Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Świnia

Nawet nie muszą nic mówić, żebym wiedziała, co o mnie myślą. Wystarczy, że przez chwilę ich poobserwuję. Jak na mnie patrzą. Jak odwracają się, kiedy krzyżujemy spojrzenia.

Też nie byłabym w stanie znieść swojego oblicza.

Wiatr świszczy przeciskając się przez uchylone szyby wagonu. Mkniemy ciemnym tunelem dwadzieścia metrów pod ziemią. W szybie naprzeciw widzę odbity obraz spasionej twarzy. Tak jak współpasażerowie, od razu uciekam wzrokiem w podłogę.

Kątem oka dostrzegam dzieciaka celującego palcem w moją stronę. Matka składa mu rękę jak ostrze scyzoryka, szepcząc mu do ucha, że tak nie wolno. Ja się dzieciakowi nie dziwię. Taką wielorybicę jak ja też bym wytknęła palcem.

Ściskam sportową torbę, którą trzymam na tłustych udach. Gapię się w podłogę tak, by grzywka zakrywała jak najwięcej pooranego pryszczami czoła. Mam nadzieję, że fachowa kombinacja podkładu i korektora zakryła większość krost, ale i tak wiem, że wyglądam jak potwór Frankensteina. Chemiczna maska parzy mi skórę. Nie mogę się doczekać, kiedy ją zmyję. Na siłce wolę już świecić ohydnymi wykwitami niż przerabiać kolejny raz napędzany potem wodospad makijażu. Narobiłam sobie już wystarczająco siary, próbując zachowywać kamuflaż podczas treningu.

Kolejna stacja. Matka z dzieciakiem wychodzi. Wchodzi wysoki przystojniak. Z metr dziewięćdziesiąt. Perfekcyjny wzrost. Perfekcyjna klata. Perfekcyjna fryzura. Nie mogę oderwać wzroku chociaż wiem, że to błąd. Tak się odkrywam. Robi mi się gorąco. Przystojniak odwzajemnia spojrzenie. Jego oczy jakby poparzone moim obliczem, przeskakują na jakąś laskę siedzącą w drugim końcu wagonu. Nawet nie jest ładna, ale w porównaniu ze mną wygląda jak modelka.

Ściskam jeszcze mocniej torbę. Czuję jak po plecach ścieka mi nitka potu. Chcę już wyjść. Założyć kaptur na głowę i przejść resztę drogi pieszo.

Jeszcze tylko dwie stacje.

Wchodzi trzech chłopaków. Widać, że jeszcze z podstawówki. Mają pewnie z połowę lat co ja. Najpierw patrzą na mnie, a potem zwracają się do siebie głośno rechocząc. Gówniarze. Jeden mówi coś do drugiego i kiwnięciem głowy wskazuje w moją stronę. Obgadują mnie. Wcale się nie dziwię, ale i tak w moich wnętrznościach wybucha wulkan zażenowania. Chcę uciec, ale w tej chwili nie mam dokąd, bo znowu pędzimy ciemnym tunelem. Koła szczękają o tory. Piszczą na zakręcie. Wiatr świszczy.

Jeszcze jedna stacja.

Zamykam oczy. Oddycham głęboko. Przez chwilę czuję się, jakby mnie tu nie było. Kiedy rozchylam powieki widzę kolejny peron.

Wchodzi jakiś dziadek. Siada po tej samej stronie wagonu, ale zostawia między nami jedno wolne miejsce. I tak by się nie zmieścił tuż obok. Nikt nigdy nie siada tuż obok. Jestem jak trędowata, ale to i dobrze, bo przynajmniej nie muszę się martwić, że ktoś usłyszy moje burczenie brzucha. Że pomimo dwunastu starannych psiknięć Yves Saint Laurent na szyi, nadgarstkach, za uszami i pod kolanami do jego nozdrzy przebije się mój prawdziwy, szczypiący swąd. Robi mi się niedobrze. Muszę coś zjeść. Cokolwiek. Najlepiej ciasto. Tak jak kiedyś. Nie kawałek. Nie jakąś tam łyżeczkę. Całą formę. Obojętnie jakie. Może być jaglana szarlotka. Z budyniem. Koniecznie z pudrem. Albo makowiec na kruchym cieście. Do tego latte. Duże. Podwójne. Z bitą śmietaną.

Wagon się zatrzymuje. Dzieciaki wychodzą. Nie wierzę. Patrzę na nich z obrzydzeniem. Co za lenie. Jedną stację nie mogli się przejść. Musieli jechać metrem. Ja nie wchodzę do komunikacji, jeśli mam mniej niż pięć kilometrów do przejścia, a ci sobie tak jeżdżą jak cwaniaki całe życie i nic nie tyją.

Spoko. Do zobaczenia za dziesięć lat. Jak skończycie przed telewizorami z browarami w dłoniach. Z bebechami wypruwającymi się z waszych napiętych podkoszulek.

Wchodzi młody koleś. Krótko przystrzyżone włosy. Duże okulary. Najpierw patrzy na mnie, trochę za długo, a potem klasycznie wlepia wzrok w podłogę. Zobaczył za dużo. Teraz próbuje wymazać z pamięci moją podobiznę. Wcale mu się nie dziwię.

Ja też bym chciała nigdy się nie zobaczyć.

Ruszamy. Szybciej, proszę, bo chcę już wyjść. Przystojniak gada przez telefon. Za każdym razem kiedy już zbliża się wzrokiem w moją stronę, odruchowo wraca na koniec wagonu. Kluczy tak przez całą drogę. Chce mi się śmiać.

W moim żołądku panuje próżnia. Czuję jak się kurczy. Jak ściska mnie błagalnie o chociaż jeden kęs.

Nic z tego. Nigdy więcej. Może jak zrzucę cały ten tłuszcz. Jak wreszcie zobaczę obrys sylwetki. Może wtedy znowu nażrę się jak świnia.

Patrzę do góry na ekran błyskający reklamami, na modelkę obracającą się w ciemnej bieliźnie. Dlaczego nie mogę wyglądać chociaż trochę jak ona? Znałam kiedyś takie laski. Mogły jeść co tylko chciały. Kebaby. Hamburgery. Pizzę. Mogły i pewnie nadal mogą opychać się do woli i nic. Ani jednego zbędnego kilograma. A ja? Kilka chwil rozkojarzenia i wskazówka na mojej wadze znowu zacina w prawo. Kolejna fałda na brzuchu. Pomarszczone cellulitem uda. Spuchnięte ręce.

Kolejne pryszcze na czole.

Nie wiem jak długo to zniosę, dlatego dzisiaj na siłowni dam z siebie wszystko. Cel to tysiąc spalonych kalorii. Nie wychodzę dopóki tego nie przepalę.

Wagon zatrzymuje się na stacji mojego wybawienia. Jak pocisk wystrzeliwuję z siedzenia i półbiegiem wkraczam na peron. Na tyle na ile pozwalają mi obolałe kolana wbiegam schodami do wyjścia. Wychodzę na chodnik. Promienie słońca uderzają mnie w twarz. Zakładam kaptur i ruszam w stronę domu tortur.

 

Szklane drzwi rozchylają się przede mną odsłaniając wnętrze recepcji.

Dlaczego tu musi być tak jasno?

Patrzę na nadgarstek ciasno opięty inteligentnym zegarkiem. Sześć tysięcy kroków. Tętno siedemdziesiąt. Dwieście spalonych kalorii.

– Cześć – mówi jedna z dziewczyn siedzących za ladą. Mruczę pod nosem to samo i podchodzę do bramki. Przykładam plastikową kartę do czytnika.

„Witaj, Marysiu!” pojawia się na ekranie.

Spierdalaj.

Metalowy pałąk dzielący mnie od siłowni chowa się na bok. Przeciskam się z torbą na druga stronę.

Dlaczego musi być tak wąsko?

Kiedy skręcam za rogiem słyszę jak dziewczyny z recepcji wybuchają śmiechem. Wcale im się nie dziwię.

Widziałam na tej siłowni już wiele dziwolągów, ale żaden z nich nie dorastał mi do spasionych pięt.

Szatnia to największy koszmar. Najpierw muszę schować swoje rzeczy. Potem zmyć makijaż. Potem się wysikać. Potem umyć dokładnie ręce. Potem wyjąć swoje rzeczy. Wyrwać się ze spodni i bluzy. Założyć czarną, luźną koszulkę z długimi rękawami i szerokie dresy zakrywające moje odrażające kształty. Potem muszę spiąć włosy, ustawić zegarek w tryb aktywności fizycznej i z bidonem mineralnej wody wyjść na salę. Jest dziewiąta rano w poniedziałek. Najmniejszy możliwy ruch.

Sprawdziłam to metodą prób i błędów.

Przez dłuższy czas robiłam z siebie totalną idiotkę przychodząc kilkukrotnie w ciągu dnia tylko po to, żeby od razu wrócić do domu, bo było za tłoczno. Jestem w stanie znieść zniesmaczone spojrzenia, ale tylko w ograniczonej ilości. W poniedziałek o dziewiątej jest zawsze najmniej ludzi. Następne najlepsze terminy to środa i piątek o tej samej godzinie. To jest tak, że w dni powszednie wszyscy ćwiczą przed pracą albo po, więc o siódmej i szesnastej jest najwięcej ludzi. O dziewiątej schodzą poranni i sala robi się prawie pusta. Pomiędzy maszynami zazwyczaj kręci się kilku EMERYTÓW, którzy nie zwracają na mnie większej uwagi. Widzieli już wszystko. Moja potworność ich nie rusza. Z nimi czuję się w miarę komfortowo. Czasami pojawiają się normalniejsi klienci, ale nie tylu, żeby mnie przytłoczyć. Z kilkoma w pobliżu jestem w stanie sobie jakoś poradzić.

Najpierw się rozgrzewam. Nienawidzę tego, ale inaczej moje zdezelowane ciało nie jest w stanie znieść treningu. Gdybym od razu zabrała się za maszyny, to później przez trzy dni nie mogłabym normalnie chodzić.

Kiepska strategia.

Turlam się więc przez dziesięć minut po podłodze w dziesięciu różnych pozycjach. Rozciągam pachwiny, stawy, kręgi. Barki i kolana. Ręce, nogi, szyję oraz plecy. Wyglądam przy tym jak totalna kretynka. Wiem, bo czasami dostrzegam się w lustrze.

Czy tu wszędzie muszą być te cholerne lustra?

Ja rozumiem, że jak się wygląda jak człowiek to fajnie jest na siebie popatrzeć, ale w moim przypadku to tylko kolejna tortura. Wyciągam swój sflaczały tyłek do góry a potem opadam nim w dół. Obracam się i wyginam. Robię przysiady. Robię wymachy rękami. Robię kilka pompek na kolanach.

Sto spalonych kalorii.

Potem idę na rower. Wybieram zawsze ten najbardziej w rogu. Żeby nikt nie mógł mnie widzieć od tyłu. Patrzeć jak moja koszulka wilgotnieje śmierdzącym potem. Jeżeli nie mogę wsiąść na ten w rogu, albo jeśli na którymś z rowerków obok ktoś już pedałuje, to sobie odpuszczam i idę na eliptyka. Wybieram maszynę według tych samych założeń. Jeśli sytuacja się powtarza, to idę na bieżnię. Zazwyczaj nie ma problemów i na czymś w końcu zaczynam ćwiczyć. Powoli, krok po kroku, nabijam kolejne kalorie. Dojście do tysiąca może mi zająć nawet dwie godziny. Trudno. Nie poddaję się. Już tak nie robię. Kiedyś przychodziłam na siłkę, robiłam kilka głupich ćwiczeń i po trzydziestu minutach w pełni zadowolona z siebie wracałam do domu. To jednak nie działa. Nic nie daje. Ćwiczę aż spalę kalorie albo mój zegarek zacznie ostrzegać mnie przed nadchodzącym zawałem. W takim przypadku odpoczywam sobie do czasu aż serce wróci do normalnego rytmu i wracam na maszynę po dokładkę.

Czasami jak mnie najdzie ochota, to pod koniec treningu idę jeszcze na salę pomachać hantlami. Czasami na tej sali pojawia się jakiś MIĘŚNIAK i ćwiczy obok. Czasami zagryzam zęby i staram się nie uciec, bo chcę trochę na niego popatrzeć. Udaję, że jestem ładna i szczupła i że on mnie obcina co chwilę od góry do dołu. Wiem, że nawet nie waży się spojrzeć w moją stronę, ale czasami sobie udaję, że jednak to robi. Że mu się podobam.

Dzisiaj na hantlach nie ma żadnego MIĘŚNIAKA. Jest tylko jakiś chudzielec machający niezręcznie pięciokilówkami, niebezpiecznie się przy tym uginając. Mam wrażenie, że zaraz przewróci się z nimi na podłogę.

Najgorzej mnie boli, że nawet taki frajer na mnie nie spojrzy.

Macha i macha, a potem idzie na drążek i przez kilka minut próbuje się podciągnąć do góry. Potem idzie na stojak, opiera przedramiona na podłokietnikach i wymachami nóg próbuje ćwiczyć brzuch. Pięć, sześć, siedem. Za ósmym razem niezdarnie osuwa się na podłogę. Idzie na ławeczkę.

To SZWĘDACZ. SZWĘDACZE przychodzą na siłkę po to, żeby przyjść na siłkę. Żeby sobie odhaczyć w kalendarzu „trening” i pójść spać z ciepłym, przyjemnym uczuciem zadowolenia z produktywnie spędzonego dnia. SZWĘDACZE nie mają zielonego pojęcia jak zorganizować sobie trening. Tu machnie hantlą. Tu spróbuje się podciągnąć. Tam pobiega pięć minut. Przepłynie kilometr na ergometrze. Porobi trochę brzuszków. Totalny chaos. Ci SZWĘDACZE to wkurzają mnie najbardziej, bo przyłażą na siłkę bez sensu i zajmują tylko miejsce.

Osiemset spalonych kalorii.

Pot ścieka mi po tyłku. Czuję już swój swąd, no ale coś sobie obiecałam więc odkładam hantle i idę w stronę stojaka z ketlami. Tam pojawia się niespodziewanie MIĘŚNIAK. Zastygam w bezruchu. MIĘŚNIAK patrzy na mnie przez chwilę, a potem zmienia uwagę na własne odbicie w lustrze.

Trudno, idę.

Zachowuję odstęp i trzy kilowym ketlem robię wymachy w pół-przysiadzie. Zerkam na MIĘŚNIAKA. MIĘŚNIAKÓW szanuję. Na serio. Zanim zaczęłam chodzić na siłkę, to tych się najbardziej obawiałam. Że będą coś mruczeć. Komentować. Że mnie głośno wyśmieją. Okazuje się jednak, że MIĘŚNIAKI mają mnie gdzieś najbardziej. Jak EMERYCI, widzieli już wszystko. Są tu tak często, że nic ich nie rusza. Liczy się tylko trening. Siła. Przyrost masy. Żyły i rozstępy.

Ten MIĘŚNIAK macha dwudziestką tak jak ja bym nie dała rady piątką. Jego grube jak konary ręce błyszczą się cieniutką warstwą potu. Nic jednak od niego nie czuć. Wszystko już przepalił. Żyje w swoim świecie i nic go nie obchodzi. Tego mu zazdroszczę nawet bardziej niż kondycji.

Okazuje się, że ten poniedziałek jest jakiś felerny, bo na sali pojawiają się kolejni klienci.

Osiemset pięćdziesiąt kalorii.

Zagryzam zęby.

Na maszynie do ćwiczenia nóg siada LASKA. Różowy top pumy i czarne legginsy nike. Karmelowa cera. Usta jak użądlone przez pszczołę. Oczywiście pełny makijaż. Co za wieśniara. Na LASKĘ nie muszę nawet patrzeć, by wiedzieć, że zaraz wyjmie telefon i trzaśnie sobie milion fotek. LASKA jest rodzajem SZWĘDACZA z tą różnicą, że przychodzi na siłownię po to, żeby pokazać że przyszła na siłownię. LASKI szanuję bardziej, bo jednak przeważnie są w formie, ale jak to robią, to ja nie mam bladego pojęcia. Zazwyczaj ćwiczą tyle samo co SZWĘDACZE czyli tyle co nic.

LASEK nienawidzę i jednocześnie w tym samym stopniu im zazdroszczę. Wiem jednak, że ich kształty to zwykły fuks. Że miały jedynie szczęście wylosować na genetycznej loterii dobrą sekwencję.

MIĘŚNIAK idzie na ławeczkę. SZWĘDACZ zmierza do szatni. Rozglądam się po sali szukając jakiegoś OJCA, ale żadnego nie znajduję. Już myślałam, że spotkam dzisiaj klientów każdego rodzaju.

OJCIEC albo MATKA, to jest ktoś po czterdziestce kto nagle się kapnął, że skwary i kotlety po jakimś czasie robią z brzucha galaretę. To też rodzaj SZWĘDACZA, nie wiedzą, co do końca robią, ale przynajmniej się przykładają. Na ich nieszczęście nie na tyle żeby osiągnąć jakieś efekty. Ich treningi pozwalają im zamrozić sflaczałą sylwetkę na kilka kolejnych lat zanim staną się EMERYTAMI.

Tysiąc jedenaście kalorii.

Kiedy czuję, że powoli robi mi się zimno, zbieram się do wyjścia. Jeśli kręci mi się w głowie i serce wali jak młot, to znaczy, że to był dobry trening. Jeśli po drodze do szatni muszę się podpierać ściany to osiągnęłam swój cel w pełni. Czasami mam wrażenie, że zaraz zemdleję. Wtedy jest najlepiej. To znaczy, że dałam z siebie naprawdę wszystko.

Zjadłabym batona. Jakiegoś snickersa. Orzechy. Karmel. Mleczna czekolada. Albo kakaowego wafelka. Kruchego. Rozpływającego się w ustach.

Idę do szatni.

W szatni zawsze kręcą się jakieś klientki. Jak są starsze to jest jeszcze spoko, te przynajmniej mają jakieś resztki przyzwoitości, ale te młodsze lafiryndy uwielbiają mi świecić jędrnymi cyckami prosto w oczy. Uwielbiają odsłaniać płaskie brzuchy i trzęsące się tyłki. Tak, wiem, ładne jesteście, ale już się z tym odpierdolcie, pliz.

Najchętniej to bym otworzyła szafkę, wyrwała swoją torbę ze środka i uciekła, ale muszę jeszcze na koniec wziąć prysznic. Próbowałam to pomijać, ale nie da rady. Już się kilka razy najadłam wstydu, kiedy w metrze ludzie woleli stać bliżej zaszczanego żula niż mnie. Parujący wokół mnie trening to strefa zakaźna, której muszę się koniecznie pozbyć przed wyjściem na zewnątrz.

Zawsze staram się zająć szafkę najbliżej pryszniców, żeby skrócić najgorszy moment wyjazdu na siłkę – drogę do kabiny. Rozbieram się dopiero w jej wnętrzu. Po szatni nie odważyłabym się paradować nawet w ciasno owiniętym szlafroku. Między szafkami, a kabinami jest waga, ale nigdy jej nie tknęłam. Nie wiem czemu. Chyba się za bardzo boję, że pokaże coś innego niż ta moja domowa. Ta jest dokładnie skalibrowana co do dekagrama. Tylko jej mogę zaufać.

Po prysznicu zbieram się do wyjścia. W pakowaniu się jestem mistrzynią. Opracowałam całą sekwencję do perfekcji. Składam swoje rzeczy, a potem chowam do reklamówki i ciasno ją zawiązuje, tak jakbym pozbywała się radioaktywnych odpadów. Chowam klapki i żel. Nawet nie myślę o tym, żeby czesać włosy albo nakładać makijaż. Droga powrotna to totalna partyzantka. W drodze powrotnej otwarcie świecę pryszczami. Odsłaniam szorstką cerę. Chronię się jedynie kapturem. Przechodząc przez recepcję mruczę pod nosem „cześć” odpowiadając jednej z pizd zza lady. Szklane drzwi i droga na metro. Sześćset szesnaście kroków. Kolejne kalorie.

Mam ochotę na pizzę. Mozzarella, pepperoni, czarne oliwki. Ser. Tyle ile się da. Jakaś rukola na wierzchu. Do tego cola. Duża.

Metro jest najgorsze, bo jestem odsłonięta. Wciskam słuchawki w uszy i zatapiam wzrok w podłodze. Już nawet nikogo nie obserwuję. Nic mnie nie obchodzi. Niech na mnie patrzą. Niech się śmieją. Ha, ha wieloryb. Świnia. Hipopotam. Myślcie sobie, co chcecie, mnie tutaj nie ma. I tak kiedyś wam pokażę. Kiedyś schudnę i zobaczycie. Ta myśl podtrzymuje mnie przy życiu. Inaczej już dawno bym się zajadła na śmierć.

Od stacji do mojego mieszkania dzielą mnie czterdzieści dwie kalorie. Na trzecie piętro wchodzę schodami, bo za bardzo się boję, że ktoś dosiądzie się do windy. Za dużo w niej luster. W niej jestem widoczna z każdej strony. Wolę już schody. Na nich nigdy nikogo nie spotykam.

Wchodzę do mieszkania. Wita mnie trzydzieści pięć metrów samotności. Rzucam klucze na stolik przy drzwiach i zdejmuję stopami szare od brudu, niegdyś białe adidasy z nóg. Rzucam torbę pod szafę. Wchodzę do pokoju i jak ścięte drzewo obalam się na sofę. Przez pięć minut nawet nie drgnę. Jestem martwa. Sapię jeszcze, ale w rzeczywistości już nie żyję. Jak nie myślisz, to cię nie ma, a ja w głowie mam teraz przestrzeń międzygalaktyczną. Ciemność. Ani jednej gwiazdki. Każda kolejna sekunda jest jak kęs tiramisu z owocami leśnymi. Każdy wdech i wydech rozpływa się wewnątrz mnie jak solony karmel. Łapię za butelkę wody ze stolika przy sofie. Każdy łyk gładzi moje podniebienie jak mus czekoladowy. Jeszcze kilka wdechów. Kilka chwil. Zaraz będę musiała stanąć oko w oko z samym szatanem.

Jak zmusić się do czegoś, czego nienawidzisz?

Musisz połączyć to z czymś przyjemnym.

Najbardziej na świecie nienawidzę siłowni. Najbardziej na świecie chciałbym schudnąć. Dlatego właśnie muszę jak najszybciej stanąć na wadze. Zanim coś zjem. Zanim napiję się porządnie wody. To jest ten moment, kiedy mam szanse zobaczyć postęp. Powiązać w gąszczu moich popierdolonych neuronów jedną pozytywną koneksję. Wycisk na siłowni równa się niższa waga. Im więcej się zmęczę tym bardziej zacznę przypominać człowieka. Odliczam do pięciu i zrywam się na równe nogi. Rozbieram się do naga. Podchodzę do wysokiego lustra. Patrzę na tłuste cielsko odbijające się przede mną. Wciągam powietrze i staję na elektronicznej wyroczni. Przymykam oczy, a potem spoglądam na wynik. Wydycham powietrze z ulgą. Jest dobrze. Do przodu. Nawet lepiej. Wspaniale. Odkąd ze sobą walczę nigdy nie byłam tak blisko wygranej. Jeszcze pięć kilo i zjadę wreszcie do czterdziestu.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • befana_di_campi 6 dni temu
    Tragiczne, ale 5 na zachętę :(

    Serdecznie :)
  • laura123 6 dni temu
    O, kurczę. Tekst wbija w fotel. Tak dokladnej analizy anoreksji, jeszcze nie czytałam. To fakt, że oni widzą siebie niczym spaślaki, a tymczasem skóra i kości.

    Bardzo dobry tekst. 5

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania