Święta krowa
Betowen nie był planowany. Po prostu trafił do Mnie ze zdjęcia, na którym jego smutne oczęta mówiły: „Proszę, kochaj mnie”.
Z jego przybyciem wiąże się zabawna historia. Starszy ma wielką pasję, którą dokumentuje w social mediach. Kiedyś wynajął ekipę filmowców i nagrał filmik, który przez rok hulał w necie. Ktoś go zobaczył, zapragnął czegoś, co miał mój syn, a że sam prowadził hodowlę piesełów, doszło do wymiany. I tak, w ramach rozliczenia, Betowen zjawił się w naszym życiu.
Ojjjj, co to był za czas! Z każdym dniem psotom nie było końca.
– A po co Wam taka krowa? Wiadro żarcia pewnie schodzi?
Boszeeee, przecież MY GO KOCHAMY! Co mnie obchodzi, że kilo dwieście karmy dziennie pozjada, byle był zdrowy!
Pierwsza jesień, zima, wiosna, lato… Ojjj, BYŁO WARTO!
W jego rude futro wypłakiwałam oczy, kiedy babcia odeszła. Po prostu był. A czasem właśnie tyle wystarczy.
Dziś zakładam kalosze i włóczymy się po chaszczach, łąkach, zagajnikach i drogach. Uwielbiam, gdy stoimy na środku rzeki i razem zagapiamy się w zachody słońca. On chłonie ciszę, patrzy w niebo, a ja idę jego tropem.
No dobra, ale kiedy idę za nim, mam wrażenie, że pampers opadł mu do kolan! Śmiesznie stąpa, a mnie od razu cieszy się buzia.
A kiedy wracam z pracy? Oooo, wtedy dopiero jest przedstawienie! Wita mnie, podskakując jak kangur. Najwidoczniej te kilka godzin beze mnie to dla niego cała wieczność!
Kiedy zostaje sam, mówię: – Pilnuj i bądź grzeczny!
A on? Przesypia całe godziny!
Gdy dzwony biją w kościele, odśpiewuje swoje utwory, a chrapie jak smok, aż cały dom trzeszczy. Czasem nie wiadomo, czy to jeszcze pies, czy jakiś chłop stary.
Ma też piękne oczy, takie jak u cielaka. Wielkie, ufne, rozbrajające. A ogonek? Początkowo krótki, zakręcony jak u świnki, dziś jest wielkim, trójkolorowym pióropuszem.
Nie cierpi kotów i jeży. Te jeże to tragedia! On chyba myśli, że to maskotki, a ja mam wtedy trening siłowy.
Betowen to mój katalizator spokoju. Mój towarzysz wędrówek, kompan od zachodów słońca, pocieszyciel w smutku, domowy śpiewak i chrapiący smok w jednym.
A wiecie, co jest w tym wszystkim najpiękniejsze?
Betowen pojawił się w naszym życiu, kiedy dzieci wyfrunęły z gniazda i poszły na swoje. To był czas, który przyniósł coś nowego. Mnóstwo radości, śmiechu, przygód i zupełnie innych codziennych rytuałów.
Nie zastąpił nikogo. Po prostu wniósł do naszego życia coś pięknego.
Dziś trudno mi wyobrazić sobie codzienność bez tego rudego gagatka. Nie wszystko w życiu trzeba planować. Czasem najpiękniejsze rzeczy przychodzą niespodziewanie, na czterech łapach, z oczami jak u cielaka i apetytem, który potrafi zrujnować domowy budżet.
Podobno jestem jego człowiekiem.
I wiecie co? Chyba coś w tym jest.
Bo kiedy idę za nim przez chaszcze, kiedy stoimy razem na środku rzeki i patrzymy na zachodzące słońce, czuję, że właśnie w tych zwyczajnych chwilach jest cały mój spokój.
Nie był planowany. Nie wiedziałam, że jest mi potrzebny. A dziś wiem, że pojawił się w naszym życiu w odpowiednim momencie.
Dzieci wyfrunęły z gniazda, a życie podarowało mi Betowena.
I całe szczęście, że te jego smutne oczęta nie dały mi spokoju.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania