Świat nie dla was
Na wschodzie rodzi się ogień —
nie prosi, nie czeka, nie zna miłosierdzia.
Rozrywa horyzont jak bliznę,
aż niebo zaczyna krwawić światłem.
Każdego dnia.
Od zawsze.
Parzy skórę jak powracająca myśl,
oślepia oczy jak odpowiedź,
której baliśmy się zadać.
Nie mówi: „żyj”.
Mówi tylko:
„Jeszcze nie dziś.”
Ten rytuał —
dawno zapomniany przez bogów,
a przez ludzi odgrywany —
przynosi światło
tak samo każdemu,
ale nie każdemu z sensem.
A my —
dzieci światła jarzeniówek,
wychowani w trzasku kineskopów,
na migotaniu reklam,
w odbiciach szyb i monitorów —
nie widzieliśmy źródła.
Tylko blask udający sens.
Patrzyliśmy w poranek
jak w ekran ładowania:
z nadzieją, że coś się zacznie,
i z gniewem, że znowu to samo.
Nie wiedząc, że przyszłość
zbudują z was:
z waszych paciorków modlitw
do niczego,
z plastikowych ikon,
które świecą mocniej niż sumienie,
z dłoni,
które nie trzymają — tylko wypuszczają.
Wy —
czytacie to jak instrukcję
do urządzenia, którego nie rozumiecie,
ale nie potraficie wyrzucić,
bo może jeszcze się przyda.
Z pustką w oczach,
które nigdy nie płakały
po nocy bez powodu.
Ale my —
nie jesteśmy tutaj, by prosić.
Nie szukamy zrozumienia.
Nie chcemy dialogu.
Wyrwiemy was z pamięci
jak chwast z języka.
Nie z nienawiści —
z potrzeby oddychania.
Nie będzie pomników.
Nie będzie cytatów.
Wasze imię zniknie
jak hasło, którego nikt już nie wpisuje.
A my zbudujemy dzień
od nowa:
z gliny i dymu,
z głosów, które nie przebiły się do eteru,
z oczu, które nie mrugnęły,
gdy świat gasł.
Nie chcemy waszej przyszłości.
Nie chcemy waszych map.
Tylko ogień.
Tylko świt.
Tylko —
bez was.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania