świtaniem
świtaniem osierocony
wypadłem z ramion nocy
wzdłuż nieba
splamione
akwarelowym błękitem
snują się cieniem
rozpostarte linie skrzydeł
pod stopami
bezmiar ziemi
mokrej i ciężkiej
wiosenną wodą
tak daleko do słońca
zmęczonych powiek
opadły ciężkie zasłony
Komentarze (3)
Pięknie jak zwykle.
Ten zapis męczy oczy. Stanowczo wolę dłuższe wersy. Wiesz, kiedyś też tak eksperymentowałam, ale to jest taki etap w twórczości, który prowadzi do wyrobienia swojego stylu. Tego Ci życzę z całego serducha. Nie bój się tego, że wiersz będzie miał tylko cztery wersy. Jeśli przekaz jest trafny, dosadny to jest wszystko w najlepszym porządku. Wiersz musi coś przekazywać, musi mieć początek, rozwinięcie i dosadne zakończenie. Musi być o czymś i musi zachować ciągłość myśli autora. To właśnie starano się mi wpoić. Przepraszam jeśli się narzucam, ale po prostu musiałam... ;) Wydaje mi się, że nie tędy droga.
Dziękuję. Twój komentarz zwerbalizował to, co ostatnio odczuwam - wahanie. I ogromny dysonans - w sobie. Z jednej strony ogromne pragnienie minimalizmu, z drugiej świadomość, że grozi to karykaturalnym poszatkowaniem(ten wiersz był tego przykładem) Raz jeszcze dziękuję, ausq za radę :)) Pozdrawiam :)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania