System.
– Czemu nie potrafi Pan udawać wiary w System? Przynajmniej zacząć od tego, oczywiście...
– Pan wierzy?
– Nie ma potrzeby mówienia o moim zdaniu. Jestem tylko terapeutą. Natomiast oczywiście, System jest jedyny słuszny.
– Co jeśli się myli?
– Wszyscy się mylimy, naturalnie. Natomiast System jest dobry. Uczy nas być lepszymi ludźmi, prawda...
Takie rozmowy prowadził ze swobodnym, uśmiechniętym człowiekiem. Pierwsza część wypowiedzi często sugerowała intelekt i świadomość, kryjące się za tą obojętnie empatyczną twarzą, jednak uwięziony na krześle pacjent nigdy nie mógł wyspekulować, jakie jest faktyczne podejście specyficznego lekarza dusz – czy dla korzyści grał zagorzałego wyznawcę Systemu, czy naprawdę uznawał System za najlepsze lekarstwo na problemy jednostki.
– Nie chcę podążać za Systemem.
– Dlatego Pan tu jest, naturalnie. Drzwi są otwarte, prawda, jedynie... czy naprawdę chce Pan wychodzić nagi z powodu braku wyrachowania, odpowiedniego sposobu myślenia, przystosowania do grona tym naprawdę przyzwoitych i dobrze wychowanych ludzi? Nie żeby mieli Pana oceniać, oczywiście będzie Pan akceptowany, będą jedynie komentować Pana zachowanie, stwierdzając oczywiste prawdy, prawda... Wystarczy dać się nauczyć.
Był kiedyś w gronie tych „przyzwoitych i dobrze wychowanych" ludzi, był częścią Systemu, kiedyś kochał tamten świat. I było naprawdę przykro, kiedy został ukarany za samo widzenie rzeczywistości ukrytej za taflą codziennej iluzji. Nie pobili go, nie zaciągnęli siłą, nawet gdyby tylko nienawistnie patrzyli, byłoby to o wiele lepsze od świństwa, jakie mu zrobiono. Kazano mu wierzyć, że uczyniono dla niego dobrze. Nie czuł się potraktowany jak człowiek, raczej jak nieposłuszny pies, któremu należało pokazać jego miejsce.
– Dzieci się trenuje, uczy się je dobrze zachowywać. Gdy zbiją wazon, karci się je, nie chce się przecież, by takie zachowanie trwało, prawda... Nie chciałby Pan chyba stracić wszystkich wazonów? Nie ma nic złego w karceniu dzieci. Widzi Pan, powiem Panu szczerze, bo Pan jest inteligentnym człowiekiem i można z Panem porozmawiać, Pan oczywiście jest już dorosły, ale dla Systemu, który trwa oczywiście dłużej od Pana, jest Pan takim trochę dzieckiem. Wiem, że to ciężkie, kiedy jest się dorosłym, by poprawiano Pana, ale tak właśnie należy. Wszyscy przez to przechodziliśmy. Chce Pan być człowiekiem, nie ma innej opcji, niż dać sobie pomóc...
Milczał, nie podejrzewając, że słowa będą miały jakieś znaczenie. Już kilkukrotnie doświadczał tego uczucia – potrzeby powiedzenia czegoś na swoją obronę – i po żadnym z razów nie czuł się spełniony. Gdyby usta przed nim powiedziały po prostu, że uszy nie słuchają, byłoby o wiele łatwiej – boleśnie, ale łatwiej. Natomiast cały System, włącznie z lekarzem przed nim, zdawał się działać według wybitnie skomplikowanej logiki, nakazującej za wszelką cenę utrzymać pozory braterstwa rozmówców. Głowa potakiwała spokojnie i cierpliwie, wsłuchiwała się w obronę, czasem nawet dodawała swój komentarz, jakby naprawdę rozumiała cierpienie niewysłuchanego, następowało „rozumiem" i jakieś słowo, słowa, może nawet cała wypowiedź, która z czysto racjonalnego punktu widzenia dawała się łatwo zakwalifikować do worka prawd, ale tak naprawdę, naprawdę czuło się, że te słowa nie rozumieją bólu. Zresztą wystarczy zobaczyć:
– Sposób, w jaki System próbuje mnie zmienić jest zły.
– Zły brzmi religijnie, nie sądzi Pan... Szatan jest zły, ale tu nie ma nikogo takie-...
– Nie w porządku...
– Nie w porządku to wyrażenie oceniające. Pamięta Pan, co Panu mówiłe-...
– Czuję się źle, kiedy System zmusza mnie do zmiany i czuję się źle, kiedy myślę o tym, kim mogę się stać, podążając za Systemem.
Nie dające się wyrazić słowami skupienie w spojrzeniu zachęcało do mówienia i dawało nadzieję na zrozumienie, przekonanie tego upartego racjonalisty...
– Nie podobają mi się ludzie, jacy są po zmianie przez System.
– Proszę mówić, próbuję Pana zrozumieć.
– Może nie jestem w stanie ocenić, czy zasady nakładane na innych przez System są dobre, czy złe, ale mogę stwierdzić, czy podobają mi się dzieła Systemu, prawda?
– Oczywiście.
– A zatem widzę. Widzę ludzi, którzy wydają się wielcy, uprzejmi i łatwo jest mi uwierzyć, że tacy są. Następuje chwila i widzę przebłysk nienawiści w ich oczach. Potrafią wyglądać na opanowanych, natomiast nie umieją opanować wszystkich swoich myśli. Mówią mi, tak jak Pan teraz, że mnie słuchają, wykazują dużo empatii dla cierpienia na świecie, choć nigdy tak naprawdę nie mają empatii dla mnie, mnie polecają mniej się przejmować, nie wyolbrzymiać, być wdzięcznym za pracę ludzi wokół. Zawsze mają gotowe wyjaśnienie, zgodne z Systemem, ale ja wiem, że to tylko wymówki, że ich prawdziwe uczucia są inne. Proszę mi nie mówić, że tak nie jest. Wiem, co widzę!
– Rozumiem Pana. Wydaje się Panu, że ten świat kłamie. Wie to Pan. Nie uważa Pan jednak, że takie zasady są potrzebne? Kłamstwa... Zasady... Proszę to nazwać jak Pan chce. Dobrze Pan wie, że chodzi o to, że ludzie bywają okrutni i te zasady pomagają nam być przyzwoitymi członkami społeczeństwa. Nieprawdaż? Milczy Pan. Musi Pan być już zmęczony, proszę położyć się w swojej celi. Mógłbym prawić Panu jeszcze długo, ale to byłoby bez sensu. W końcu w tym pokoju chodzi o rozmowę. Jesteśmy tu, by rozmawiać. Pan i ja. My przeciwko problemowi.
– Problemowi, którym jestem ja.
– Proszę Pana... Tak nie będę z Panem rozmawiać. Mam swoją godność jako człowiek.
Wiele razy wątpił swojej intuicji. Więcej niż potrafił zliczyć. Całe życie. Tyle wydawało się, że spędził z Systemem. Prawda jest taka, że człowiek naprzeciw miał duże szanse przekonania go do swojej racji. Prawda jest taka, że przekonał go wiele razy. Kiedy obserwowana rzeczywistość była tyle razy zaprzeczana, obserwator zaczynał podejrzewać, że się myli. Całe życie miał siebie za okropnego obserwatora. Mogłoby być tak dalej. Mógłby nawet resztę życia być prymusem Systemu. Dziwne uczucie, ale będąc nim, czuł się, jakby nie istniał. Miewał satysfakcje z bycia częścią Systemu, niestety ostatnio coraz rzadziej podobał się sobie takim. Liczył, że skoro on nie ma satysfakcji z bycia prymusem, to przynajmniej System będzie go doceniał na tyle, by czuł się dowartościowany i zmotywowany do utrzymania swojej natury w ryzach, ale nawet System zdawał się go nie doceniać. Nauczyciel mówił mu, że jest wspaniały, ale nie chcąc rozmawiać, unikał kontaktu wzrokowego, znikał z korytarzy. Mały chłopiec nie miał możliwości, by podzielić się z Systemem czymkolwiek, co go interesuje. Jedyną osobą, z którą mógł o tym rozmawiać, był on sam. A on sam mało kiedy chciał rozmawiać o samolocikach, autkach, kiedy dręczył go problem o wiele istotniejszy – jak bardzo nie lubi tego, kim uczynił go System.
– Droga wolna – radził mu „terapeuta". – Może po prostu nie jest to miejsce dobre dla Pana? System będzie wzrastał bez Pana. Może to nawet lepiej, że Pan odejdzie. Żaden powód do łez, naprawdę.
– To jest mój dom. Poświęciłem temu miejscu wszystko. Oczekuje Pan, że po prostu odejdę?
– Każdy dokonuje wyboru. Ja dokonałem wyboru. Pan też. Nie ma się co tak emocjonować.
– Jest co się emocjonować! Nie widzi Pan, że to jest istotne?! Czy tylko ja...?!
Był taki moment, kiedy potrafił zobaczyć siebie jak z perspektywy osoby trzeciej. Zwykle był tą samą osobą, co ta wchodząca w interakcje ze światem. Czasami jednak ta cząstka jego, która naprawdę była, podpowiadała mu, co się dzieje tak, jakby obserwowała swojego przyjaciela. Teraz mówił sobie... „to i tak nic nie da, on odbiera twój krzyk jako brak kontroli nad emocjami, nie jako podkreślenie tego, co dla ciebie istotne".
Kiedyś potrafiłby poddać się Systemowi, ale ostatnio podjął decyzję – będzie wierzył sobie. Jednak to nie wystarczało. Nawet „wierząc sobie" miał co chwilę wątpliwości, dręcząco odrywające go od każdej pracy, którą chciałby się zająć. Nie potrafił uwolnić swojego potencjału, cały czas miażdżąc siebie zasadami Systemu. Czuł własną bezsilność. Mimo tego chciał... tak bardzo chciał rozwalić System.
Terapeuta zabrał go kiedyś do pokoju pełnego luster, by pokazać mu, jaki naprawdę jest. I przestraszony mały człowiek, jakim od dawna był nasz główny bohater, ewidentnie przejął się obrazami, które zobaczył na wykrzywionych powierzchniach. Za gruby, za chichy, zbyt energiczny człowiek patrzył na niego, gdzie by nie poszedł. Żaden z obrazów nie zdawał się uchwycać to, kim naprawdę był. Szczerze nie chciał na tamte okropieństwa patrzeć, jednak nie potrafił zdecydowanie odwrócić wzroku. Głos mówił mu, że powinien chcieć przeglądać się w oczach luster, by zobaczyć, kim jest. Musiał nauczyć się przyjmować krytykę. Musiał zwracać uwagę na to, jak jest odbierany.
– Rozwaliłbym to lustro.
– To lustro pokazuje ci, kim jesteś.
– Tamto też bym rozwalił.
– Nie możesz po prostu odwracać wzroku od obrazów, które ci się nie podobają. Każdy jest trochę dobry, trochę zły. Każdy musi mieć świadomość własnych niedoskonałości, prawda... Tylko tak ludzie wzrastają.
– Prawda...
Naprawdę dziwnie brało się do ręki farbę, gdy nikt nie pozwolił jej wziąć. Zamalowanie tak szanowanego obrazu wydawało się szaleństwem i miał wielkie opory, by to zrobić. Wkrótce jednak ręka przyzwyczaiła się do pokrywania wrednego odbicia grubą warstwą obojętności. Przy każdym kolejnym było nie mniej ciężko, pojawiała się myśl, że ten obraz akurat powinien zostawić, może ten jeden jest prawdziwy, może to wypuklenie pokazuje to, co naprawdę jest. Mimo tego malował, aż pokój pełny luster stał się pokojem pełnym pustych obrazów.
– Koszmar.
– Co nie? Aż dziwne, żeś mnie Pan nie powstrzymał.
– Jestem terapeutą. To nie mój obowiązek...
– Pójdziesz Pan za drzwi i powiedziesz Pan Systemowi, co Pan o mnie sądzi.
Powoli zaczynał rozgryzać zagadkę kryjącą się za grą prowadzoną z nim przez System. Bezlitosnej, narcystycznej władzy zależało na uwięzieniu go, uczynieniu go małym, ale prawda była taka, że to był jego dom. Postacie, które się tu pojawiały były pod jego władzą. Na tyle tylko słuchały Systemu, na ile im pozwalał. Poczuł nagły niepokój związany konfliktem między kuszącym wołaniem mocy a głosem poczucia obowiązku, jaki towarzyszył mu całe życie. Mogąc, mógł wiele zniszczyć, jednocześnie czuł się zobowiązany do zrobienia, co należy. Głos w nim krzyczał, że pozwalając sobie na tak swobodne wydawanie rozkazów, zaprzecza obowiązkowi. Tak łatwo może się pomylić, rozkazać, czego nie należy. Zawsze System wiedział, co robić – jak się ubrać, co powiedzieć, ile poświęcić czemu. Przerażała go władza, jaką brał sobie, zaprzeczając Systemowi i to, ile zła może wyrządzić. Nie istniało jednak coś takiego, jak podział władzy między niego a System. System nigdy by nie pozwolił, by ktoś eksponował bezwstydnie swoją swobodną naturę, nie tolerował braku zupełnej kontroli, obserwowanie czyjejś otwartości wytrącało z równowagi cały świat, uporządkowany przez zasady Systemu, i dlatego System nie pozwalał nikomu móc cokolwiek, niż co zapisane w zasadach. Już teraz czuł, jak olbrzymia potęga zaczyna zwracać się przeciwko niemu. Czekało go wiele okropieństw – udawania przez System i jego udawania wobec Systemu, że wszystko jest w porządku, poczucia wstydu z naginania zasad przyzwoitości. Będzie potrzebował wiele odwagi, by wierzyć w prawdziwość rzeczywistości, jaką postrzega, i będzie w tym zupełnie sam, ale wierzył, że jest w stanie wygrać tę wojnę. Patrzył, jak mały mężczyzna wychodzi jak zahipnotyzowany przez drzwi i wyznaje mu miłość, po czym pochłonięty zostaje najpewniej przez System.
Następnego dnia główny bohater wrócił do swoich obowiązków. Nauczyciel powitał go zupełnie spokojnie, odpowiedziało mu udające spokój „Dzień dobry". Nie było potrzeby zaprzeczać grze w udawanie, równie dobrze można było w nią grać. Oczywiście wzbudzało to niejakie poczucie wściekłości i obrzydzenia, ale ostatecznie kiedy grało się o władzę, można było pójść na pewne ustępstwa. Teraz, w tej sekundzie przegrał, udając przed Nauczycielem dobrego pupila, ale w dalszej perspektywie wygra, postępując mądrze. W ostatecznym rozrachunku tylko dalsza perspektywa się liczyła. System dbał o efekty i pozory tu i teraz, on postanowił ze spokojem czekać na przyszłość. Jeżeli jedną rzecz wygrał już teraz dzięki swojej rebelii, to była to przynajmniej możliwość omijania długich lekcji Nauczyciela.
– Byłem w klasie, nie pamięta Nauczyciel?!
– Nie było Pana. Masz mnie Pan za schizofrenika?
– Kpi Nauczyciel ze mnie?! Skleroza, skleroza...
Denerwowały go takie rozmówki. Wykręcanie się od powiedzenia czegoś sensownego było męczące, nie mniej jednak skuteczne. Kupował sobie jeszcze kilka chwil, zanim System znajdzie wystarczająco dowodów, by wydać na niego wyrok.
Prawda jest taka, że wyrok będzie naprawdę czymś śmiesznym, ale tylko z perspektywy spokojnego obserwatora. Dla człowieka zaangażowanego w System wyrok był wszystkim. Był ostateczną próbą zgniecenia osobowości człowieka do postaci przewidywalnych zachowań, których przestrzegania pilnowały Strach i Wstyd. Był wyborem między dostosowaniem się do ram Systemu albo wygnaniem. Właśnie to wygnanie było czymś wyjątkowo śmiesznym. Ten świat musiał w mniejszym stopniu należeć do Systemu, niż do świadomej jednostki, mającej ten świat za swój dom. Musiał być niezaprzeczalną świętą własnością wolnej woli – wola miała o wiele większą władzę niż System, który nie zdołał przecież powstrzymać Terapeuty przed tak śmiesznym wyznaniem miłości. Nie dało się wygnać woli z jej własnego świata. Mimo tego długo w obawie przed wygnaniem wybierał dostosowanie. Dzięki swojej determinacji pozbył się głównego zagrożenia, jakie czekało go na procesie. Nie mniej jednak nie był bezpieczny. Wstyd i Zwątpienie nadal gotowe były obrócić się przeciw niemu i zmusić go do uległości. Wstyd był potężną bronią. Wystarczyło przypomnieć mu kilka dawnych przewinień i wpadek, by wycofał się z obrony. Dlatego musiał jak najszybciej temu przeciwdziałać. Czuł, że miał jeszcze chwilę, ale nie wieczność.
W tym wszystkim szkoda było mu utraty rówieśników.
– Nie możesz być taki zamknięty. Idź do innych – mówił mu kiedyś Nauczyciel. Czy to była jedna z jego pierwszych zabaw, kiedy nie rozumiał jeszcze Systemu?
– Daj łopatkę. Trzeba się dzielić.
– Nie chcę.
Ale nikt nie słuchał twoich potrzeb. Patrzyłeś, jak dzieci bawiły się twoją łopatką, której wcale nie chciałeś oddawać. Może to głupie, ale wtedy piaskownica i te kilka twarzy były dla ciebie całym światem. Nie chciałeś przestać istnieć dla tamtego świata, więc zamknąłeś ten świat na klucz milczenia. Biegłeś od piaskownicy do piaskownicy, tyradami na starszych i równych sobie wypełniałeś każdą chwilę milczenia, by nie móc zastanowić się nad łzami, które pchały się do oczu. Wtedy musiałbyś sobie przyznać, że nie czujesz się dobrze, że jesteś samotny, że czujesz się mały. Dręczyłby cię wybór między milczeniem a prawdą.
Pamiętasz jak próbowałeś kiedyś uczynić tamten świat lepszym? Chciałeś przeciwdziałać samotności i odrzuceniu, chciałeś pozostawać pozytywnym. Pamiętasz, kto po raz pierwszy powiedział ci słowa, które zawsze chciałeś usłyszeć?
– Dobrze cię widzieć.
Było pozornie nieznaczącym zwrotem, wypowiedzianym na równi z „dzień dobry" przez człowieka, którego do tej pory miałeś za... Ha, mówiłeś, że brakuje mu przystosowania społecznego, licząc, że to wytłumaczy twoje poczucie odrazy do tego człowieka. Tyle lat walczyłeś o to, by usłyszeć te słowa od Systemu. I jeszcze wtedy się nie poddawałeś. Prawda była jednak taka, że nigdy nie miałeś szans. By zmienić System, potrzebowałeś stać się kimś więcej, zdobyć większą władzę, ale tak naprawdę im większą moc zdobywałeś, tym niebezpieczniejszy wydawałeś się Systemowi i tym bardziej System chciał zagłuszyć twoje słowa. Jeśli nie mogłeś zniszczyć Systemu, to próbowałeś przynajmniej uświadomić tych, pozostających pod jego wpływem. I znowu przegrałeś, bo oni nie zamierzali zrobić nic, na co nie pozwolił im System. Zrozumiałeś, że nigdy nie odważą się podzielić twojego losu. To wtedy straciłeś do nich szacunek. Wtedy postanowiłeś dbać o swój interes. I pozwoliłeś sobie odejść od nich.
I teraz też się wycofałeś, by zobaczyć, o ile większy był świat, o ile większy byłeś ty sam.
Było jedno lustro, którego nie zamalował. Smutny chłopiec nie chciał nawet podnieść wzroku. Ciężko wymawiało się słowa, które nauczono go mówić tylko dla innych. Głos nie chciał zabrzmieć, gardło dusiło właściciela i wydawało się wymagać nadludzkiej siły, by usłyszeć...
– Kocham Cię!
Oddech łagodził napięcie całego ciała. Usta szczęśliwe były z pokonania wyzwania. Oczy liczyły ujrzeć nowy, piękny świat, powstały dzięki przełamaniu tabu, tylko że nic się nie zmieniło. Nic w jego ciele – od paznokci u stóp po włosy na czubku – nie chciało wierzyć w porażkę. Jeszcze raz wypowiadał te słowa w myślach, ale nie miał odwagi ich powiedzieć ponownie.
– Wolisz czekać aż umrzemy. Zawsze taki byłeś, wolałeś czekać na śmierć. Zawsze ciągnąłeś mnie w dół. Gdybyś się zabił, przynajmniej miałbym do ciebie jakikolwiek szacunek.
Chłopiec nie odpowiadał i w sumie nie było co mu się dziwić. Zawsze traktował tę żałosną istotę z niejaką pogardą. W końcu, co on mógł zrobić? Co jednak dziwne, cisza godziła go z sobą bardziej, niż jakakolwiek rozmowa. Na chwilę postanowił uwolnić umysł i po prostu siedzieć sam ze sobą. Jak dawno nie czuł tego odprężenia. „Marnujesz czas" i te sprawy. Takie myśli zawsze nachodziły w chwilach odpoczynku.
– Jesteśmy najdalej jak się da od świata – odpowiedział cichy głos. – Dalej idzie się już tylko z Bogiem.
– Można wrócić bliżej świata?
– Sądzisz, że bliżej świata będzie ci lepiej? Jak sądzisz, kiedy zapanował System? Myślałeś, że się z nim urodziłeś, ale to dlatego że jesteś idiotą. Prawdą jest, że ty razem ze mną narodziliśmy się, kochając ten świat, nie wstydząc się naszej miłości, nie wstydząc się mojej miłości do ciebie i twojej do mnie. System jest wszędzie w nas, musiałbyś naprawdę zburzyć większość do fundamentów. Co by z ciebie zostało? Czy ze świątyni zostałby chociaż ołtarz?
– Podjąłem decyzję. Zobaczysz, jak wspaniali jesteśmy. Daj mi tylko czas.
Zamalował już lustra – jedną z potężniejszych broni Systemu. Trzymało cię jeszcze współczucie. Odnalazł obraz nieznanego autora, który kiedyś przypadkiem oglądał razem z Nauczycielem. „Mężczyzna trawiony przez ogień, który kocha" – mówiła tabliczka.
– Nic istotnego – mówił Nauczyciel.
– Czy ten ogień może się tu dostać?
– Nic się nie stanie.
A jednak ogień powoli trawił posadzki, dzień po dniu pokrywał je sadzą, szalejąc w obrazie. Szkoda było mu człowieka trawionego przez ogień, który kocha, i dlatego nie zamknął tych drzwi. Chciał, by mężczyzna miał gdzie uciec. I szczerze, to marzenie się nie zmieniło. Teraz tylko obok współczucia narosła wściekłość. Kiedyś gotów być cierpieć zniszczoną posadzkę, ale obecnie wkurzało go, że System miałby go zmuszać do współczucia, którego sam nie chciał okazywać. Nie nienawidził tego mężczyzny, ale zdecydowany był zamknąć drzwi, bo prawda była taka, że skoro on potrafił uwolnić się od Systemu, to ten człowiek, gdy bardzo będzie chciał, też znajdzie sposób. Była taka praca, której nikt nie mógł zrobić za ciebie. I uwolnienie się od Systemu było właśnie jedną z tych rzeczy. Ci, którzy nie potrafili, tak naprawdę nigdy nie chcieli się uwolnić – chcieli tylko zmienić System na inny. Nie mógł już dłużej iść naprzód, oglądając się na tych ludzi. Jeśli kiedykolwiek spotka kogoś gotowego uwolnić się, będzie wiedział.
Szybko złapał klamkę i zatrzasnął drzwi. Z każdymi takimi drzwiami czuł się coraz bardziej pusty, coraz mniej uśmiechał się, coraz mniejsza złość wrzała w jego piersi, coraz większa była jego determinacja.
Jeden z jego wewnętrznych głosów mówił, że powinien przyjść punktualnie na swój proces, ale nie zamierzał wysłuchać tej porady – był to jeden z głosów zasadzonych w jego głowie przez System wiele lat temu. Zamiast tego zdjął z wystawy jeden z większych młotów i ruszył w stronę drzwi. Kilka potężnych uderzeń dało radę zrobić w podłodze dziurę na kilku ludzi. Nikt mu nie powiedział co będzie pod spodem, natomiast zgodnie z podejrzeniami rozwarł ciemną paszczę chciwą ofiary. Nikt na procesie nie zwrócił na niego uwagi, gdy ostatecznie wszedł do auli. Kiedyś by się temu dziwił. Teraz rozumiał, że Systemowi od zawsze zależało na sobie samym – na władzy i iluzji praworządności – nigdy nie zależało mu na nim. Kiedyś wydawało mu się, że System robi wszystko, by poczuł się źle, natomiast teraz rozumiał, że System miał jego jako człowieka w tak głębokim poważaniu, że nawet nie dbał o mieszanie go z błotem. Zresztą, System nie musiał wyprowadzać jakiś skomplikowanych ataków. Samo to, że nie dla Systemu nie istniał jako jednostka z własnymi potrzebami oraz siłą narzucone milczenie o swoim bólu wystarczało, by odczuł jeden z najgorszych bólów – ból nieistnienia. A jednak to był jego dom, System miał tu tylko tyle władzy, ile godził się oddać. Dlatego nie musiał przekrzykiwać argumentów Sędziego. Jedno...
– Wyjdź...
Tłumy ludzi podniosły się z krzeseł i zaczęły zmierzać w stronę przepaści.
Chciałby powiedzieć, że było to wielkie zwycięstwo, ale prawda była taka, że to jeszcze nie był koniec. Wszystko w tym miejscu przez lata przebudowywane było przez System i nie zostało wiele miejsc, które były jego własne. Musiał je odnaleźć, poznać, zbudować nowy dom. Taka praca musiała zająć lata, a przecież nie miał tyle. Świat wołał go, wzywał, a on wiedział, że odpowie na to wezwanie.
Szczerze bał się powrotu. Pozbycie się Systemu dodało mu pewności siebie, ale nadal minęło za mało czasu, by ta pewność nauczyła się mu służyć i nie schowała się przy najlichszym zagrożeniu. Brakowało mu własnego systemu, dlatego był niezwykle słaby na atak toksycznego systemu z zewnątrz, czy nawet z wewnątrz. Do tego nie miał i prawdopodobnie nigdy nie będzie miał dobrej obrony przed podobnym zagrożeniem. Przez moment chciał zbudować mury, które uchroniłyby go, ale zrozumiał, że izolacja nie miałaby większego sensu. W którymś momencie będzie musiał komuś zawierzyć. Wtedy nie trafić na kolejny wypaczony twór narcystycznego umysłu pozwolą mu tylko intuicja z dużą dozą szczęścia. Co prawda doświadczenie i odwaga dawały nadzieję, że był trochę odporniejszy. Widzicie... Po pierwsze, pozwolił sobie uczyć się szanować i kochać siebie, co dawało nadzieję ochrony przez wpadnięciem w kolejną iluzję. Prawda była taka, że jak każdy człowiek pragnął być uznany i zaakceptowany, zaś uważając traktowanie siebie jako kogoś istotnego za wybitnie egoistyczne, zamiast dać sobie uwagę i pochylić się nad własnymi potrzebami, szukał u innych potwierdzenia własnej wartości. Różne narcystyczne systemy kochały wykorzystywać tę słabość. Jak na ich brak empatii, miały bardzo dużą zdolność do wykrywania i wypełniania pustek w człowieku. A gdy człowiek raz poczuł się ważny, gotowy był zrobić wszystko, by znów pogrążyć się takim uczuciu. Z obecnej perspektywy widział, że dla walki z trującymi systemami miłość okazywana sobie była, jeśli nie szlachetnym gestem wobec samego siebie, to po prostu rzeczą konieczną. Dwa, że teraz był swoim najwierniejszym słuchaczem. Wszelkie radości i smutki mógł dzielić z samym sobą, dzięki czemu zniknęła też natrętna potrzeba opowiadania o wszystkim. Znów człowiek, zwykle niewysłuchiwany, kilka razy wysłuchany był gotów zrobić wiele dla systemu, by znów poczuć się istotnym. Te zmiany niesamowicie chroniły go, ale przecież nie zapewniały zupełnego bezpieczeństwa. Mimo tego chciał wyjść do tego świata jeszcze raz. Wyjść do tego samego świata, który pozwolił Systemowi pochłonąć większość jego tożsamości. Tego samego świata, w którym roiło się od systemów. Jedyne co mógł, to zaakceptować przyszły ból i iść dalej.
Przerażało go też, że będzie odpowiedzialny za swoje wybory oraz uczucia. Jeśli zawiedzie, nikt nie przejmie za to winy. Do tego z każdym krokiem ku wolności jego możliwości będą się zwiększać, zatem jego pomyłki będą miały coraz poważniejsze konsekwencje. A jednak coś w wizji takiej przyszłości kusiło go o wiele potężniej niż wszystkie pokusy Systemu. Być może jednak człowiek został stworzony, by być wielkim.
...
Otworzywszy oczy zrozumiał, skąd w jego wyobraźni materiał na stworzenie tak szalonego świata wewnętrznego. Wystarczyło jedno zdanie z ust kobiety, która dała mu życie, by zrozumiał, na jakiej podstawie mózg stworzył sylwetkę Systemu i co chciał mu uświadomić.
„Wieki na ciebie czekaliśmy" było pozornie nieistotnym zwrotem, ale w człowieku otoczonym takimi zwrotami całe życie budziło poczucie wstydu, że kazało się ukochanej osobie tak się martwić. Budziło poczucie konieczności wdzięczności za okazany czas, nawet jeśli tą wdzięcznością miałoby być milczenie o swoich potrzebach, by nie rozgniewać ukochanej osoby. Szczególnie denerwującym absurdem było, że przytłoczony wstydem człowiek nieraz łaja się za (dla przykładu) zapadnięcie w śpiączkę w wyniku czynników odeń niezależnych. A na szczycie tego denerwowało, że chociaż obwinianie się za coś takiego z zdystansowanego punktu widzenia było ewidentnie głupie, wielu ludzi, w tym on kiedyś, faktycznie czuło się złymi ludźmi za bycie powodem czyjegoś stresu.
Niestety, takie rzeczy widziało się tylko po uwolnieniu, człowiek owładnięty Systemem naprawdę przeżywał wszystkie te absurdalne emocje. Dopiero później widziało się, że pozornie współczujący zwrot „wieki czekaliśmy" jest skupieniem na emocjach osoby wypowiadającej, która chcąc zamanifestować swoje poświęcenie wobec niezdrowego, nie potrafi ukryć irytacji z czasu poświęconego tej osobie, zaś w żadnym stopniu nie jest skupieniem na osobie potrzebującej.
Ponad wszystko co powiedział, najbardziej chyba denerwujące było, że niczego, czego się dowiedział, nie mógł powiedzieć na głos. Jego matka nigdy by nie wysłuchała opinii, mogącej postawić ją w złym świetle. Ewentualnie by wysłuchała, jeśli według niej słuchanie „krytyki" stawiałoby ją w dobrym świetle. Ale nic by to nie dało. Chciał wierzyć, że System może się zmienić. Natomiast o ile sama filozofia życiowa może nie jest czymś niezmiennym, o tyle schemat działania poparty kilkoma wyborami zwracał człowieka na ścieżkę, z której się nie zawraca. Nie chciał w to wierzyć. Niemniej jednak obawiał się, że taka właśnie była prawda.
To oznaczało, że już nie zrobi nic, by pomóc matce, bo zresztą nie może. Mógł tylko iść swoją drogą. Co nie przeszkadzałoby tak bardzo, gdyby nie potrzeba wyjaśnienia swojego punktu widzenia siostrze. Wielkie oczka w małym ciele nadal wiernie wpatrywały się w matkę i chociaż teraz wyglądały na całkiem zadowolone, wiedział, że codziennie przeżywają piekło nieistnienia. Jej też nie mógł jeszcze powiedzieć o swoim odkryciu. Jeszcze za mocno wierzyła w nieomylność matki. I szczerze jej się nie dziwił – gdyby zaczęła widzieć prawdę o obiekcie swojej idealizacji, wspaniała mamusia nagle zwróciłaby się przeciwko niej. Nawet najlepszym aktorstwem nie dało się ukryć świadomości w spojrzeniu. Wiedział, że matka wyczuje utratę kontroli nad dzieckiem, jak teraz nagle wyczuła utratę kontroli nad nim.
– Wyjdź, proszę. Zostaw mnie z siostrą.
Wyraz szoku zmroził na chwilę wyraz twarzy kobiety, którą kiedyś tak podziwiał.
– ...Martwiliśmy się o ciebie – znalazła w końcu odpowiednie słowa.
– Dziękuję. Teraz proszę...
Nienawidziła jego zdecydowanego tonu. Czuł to całym ciałem, wszystkim co miał i tym razem nie zamierzał sobie wątpić. Wyszła ukrywając złość i już współczuł pacjentom na korytarzu, których wciągnie w swoją grę w narzekanie, by rozładować wściekłość, z którą nie potrafiła sobie radzić.
– Jesteś wspaniałą dziewczyną, wiesz to? I jesteś bardzo silna.
Wielkie, uważne oczy zaszkliły się. Aż dziwne, że coś tak banalnego wywoływało tak wielkie emocje.
Chciałby powiedzieć o wiele więcej, ale na razie nie mógł. Mógł tylko liczyć, że jego postawa i te krótkie słowa dadzą radę na pustkowiu, jakie czyniły z ludzkiej duszy lata nieistnienia, wyrosnąć w dom dla wspaniałej kobiety.
Niedługo jeszcze zdołał trwać w domu. Tylko kilka razy powiedział „nie", zanim matka zebrała wszystkich domowników, by powiedzieli mu kim jest i jaki powinien być.
– Masz wzrok, jakbyś chciał mnie zamordować – mówiła, gdy nie potrafił udać zaangażowania rozmową. Tradycyjny przykład wmawiania mu jak się czuje.
W rzeczy samej, mało litości zostało w jego sercu dla tej kobiety, choć jeszcze nie wiedział, czy to dobrze czy źle. Od lat wylewała na niego swoje żale, przekonując go, że to jego wina. Teraz ta sztuczka osłabła na swojej sile.
Najwyraźniej czas spędzony poza światem zmienił go. Wystarczyło raz z krańca świata popatrzeć na sieć, w którą wplątanym było się całe życie, by już nigdy nie być w stanie zapomnieć nienawiści za bezkarne sprawianie empatycznym ludziom tyle bólu. Już długo po tym wydarzeniu, z chęcią udawał się na kraniec świata, choć już tylko myślami. Raz poczuwszy własną wielkość na otwartej przestrzeni poza ściskiem ludzi, nie potrafił już dać zamknąć się w klatce.
Jeśli podoba ci się ta historia zapraszam na serwis Wattpad po więcej opowieści jak ta
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania