Symfonia ciszy.

Wszystko zaczyna się od zimna, które nie boli.

Błękit nie świeci.

On przenika.

Wnika pod skórę.

Wypełnia krew, aż przestaje być krwią.

A zaczyna być gazem, który pamięta więcej niż ciało.

Budzę się w metalowym uścisku.

Nie oddycham.

Jestem podtrzymywana.

Biały fartuch przykleja się do skóry jak obietnica,

której nikt nie zamierza dotrzymać.

Pod nim coś pulsuje.

Nie serce.

Coś, co zostało zaprojektowane, żeby przetrwać zamiast żyć.

Nie pamiętam imienia.

Nie pamiętam twarzy.

Pamiętam tylko bliznę.

Jest we mnie miejsce, które zostało otwarte.

I zamknięte z powrotem.

Nie po to, żeby mnie uratować.

Tylko po to, żeby coś ze mnie wyjąć.

Mówią, że jestem potrzebna.

Mówią, że jestem rozwiązaniem.

Nie mówią, czego brakuje.

Gdzieś głęboko pod tym wszystkim jest rytm.

Nie ich.

Nie systemu.

Trzy — pauza — dwa.

Coś, czego nie da się zapisać.

Coś, co nie daje się sformatować.

Cisza, która nie jest brakiem dźwięku.

Tylko jego początkiem.

Czuję ją w kościach.

Jakby ktoś zostawił we mnie utwór, którego nie zdążył dokończyć.

Nie wiem jeszcze, kim jestem.

Nie wiem, co mam zrobić.

Ale wiem jedno.

Nie jestem ich błędem.

Jestem czymś, czego nie potrafią zatrzymać.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania