Świeczka z numerem 1
Z perspektywy czasu widzę, że nie było dla mnie ratunku.
Nie istniał logiczny powód, dlaczego się tak czułem. Inaczej, dlaczego od zawsze się tak czułem. Niewdzięczność, lenistwo, na koniec oskarżanie samego siebie. O co? To nie miało znaczenia.
Najgorsze z tego wszystkiego - samotność. Ciągła i nieustająca. Choć inni do mnie lgnęli, ja uciekałem.
Bałem się samotności, a robiłem wszystko, żeby zostać sam. Nawet w różne święta, jak dzień moich urodzin nikogo nie zapraszałem, po czym z bólem w sercu spędzałem je samotnie.
Nie wiedziałem, jaki był tego powód. Tak samo nie wiedziałem, jak w mojej ręce znalazł się ten pistolet.
Pomimo kakofonii złożonej z pisku tramwajów, klaksonów aut i radia któregoś z sąsiadów, w tym momencie nastała jakby cisza. Po czym huk. Może któremuś z sąsiadów coś spadło. Czy jakiś dzieciak na osiedlu wystrzelił diabełka. A może tylko mi się wydawało. Rozbryzg krwi niefortunnie trafił karykaturę mojego tortu urodzinowego, gasząc przy tym świeczkę ósemkę. Słaby płomyk nad tą drugą żałośnie oświetlał pomieszczenie przez następną godzinę lub dwie. Może trzy. Świeciła jak do mieszkania weszła moja mama. Świeciła gdy dołączyła do niej policja. Za oknami było już ciemno, a ona nadal świeciła. Tak, jak to mogłem być ja. Świeczka z numerem jeden. To mogłem być ja.
Komentarze (2)
Świecisz, jasno. Dziękuję.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania