Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Święto
Kościół Świętej Dymfny – przystrojony brzozowymi gałązkami, obsypany płatkami piwonii i margaretek, pachnący kadzidłem – czekał na przyjęcie wiernych. Organista Roman już się stroił.
Z chóru schody w dół prowadziły do nawy z rzędami jesionowych ław, zakończonej skromnym ołtarzem z błyszczącym w głębi tabernakulum. Po lewej drzwiczki do zakrystii. Wysoki ksiądz Józef nieraz nabił sobie o nie guza, niezależnie od stanu, w jakim wtedy był.
Z zakrystii tylnym wyjściem przecisnął się kościelny Stefan i sztywnym krokiem ruszył w stronę pola lucerny, by zdrzemnąć się przed obchodami Bożego Ciała.
Do dziesiątej została godzina. Dziewczynki, jak kulki bawełny, porównywały koronki na rękawiczkach, wystawiając prawy bucik w przód. Iza, córka Gawlików, uznała, że kwiaty w jej koszyku śmierdzą, i obraziła się na koleżanki. Madzia, z IVc, podbiegła do niej i uderzyła Izę w twarz. „Nie zadzieraj nosa, mała kurwo” – szepnęła jej na ucho i poszła dosypać płatków rumianku do swojego białego koszyczka. Iza uśmiechnęła się przez zęby i pomachała przyglądającej się jej matce.
Elwira Gawlik była piękną kobietą. Dzisiaj miała na sobie beżową sukienkę, która oplatała ją jak skóra. Zupełnie nieruchoma w ten bezwietrzny dzień, stała w gronie innych matek. Gawlik przełykał kolejne pszeniczne, oparty o drzwi podstarzałego Mercedesa. Elwira udawała, że go nie widzi.
W pierwszych ławach usiadły babcie w chustach i garsonkach. Z różańcami w zaciśniętych dłoniach szeptały do siebie, co wiedziały. Dziadkowie, z czerwonymi nosami, ostatkiem sił wdrapali się schodami na chór i dogrywali organiście.
Za starszyzną weszli dorośli z dziećmi, za nimi młodzież. Okoliczne pijaczki wietrzyły się przy drzwiach. Ksiądz Józef ucałował ołtarz i uczynił znak krzyża.
Nagle kościół rozjaśnił oślepiający błysk. Ludzie zasłonili oczy i stracili na chwilę orientację. Przez moment panowała cisza.
A potem wszyscy usłyszeli huk i poczuli silny podmuch wiatru. Zadrżały mury kościoła. Rozsypał się prawy witraż i zgasło kilka świec, ze ściany spadł obraz Jezusa Chrystusa.
Ksiądz Józef padł krzyżem i zaczął się modlić do podłogi, nie unosząc nawet na chwilę głowy. Babcie przestały szeptać do siebie i teraz na cały głos przekrzykiwały się w tym, co wiedziały. Dziadkowie zeszli z chóru całym zespołem, z organistą z tyłu. Pijaczki wślizgnęły się do środka i zamknęły za sobą drzwi. Elwira rozglądała się, tuląc do brzucha Izę.
Na środku kościoła uformowała się zbita grupa, tylko ksiądz Józef nie ruszył się z miejsca. Wtedy oślepił ich kolejny blask. Zapadła cisza, którą rozerwał potężny huk. Podmuch przesunął leżącego księdza o kilka metrów i rzucił nim o ścianę, wprost na wiszący na niej krzyż. Józef zawisł jak na haku, na gwoździach wystających ze stóp Jezusa. Ludzie stojący w grupie rozsypali się jak klocki.
Madzia, leżąca z rozbitą głową pod ławką, zaczęła krzyczeć i płakać, bijąc przy tym matkę. Kobieta szarpnęła córkę i oddała jej z całych sił. Dziewięciolatka wyrwała się z matczynych szpon i zaczęła biec przed siebie, nadeptując na podnoszących się po upadku ludzi. Mniej więcej na środku kościoła potknęła się o pijaczka i upadła. Leżąc na wznak, dostrzegła odrywający się z sufitu żyrandol. Zerwała się z podłogi i odskoczyła. Głowa pijaczka poturlała się do jej stóp.
Elwira i Iza siedziały na podłodze, w kąciku przy konfesjonale, nie wypuszczając się z objęć. Elwirze rozmazał się makijaż, rozpruła sukienka i rozpadła fryzura. Wyglądała piękniej niż zwykle, jakby nagle odpuściła sobie wszystkie grzechy. Iza zapytała o ojca.
Organista Roman siedział przy ławce i patrzył na swoje dłonie bez palców. Ocalałe babcie i dziadkowie zaczęli w ciszy odmawiać różaniec. Wszyscy czekali na kolejny błysk.
I pojawiło się światło. Ciepłe, czerwcowe, a niebo zrobiło się niebieskie.
Kościelny Stefan otworzył oczy i przeciągnął się w lucernie. Na kacu zawsze miał dziwne sny. Otrzepał się i wrócił do zakrystii. Przez uchylone drzwi zerknął na ołtarz. W kościele nie było nikogo. Uznał więc, że przespał całą ceremonię i wyszedł na zewnątrz.
Zobaczył Gawlika leżącego pod swoim Mercedesem. Pewnie coś mu nawaliło, pomyślał. Kawałek dalej nadepnął na fragment beżowej sukienki. Wytarł sobie nią kalosze i rzucił głębiej w rów. Kac męczył go jak nigdy. Zatrzymał się i podniósł głowę znad stóp. Słońce paliło go w oczy, z czoła spływał pot. Trochę otrzeźwiał i rozejrzał się. Wokół nie było żywego ducha.
Komentarze (1)
Święto. To, że pięknie piszesz to nie jest święto. Ani Święto (z dużej litery). To norma. Poza tym doczekałem się HORRORU!!! Ha, ha, a tak się szczęśliwie składa, że jestem fanem horrorów.
PS. Cielesny jest ok, ale osobiście mam fazę na gotyk i Lovecrafta. Pozdro. Ode mnie leci piątka oczywiście. :)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania