli śmiać i żartować. Marcin się rozejrzał. Zobaczył Dawida z Justyną, stali z boku i najwyraźniej korzystali z chwili spokoju. Gdzieś z boku siedziała samotnie Lucyna. W oknie plebani zobaczył Vanesse, która również nie należała do wesołych osób. Straciła ostatecznie Jarka i to na własnych oczach. Ekipa z helikoptera stała przy płocie i żartowała. Sebastian… Marcin zaczął się rozglądać. Nie widział go. Pomyślał, że chowa się na plebani. Ale wątpił w to. Sebastian raczej by walczył. Westchnął wiedząc, że go już również z nimi nie ma. Artur stał oparty o miecz i miał zamknięte oczy. Trojaczki stały gdzieś z boku, jednak każda z nich miała jakiś pistolet w dłoni. Marcel nasłuchiwał, a Nikodem się gimnastykował. Weronika stała zamyślona, choć chyba wciąż miała strach przed oczami. Pamiętał wciąż pierwsze ukąszenie, które dało mu nieśmiertelność. Pewnie czuła się podobnie. Z zamyśleń wyrwał go Marcel.
-Dziewięć minut do końca. – usłyszał od niego.
-Niech się już coś dzieje… - poprosił cicho Marcin.
-Chyba właśnie zaczyna. Czuje je. – odparł Marcel.
-Na pozycje! Idą skądś! – krzyknął Marcin.
-Lecą od strony parafialnego boiska… cholera… jakieś większe są chyba… - mówił Marcel.
-Cofnąć się… - polecił Nikodem. W lekkiej panice, wycofali się na drugi koniec placu. Marcin przełknął ślinę. W jednej chwili parafia była, a w drugiej już cała, razem z wieloma ciałami runęła w ich stronę. Odłamki posypały się na nich i wszyscy jęknęli, gdyż właśnie stracili sporo ludzi. Gruz ich zmylił i sprawił, że nie widzieli wroga. Pył niestety utrzymywał się. Coś mocno zaryczało. Marcin zrobił sobie pancerz i już w czasie jego robienia, zauważył co się dzieje. Byk. Duży i wielki, niebieskawy byk, który leciał w ich kierunku. Marcin napiął strzałę i wystrzelił. Minął go o kilka centymetrów. Byk leciał mniej więcej w jego stronę. W dodatku za bykiem, pojawiło się kilka mniejszych mutantów. Byk miał pomarańczowe oczy, a reszta niebieskawe, choć były ciemniejsze jak poprzednie. Wszyscy zaczęli w panice się odsuwać. Oliwia jedynie stała i mierzyła do niego z łuku. Miała na końcu łuku przymocowany proch od Szymona.
-Nie rób tego… - powiedział Marcin. Ona jednak nie posłuchała. Wystrzeliła w jego kierunku, a wybuch sprawił, że bestia mocno zaryczała, lecz również wybuch powalił Oliwię na ziemię. Byk upadł na nią a Marcin chciał jej pomóc, jednak musiał szybko odeprzeć atak. Weronika pognała do Oliwii i podniosła byka.
-Oliwia? – zapytała wystraszona Weronika. Odpowiedziała jej cisza. Weronice pojawiły się łzy w oczach. Znały się od przedszkola…
-Nie pozwolę by ktoś jeszcze zginął… - warknął Marcin. Podniósł jakiś pistolet i zaczął szybko strzelać do mutantów. Miał jeszcze trochę naboi z poprzedniego dnia. Mutanty nie padały jednak po jednej kulce. Wrócił szybko do łuku. Kilka mutantów rzuciło się do najbliższych osób, w tym również na Marcina. Coś w rodzaju wilka, skoczyło na Marcina i złamało sobie zęby na jego zbroi. Marcin go przydeptał i zaczął znów strzelać. Po chwili było po wszystkim.
-Siedem minut… - powiedział Marcel, po odpartej fali mutantów.
-Jest coraz gorzej. – westchnął Marcin. Przypomniał mu się duży mutant z wczoraj.
-Mamy ledwie sto sześćdziesiąt dwie osoby. – powiedział Marcel.
-Damy radę. – zaczął wierzyć Marcin. Zobaczył Weronikę płaczącą nad ciałem Oliwii. Marcin podszedł. Nie miała zbyt wielkich ran. Na pewno nic, co by mógł naprawić w takim stopniu, aby wróciło jej życie. Podniósł ją i przytulił od tyłu. Wszystkim im było ciężko. W ciszy stali i nie zważali na innych. Marcinowi akurat wspomniała się Laura. Miał wrażenie, że wolałby umrzeć jak ona wczoraj, niż teraz to wszystko przeżywać. Postali tak dłuższą chwilę. Marcin nie wiedział ile. Wyrwał go głos Marcela.
-Trzy minuty. Szykowałbym się na ostateczne starcie… o ile to serio ma trwać piętnaście minut. – zauważył Marcel.
-Dobra… nie ma rannych, że nikt nie przychodzi do mnie? – zapytał Marcin.
-Ktoś tam był, ale jak nie chce to go olej. – machnął Marcel. Marcin się rozejrzał jeszcze raz. W poprzedniej fali stracili jedynie kilkanaście osób, z czego chyba tylko Oliwia była wśród tych bliższych Marcinowi osób. Przeczekali następną minutę w wielkim stresie.
-Idą. – powiedział nagle Marcel.
-Czuję… - zauważył Marcin. Drgało lekko ziemią. Nadciągały.
-A więc to koniec… Już za późno na odwrót. – odparł Marcin.
-Przetrwaj to, błagam. – poprosiła Weronika Marcina.
-Mam największe szanse, że przetrwam. – wzruszył ramionami Marcin.
-Skromny. – zaśmiała się Weronika.
-Mam pancerz. Procentowo, to prawie na pewno przeżyje. – stwierdził Marcin.
-Ocal nas Marcinie. – poprosiła jakaś dziewczyna.
-Ocalimy się wszyscy razem. Skąd lecą? – zapytał się Marcin Marcela.
-Z wszelakiej możliwej strony. Ale pojedynczo. Byki, oraz inne wielkie monstra. - Widzieli już kilka. Jeden leciał od strony cmentarza. Był podobnego rozmiaru, jak największy mutant, którego widzieli wczoraj.
-Kocham was. – powiedział Marcin. Miał piętnaście strzał i zastanawiał się czy mu wystarczy. Wyjął pierwszą i zanurzył w kończącym się prochu. Serce biło mu mocniej. Strzelił do byka, który biegł od świstaka. Strzała go trafiła, a wybuch wywalił. Mimo to, byk wstał i zaczął szarżę na nowo. Marcin posłał drugą strzałę. Tym razem byk padł i już nie wstał. Jeden z większych mutantów wywarzył ogrodzenie od strony cmentarza i skoczył na sporą grupkę osób. Marcin szybko zreflektował się i rzucił w jego kierunku. Wbiegł w mutanta i go przepchał. Wbił mu nóż w głowę, jednak to było za mało. Koło niego znalazło się kilka chłopaków, w tym Artur, który wbił w wielkoluda miecz. Tamten zaryczał i dziko upadł na plecy, przygniatając kogoś. W międzyczasie szarżę robiły z dwóch stron dwa byki. Zbliżało się jeszcze kilka wielkich mutantów.
-Cholera… - Marcin nie wiedział co robić. Jeden z byków popędził na Szymona, który go uniknął w ostatniej chwili, łapiąc go za róg. Jakimś cudem wyskoczył tak, że wskoczył mu na plecy. Zaczął go dźgać nożem w plecy.
-Chłopaki, za mną, zrobimy, to samo co teraz. – odparł Marcin.
-Luzik! – powiedział jakiś chłopak, którego Marcin kojarzył z widzenia. Marcin minął coraz mniejszy już tłumek i ruszył, teraz również z Marcelem u swojego boku.
-Jeszcze sześć mutantów… jest dobrze! – uśmiechnął się Marcel. Marcin dobiegł do tamtego mutanta, który teraz już był lekko bardziej ogarnięty i gdy Marcin na niego skoczył, po prostu go z siebie zrzucił i wdepnął na Marcina. Marcin poczuł, że skały wbijają się w jego ciało. Jęknął z bólu. Chłopacy jednak skoczyli już na niego i po chwili tamten leżał podobnie jak poprzednik.
-O matko… - Marcin był świadkiem, jak ostatni byk wleciał w blisko trzydzieści osób, zanim ktokolwiek go zatrzymał. Sandra… widział wyraźnie, jak byk nadział ją na swój róg. Gdzie indziej Szymon schodził z innego byka. Długas i Aga starali się jakoś pomóc, ale nie wychodziło im to.
-Cztery mutanty, jakoś dziewięćdziesiąt osób… - zauważył Marcel.
-Hmmm, damy radę! Tylko ten byk… trzeba pomóc… - stwierdził Marcin. Rzucił się w jego kierunku, a za nim pognała reszta chłopaków. Byk zmienił kierunek, tym razem biegł w ich stronę. Nikodem zaatakował go od tyłu dźgając go ciągle nożem. Byk próbował go dźgnąć. Niewiele brakło. Marcin starał się uniknąć czołówki, więc po prostu zrobił coś rodzaju wślizgu. Wpadł pod byka i wywalił go. Usłyszał za sobą krzyk. Znów popełnił błąd. Nie ostrzegł reszty. Czym prędzej wstał. Marcel i Agnieszka byli cali, ale tylko oni. Reszta została przygnieciona. Jedynie jeden z chłopaków wołał pomocy.
-Wrócimy po ciebie! Musimy resztę ocalić. – odparł Marcin.
-Dwa mutanty… pięćdziesiąt osób. – mówił Marcel. Gdy to powiedział, jeden z nich rzucił się na jakąś grupkę i z pięćdziesięciu zostało jeszcze mniej. Marcin ruszył im na pomoc. Długas znów był ranny. Trzymał się jednak. Szymon, Agnieszka i kilka osób stało z boku. Marcin miał ich za tchórzy. Choć Szymon lekko się zreflektował, gdy wskoczył na byka. Marcin wbił nóż w kolejnego, tamten wyglądał jak duża wersja jakiegoś robota. Wkurzył się i odepchnął Marcina, którzy zrobił kilka fikołków zanim się zatrzymał. Wszystko go bolało. Nie miał sił, by być w pancerzu, więc pomyślał, że już nie chce pancerza i go zrzucił. Leżał patrząc się na dwa mutanty siejące zniszczenie. Marcin zauważył, że Szymon chyba zauważył, że bez nich sobie nie poradzą. Kolejny nie za fajny widok. Jeden z mutantów miał trochę kolców. Wystrzelił je w kilka osób. Ucierpiała Justyna. Panicznie zaczęła krzyczeć. Dawid. z wściekłości zamachnął się czymś ostrym i z pomocą Marcela i Nikodema obalili mutanta. Niestety upadł on na pokłute osoby w tym właśnie Justynę. Dawid klęknął i zaczął ryczeć. Ostatni mutant siał zniszczenie. Widział jak ginie Lucyna. Znów miał łzy w oczach. Za dużo tego wszystkiego. Agnieszka okazała się dobrą łuczniczą. Strzeliła ostatniego mutanta między oczy a wystrzał był na tyle mocny, że go powaliła. Niestety wybuch był na tyle mocny, że kilka osób albo została sparzona, albo się zapaliła. Długas. Biegł płonąc i wpadł na jakąś dziewczynę. Nikt nie miał pomysłu jak im pomóc. Szymon się chwycił za głowę. Było już po wszystkim. Akurat wybiła jedenasta. Podleciała do niego Weronika.
-Marcin! Co ci jest? – zapytała się ze smutkiem w głosie.
-Żyje… oszołomienie. – Marcin miał łzy w oczach. Wstał z pomocą Nikodema.
-Stary… patrz ilu nas zostało… - skomentował Marcel.
-Nie musisz mówić. Widzę. – pokiwał głową Marcin. Przeżyło raptem szesnaście osób. Jeden mutant więcej i byłoby całkiem po nich. Przeżył jedynie on, Marcel, Weronika, Nikodem, Szymon, Agnieszka, Dawid i dziewięć nieznanych Marcinowi osób.
-To koniec? – zapytał Marcel.
-Oby… - westchnął Marcin. Podszedł do jednego z mutantów. Chłopak, któremu miał pomóc już nie żył. Marcin machnął ręką.
-Co teraz? – zapytał Dawid.
-Idę do kościoła… zostawcie mnie samego… - odparł Marcin. Myślał o wszystkich zabitych. Wiedział, że już nie cofnie czasu i musiał zapomnieć. Gdzieś indziej w innym świecie żyli na pewno. Marcin płakał. Sam nie wiedząc kiedy dotarł do jednej z ławek i upadł na kolana. Zaczął ryczeć. Nie wiedział ile czasu to trwało, ale zaczęły grać dzwony. Widać miały lekkie opóźnienie co do godziny. Z czymś mu się ta scena skojarzyła. Dźwięk dzwonów był bardzo wyraźny i głośny. Marcin otworzył szeroko oczy. Miał deja vu. Sen. Sen, który się spełnił.
-Chodź już. Uciekamy stąd. Czekamy tylko na ciebie. – Marcin zerknął za siebie. Za nim stał Dawid. To też by się zgadzało. Marcin nie pamiętał judo końca tego snu.
-Gdzie uciekamy? – zapytał Marcin.
-Do miasta otoczonego murem, gdzie wszyscy są bezpieczni. – odparł Dawid. On też miał łzy w oczach.
-Gdzie to jest? – zapytał Marcin. Miał wrażenie, że zna odpowiedź. Musiał po prostu spytać.
-Cieszyn. To tam znajdziemy ostatnie schronienie… - westchnął Dawid.
-Nie… ja wiem co trzeba zrobić. Żaden Cieszyn. – powiedział Marcin z uśmiechem.
-Na pewno? – zapytał Dawid.
-Tak. To się uda. Sto procent. – stwierdził Marcin. Pobiegł do reszty.
-Starczy ci paliwa, abyś zaleciał i wrócił helikopterem do Cieszyna i z powrotem? – zapytał Marcin Szymona.
-Powinno. – pokiwał głową Szymon.
-Weź wszystkich którzy nie wiedzą o światach alternatywnych. – poprosił Marcin.
-Dobra, chyba rozumiem, czas na szykanie wyjścia? – zapytał Szymon.
-Poniekąd tak. – uśmiechnął się Marcin. Grupa osób nieznanych Marcinowi, poszła za Szymonem.
-Co robimy? – zdziwił się Marcel.
-Musimy odwiedzić nasz dom. – powiedział Marcin.
-W sumie, wątpię, aby go lawa dorwała. W końcu mieszkamy na wzgórzu.
-Chodźcie. – poprosił Marcin. Szli w ciszy. Jakoś nikt nie miał ochoty nic mówić. Przeszli przez drogę, obok suchego Młyńsztoku. Lawa już zniknęła. Pozostało tylko zniszczenie jakie spowodowała. Piotrówka była już tylko drobnym strumykiem. Przeszli przez nią bez przeszkód i już po chwili stali pod domem Marcela i Marcina.
-Weźcie co potrzebujecie i widzimy się za pięć minut przy drzwiach. – poprosił Marcin. Marcin znalazł swój plecak, wziął kilka par ubrań na przebranie i stanął przed drzwiami. Miał dość. Filip jedynie rozmawiał z Nikodemem.
-Zabijałabym… - warknęła Weronika, zła na wszystko.
-Spokojnie. To już koniec. Zaufajcie mi… - westchnął Marcin. Nadszedł w końcu i Marcel, z dwoma wielkimi torbami, które uginały Marcela.
-Daj, pomogę ci. – poprosiła Weronika. Dla niej to był pikuś. Miała moc więc mogła sobie na to pozwolić. Kwadrans zajęła im wędrówka pod zamek połączona z oczekiwaniem na Szymona. Tamten w końcu nadleciał.
-Dobra, to gdzie proponujesz zacząć? – zapytał Szymon.
-Po prostu, chodźmy do zamku. – powiedział Marcin.
-Zamek… ale tam jest uszkodzony portal. – odparł Szymon.
-Ale o co chodzi? – zdziwił się Nikodem. No tak. On jedyny nie wiedział chyba o co chodzi. Szybko wszyscy sobie wyjaśnili co i jak i dopowiedzieli, czego nie wiedzieli. Chwilkę później wchodzili do podziemi. Portal wciąż dymił. Marcin skoczył do komputera. Przeczytał na głos, to co pisało w okienku na środku ekranu.
-Ostatni etap, śmierć, ocalenie, ucieczka i wyjście, zakończony sukcesem. – Marcin otworzył usta. Teraz skojarzył, że wcale nie chodziło by coś wybrać. Wszystko się liczyło. Śmierć była wszechobecna w dzisiejszym dniu. Ocalenie również się wliczało. Przetrwało ich zaledwie szesnastka, ale mimo to ocaleli. W dodatku od Marcela wiedział, że w Cieszynie ocalało ponad sześćset osób. Także udało im się. Nie miał pomysłu jedynie o co chodziło z ucieczką. Jedyne co mu przyszło do głowy, to moment, gdy biegli uciekając przed lawą.
-Pora na ostatni etap. – stwierdził Marcin. Jego celem było skorzystanie z mocy i naprawa portalu takim, jakim go zapamiętał. Okazało się, że nic nie musiał robić. Zatwierdził okienko na komputerze i coś zaczęło buczeć.
-Marcin! – usłyszał krzyk Weroniki. Wycofał się i zobaczył jak portal zaczyna sam składać się i tworzyć coś w rodzaju pierścienia.
-Tak! Brawo! – krzyczał Szymon.
-Chyba pora opuścić ten porąbany świat. Ciekawe co szykuje się teraz. – uśmiechnął się Marcin. Wzięli się wszyscy za ręce. Wskoczyli tak jak w wizji. Pierwszy biegł Dawid, a za nim Marcel, Nikodem, Weronika, Marcin, Agnieszka i Szymon. Marcin czuł podniecenie. Nie miał pojęcia co będzie dalej. Miał tylko nadzieję, że teraz wszystko się zmieni na lepsze i będzie już wszystko dobrze.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania