Świnoujście
„Tamtego poranka wstałem bardzo wcześnie, mimo , że wróciłem do mieszkania już w nocy. Podkradłem trochu pieniędzy ojcu, spakowałem parę ciuchów i wyszedłem zanim ktokolwiek wstał. Poszedłem na dworzec w pobliskim mieście i zapytałem o najwcześniejszy pociąg nad morze. Czyli dokładnie na drugi koniec Polski. Dopóki miałem kasę to Świnoujście było spoko, a na pierwszą noc nawet udało mi się znaleźć pokój za pięćdziesiąt złotych. O dziwo w sezonie, ale był to pokój w piwnicach.. Kolejnych kilka dni spałem na ławce w parku. Środki szybko się skończyły, wydawane głównie na jedzenie, alko i fajki. Jadąc w pociągu na wybrzeże myślałem, że może znajdę tymczasowe zatrudnienie przy sprzedaży kukurydzy na plaży albo coś tego typu. Na miejscu nie zrobiłem jednak nic w tej sprawie. Nie miałem ochoty na jakąkolwiek pracę.
Dzisiaj pamiętam tylko kilka momentów z tego wyjazdu. Jednego dnia, mocno zdesperowany swoją sytuacją poszedłem do kościoła. Chciało mi się płakać, bo nie wiedziałem co robić. Mimo, że nie byłem pobożny ani nie praktykuję do dzisiaj, wtedy w akcie desperacji uklęknąłem żeby prosić o wsparcie. Pewnie pomyślisz, jak trwoga to do boga. Tylko że wychodząc stamtąd moją uwagę przykuła skrzynka na darowizny..Parę godzin później lub następnego dnia wróciłem i usiadłem na samych tyłach, w przedsionku. Obserwowałem skrzynkę z pieniędzmi i zastanawiałem jak się do niej dobrać. Miotały mną takie emocje, taki strach przed popełnieniem kradzieży i to w takim miejscu, że nic nie zrobiłem. Walczyłem ze sobą, bo byłem wtedy już naprawdę głodny. Co jakiś czas ktoś wchodził i wychodził, więc nawet że tak powiem nie było okazji pokombinować. Zbliżyć się niezauważonym do skrzynki. Odpuściłem, bo ani okoliczności nie sprzyjały do amatorskiego włamu ani nie starczyło mi odwagi na taki czyn. Poszedłem więc zadzwonić domofonem na parafię. Byłem pewien, że ksiądz okaże tzw. miłosierdzie. Zapytałem o pieniądze, ale odmówił. Wtedy poprosiłem o wodę i coś do jedzenia. Też odmówił, zdecydowanie..Choć nigdy nie uważałem się za wierzącego, byłem przekonany, że kto jak kto, ale ksiądz w takiej sytuacji nie wypnie się na potrzebującego. Myliłem się, a on nawet nie przyszedł do drzwi mnie zobaczyć. Szybko zbył mnie jak petenta w urzędzie, mając tą wygodę, że nie musiał patrzeć mi w twarz. Odchodząc zagadałem jeszcze bezskutecznie paru przechodniów o pieniądze. Byłem w takiej dupie, że znowu zacząłem myśleć o kradzieży. Rozglądałem się po okolicy i wyobrażałem sobie, jak mógłbym ukraść torebkę jakiejś starszej kobiecie. Albo wynieść coś ze sklepu, chociaż to od razu kojarzyło mi się z kamerami i szybkim ujęciem. Nie tak mnie wychowano, ani ja taki nie byłem..Podkradałem ojcu papierosy czy od czasu do czasu drobne pieniądze, ale potem zawsze łapałem moralniaka. Nie potrafiłem ukraść nic obcemu. Żadna wymówka, pewnie. Mówię tylko, co powstrzymywało mnie od odwalenia jakiegoś grubszego numeru. Dzięki temu nie mam nasrane w papierach za głupotę z młodszych lat.
Nie potrafiłem zdobyć ani pieniędzy ani jedzenia. Choć pewnie było dużo więcej na to sposobów, jak chociażby zagadanie do kogoś kto prowadzi jakiś gastro biznes w okolicy promenady. To mi jednak nie przyszło do głowy po tym, jak pierwszego dnia na przejściu z promenady na plażę chciałem skorzystać z toalety. W małym budyneczku zobaczyłem cennik. Sikanie 1,50 zł , Mała kupa – 2 zł, Duża kupa 2,50 zł. Serio? Przy takim podejściu do turystycznego biznesu wątpiłem, że ktokolwiek okaże mi trochę łaski i dostanę gdziekolwiek darmowe jedzenie.
Następny dzień był ostatnim w Świnoujściu. Podniosłem się z parkowej ławki wcześnie rano i zrozumiałem, że czas wracać do domu. Nie chciałem umrzeć z głodu. Poprosiłem o kawałek kartonu, pisak i plastikowy kubek jednorazowy w pobliskiej budce z pamiątkami. Napisałem ”Zostałem okradziony. Zbieram na bilet do domu”. Usiadłem ze swoimi gratami na ławce przy promenadzie, a karton postawiłem przed sobą. Teraz każdy przechodzień mógł zobaczyć żałosny widok małolata, który nie dość że prosi o pieniądze, to jeszcze kłamie. Nikt mnie przecież nie okradł, bo nawet nie było z czego. Po prostu liczyłem że ludzie prędzej coś wrzucą widząc taki tekst. Ale ja wiedziałem że to nieprawda i to było wystarczające żeby czuć się z tym źle. Prosiłem o jałmużnę w żałosny sposób. Te kilka godzin na tamtej ławeczce to czas, kiedy najbardziej się siebie wstydziłem w życiu.
Większość ludzi mnie olała, ale było też kilka drobnych darowizn. Dwie starsze kobiety przejęte moim napisem podeszły żeby spytać co mnie spotkało. Łatwo się domyślić, jak podle się czułem wymyślając na poczekaniu historyjkę o rzekomej kradzieży. Kłamałem prosto w twarz obcym którzy wykazali się empatią. Rzewnie płakałem w środku i cierpiałem wstydem, którego nigdy wcześniej nie miałem okazji doświadczyć. Jakiś czas później przechodziły dwie dziewczyny, z których jedna mi się spodobała. Uśmiechała się ładnie i zapytała co tutaj robię. Puściłem znowu bajeczkę o byciu okradzionym i ruszyłem za nimi ponieważ nie zatrzymały się, ciągle idąc w swoim kierunku. Zapytała co będę dzisiaj robić? Zdziwiony zacząłem tłumaczyć że próbuję wrócić do domu. I po chwili zdałem sobie sprawę jak bardzo śmierdzę. Odkąd byłem w Świnoujściu podmywałem się nieco w publicznej toalecie, ale nie używałem żadnego dezodorantu. Było gorąco, więc pędziło potem ode mnie na kilometr. W jednej chwili obróciłem się na pięcie i odszedłem. Teraz czułem się jeszcze gorzej.
Wróciłem na ławeczkę, zabrałem swoje rzeczy i ruszyłem w stronę sklepu. Kupiłem trochę jedzenia i papierosy za zebrane pieniądze, a później udałem się na dworzec. Czterdzieści złotych i tak nie wystarczyłoby na bilet. Zapłaciłem więcej parę dni temu za przejazd z Tarnowa. Postanowiłem pojechać mimo wszystko, na gapę. Jak się uda to super, a jak nie to trudno. Wszystko mi jedno. Wracam na tarczy, bo sobie nie poradzę. Taka była kwestia..”
Fragment ebooka "Po co tu jestem?"- Kamil Batko
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania