Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Światło Ciemności/Pani Czarnego Płomienia

To był zwyczajny, jesienny, wietrzny dzień. Siedemnastoletnia Emma wyszła ze szkoły i powoli szła przed siebie. Nie zamierzała od razu wracać do domu; musiała odetchnąć. W nowej szkole i nowym mieście nie czuła się dobrze, nie mogła przyzwyczaić się do zmiany otoczenia. Nie chciała się przeprowadzać lecz wynikła taka sytuacja i pozostawało się tylko z nią pogodzić – i tak nie miała wpływu na decyzję swoich rodziców, o czym myślała z goryczą. Musiała zostawić swoich przyjaciół, wszystko co znała. Źle to na nią wpłynęło i czuła się beznadziejnie. W nowej szkole nie znalazła nikogo bliskiego, zresztą izolowała się od ludzi, nie chcąc zawierać żadnych nowych przyjaźni. Stopniowo zaczynała akceptować nową sytuację, lecz wciąż czuła w sercu smutek, żal, opuszczenie i samotność.

 

Idąc przez miasto, celowo wybierała boczne, mniej uczęszczane drogi, mając dość tłumu, dość ludzi, ich spojrzeń, oceniania. Nie lubiła tego miasta, które było znacznie bardziej zanieczyszczone i zatłoczone. Kochała naturę, samotność, spokój i ciszę. A dziś po szczególnie męczącym dniu w szkole czuła że potrzebuje jej wyjątkowo. Skierowała się więc w kierunku lasu. Uwielbiała panującą tam spokojną, cichą atmosferę. Na osobności, pośród natury, wśród drzew w końcu mogła być sobą.

Weszła powoli na cienistą ścieżkę, wdychając głęboko leśne powietrze. Szła przed siebie, nie patrząc na drogę, zamyślona, skupiona, odchylając krzaki, pochylając się przed zwisającymi gałęziami. Nagle zorientowała się że idzie już długo a nie widać końca drogi który powinien ukazać się już dawno. Tuż przed nią rozciągała się polana której nigdy wcześniej nie widziała. Musiałam pójść nie w tę stronę, pomyślała. Przystanęła zastanawiając się co robić, zawrócić czy iść dalej? W koncu zrobiła kilka kroków i znalazła się na polanie. Rozejrzała się wokół i nagle poczuła się dziwnie nieswojo. Polana była mroczna, jakby nie docierało tu światło. Drzewa i zarośla wokół rosły znacznie gęściej, tworząc krąg wokół, niczym symboliczne odgrodzenie od świata. Rzucały posępne cienie, tańczące i prześlizgujące się po trawie i krzakach. Panowała dziwna, nienaturalna cisza. Wszystkie odgłosy lasu nagle jakby zamilkły. W tej ciszy Emma słyszała tylko swój niespokojny oddech, rozglądała się nerwowo i poczuła że musi natychmiast stąd odejść. Zaczęła mieć wrażenie jakby była obserwowana. Po jej całym ciele przeszły dreszcze. Porzucając wszelkie racjonalne myślenie rzuciła się do ucieczki. Biegnąc, potknęła się o wystający korzeń i runęła jak długa. Jęknęła głośno. Ból w kostce był natychmiastowy i silny.

-Wszystko w porządku? - usłyszała tuż nad sobą.

Aż ją zmroziło. Obejrzała się gwałtownie, próbując poderwać się z miejsca. Ból był obezwładniający. Rozszerzonymi oczami wpatrywała się w stojącego tuż przy niej chłopaka który pojawił się nagle nie wiadomo skąd. Wyglądał absolutnie nieziemsko. W oczy rzucała się jego niezwykła bladość, wyraźne, niesamowicie piękne rysy, długie, lśniące czarne włosy spływające na czarną pelerynę sięgającą ziemi i przede wszystkim przenikliwe, czarne oczy. Wokół niego unosiła się jakby majestatyczna poświata. To wszystko Emma zobaczyła w jednej chwili, gdy stanął nad nią obserwując jak nieudolnie probuje się podnieść, sycząc z bólu. Patrzył na nią z góry, przymrużając oczy. Jego twarz była nieprzenikniona lecz dziewczynie wydało się że widzi na niej złośliwość i satysfakcję, jakby rozkoszował się jej bólem i strachem. W końcu w milczeniu wyciągnął do niej rękę.

Emma wpatrywała się w niego z niedowierzaniem i strachem. Nie wiedziała co robić. Czuła ogarniające ją zakłopotanie i wstyd. Czuła się przy nim tak mała. W tak rozpaczliwym położeniu. Wiedziała że nie może uciec. Że jest zdana na łaskę nieznajomego tajemniczego przybysza który stał nad nią z cierpliwie wyciągniętą rękę, wiedząc dobrze że musi ją przyjąć. Nie miała wyboru. Z wahaniem więc ujęła jego dłoń. W tym samym momencie poczuła jakby przez jej ciało przeszedł prąd, niezwykle silna energia wywołująca drżenie. świat zawirował przed jej oczami, zachwiała się i upadłaby gdyby nie została podtrzymana przez czarnowłosego. Przyciągnął ją do siebie i ustawił do pionu.

Znalazła się tuż przy nim. Trzymał ją mocno lecz delikatnie, jego dotyk w dalszym ciągu był niezywkle elektryzujący i wywołujący przepływ energii nie do opisania, a jego twarz... tuż naprzeciw niej, z bliska jeszcze bardziej porażająca swym pięknem, idealną harmonią i perfekcją rysów. A jego oczy... nie mogła oderwać od nich wzroku, porażona, zszokowana, zahipnotyzowana ich niezwykłą głębią. Były niczym otchłań bez dna, wciągały jak wir. Emma nie mogła odwrócić spojrzenia, nie mogła się ruszyć, stała jak sparaliżowana, czuła jak jego czarne źrenice przeszywają ją na wylot, wbijając się w jej umysł, wyrywając najskrytsze myśli, uczucia, pragnienia, doprowadzając do szaleństwa.

Nagle puścił ją i odsunął się. Emma jakby się ocknęła, mrugając szybko powiekami i kręcąc głową, chcąc wyrwać się z tego dziwnego stanu. Natychmiast zaczęła się zastanawiać, co się jej stało? Nigdy wcześniej się tak nie czuła i była mocno wstrząśnięta. Zdała sobie sprawę, że nieznajomy dalej stoi obok niej, przyglądając się jej spod oka. Poczuła się wyjątkowo głupio i zawstydzona. O co tutaj chodzi?

-Ja... ugh, chyba się zgubiłam – wyjąkała, odwracając głowę i przykrywając grzywką oczy. Nie mogła znieść palącego spojrzenia nieznajomego, patrzeć na jego wysoką postać, czarny idealnie skrojony płaszcz i długie lśniące włosy czarniejsze niż najciemniejsza noc. Nie był brzydki, wręcz przeciwnie, jego piękno było tak porażające że aż bolało, wydawał się emanować wewnętrznym fosforyzującym światłem. Emma nie wiedziała co jest grane, ale było to wyjątkowo niespotykane, trudne do określenia i niesamowite uczucie.

-Cóż, zatem chodź za mną. Pokażę ci drogę. - odpowiedział po dłuższej chwili milczenia, niezwykłym głosem, cichym i kuszącym, jakby obiecywał jej coś wielkiego. Znów popatrzył na nią, uśmiechając się przelotnym, zachęcającym i tajemniczym uśmieszkiem. Skinął na nią po czym odwrócił się i zaczął odchodzić. Pewnym krokiem jakby doskonale zdając sobie sprawę że za nim pójdzie. Jakby go to wcale nie obchodziło. A Emma tkwiła chwilę w miejscu jak zamurowana po czym natychmiast ruszyła za nim, totalnie wbrew sobie i zdrowemu rozsądkowi który podpowiadał żeby raczej uciekała jak najdalej i sama szukała drogi. Że nie jest mądrze iść przez las z dziwnym nieznajomym mężczyzną. A jednak coś uparcie kazało jej za nim podążać. Nie mogła się powstrzymać. Wewnątrz czuła również głębokie przeświadczenie że nie zrobi on jej żadnej krzywdy. Więc szła jak zahipnotyzowana, wpatrzona w jego sylwetkę, wciąż jakby jaśniejącą w cienistym leśnym mroku, włosy rozwiewane przez wiatr, ciągnącą się za nim powiewającą pelerynę... nie mogła oderwać od niego wzroku, gdy tak szedł szybko, równym krokiem, pewnie, dumny i wyprostowany, nie patrząc na drogę wokół siebie, nie zwracając uwagi na zwieszające się wokół gałęzie, krzaki, nie trzymając się ścieżki. Emma ledwo dotrzymywała mu kroku, odgarniając liście zaplątujące jej się we włosy. Nie dziwiła się czemu nie idą prostą drogą, nie myślała o niczym, była w dziwnym stanie, szła w uniesieniu, kierowana przez tą dziwną, niezwykłą i silną energię którą poczuła pierwszy raz gdy tylko spojrzała w oczy tajemniczemu brunetowi.

Nagle spostrzegła że znajduje się na drodze którą tu przyszła. W oddali było widać wyjście z lasu. Nieznajomy zatrzymał się i obrócił w jej kierunku. Niepewnym krokiem podeszła bliżej.

Dalej chyba trafisz sama. - powiedział swoim głębokim, mrocznym głosem od którego ponownie przeszły ją dreszcze. Znów patrzył na nią uważnym, przenikliwym spojrzeniem.

-Taak... bardzo ci dziękuję za pomoc – wykrztusiła. Jej głos drżał, poprawiła włosy i zachichotała nerwowo nie wiedząc jak rozładować sytuację. W niespodziewanym przypływie odwagi wyrzuciła z siebie: - to naprawdę miło z twojej strony. Tak w ogóle to jestem Emma, miło cię poznać. Że też się wcześniej nie przedstawiłam! A ty... jak się nazywasz? Kim jesteś i co robiłeś w lesie?

Po jej słowach milczenie stało się jeszcze cięższe niż do tej pory. Emma wzięła głęboki wdech, przerażona własną odwagą, zdziwiona własnymi słowami. Jaką odwagą, co odważnego jest w przedstawieniu się i podziękowaniu osobie która wyprowadziła cię z lasu? pytała sama siebie. A jednak było w tym akcie tak bezpośredniego odezwania się do mrocznego nieznajomego przeszywającego wzrokiem na wylot jej umysł i duszę coś wyjątkowo brawurowego i wręcz niestosownego – i miała wrażenie, że on też tak to odebrał. Uniósł brew i wyglądał jakby poddawał każde jej słowo ścisłej analizie. A potem znów podszedł do niej blisko i znów poczuła tę elektryzującą energię.

-Moje imię... nie chcesz go znać – wyszeptał, jego oczy błyszczały a twarz pozostawała nieprzenikniona i nieruchoma. - Ale poznasz. Dowiesz się kim jestem i co tutaj robię, bądź cierpliwa. Wkrótce znów się zobaczymy... szybciej niż myślisz.

Rzucił jej ostatnie zagadkowe spojrzenie, odwrócił się i zaczął odchodzić. Jego czarna peleryna powiewała za nim, a włosy falowały na wietrze. Otępiała Emma wpatrywała się w jego oddalającą się sylwetkę, nie będąc w stanie się ruszyć. Po chwili ocknęła się i zdała sobie sprawę że jest zupełnie sama. Nieznajomy zniknął w przeciągu krótkiej chwili. Panowała cisza przerywana jedynie śpiewem ptaków i szelestem gałęzi.

Emma stała tak dłuższą chwilę, otrząsając się z wrażenia, po czym nagle zaczęła biec. Wybiegła z lasu i dalej biegła, aż dotarła do bardziej cywilizowanych terenów. Wciąż jednak czuła się niepewnie, jakby była obserwowana. Resztę drogi do domu przebyła szybkim krokiem, bez przerwy oglądając się za siebie. Wpadła do mieszkania i od razu zamknęła za sobą drzwi, staraninie przekręcając klucz w obu zamkach. Oparła się o drzwi, oddychając szybko i płytko.

 

Przez resztę dnia nie mogła się na niczym skupić. Krzątała się po kuchni, byle odgonić od siebie dziwne, dręczące myśli, lecz one uporczywie powracały. Przytłaczał ją ogromny niepokój, który nie dał się niczym zagłuszyć. Odrabiając lekcje, porządkując biurko i zmywając naczynia, wciąż miała przed oczami nieziemsko piękną i niepokojącą twarz nieznajomego z lasu. Który wyprowadził ją stamtąd bez praktycznie żadnego słowa, a ona podążyła za nim bez żadnego sprzeciwu. Gdy próbowała sobie przypomnieć całą scenę czuła mętlik w głowie, wszystko się zamazywało, oddalało. Jedynie jego twarz pozostawała wyraźna i przeraźliwie ostra, szczególnie oczy, ogromne i wpatrzone w nią uważnie, pytająco, przenikająco.

Cały czas miała głębokie przeczucie że to nie koniec, dopiero początek. Echem w głowie pobrzmiewały jej jego ostatnie słowa „Nie chcesz tego wiedzieć, ale dowiesz się kim jestem... wkrótce znów się spotkamy, szybciej niż myślisz...” . Co to miało oznaczać? Dlaczego nie chciał jej powiedzieć nic o sobie i czemu zapowiedział że znów się spotkają? Skąd mógł to wiedzieć? Emma nie wiedziała lecz czuła, że mówił prawdę. Że ponowne spotkanie z nim jest nieuniknione. Na tę myśl drżała i odczuwała ogromny strach, lecz również głębokie podniecenie i ekscytację. Bo przecież w głębi serca wiedziała, domyślała się, kim naprawdę jest... świadomość tego była przerażająca i fascynująca zarazem.

 

Nadchodziła noc. Emma stała w łazience, wykąpana i przebrana, patrząc w lustro i oddychając głęboko. Czuła że coś się zbliża, coś nieuniknionego. Z każdym oddechem czuła większy spokój i poczucie wszechogarniającej mocy i siły. Spoglądała prosto w swoje oczy, poważne i ogromne. Co ma być to będzie. Ostatnie spojrzenie, westchnienie i wyszła z łazienki krokiem najpierw niepewnym, potem coraz bardziej zdecydowanym. Weszła do pokoju, zgasiła światło i położyła się. Wokół panowała absolutna cisza i spokój. Nic się nie dzieje, powtarzała sobie. Wszystko jest w porządku. Po prostu śpij...

Zamknęła oczy. Poczuła ogarniające ją zmęczenie. Odprężyła się, czując miękkość poduszki i owijając się kołdrą. Prawie natychmiast ogarnął ją sen, wciągając w wir ciemności, któremu poddała się bez sprzeciwu. Po chwili zasnęła spokojnym snem...

...przebudzenie było natychmiastowe i gwałtowne. Tak jakby ktoś rozkazał jej się obudzić i otworzyć oczy. Ocknęła się i zerwała nie wiedząc co się dzieje, zaspana i nieprzytomna. Jednak już po kilku sekundach poczuła rozprzestrzeniającą się po pokoju elektryzującą energię, identyczną do tej której doświadczyła w lesie w kontakcie ze swoim tajemniczym wybawcą. Teraz była jeszcze silniejsza, w ciągu kilku sekund transformująca jej zaspanie w stan najwyższej gotowości. Ciemność w pokoju zdawała się gęstnieć, tak że nie było kompletnie nic widać. Zza okna nie przedostawała się nawet najmniejsza smuga światła. Emma wyraźnie czuła tuż obok siebie czyjąś obecność, niemalże namacalną, wzrok spoczywający na jej osobie...

Tkwiła w łóżku niezdolna do jakiegokolwiek ruchu, przestraszona i zadziwiona. Jej serce biło szybko. Zrezygnowała z prób przeniknięcia wzrokiem ciemności, zamknęła oczy i pozwoliła mrocznej energii przepłynąć falą przez jej umysł, czekając na rozwój wypadków...

Światło. Pojawiło się tak nagle. Przed jej oczami, oślepiając ją i oszałamiając. Rozświetlające ciemności. Docierające w każdy kąt pokoju. Oraz jej umysłu, ciała i duszy. Zacisnęła powieki jeszcze mocniej i zasłoniła oczy dłońmi, pogrążona w szoku, oszołomiona.

-Emmo... otwórz oczy. - cichy szept rozbrzmiał jej wprost do ucha, nakazujący, syczący, ogarniający ją całą, otulający jak płaszczem. Posłusznie rozwarła powieki i spojrzała wprost w przenikliwą światłość. Wydawała się jaśniejsza niż samo słońce. A jednak już po chwili oczy Emmy dostosowały się do niej. Mogła patrzeć w sam najjaśniejszy punkt, bez mrugania, bez odczuwania żadnego bólu, akceptując to światło, przyjmując je jako część siebie, wpuszczając do swego wnętrza...

-Tak. Jesteś bardzo silna, Emmo. Możesz to znieść. - znów ten głos, głęboki i mroczny, lecz pochodzący prosto ze środka światłości. - Jesteś wyjątkowa...

I wtedy go zobaczyła. Wyłonił się prosto z promieni, emanujący nimi, lśniący swym majestatem, porażający niezwykłym pięknem. Wyglądał o wiele wspanialej niż w lesie – jego uroda była nie do opisania. A te oczy... puste i ciemne wtedy na polanie gdy mierzył ją spojrzeniem, teraz płonęły niczym ogień, zniewalały swą głębią. Był tuż przy niej i uśmiechał się – czarującym, tajemniczym uśmiechem. A ona patrzyła urzeczona, trwając bez ruchu. Czuła ogarniające ją poczucie spokoju, szczęścia i siły. Gdy patrzyła w jego oczy opuścił ją cały strach. Mogłaby patrzeć w nie całą wieczność. Nie potrzebowała już nic innego.

-Witaj. - przemówił znów swym mocnym, wprawiającym w drżenie głosem, i usiadł tuż koło niej. Emmie zaparło dech z wrażenia, a jej całe ciało przeszły dreszcze. Jego obecność była tak elektryzująca.

-Ja... ty... - usłyszała własny głos, dziwnie obcy, głuchy, cichy i drżący lecz zdecydowany. - Wiem kim jesteś – teraz zniżyła głos do szeptu, a słowa same spłynęły jej z ust. - Niosący Światło... O, Gwiazdo Zaranna...

Jej powieki zatrzepotały, gdy wpatrywała się w niego w urzeczeniu. Po jej ostatnich słowach uśmiechnął się szerzej, wyraźnie zadowolony, a jego oczy rozbłysły jeszcze jaśniej.

-Nadzwyczajna wiedza i intuicja. Odwaga. Duma. - wypowiadał słowa powoli, smakując je, nadając ich brzmieniu mroczną głębię. - Tak, jesteś wyjątkowa, choć nie zdawałaś sobie z tego sprawy. Nie bez powodu cię wybrałem...

Zamknęła oczy i z rozkoszą wsłuchiwała się w tę niezwykłą melodyjność jego głosu. Pragnęła by przysunął się jeszcze bliżej, by ją objął, ogarnął całą, poczuć jego dotyk...

-Jesteś... taki piękny – wyrwało się jej, chłonęła go wzrokiem, całą sobą. - To niesamowite, przedstawiają cię zupełnie inaczej. - zmieszała się i umilkła.

-Och, mam wiele postaci. Każdemu mogę ukazać się inaczej, zgodnie z jego wyobrażeniem. Ty podświadomie wyobrażałaś sobie mnie właśnie tak. Śniłaś o mnie najciemniejszymi nocami, marzyłaś o mnie w najgłębszych zakamarkach swojego umysłu, swojej duszy... ona jest moja. Chodź do mnie...

I Emma porzucając wszelkie zahamowania padła w jego objęcia. Uczucie temu towarzyszące było nie do opisania. Jakby rzuciła się w ogień, który jednak jej nie palił a dawał rozkosz i wiedzę o wszelkich tajemnicach wszechświata. Jakby w jednej chwili zrozumiała wszystko, najwyższą prawdę, odkryła sekret istnienia. Przejrzała na oczy, oświecana jego światłem, wnikającym do głębi jej istoty, stapiającym się z jej jaźnią. Jego dotyk był tak cudowny. Tak niezwykły. Wprawiał ją w drżenie i błagała o więcej, chciała być tylko jego, poczuć w sobie jego mroczną esencję...

-Chcesz tego? - wyszeptał, jego oddech był najpiękniejszym zapachem, słodkim i kuszącym jak jego głos i cała jego idealna istota, przywodził na myśl najwspanialsze marzenia i wspomnienia przeszłości. - Czy jesteś gotowa na zostawienie swej przeszłości i podążenie za mną? Bycie mi zawsze wierną i oddaną, przyjęcie wszystkiego co mogę ci oferować, poznanie całej prawdy? Zostań moja, wypowiedz najważniejsze słowa...

-Tak. Och, tak – Emma szeptała gorączkowo, wtulając się w niego mocniej, tkwiąc w jego objęciach, gładząc jego czarne włosy, tak miękkie w dotyku, tak delikatne i lśniące. - Pragnę być twoja, kocham cię i wielbię całą swoją istotą, ofiarowuję ci się w całości, weź mnie, weź moją duszę, me ciało, proszę zabierz mnie gdzie zechcesz...

I poczuła na ustach jego gorący pocałunek, będący przypieczętowaniem jej słów, czuła jak wypala wszystkie jej iluzje, jak jej ciało trawią lodowate płomienie. W następnej chwili wiła się z rozkoszy pod jego dotykiem, ledwo mogąc złapać oddech, wijąc się w spazmach, odczuwając na przemian fale najwyższej przyjemności i piekielnej agonii, ogień pulsujący w jej żyłach połączony z jego świetlistą, życiową esencją rozchodzącą się po całym jej ciele... Byli jednością, nierozerwalną całością, była nim, była sobą, była wolna. Wciąż wpatrzone w jego oczy, pogrążyła się w nich niczym w bezdennej otchłani, głębokim jeziorze, nieskończonej kosmicznej przestrzeni, czuła jak wznosi się coraz wyzej szybując pośród gwiazd, obsypana gwiezdnym pyłem, przemierzając kilometry świetlne, przez mrok kosmosu, naprzód ku światłości słońca... podążała wciąż naprzód, nie bojąc się spalenia, nie bojąc się śmierci. Napływająca fala rozkoszy i błysk światła, oślepiający jak wybuch supernowej, zamknęła oczy i znów nastała ciemność, wciągała ją bezkresna, pochłaniająca czarna dziura, niszcząca jasność, niszcząca wszelkie życie. Nie próbowała stawiać oporu, spadała prosto w wir... i nie było już nic. Ciemność pochłaniająca wszystko..

.

… otworzyła oczy i zdała sobie sprawę że leży we własnym łóżku, spocona, zszokowana, a przez firanki wpada jasne światło dnia. Przez dłuższą chwilę była całkowicie skonsternowana, jakby nie rozpoznawała tego miejsca, nie wiedziała gdzie jest, kim jest, jak się nazywa. Kompletna pustka umysłu. Potem nagle napłynął strumień świadomości i wspomnienia tak gwałtowne że poderwała się do pionu, zszokowana, rozglądając się wokół nieprzytomnym wzrokiem. Pokój tak zwyczajny, pełen bałaganu, szafa, regał na książki, zegar wskazujący piętnaście minut po ósmej. Co się stało? Czy wszystko było tylko snem? Jeszcze przed chwilą wyraźny obraz rozpływał się i zanikał, a ją ogarniała kompletna dezorientacja, gdy siedząc ciągle w łóżku próbowała zrozumieć z tego cokolwiek. Wstała wolno, odsłaniając zasłony i patrząc prosto w słońce które nie oślepiało jej już jak dawniej. Czuła że coś się zmieniło, w niej samej, w jej wnętrzu, że jej życie nie będzie już nigdy takie jak dawniej. Choć było to uczucie trudne do zdefiniowania i sprecyzowania.

Wolnym krokiem wyszła z pokoju, zamknęła za sobą drzwi i udała się do łazienki. Odkręciła twarz i ochlapała twarz zimną wodą. Działała orzeźwiająco i uspokajająco. Powoli zdjęła koszulę nocną i wtedy zobaczyła to. Dokładnie tam gdzie znajdowało się jej serce ujrzała wypalony czarny znak, pieczęć wyglądającą trochę jak skrzyżowanie liter V i X. Wpatrywała się w nią przez dłuższą chwilę, nie wierząc własnym oczom. Przysunęła się bliżej lustra, ciągle nie dowierzając, ciągle nie mogąc wyjść z szoku, mrugała powiekami jakby miała nadzieję że to tylko przywidzenie a znak za chwilę zniknie. Jednak tak się nie stało, przeciwnie, był coraz bardziej widoczny i wydawał się być otoczony promieniującą, jasną aurą. Emma odetchnęła głęboko, przymknęła oczy i powolnym gestem położyła na nim dłoń. Poczuła nagły przypływ bólu, ale nawet się nie skrzywiła i nie cofnęła ręki. Ból minął bardzo szybko, zmieniając się w uczucie przypływu energii i mocy. Poczuła ogarniający jej spokój i siłę – teraz wiedziała i pamiętała wszystko. Jego twarz, jego słowa, odkrycie siebie, zjednoczenie się ze swoim wnętrzem, odkrycie prawdy, swojego celu i przeznaczenia. Znała teraz swoją przeszłość i przyszłość. Znała swoją misję którą musi dopełnić do końca. Uśmiechała się bezwiednie, delikatnie gładząc symbol na swej piersi, przesuwając palcem po jego perfekcyjnie zaznaczonych liniach, czując płynące z niego wibracje, uspokajające ją, pocieszające, rozprowadzające po całym ciele życiową energię, motywującą, inspirującą, dającą siłę i nadzieję. Siedząc w wannie patrzyła na niego cały czas, nie mogąc oderwać wzroku, delektując się swoją ciągle wzrastającą mocą. A jednak wszystko się zmieni, pomyślała wychodząc z łazienki. Nie jestem już tą samą osobą i wszyscy to zauważą.

 

I zauważyli bardzo szybko. Zmiana w zachowaniu Emmy była tak ogromna i niezwykła że nie dawało się jej nie dostrzec. Przejawiała się już w jej wyglądzie. Jej oczy błyszczały, źrenice były rozszerzone, wydawało się jakby kompletnie nie miała kontaktu ze światem. Z dnia na dzień przestała rozmawiać z rodziną i znajomymi, zamknęła się w pokoju, chodziła nieprzytomna, jak w transie, na przemian uśmiechając się do siebie, rozmarzona, to znów ponura i rozdrażniona, reagująca na każde słowo dziwną agresją. Ledwo odpowiadała na pytania, nie słuchając w ogóle co się do niej mówi, nie można było z nią nawiązać żadnego kontaktu.

Rodzice Emmy bardzo martwili się o swoją córkę. Nie mogli zrozumieć skąd taka nagła zmiana. W końcu Emma nigdy nie miała problemów psychicznych a teraz wyglądała jakby była poważnie chora. Albo opętana, ale żadno z nich nie wypowiedziało tak niedorzecznej opinii. Lekarze rozkładali ręce – wszystkie badania nie wskazywały na żadne zaburzenia, chorobę żadne uszkodzenia mózgu. Testy inteligencji wyszły natomiast tak nadzwyczajnie wysokie że nie mogli wyjść z podziwu i szoku – dawno nie spotkali się z tak niecodziennym, zaskakującym przypadkiem. Żaden nie potrafił tego wyjaśnić ani ustalić diagnozy. Rodzice nie przestawali się zamartwiać i wciąż ponawiać tych samych pytań, a tymczasem szkoła huczała od plotek. Wszyscy zastanawiali się co dzieje się z Emmą, wymyślali najróżniejsze teorie. Gdyby tylko znali prawdę...

Czas mijał a nic się nie poprawiało, przeciwnie. Emma zaczęła wyglądać na coraz bardziej szaloną. Prawie przestała jeść, zamykała się w pokoju, całymi wieczorami siedziała przy oknie, wpatrując się w jedną gwiazdę. Mówiła coś do siebie, minę miała zaciętą, jakby wiedziała że coś się zbliża i musi wyjść temu naprzeciw z dumą.

 

I nastał ten szczególny wieczór. Emma siedziała jak co dzień przy oknie, wypatrując i czekając, uważnie, w absolutnym milczeniu. Poprzez tę ciszę do jej umysłu napłynął łagodny, lecz rozkazujacy głos: Emmo, przybądź... już czas... wstań i przyjdź do mnie.

I wstała natychmiast. Machinalnie skierowała się ku drzwiom, wyszła z pokoju, a następnie z mieszkania z niewidzącym wyrazem twarzy, nie reagując na zdziwione pytania rodziców. Zapadł już zmrok, niebo było całkowicie ciemne, oświetlała je tylko jedna gwiazda na wschodzie... Emma podniosła głowę i spojrzała na nią, jej wargi rozchyliły się gdy wyszeptała coś cicho, i ruszyła naprzód, wzrok mając ciągle utkwiony w gwieździe, podążając za nią, oświetlała jej drogę, wyznaczała kierunek... Nie myślała gdzie idzie – po prostu szła, kierowana jej światłem. Szła przed siebie, wkrótce zostawiła za sobą znajome zatłoczone tereny i zdała sobie sprawę że znajduje się na opuszczonej drodze wiodącej do lasu. Tej samej którą szła pierwszy raz. Tej od której wszystko się zaczęło, która doprowadziła ją do miejsca w którym znajduje się teraz.

Wiedziała gdzie ma iść. Mimo ciemności doskonale widziała krętą ścieżkę, na którą padał blask gwiazdy wieczornej, wydobywając z niej dziwne cienie tańczące po bokach drogi układające się w niesamowite i potworne kształty. Dziewczyna nie czuła żadnego strachu, idąc pomiędzy nimi, potężna moc światłości była w niej i wszędzie dookoła. Wiedziała co nią kieruje, gdzie ma iść, co jest jej przeznaczone. I szła pewnie wiedząc że jest coraz bliżej tego miejsca, miejsca w którym spotkali się po raz pierwszy. Owej mrocznej, ponurej polany, zapomnianej przez świat.

Już widać coraz silniejsze światło, przebłyskujące zza drzew. Słychać głosy, jakby chóralne śpiewy i zawodzenie. Coraz bliżej... i jej oczom ukazało się wielkie ogień płonący na polanie, tłum osób zebranych w kręgu wokół ołtarza, w czarnych szatach, unoszących wysoko ręce i wyśpiewujących niezrozumiałe słowa...

Nagle wszyscy umilkli, jakby równocześnie zdali sobie sprawę z przybycia Emmy, która stała na skraju polany, jej ciemny strój wtapiał się w drzewa, a ona wpatrywała się w widziane sceny szeroko otwartymi oczami. Blask ognia padł na jej twarz – bladą, zdecydowaną, jej oczy rozszerzone i błyszczące od wewnętrznego płonącego w niej płomienia, znacznie silniejszego niż ogień płonący na ołtarzu.

-Witaj, Emmo – odezwała się jedna z osób o kobiecym, wysokim głosie, wystąpiła z kręgu i zbliżyła się do Emmy. Nie widziała jej twarzy, ukrytej w cieniu czarnego kaptura, jednak czuła na sobie jej uważne spojrzenie, przypatrywała się jej w milczeniu dłuższą chwilę. - Podejdź bliżej, nie masz się czegoś bać, jesteś wybranką, dostąpisz wielkiego zaszczytu.

I Emma odetchnęła głęboko, po czym wyszła zza linii drzew, z bezpiecznej ciemności prosto na polanę, mając wrażenie jakby szła prosto w ogień. Płomienie buchnęły wyżej, przysłaniając na chwilę wszystko dookoła, a za chwilę rozległy się głośne, radosne okrzyki. „Nareszcie nastała noc naszego triumfu! Tu i teraz dopełni się nasze przeznaczenie! Nasze zwycięstwo!”

-Chodź... podejdź bliżej – głos wydawał się teraz dobiegać z całego tłumu, syczący i ponaglający. - Chodź i połóż się...

Posłusznie wykonywała każde polecenie. Znajdowała się już w środku kręgu, zbliżając się w stronę wielkiego kamiennego czarnego ołtarza. Położyła się na nim posłusznie, czując lodowaty chłód marmuru, pozostając jednak na niego doskonale obojętna. Rozłożyła szeroko ręce i wolno przymknęła powieki. Wokół narastały okrzyki i śpiewy. Przez dłuższą chwilę szalały z niewyobrażalną mocą, euforia tłumu przechodziła wszystkie granice. Stopniowo uciszały się i przechodziły w coraz cichsze i wolniejsze słowa, wypowiadane przez cały krąg jednogłośnie, rytmicznie i monotonnie. Niezrozumiałe, brzmiące groźnie i mrocznie słowa.

Wszystko robiło się coraz bardziej ciche i odległe. Emma miała wrażenie że wszystkie odgłosy docierają do niej jak zza muru. Że zapada się w ciemność, która wchłania ją całą i przenosi mile stąd. Doskonały, najgłębszy rodzaj czerni.

Otworzyła oczy i ujrzała najprawdziwszą nicość. Pustkę w której znajdowała się zupełnie sama i która przenikała każdą mikrokomórkę jej ciała. Unoszące się w powietrzu lodowate zimno śmierci, cierpienia i nienawiści. Strach chwytający za gardło jak bestia przyczajona w najmroczniejszych zakamarkach tego opuszczonego, przeklętego miejsca.

-Wiesz, gdzie jesteś – usłyszała głos dopływający z jej wnętrza, prosto z jej umysłu i przepełniający całą jej jaźń. - Musisz przez to przejść. To twoja ostatnia droga. Ostatnia próba. Idź i stań się! Znaj siebie!

Emma zamrugała i rozejrzała się wokół siebie. Głos ucichł, a wokół panowała niczym niezmącona, przerażająca cisza. Pozornie nic się nie zmieniło, a jednak... Uczucie paraliżującego strachu i rozpaczy rozpływało się zastępowane przez wrażenie wewnętrznej siły i mocy. Jakby przypomniała sobie kim jest, wiedziała co ma robić.

Jeszcze kilka głębokich wdechów i ruszyła naprzód. Prosto przed siebie, w nieznane, w najgłębszy mrok. Który Przestał być tak przerażający a ona miała wrażenie że potrafi widzieć poprzez niego. Że widzi światło, wskazujące jej drogę. Światło wewnątrz niej. Jej własny blask, który był ukryty tak dawno. Poruszała się ostrożnie, powoli, lecz coraz pewniej przez tą mroczną ścieżkę, spowitą ukrytymi w głębi istotami, które przyczaiły się i w milczeniu obserwowały idącą dziewczynę, obserwując i czekając...

Poczuła nagle ból, który w sekundzie przeszył jej całe ciało. Ból nie do opisania i nieporównywalny do niczego innego. Miała wrażenie że każda jej tkanka, każda komórka płonie i jest rozrywana na najdrobniejsze kawałeczki. Rozdzierający krzyk agonii. Czy wydobywał się z jej własnych ust? Czy to rozpaczliwe wołanie o pomoc milionów potępionych? Jej umysł mimowolnie sformułował to pytanie, gdy przyciskała ręce do uszu chcąc zagłuszyć ten przeraźliwy wrzask, rozrywający jej czaszkę i zadający jej ból psychiczny jeszcze większy niż ten fizyczny – o ile to w ogóle możliwe. Bo jak zmierzyć granice bólu? Chaotyczne, splątane myśli i dziwne kształty kłębiły się w jej głowie gdy upadła na twardy bruk drogi którą kroczyła, gdy leżała w ciemności wijąc się w agonii, pogrążając się w niej coraz bardziej, z każdą chwilą coraz bardziej osłabiona. Jej umysł ciągle próbował walczyć, jednak nie była już w stanie, zamknęła oczy i poczuła jak wszystko znika, ból odpływa a ona sama pogrąża się w odmętach totalnego mroku.

Nie wiedziała co się dzieje. Nie wiedziała ile czasu minęło. Czy w ogóle istniało tu pojęcie czasu? Przestrzeni? Tu była tylko pustka i ciemność, w którą opadała, coraz niżej. Jej bezwładne ciało pozbawione czucia. Włosy rozwiane lodowatym wiatrem, rozpaczliwie uderzające w twarz, w oczy. I przeraźliwa cisza...

...z której nagle wyłoniło się tysiące kształtów. Splątanych, chaotycznych, niezrozumiałych, wywołujących terror swą obecnością. Tysiące przeraźliwych, koszmarnych dźwięków. Przywołujące najgorsze wspomnienia jej życia, które w ciągu milisekundy przesunęły się jej przed oczami niczym czarna taśma filmowa. Zapełniły szczelnie jej umysł. Wokół przewijały się się wypaczone obrazy, tak bardzo fałszywe a wyglądające tak rozpaczliwie realne. Oto jej rodzice, patrzący na córkę z pogardą w oczach, zimny, szyderczy uśmiech na ich ustach. „Nie kochamy cię” wycedziła jej matka, jej dobitny głos wwiercał się w uszy i mózg Emmy jak imadło. „Nigdy cię nie potrzebowaliśmy. Byłaś tylko kulą u nogi, zniszczyłaś wszystkie moje plany. Lepiej byłoby gdybyś nigdy się nie narodziła!”

Łzy płynęły z oczu Emmy strumieniami. Z każdej strony widziała, czuła na sobie złośliwe, nienawistne spojrzenia, życzące jej śmierci, chcące jej cierpienia. Tysiące istot szepczących jak bardzo jest bezwartościowa. Jak bardzo nikt jej nigdy nie chciał, nie kochał, nie potrzebował. Tak bardzo chciała by ten koszmar już się skończył. Zostawcie mnie, błagała zaciskając powieki, skulona i żałosna na dnie otchłani. Chcę umrzeć. Nie wytrzymam tego dłużej. Jestem już martwa.

Walcz! - jej pogrążony w ciemnościach umysł jak błyskawica przeszył krótki, ostry impuls. - Nie możesz się poddać, walcz do końca!

Do końca? Ale to przecież już jest koniec końców. Osteczny kres, bezbrzeżna pustka, przeraźliwy ból, totalna bezsilność. Co może zrobić? Jak może dalej walczyć, co może zrobić przeciwko tak potężnym siłom? Kim ona jest? Nikim. Bezwartościowym pyłem, robakiem rozgniatanym na drobne części na dnie czeluści.

„Wstań i idź!” znów ta myśl jak błyskawica, rozkazujący głos prosto z jej wnętrza, nieznoszący sprzeciwu, elektryzujący impuls, zmuszający ją do drgnięcia i przebudzenia z tego koszmaru. Podniosła głowę i zacisnęła zęby. Przecież przyrzekła sobie, że się nie podda. Że przejdzie tę próbę. Pokażę wam, wyszeptała bezgłośnie. Udowodnię co potrafię. I podźwignęła się z trudem. Nadludzkim wręcz wysiłkiem zaczęła pełznąć przez mrok. Każdemu ruchowi towarzyszył ból przeszywający na wylot, palący żywym ogniem. Jednak wciąż posuwała się dalej z przerażającym wręcz uporem i zaciekłością, ignorując spowijające ją groźne cienie, dławiące ją, syczące i pragnące powstrzymać ją za wszelką cenę. Ona jednak nie zamierzała już im ulec. Mimo bólu, mimo beznadziejności sytuacji czuła się coraz pewniej, jakby głos płynący z jej wnętrza dodał jej otuchy, przypominając o płonącym w niej czarnym płomieniu. Naprzód, ciągle naprzód...

Atmosfera wokół zaczynała się zmieniać. Lodowate zimno wypełniające zostawało wypierane przez duszne, dławiące gorąco. Coś nadchodziło. Istota znacznie potężniejsza niż wszystkie napotkane na drodze demoniczne cienie. Poczucie grozy narastało, chwytając za gardło i nie pozwalając oddychać. Zza zakrętu wyłaniał się powoli gigantyczny ciemny kształt, bestia z najgorszych koszmarów, wyglądająca jak baśniowy smok ziejący ogniem, olbrzymi, pokryty łuskami i trzepoczący ogromnymi skrzydłami – tyle że nie było w nim nic baśniowego. Potwór zbliżał się powoli do drżącej dziewczyny, świdrując ją jaskrawo żółtymi ślepiami i wyraźnie ciesząc się z jej strachu. Odchylił łeb do tyłu i wydał z siebie głośny ryk, wprawiający wszystko wokół w drżenie. Ziemia trzęsła się pod stopami Emmy, a przenikliwy hałas świdrował jej czaszkę. Smok zbliżał się coraz bliżej, patrząc na nią wrogim, okrutnym wzrokiem zapowiadającym rychłą śmierć. Wszystko wokół wydawało się krzyczeć że nie ma żadnych szans. By próbowała ostatniej, rozpaczliwej ucieczki by ocalić swe życie, albo pogodziła się ze śmiercią. Emmie łzy napłynęły do oczu. Sytuacja była bez wyjścia. Mogła próbować uciekać albo paść na podłogę czekając na nieuchronny, bolesny kres. A potem nie będzie już nic.

Wtedy jej wzrok padł na wypalony, czarny symbol na swojej piersi. Teraz wydawał się jaśnieć, rozświetlać panujące wokół ciemności. Gdy na niego patrzyła, jej myśli ponownie przeszył jakby świetlisty impuls. Nagłe zrozumienie, że to ona panuje nad sytuacją która rozgrywa się w głębi jej umysłu. To ja go kontroluję, to ja mogę to kształtować zgodnie ze swoją wolą. Uświadomienie tego było nagłym oświeceniem. poczuła niesamowitą siłę i odwagę przenikającą każdy element jej ciała.

Podniosła głowę dumnym gestem i wyzywająco spojrzała prosto w ślepia potwora. Nie spodziewał się tego i widać było że zbiło go to z tropu. Nie masz już nade mną władzy, pomyślała, jesteś jedynie iluzją, która zostanie zniszczona. Moją wolą jest byś zszedł z mojej drogi.

Na jej oczach że postać smoka na jej oczach robi się coraz mniejsza, jakby uchodziło z niego wszelkie życie, wszelka potęga. Teraz to on cofał się z przerażeniem, kuląc się i wydając okrzyki bólu. Stawał się coraz mniej wyraźny, jego kontury zaczęły się rozpływać i rozmywać w ciemności, stając się coraz bardziej niewidoczne. Po chwili całkowicie zniknął, jakby wessany w czarny wir. Ponownie zapanowała martwa cisza.

Emma odetchnęła z ulgą i satysfakcją. Poczuła ogarniające ją wielkie wyczerpanie. Była już naprawdę u kresu sił. Znów zachwiała się, nie mogąc utrzymać równowagi i osunęła się na ziemię. To już prawie koniec, przemknęło jej przez myśl gdy ponownie zapadała się w ciemność, mając uczucie bycia wchłanianą w czarną dziurę. To koniec...

 

...stała w wielkiej, ciemnej sali na podłodze w szachownicę. Na jej środku płonął czarny ogień, oświetlając całe pomieszczenie mrocznym, niepokojącym światłem. Zmrużyła oczy, całkowicie oślepiona – po tak długim czasie przebywania w kompletnej ciemności najdrobniejszy promień sprawiał jej ból. Po chwili intensywnego mrugania powiekami zdała sobie sprawę że może już patrzeć prosto w ogień, że nie może oderwać od niego wzroku, hipnotyzował ją, fascynował, przyciągając bliżej do siebie. Iskrzące czarne płomienie...

Podchodziła coraz bliżej, wpatrzona w nie, stojąc tuż przy ogniu, czując bijącą od niego moc i energię. Niemal bezwolnie wyciągnęła przed siebie rękę, dotykając płomienia, cofnęła ją po chwili ze strachem i zamrugała powiekami. Odsunęła się na chwilę przestraszona, jednak potęga ognia ciągle ją wzywała, jakby ktoś wypowiadał jej imię... Wiedziała co ma zrobić. Znów jasny impuls przeciął jej umysł jak błyskawica, układając się w wyraźnie zrozumiałe słowa.

„Wejdź w ogień samopoznania, on cię nie spali... spali tylko to czym nie jesteś”

Spojrzała na symbol na swojej piersi. Wydawał się jaśnieć bardziej niż kiedykolwiek, emanował niezwykłą mocą. Emma pogładziła go lekko, wzięła głęboki oddech i weszła prosto w czarny ogień. Uczucie które temu towarzyszyło było czymś nie do opisania. Początkowo poczuła potworny ból, gdy płomienie pochłaniały jej istotę, sięgając coraz wyżej. Coraz wyżej, ogarniały jej ciało, ogarniały jej duszę. Ile trwała pierwsza faza agonii, przerażenia i rozpaczy, nie miała pojęcia. Lecz stała dumnie wyprostowana, a jej wzrok padł na wypaloną pieczęć, który stawała się coraz czarniejsza, jak sam ogień wokół niej. Ulegała transformacji, wydawała się rozpuszczać w płomieniu, stając się jego częścią. Tak jak i ona sama, czuła że ból zanika i odchodzi, razem z wypalonymi przez płomień iluzjami i ograniczeniami które powstrzymywały ją przez całe życie przed spełnieniem swojej prawdziwej woli. Razem z jej człowieczeństwem...

Stawała się boginią. Właśnie tutaj, właśnie teraz. Zmierzyła się z własnym umysłem i wygrała. Stała się jego panią, kontrolującą własną rzeczywistość. Dotarła wreszcie do kresu drogi wydającej się niemożliwą do pokonania. Pokonała ją, a teraz transformacja była kompletna. Wzniosła ręce, czując jak czarny płomień ostatecznie przenika do jej duszy, by płonąć w niej na wieczność. Była nieśmiertelna, a jej odrodzenie obserwował cały wszechświat, drżąc przed jej potężną mocą. Żadna siła nie była teraz w stanie jej zniszczyć. Nikt nie śmiałby wejść jej w drogę. Oto ona – Pani Czarnego Płomienia...

-Witaj ponownie – usłyszała głos szepczący jej do ucha. Ten cudowny, spokojny, głęboki i mroczny głos który tak często słyszała. Który rozkazywał jej się nie poddawać i walczyć do końca. Który dodawał jej siły gdy ból wydawał się nie do wytrzymania. Który cały czas trzymał ją przy życiu... i zaprowadził do tego gdzie i kim była teraz. - Wyczekiwałem cię z niecierpliwością. Wiedziałem że uda ci się tu dojść i przebudzić mój dar w swoim wnętrzu - wieczny, nigdy niegasnący czarny płomień oświecenia, który wskazywał ci drogę cały ten czas. Wiedziałem że jesteś wyjątkowa i godna tego by stać się równą mnie. Masz silniejszą wolę niż myślałem. Jestem z ciebie dumny, Emmo...

Stał tuż przy niej, uśmiechając się, piękniejszy niż kiedykolwiek. W jego olbrzymich ciemnych oczach dostrzegła szacunek, podziw i... miłość. Odwzajemniła się tym samym, podchodząc do niego i rzucając mu głębokie spojrzenie. Tak stali, chłonąc się wzrokiem, radując się swoim spotkaniem i bliskością, dwie piękne i potężne istoty. Przez dłuższą chwilę nic nie mówili, w milczeniu kontemplując magię tej chwili. W końcu on powoli wyciągnął rękę i odgarnął jej włosy, delikatnym i troskliwym gestem.

-Emmo... - uwielbiała sposób w jaki wymawiał jej imię, przeciągając je i nadając mu niesamowite brzmienie. - Teraz już zawsze będziemy razem. Ty i ja. Od początku byłaś ze mną związana, a teraz jesteś taka jak ja. Dziel ze mną ten los... przez wieczność.

Stali w ogromnej, bogato zdobionej, mrocznej sali. Czarny ogień wciąż płonął pośrodku, taki sam jaki płonął w sercach ich obu. Jego blask padał na wysoki czarny tron i wiodącą do niego drogę wyłożoną krwistoczerwonym dywanem. Emma zatrzymała się na chwilę, rozglądając się dookoła, jakiejś części ukrytej wewnątrz niej wciąż było trudno uwierzyć w to kim się stała, w to co ją otaczało. Obserwowała jak jej towarzysz oddalił się i dumnym, pewnym krokiem podszedł do tronu i zasiadł na nim, emanując aurą niesamowitego majestatu i blasku. Oparł się o oparcie, odchylając głowę w tył, odgarnął włosy i kiwnął na nią zachęcająco. Emma zaczęła powoli iść w jego kierunku. Chwilowe onieśmielenie szybko znikło, w jej duszy płonął teraz czarny płomień, nie była już nieśmiałą, przeciętną nastolatką – przez pewien czas jeszcze będzie musiała sobie to przypominać. Zajęła miejsce na tronie przy jego boku. Swoje miejsce, od dawna jej przeznaczone. Była teraz mroczną boginią, rezydującą za najgłębszą ciemnością i lśniącą najjaśniejszym światłem. Jak on, ten którego zwą zarówno Księciem Ciemności i Panem Światła, przynoszącym oświecenie tym którzy go poszukują. Siedzieli obok siebie, dwie zjednoczone dusze rozpalone przez odwieczny czarny płomień, złączone na wieczność, pełne mocy. Trzymali się za ręce i siedzieli w milczeniu obserwując trzaskające płomienie sięgające coraz wyżej, i wyżej...

-Jestem taka szczęśliwa. - wyszeptała Emma niespodziewanie, wtulając się w niego mocno i wdychając jego cudowny zapach. - Wciąż trudno mi uwierzyć w to co się dzieje, kim jestem. Odnalazłam swoje prawdziwe miejsce. Ja... kocham cię ponad wszystko. Ponad życie. Słowa nie wyrażą, jak wielka jest moja miłość do ciebie.

Nie odpowiadał dłuższy moment, przytulając ją mocno i gładząc delikatnie jej włosy. Jego twarz była nieprzenikniona, gdy w końcu odezwał się cicho:

-Rozumiem, co czujesz. Moje uczucia są równie silne. Jednak nie potrafię ich nazwać ani opisać. Nie leży to w mojej naturze.

Zamilkł i odwrócił wzrok. Widać było że chce coś dodać i zastanawia się jak to właściwie sformułować. Emma spoglądała na niego z wyczekiwaniem, uśmiechając się zachęcająco. On patrzył przed siebie i zbierał słowa. Obrócił się do niej powoli i popatrzył jej głęboko w oczy.

-Widzisz, Emmo... jesteś naprawdę wyjątkowa. Jedynie ty byłaś godna, żeby zająć miejsce obok mnie na tronie... i w moim sercu. Budzisz we mnie uczucia których nie odczuwałem od milionów lat. Trudno mi o nich mówić. Przez wieki odczuwałem jedynie cierpienie, pustkę i ból. I nienawiść. Aż pojawiłaś się ty. Przywracając mi nadzieję i wnosząc w moje życie prawdziwe szczęście. Cieszę się, że mogę je dzielić z tobą. Mam nadzieję, że zawsze będziesz szczęśliwa. Ty, ja... - zawahał się, po czym dodał uroczystym tonem: - I nasze dziecko. Dziecko Nowej Ery. To ono odmieni ten świat.

Emma zesztywniała.

-Dziecko...?

 

***

 

Na leśnej polanie pieśni rozbrzmiały z nową siłą, gdy stara kobieta pochylała się nad młodą rodzącą dziewczyną. Głosy niezliczonego tłumu niosły się poprzez noc, pchane przez wiatr dalej i dalej, zwastując światu zapowiedź nagłych i nieoczekiwanych zmian. Zawodzące, monotonne śpiewy mieszały się z przeszywającymi krzykami bólu dziewczyny. Wszyscy wpatrzeni byli w kobietę, która zsunąwszy z głowy kaptur stała nad dziewczyną rozciągniętą na ołtarzu, zasłaniając ją przed oczami tłumu. Nie widzieli co dokładnie się działo. Słyszeli coraz bardziej rozpaczliwe okrzyki i stęknięcia dziewczyny i ciche dopingowanie jej przez akuszerkę. Nagle zapanowała całkowita cisza, jakby wszyscy wstrzymali oddechy. Dziewczyna zaczynała rodzić w milczeniu. Zacisnęła zęby i parła, parła... Ostatni rozpaczliwy wysiłek, ostatni głęboki oddech i jej głowa opadła bezwładnie a powietrze przeszył krótki dziecięcy płacz. Po chwili spragnionym oczom zgromadzenia ukazał się widok na który tak długo wyczekiwali. Na ich oczach wypełniał się odwieczny plan, realizowała przepowiednia. Wbili wzrok w kobietę na środku polany, najwyższą kapłankę, która ponownie zarzuciłą na głowę kaptur i powolnym gestem obróciła się do nich, trzymając na rękach nowo narodzone, płaczące dziecko. W całkowitym milczeniu wzniosła je do góry uroczystym gestem, ukazując je im – najbardziej oddanym wyznawcom Niosącego Światło, Tym którzy wyrwali się z więzów jakie im narzucono, by odkryć i rozpalić w swoim wnętrzu czarny płomień oświecenia.

-Wykonało się. - jej głos był podniosły i wprawiający w drżenie. - Powitajcie Jego syna, na którego wszyscy czekaliśmy. Nareszcie przyszedł, by ostatecznie oczyścić ten świat z fałszu i iluzji. Przynieść światło ludzkości. Oddajcie mu cześć!

Zgromadzenie wpadło w euforię. Polanę rozdarły niezrozumiałe okrzyki pełne szczęścia i ekstazy. Niektórzy ponownie zaczęli śpiewać, inni tylko krzyczeli na całe gardło, wyrażając swój zachwyt i upojenie chwilę. Zapanował całkowity chaos, wszyscy przepychali się chcąc dostać się jak najbliżej noworodka w którym pokładali tak wielkie nadzieje. Każdy chciał go dokładnie obejrzeć, dotknąć, przytulić, pokłonić się z szacunkiem. Bezładnie cisnęli się naprzód w kierunku kobiety, otaczając ją ścisłym kręgiem, wyciągając ręce do trzymanego przez nią dziecka które wybuchło przeraźliwym płaczem, nie rozumiejąc co się dzieje.

-Cofnijcie się! - wycedziła ostrym głosem kapłanka, przyciskając do siebie dziecko ochronnym gestem. - Straszycie go. Ktokolwiek zrobiłby mu jakąkolwiek krzywdę... gorzko tego pożałuje.

Groźba podziałała. Tłum cofnął się o krok, zachowując dystans, jednak wciąż nie spuszczając pełnego zachwytu wzroku z dziecka. Było niezwykłe piękne. Kruczoczarne loki okalały jego drobną twarzyczkę, która choć zapłakana i skrzywiona była absolutnie, nieziemsko wręcz piękna, z iedalnymi nieskazitelnymi rysami. A jego oczy, chociaż zalane łzami, lśniły prawdziwym, jaśniejącym blaskiem. Jak u jego ojca...

Jego płacz ściskał za serce. Było w nim coś przejmującego, odmiennego od zwykłego dziecięcego płaczu. Kapłanka przytulała go mocno, próbując uspokoić, w dalszym ciągu nie pozwalając nikomu się zbliżyć. Czuła jak chłopczyk w jej ramionach stawia zdecydowany opór, wijąc się jakby chciał uciec. Jego nieufność i niechęć do niej była zauważalna i odczuwalna. Na chwilę przestał płakać i spojrzał jej prosto w oczy. Jego spojrzenie zaparło jej dech w piersiach. Było takie... chłodne i nieludzkie. Odwróciła wzrok, czując się odepchnięta, zmieszana i bezsilna. Nie spodziewała się tego. Nikt się nie spodziewał.

-On chce do matki! Zapomnieliśmy o niej!- krzyknął młody, kobiecy głos gdzieś z dalszej części tłumu. Wszyscy jak na komendę obrócili się i wpatrzyli w jasnowłosą, szczupłą dziewczynę, która zaczerwieniła się widząc uwagę tak wielu osób skoncentrowaną na niej, szczególnie najwyższej kapłanki która popatrzyła na nią, unosząc brwi. Zaczerpnęła oddechu i kontynuowała: - Nie powinniśmy od razu odbierać go od matki. Zwłaszcza że to ona jest wybranką, a my natychmiast przestaliśmy zwracać na nią uwagę. Jestem pewna, że jeszcze żyje. I że to ona powinna wybrać jemu imię – w końcu to jej syn.

Zamilkła gwałtownie i spuściła głowę, jakby przestraszyła się swojej śmiałości. Ludzie wydawali się być poruszeni jej słowami, zapanowało wśród nich skonsternowanie i niespokojne szepty. Większość od razu zdała sobie sprawę, że dziewczyna ma rację. Kapłanka stała ze zmarszczonymi brwiami, niezdecydowana jaką decyzję podjąć. W końcu jakby ocknęła się z letargu i szybkim krokiem cofnęła się do ołtarza, na którym wciąż płonął czarny ogień i gdzie obok leżała nieprzytomna, zakrwawiona dziewczyna. Nie powinniśmy jej tak zostawiać, przemknęło jej przez głowę i poczuła nagły wstyd. Ostrożnie pochyliła się nad dziewczyną i złożyła w jej ramionach zapłakane dziecko. W tym momencie jego płacz raptownie ustał, a na jego ustach pojawił się najprawdziwszy, szczęśliwy uśmiech. Przylgnął do swojej matki, wtulając się w nią z wyraźnym zadowoleniem. Jego małe rączki pogładziły ją po rozsypanych bezwładnie włosach, po jej bladej twarzy...

Powieki dziewczyny zatrzepotały. Jej oczy otworzyły się jakby mechanicznie. Wydawały się puste i pozbawione życia. Jednak gdy dostrzegła swoje dziecko, rozbłysło w nich największe szczęście, a na ustach pojawił się zmęczony uśmiech. Patrzyła na jego słodką twarzyczkę o rysach jego ojca i jego oczy – swoje oczy. Patrzyły na nią z miłością i oddaniem. Wydała z siebie nieartykułowany dźwięk – ni to szloch, ni to śmiech. Na przemian płacząc i się śmiejąc, ukryła twarz w lokach swojego synka i wyszeptała cichutko:

Moje dziecko... nie mogę w to uwierzyć. Jesteś moim słońcem. Słońcem tego świata. Jesteś najwyższym cudem... - jej głos się łamał, czuła jak zostaje jej coraz mniej czasu. - Będziesz się nazywać Damien. I wiem, że dokonasz wielkich rzeczy, byśmy byli z ciebie dumni – ja i twój ojciec. Dokończysz jego dzieła...

 

Wsparła się na łokciu i ruchem ręki przywołała do siebie kapłankę, przekazując jej swoją ostatnią wolę. Po czym po raz ostatni mocno przytuliła swojego syna, powoli zamknęła oczy i znieruchomiała ponownie. Na jej twarzy zastygł szeroki uśmiech pełen szczęścia i spełnienia. Kobieta pochyliła się nad nią i ostrożnie wyjęła dziecko z jej rąk. Już nie protestowało i nie płakało, gdy wzięła je w swoje ramiona. Patrzyło na nią poważnie, a jego spojrzenie było pełne głębi i mądrości wszechświata. Ponownie stanęła przed tłumem, tuląc do siebie niemowlę i wyrzekła:

Jego matka odeszła do Królestwa naszego Pana. Nie istnieje już w materialnym świecie, stała się żywą, nieśmiertelną boginią. Osiągnęła punkt, do którego wszyscy zmierzamy i do którego dążymy. Przed odejściem pojednała się ze swoim dzieckiem, Jego synem i wyraziła swoją wolę co do jego imienia. Jej wola jest święta, zatem... powitajcie Damiena. - z tymi słowami ponownie wzniosła dziecko w górę podniosłym gestem, obracając się z nim dookoła by każdy mógł je zobaczyć. Tłum ponownie wpadł w esktazę. Okrzyki „Ave Damien!” wypełniły powietrze. Kapłanka ponownie musiała chronić dziecko przed jego stratowaniem w tym ferworze. Ludzie wpadli w szał i nie mogli się uspokoić. Ekstatyczny śmiech mieszał się z histerycznym szlochem. Ktoś krzyczał, wznosząc ręce ku gwieździe na niebie. Ktoś padł na ziemię, szepcząc żarliwe modlitwy mając nadzieję, że ten ku którego chwale się zebrali, usłyszy i wysłucha jego błagań. Wszyscy czuli przepełniającą ich moc i energię bijącą od tego niezwykłego dziecka. Jednego małego niemowlęcia, mającego już wkrótce odmienić losy całego świata.

Przy ołtarzu martwe ciało dziewczyny ociekało krwią. Na jej twarzy wciąż malowało się szczęście i uniesienie. Jej przebóstwiona, mroczna dusza zasiadała teraz na najwyższym tronie w głębi otchłani. W sali rozświetlonej wiecznym czarnym ogniem. Światłość w ciemności...

 

Jej ciała nigdy nie znaleziono.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • detektyw prawdy 21.07.2017
    Na jej oczach że postać smoka na jej oczach robi się coraz mniejsza powtorzenie



    Co do opowiadania...jestem w prawdziwym szoku. Dawno nie czytalem tak dobrego opowiadania na tej stronie.... bez zadnych klotni mozna stwierdzic ze to opko to horror miesiaca. 5, dalbym ci 10, ale nie mozna, szkoda

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania