Szansa

CZ.I

JAN TWARDOCH

SZANSA

Katowice – Marzec 2017

 

Każdy ma szansę coś osiągnąć na swą miarę,

ale nie każdy chce zadać sobie trudu

aby z niej skorzystać.

 

Zakurzone, dawno niemyte okna biura konstrukcyjnego nie dawały jasnego

światła ale kto na to by zwracał uwagę. Rytm życia biura wyznaczał zdawałoby się,

odwieczny rytuał dnia codziennego. Siódma to czas kiedy już wszyscy byli w pokoju

bo Kadrowy pilnował karty zegarowej aby się zgadzało ale i na to był prosty sposób –

odbijało się za kolegę, ważne że było szósta i ileś tam a nie było siódmej.

Zaczynał się ceremoniał parzenia herbaty i wymiany uwag na temat meczu piłkarskiego,

choroby dzieci, ostatniego wspaniałego pijaństwa czy też jak zwykle upierdliwych

żon co to człowiekowi nie pozwalają normalnie żyć.

Staszek postawił na parapecie okiennym swój atrybut konstruktora, kubeczek z parującą

herbatą wrzuciwszy uprzednio 2 kosteczki cukru. Rajzbret od niepamiętnych

chyba czasów stał wciąż w swym miejscu lekko pochylony.

Zastanawiał się od jakiego końca rysunku na kalce zacząć, - od dalszego precyzyjnego

wykreślania nakrętek czy może od dokończenia widoku cięcia osiowego.

Machinalnie ostrzył grafit ołówka na perfekcyjny szpic gdy poczuł znajomy, nieświeży

dech Kazika zza pleców.

- No i jak, dobrze ci poszło? - zapytał z obleśnym uśmiechem przylepionym do ust,

bo mnie, nie czekając na odpowiedź ciągnął dalej, poszło doskonale, wyobraź sobie

że aż trzy razy załatwiłem sprawę bo czwarty raz to Ona już nie chciała. Staś odwrócił

się i popatrzał na niego dobrze udawanym życzliwym wzrokiem, no no, dobry jesteś!

Nie dokończył zdania głośno a w myślach dodał, biedna ta żona jeśli musi znosić ten

odór z gęby, no chyba że przekonała go, że lepiej na pieska.

- Słuchaj no Staszek, może po robocie poszlibyśmy na piwko, pogadali, trzeba się

trochę rozerwać w tym nudnym monotonnym życiu.

- Zobaczę, odpowiem ci później, - bąknął Staś i jednoznacznym ruchem kończącym

rozmowę odwrócił się do dechy zabierając się do dokończenia rzutu cięcia.

Trzy razy!! Ha ha, zaśmiał się bezgłośnie, w tym wieku trochę po trzydziestce? – no

może i to możliwe, ale żeby się tym chwalić? Niech mu będzie, niech się dowartościowuje.

Zabrał się do kreślenia linii koncentrując się na dokładności i równoległości.

Nagle uciszył się gwar cichych rozmów, które są tak normalne, że brak ich jest nienormalnością.

To może oznaczać tylko jedno z dwóch; albo weszła pomocnica pani

1

sekretarki Starego, Ania ze wspaniałymi długimi nogami jak gazela w mini spódniczce

demonstrując wspaniałe krągłe cycuszki w opinającej je bluzeczce z odpowiednim

wycięciem, albo marsowa postać Starego, który niewątpliwie musi się wyładować na

kimś, bo coś nie poszło po jego myśli. Staś wychylił się zza deski kreślarskiej spoglądając

czujnie w kierunku drzwi. Jeśli to Stary, to lepiej być niezauważalny.

Wtoczyła się Burza Gradowa i sunie pomiędzy dechami.

Staszek taktycznie, niby przypadkowo odwraca się tyłem do przejścia ciągnie powoli

linię kropkowaną, gdzie cała jego postać ma sygnalizować przechodzącej Burzy

wielkie zaangażowanie.

- No i jak tam panie Stanisławie, słyszy przymilne słowa w złowieszczych dźwiękach

tuż za plecami. Ooo…, widzę że daleko jest już pan z tymi rzutami. Nie nudzi

pana taka monotonna praca? - zasyczało przymilnie, - niech pan do mnie wpadnie

do gabinetu po przerwie śniadaniowej - bardziej rozkazał niż poprosił.

- Ależ tak, Panie Dyrektorze, oczywiście Panie Dyrektorze, wybełkotał w równej

mierze zaskoczony co wystraszony.

Stary, nie zwracając uwagi na uniżone postawy i przymilne wzroki etatowych pochlebców,

szybkim krokiem opuścił to zaległe w grobowej ciszy pomieszczenie.

- Ty, co chce Stary od Ciebie, zapytał zaskoczony Kazio, narozrabiałeś coś?, a

może szykują się jakieś zwolnienia?

- A skąd ja to mam wiedzieć, odpowiedział Staś z nieudającym się ukryć nagłym

biciem serca. Rozpoczął się znajomy cichy gwar, lecz tym razem tworzyły się grupki

po 2-3 osoby, rozważając ewentualny wynik Staszkowej wizyty u Starego. Nie było

jednak w ich wzroku zazdrości czy też zawiści, a raczej jednoznaczne pożałowanie i

współczucie.

Gdy Stary sam się fatyguje do sali to nigdy nie znaczyło coś dobrego.

Kazik opiekuńczym gestem objął ramiona Stasia jakby chciał mu dodać odwagi, otuchy,

ale szybko się jednak ulotnił do swego rajzbretu, widząc że jest obserwowany,

co może mieć dla niego negatywne skutki, gdy okaże się że Staszek jest na spalonym.

Jedni popatrywali współczująco w kierunku Stasia, inni jakby się w duchu cieszyli

z bliskiej a według nich pewnej klęski. Nikt też nie zbliżył się do niego, ot tak, na

wszelki wypadek.

Staś spojrzał na zegarek, jeszcze pełne dwie godziny do przerwy śniadaniowej. Stracił

zupełnie chęć do dalszego rysowania, myśli latały przez głowę jak błyskawice, żona,

dwójka dzieci, mieszkanie, co dalej jak go wyleją, ale za co?, - co chce Stary?

Wyciągnął z teczki ze śniadaniem Przegląd Sportowy, gazetę którą zawsze czytał z

przyjemnością, litery zaczęły skakać przed oczami, nie mógł się skoncentrować aby

właściwie przeczytać nagłówki, do treści artykułów nawet nie próbował dotrzeć.

Minął czas śniadania. Staszek nawet nie wyjął śniadania które żona przygotowała.

W trakcie przerwy, nikt nie podszedł do niego aby zamienić jak zwykle parę

banalnych zdań na codzienne tematy, których treść rzadko się różniła na przestrzeni

wielu miesięcy czy też lat. Jak zwykle dominowały emocjonalne wspomnienia z

2

ostatnich meczów piłki nożnej, opowieści o jakieś jeszcze nieodkrytej przez innych

nowej knajpki gdzie można było stosunkowo tanio wypić pod nieśmiertelnego śledzika

czy też żelaznego tematu – kobiety a zwłaszcza obrazowe opowiadania o ich

możliwościach z wizualnym pokazywaniem ich niewątpliwych atrakcji.

Dziś Staszek był sam, siorbiąc powoli dawno już wystygłą herbatkę. Nawet Kazik,

najbliższy przyjaciel, który miał zawsze coś do opowiedzenia zniknął z sali, zapewne

przypomniał sobie że ma coś niecierpiącego zwłoki do załatwienia.

Minęła przerwa, zebrał się w sobie i ruszył do sekretariatu Starego.

Odprowadzało go do drzwi wiele par oczu znad czy obok desek kreślarskich. Nikt nie

poklepał go po ramieniu czy też życzył powodzenia. Nigdy nie wiadomo, czy ktoś, nie

doniesie Staremu o solidarności z tym, który idzie na prawie pewne stracenie.

Wziął głębszy oddech nacisnął klamkę i wsunął się przez wąską szparę otworzonych

drzwi do Sekretariatu.

Pani Wanda sekretarka, nieokreślonej urody w wieku gdzieś około, pięćdziesiątki,

podniosła wzrok na wkraczającego. Wytrenowany przez wiele lat uśmiech rozlał się

na jej twarzy.

- Ach, to pan, Panie Staszku, proszę usiąść, Pan Dyrektor zaraz pana przyjmie.

Panna Ania z nogami jak gazela pyta się przymilnie;

- Panie Stasiu, a może kawy, właśnie świeżo zaparzyłam dla pana Dyrektora, ale

dla pana też starczy.

Staś jest oszołomiony, takich uprzedzających grzeczności nigdy jeszcze w tym

przedsionku Smoka nie doświadczył, a był tu już parę razy służbowo.

Ledwo zajął miejsce we wskazanym fotelu, a już panna Ania głęboko nachylając się

kładzie na tacy kawę na niski stoliczek, jednocześnie jakby przypadkowo prezentuje

dwie dorodne półkule w wycięciu bluzeczki.

- To troszeczkę potrwa panie Staszku, gdyż właśnie trwa telekonferencja, ale zaraz

będą kończyć. Smakuje panu kawa? – to kawa, którą zawsze pije nasz Dyrektor i jego

goście – z namaszczeniem informuje go sekretarka uprzejmym i miłym głosem,

który absolutnie nie harmonizuje z tą przysadzistą postacią, żywym uosobieniem Hydry.

Pani Wanda zauważyła zgaśnięcie lampeczki na swojej mini centralce telefonicznej

oznaczającą zakończenie rozmowy telefonicznej, podniosła słuchawkę nacisnęła

jeden z guziczków i głosem pełnym nabożnej służalczości poinformowała Dyrektora

że pan Stanisław już jest.

- Proszę wejść, panie Staszku, Pan Dyrektor oczekuje, oświadcza jednocześnie

pokazując grube drzwi obite skórą.

Serce zabiło mocno, tętno bije jak oszalałe, Staś podniósł się nawet nie spróbowawszy

dyrektorskiej kawy ruszył do wskazanych drzwi.

- Proszę bardzo panie Stanisławie niech pan zechce zająć miejsce. Nie, nie tu panie

Stasiu, tam sobie usiądziemy pokazał na stolik z dwoma przysadzistymi klubowymi

fotelami obok małego gustownego okrągłego stolika.

3

Wstając z swego biurkowego fotela nacisnął guzik małego urządzenia i poprosił o 2

kawy jednocześnie zawiadamiając że nie ma go dla nikogo. Staszek usiadł, a tuż obok

klapnął z sapnięciem Smok spoglądając życzliwie na niego.

- No i jak się panu u nas pracuje panie Staszku, zadowolony jest pan z zakresu

pracy, który panu przydzielono? Zadał pytanie ale raczej nie oczekiwał odpowiedzi.

Widzi pan, Polska potrzebuje dobrych, młodych ale i też doświadczonych inżynierów.

Dziś, w nowych czasach kiedy Solidarność wywróciła stare stereotypy trzeba myśleć

nowocześnie, rozwojowo, perspektywicznie. Musimy doganiać Zachód który nas

mocno wyprzedził. Nie myślał pan o tym aby zmienić pracę na coś w czym by się

pan lepiej samorealizował, gdzie mógłby pan szerzej rozwinąć skrzydła?

Zawiesił głos, gdyż tym razem to pani Wanda wkroczyła do gabinetu z tacą i dwiema

szklankami świeżej, pachnącej kawy. Widocznym było, że podawanie kawy w gabinecie,

to jej domena. Położyła tacę i zdjęła szklanki z kawą z wielką wprawą a wręcz

z gracją o którą by nikt ją nie posądzał patrząc na jej nieciekawą figurę. Dyrektor nieznacznym

ruchem dłoni pokazał że może wyjść. pani Wanda uśmiechnęła się słodko

do niego ale On nawet nie spojrzał. Drzwi z lekkim szelestem zamknęły się.

- Panie Staszku z cukrem?, a może coś mocniejszego do kawki, będzie się nam

lepiej rozmawiało.

Staś oszołomiony nie mógł pozbierać myśli, o co chodzi, ten wręcz koleżeński ton,

kawa, coś mocniejszego, w czym sprawa? Smok, to przecież bezwzględny bezduszniak,

na sam jego widok ludzie woleli zejść z drogi.

Stary wychylił się do tyłu i otwarł drzwiczki meblościanki wyjmując butelkę Napoleona,

a po chwili dwa pękate kieliszki. Nalał do nich przesuwając jeden z nich w kierunku

Stasia.

- Ależ ja jestem w pracy, zdążył słabo zaprotestować Staś.

- Niech pan nie pierdzieli, przecież jest pan u mnie, stwierdził pewnym siebie tonem,

dając tym samym znać, że u niego nie obowiązują jakieś tam przepisy.

- Widzi pan panie Stanisławie, otrzymaliśmy prośbę z Ministerstwa, podkreślił słowo

„otrzymaliśmy” nie mogąc się jeszcze pozbyć starych partyjnych nawyków, aby

wytypować młodego ale już doświadczonego inżyniera do pracy w jednym z Instytutów

Technicznych w Niemczech Zachodnich specjalizujących się w naszej branży,

celem wymiany doświadczeń zawodowych.

Staś oniemiał, to chodzi o niego?

Stary jakby nie zwracał uwagi na niego ciągnie dalej, widzi pan, drogi panie Stanisławie,

doszedłem do wniosku że Pan by się najlepiej do tego nadawał. Zawiesił

głos, jakby się nad czymś zastanawiał i kontynuuje dalej, aczkolwiek jest jeszcze paru

innych podobnych panu inżynierów którzy też by się nadawali na takie wyróżnienie,

dodał jakoś tajemniczo. Ostateczne decyzje jeszcze nie zapadły, zakończył tym

starym z nawyku bezosobowym partyjnym oświadczeniem. Co pan na to panie Stanisławie

zapytał patrząc uważnie na niego, co pan sądzi o tej propozycji.

Stasiowi w szaleńczym tempie migają obrazy; żona, dzieci, dom, wyjazd, rozłąka,

4

pieniądze, awans, szansa na lepsze życie, inny świat.

- Sądzę że jest to dla mnie duże wyróżnienie a jednocześnie jestem wdzięczny

panu, że to pan mnie wybrał panie Dyrektorze, jestem pewien że nie zawiodę pana.

- I tak trzymać panie Staszku, tak trzymać, jakby z ulgą odpowiedział Smok. Wie

pan, że poczucie wdzięczności jest cechą ludzi odpowiedzialnych i inteligentnych takich

jak pan, z wielką satysfakcją i jakby nadzieją w głosie oświadczył Stary. No to na

zdrowie, podniósł kieliszek i wychylił go z gwałtownym odrzuceniem głowy do tyłu.

Niech się pan nie krępuje przecież już panu powiedziałem że jest pan u mnie.

Staszek podniósł kieliszek wypił go i z lekkim grymasem odstawił popijając natychmiast

kawą. Zdobył się na odwagę i zapytał.

- A kiedy ten wyjazd miałby nastąpić i gdzie.

- A nie mówiłem jeszcze tego panu? - z rozbawieniem zaśmiał się Smok, no cóż, ta

pamięć, ta pamięć, wyjazd jest za około jednego miesiąca a miasto, to Düsseldorf, a

miejsce pracy, w jednym z Instytutów Siemensa, zadowolony pan?

- A na jak długo miałbym wyjechać?

- No, myślę że na pół roku, a może na więcej. Płacone będzie pan miał markach

zachodnich wg stawek niemieckich inżynierów, a nie muszę chyba panu uświadamiać

że to, co pan tu zarabia to mizerne grosze. Myślę jednak że będę z pana zadowolony,

zakończył i powstał ze swego fotela dając znać że audiencja jest zakończona.

Staś porwał się fotela jakby go coś sparzyło, ujął wyciągniętą do niego prawicę Smoka

dał sobie nią potrząść. Jakaż ona jest śliska i nieprzyjemna, przeleciało mu przez

myśl. Po chwili poczuł lekki powiew zamykanych za sobą drzwi.

- No i co pan na to, zaszczebiotała panna Ania dając znać tym pytaniem że wie o

co chodzi, pojedzie pan?

Zaraz zresztą umilkła skarcona surowym wzrokiem Sekretarzycy. Pani Wanda w

ułamku sekundy zmieniła oblicze z lodowatego na uśmiechnięte i niby to do siebie,

niby to do Stasia westchnęła.

- Inni to mają szczęście, pieniądze, inny świat, pozycja, to nie to co tutaj, rutyna i

nic nowego, ze złością strzepnęła nieistniejący kurz na biurku.

Staś cicho wysunął się za drzwi i delikatnie je zamknął. Oparł się o ścianę zamknął

oczy usiłując uporządkować chaos myśli, który z siłą tornada szalał w jego głowie.

Wyjazd, wiele miesięcy bez Helenki i bez dwójki swych dzieci, sam, daleko, czy podoła,

trochę znał niemiecki jako że ojciec w czasie wojny nie pytany o chęć, został

wcielony do Wehrmachtu i czasem uczył go trochę niemieckiego gdy jeszcze żył.

W szkole też miał niemiecki, ale uczył się tylko na stopień, a nie po to aby się nim

posługiwać. Marki zachodnie, brzmiało w głowie, może kupi sobie wymarzony samochód,

nie jakiegoś tam Poloneza, ale inne, te zachodnie, może Volkswagena, a może

nawet Audi, bo Mercedes był już poza sferą jego marzeń. Wszystko to szumiało w

głowie z błyskawiczną szybkością. Będąc jeszcze oszołomiony ruszył do swego biura,

do swego rajzbretu.

5

Otworzył drzwi i odczuł natychmiast na sobie wzrok kilkunastu par oczu, jedne z nieudolnie

ukrywanym zadowoleniem inne zaciekawione z pytajnikami. Przeszedł między

nimi i wsunął się do swej szparki pomiędzy skośnie ustawionymi dechami, bezwiednie

uchwycił ołówek i niewidzącymi oczyma patrzał na rozwieszony przed nim

rysunek.

- Gadaj stary, co On chciał od ciebie? – zapytał z lękiem Kazik, który pojawił się

niemal jak nieziemska zjawa.

- Co chciał? - powtórzył pytanie Staś, no, chyba chce mnie wysłać do Efu na dłuższy

czas do pracy, już raczej spokojnie odpowiedział.

- Co?, ciebie? do Efu? na dłuższy czas?, do pracy? - pytajnikami wykrzykiwał Kazik

nie panując nad głosem. To wspaniale, odkujesz się, to nie to co my tutaj, chyba

szczerze ucieszony stwierdził głośno, nie zwracając uwagi na wszystkie głowy wychylone

zza dech z wyostrzonymi uszami.

Lekko za szurgotało po podłodze i paru podeszło do Stasia.

- Gadaj no Stary, co z tym wyjazdem, niemal chórem zapytali. Inni, zdezorientowani

tym nagłym zwrotem sytuacji, gdyż będąc pewni swych złowieszczych i jedynie

słusznych, pewnych przeczuć co do niechybnej klęski Stasia, słysząc tą niewyobrażalną

wiadomość pozostali na miejscu, jeszcze nie wiedząc jak się odnieść do tego,

jednak ostro nadstawiali uszu.

- Mam za parę tygodni wyjechać do Düsseldorfu, do Siemensa aby wraz z nimi popracować

celem wymiany doświadczeń zawodowych rzeczowo ale i krótko powiedział

im to, co sam usłyszał.

- Ale za jakie pieniądze? – niecierpliwe dopytywał się Kaziu, za diety czy też za

ichniejsze?

- Za ichniejsze - powtórzył ostatnie słowa Kazika.

- Stary, co ty nie mówisz, ale ty masz farta! Na pół z podziwem, na pół ze szczerym

żalem wyrzucił z siebie.

Grono przybyłych rozeszło się do swych miejsc, jak zwykle rozległ się normalny cichy

gwar rozmów, lecz tym razem był w tonach rozgorączkowanych, obliczano ile może

zarobić niemiecki inżynier, ile może dostać Staś, ile musi wydać na miejscu, no ile

jest w stanie zaoszczędzić do Polski.

Wszystkie rachunki wskazywały, że na pewno nieporównywalnie więcej niż Oni tutaj

są wstanie zarobić nic nie wydając. Jak zwykle w takich sytuacjach zaczęto zastanawiać

się, dlaczego Staś, a nie na przykład Oni, przecież mają większy staż pracy,

więcej doświadczenia, a w ogóle to im powinno się to zaproponować a nie jakiemuś

tam, nieopierzonemu inżynierkowi bez większego doświadczenia, z pewnością musi

mieć jakieś chody gdzieś na górze a może nawet i w Solidarności.

Marek - chłopak pochodzący z tak zwanego dobrego domu. Ojciec był Dyrektorem

jakieś elektrowni czy coś takiego, matka pochodziła z jakiegoś zubożałego rodu

szlacheckiego z rejonu Grodna. Otrzymał staranne wychowanie jako dziecko i był

6

zawsze dobrze ułożony. Ojciec dał mu umiejętność rozważnego i spokojnego podejmowania

decyzji, a matka wszczepiła zasady właściwej etykiety towarzyskiej obowiązującej

w jej rodzie. Człowiek o wielkim sercu i szlachetnej duszy. Wydaje się

jednak że to dobre wychowanie i wrodzony takt, nie zawsze wychodziło mu na dobre.

Dorastał w epoce jeszcze silnego socjalizmu w Polsce, gdzie nie zawsze wiedza,

inteligencja otwierała drogę do awansu zawodowego czy społecznego, a raczej

przebiegłość, buńczuczna pewność siebie, a zwłaszcza intryga i chamskość były docenianie

i oceniane jako silny charakter prawdziwego człowieka tej epoki. Skończył

studia techniczne i z wolna przebijał się do góry często obrywając od mniej wykształconych

ale za to wygadanych bezczelnych pyskaczy partyjnych nie mających skrupułów

w walce o stanowiska a co za tym idzie o dobra doczesne.

Nie wiedząc dlaczego, Marek ostał się starym kawalerem, mimo że należał do bardzo

interesujących mężczyzn którzy przyciągają oko co powabniejszych pań.

Wysoki, ok. 180 cm wzrostu, wysportowana sylwetka, o twarzy sympatycznej budzącej

zaufanie, zawsze spokojnej o łagodnym spojrzeniu swych niebieskich oczu.

Marek był dobrym kolegą Stasia z lat studiów technicznych.

Dyskutowali często na ciekawiące ich tematy gdzie zawsze ustawiali się przeciwko

sobie tak, aby nie kłócić się, ale żeby poznać argumenty czy też kontrargumenty

swych twierdzeń a tym samym uczyli się nawzajem umiejętności bronienia swych racji

jak również, co było o wiele trudniejsze – zgodzenie się na twierdzenie przeciwnika

jeśli swe argumenty nie wytrzymywały miażdżącej krytyki.

Obydwoje absolutnie zgadzali się z definicją dyskusji którą usłyszeli na jednym z wykładów

Profesora z Podstaw Konstrukcji Maszyn który na jednym z wykładów zadał

studentom pytanie, jakby określili zasady czy też reguły dyskusji.

Odpowiedzi padały różne, ale z żadnych Profesor nie był zadowolony, raz kiwał głową

że coś w tym rodzaju a innym razem kręcił głową z dezaprobatą.

Gdy wyczerpał się wolumen studenckich odpowiedzi, pan profesor oparł się o swoją

katedrę, odczekał na uciszenie się sali i rozpoczął:

- Szanowne Panie i Panowie Studenci, przyjmijcie do waszej wiedzy i zapamiętajcie

że; dyskusja - to rozważna, rzeczowa i spokojna wymiana poglądów bez chęci –

podkreślił z naciskiem – przekonania kogokolwiek o swej racji. Ktoś, kto chce kogoś

nakłonić, zmusić do przyjęcia jego poglądów nie dyskutuje lecz terroryzuje. To terror!

- zakończył swą definicję.

Definicję tą bezwiednie stosowali w swych dyskusjach i z biegiem czasu przyjęli ją

jako swoją.

Staś miał wiele wątpliwości co do tego czy powinien opuścić rodzinę i pojechać w

świat za lepszym jak się wydawało chlebem. Rozważał wszelkie „za” i „ale” nie znajdował

jednak żadnych jednoznacznych argumentów za podjęciem tej, czy innej decyzji.

Po wstępnej ogólnikowej rozmowie z żoną też nie był zdecydowany jak postąpić.

Potrzebował kogoś z kim mógłby podyskutować jak postąpić, kogoś kto rzeczowo

obali jego argumenty aby jechać czy też nie jechać.

7

Zadzwonił do Marka.

- Część Marek, to ja, dawno nie wdzieliśmy się, co słychać u Ciebie? – zagaił Staś.

- Jak zwykle, praca dom i takie sobie codzienne życie, a u Ciebie? – coś nowego?

- Wiesz Marku, chciałbym się z Tobą spotkać mam pewien problem i nie wiem jak

postąpić.

- Tak przypuszczałem, jak usłyszałem trochę inaczej brzmiący Twój ton, coś narozrabiałeś

albo potrzebna ci niańka aby ukoić twe biedne skołatane sumienie, z lekka

ironizując.

- Nie, nie w tym sprawa, nie wiem jak postąpić i tu jest pies pogrzebany.

- No cóż Stary coś mi się wydaje że potrzebujesz się wypłakać w rękaw i wysłuchać

rady wolnego i swobodnego człowieka.

- Nie Marku, nie ten kierunek, ale rady to rzeczywiście potrzebuję.

- Ok. Stasiu, kiedy, gdzie i co proponujesz.

- Najlepiej byłoby gdzieś w knajpce, ale cichej aby można by było spokojnie pogadać.

- Znam taką, odpowiada Marek, niedaleko ode mnie, a barmanka to moja znajoma

z dużymi, okrągłymi uszami, takimi w Twoim guście, zachichotał, na pewno coś będzie

miała ekstra do zjedzenia.

- Jutro w piątek pasuje? O osiemnastej?

- Spotkamy się u Ciebie i zobaczymy tą knajpkę, odpowiedział Staś nie zauważając

złośliwości na temat dużych okrągłych uszu barmanki.

- Powiedziane! - skwitował Marek i zakończył rozmowę wyczuwając że telefonicznie

nie ma sensu pytać w czym sprawa.

Marek, przyjaciel z którym nie spotykał się często, ale zawsze mógł na niego liczyć,

przynajmniej tak mu się wydawało. Często zadawał sobie pytanie jaka jest psychologiczna

różnica pomiędzy kolegą a przyjacielem. Jak się traktuje przyjaciela a jak kolegę.

Mówi się często – kolega z wojska czy też z pracy, a nie mówi się przyjaciel z

wojska czy pracy. Te binarne rozumienie stanu psychicznego rozróżniające dwa stany

emocjonalne pozornie tego samego zjawiska sympatii do drugiego człowieka nie

jest takie proste mimo, że prawie każdy „najlepiej wiedzący” udzieli jedynie słusznej

ale banalnej odpowiedzi opartej na jeszcze większym banalnym przykładzie.

Po krótkiej podróży pociągiem Staś zadzwonił przy furtce do starej poniemieckiej

willi w której mieszkał Marek wraz z rodzicami.

- Część Marku, już jestem.

- A ja już czekam na Ciebie, wejdziesz?

- Nie, może innym razem.

- Ok. Już się ubieram, coś cię gryzie?

- Chodź, pogadamy, masz trochę więcej czasu?, bo to nie jest na pięć minut.

- Nie ma sprawy, jutro mam wolne a więc czas mam prawie nieograniczony.

Po chwili wyszli na ulicę, Marek skręcił w jedną a potem jeszcze w dwie czy trzy

przecznice i zatrzymali się przed lokalem w starym jakby chłopskim domu położonym

8

w głębi trochę zaniedbanego ogrodu.

- Tu, myślę będzie spokojnie, bo nie przychodzą tutaj okoliczni drobni pijaczkowie,

a jedzenie dają dobre może niewyszukane ale za to dużo.

Sala, a raczej coś w rodzaju chłopskiej izby, czystej ze smakiem urządzonej, stylizowanej

na starą karczmę. Nie śmierdziało w niej jak wielu knajpeczkach zapachami

kuchennymi, sprawiała wrażenie przytulności i ciepła.

Marek zdjął swoją kurtkę i powiesił ją na kołkach tuż obok wiszącego już płaszcza

Stasia. Rozejrzeli się po sali, chyba jednocześnie dostrzegli dwuosobowy stoliczek

za kominkiem ale za to obok okna ze skrzyżowanymi szprosami rozdzielającymi

szybki. Gości prawie nie było nie licząc parki w wieku jeszcze zalotnym które coś tam

do siebie szczebiotali.

Zanim się dobrze usadowili w wygodnych miękkich fotelikach gdy już pojawiła się

przed nimi karta menu w wyciągniętej ręce. Staś powiódł wzrokiem po tej ręce aby

zobaczyć jej właściciela.

Zastygł, ręka kończyła się tuż obok małych falbanek bluzeczki ludowego kroju. Bluzeczka

właściwie oprócz pleców i rękawków, można by powiedzieć, nie miała właściwie

przodu nie licząc jednego czy też dwu guziczków na jej spodzie. Postać ta

lekko się nachyliła wręczając a właściwie wciskając mu do ręki otwarte okładki menu.

Marek uśmiechnął się pod nosem, no, na niego TO jeszcze działa bez zmian, mimo

tylu lat po studiach, pomyślał i lekko kopnął pod stołem przywołując Stasia do rzeczywistości.

Zanim Staś zdążył cokolwiek powiedzieć zjawa ta zniknęła gdzieś za załomem

sali.

- Oj, Stasiu, Stasiu, nic się nie zmieniłeś, nadal działa na ciebie wycięty dekolt.

- Dobra, dobra, w końcu to nic złego podziwiać dzieła natury, a ty nie bądź taki

święty, z uśmiechem odparł Staś.

- Zjemy coś? - zapytał Marek nie podnosząc głowy studiując kartę.

- Wiesz, może trochę później, przecież mamy czas. Może by tak coś na język, bo

jakoś mi tak zasechł.

- Masz rację, a co weźmiemy?, mają tu różnorakie nalewki z różnych krajów, z tego

właśnie znana jest ta knajpeczka.

- To jest twoje terytorium, zdaje się na Ciebie.

- No dobrze, - pani Basiu niech nam pani poda tą nalewkę którą ostatnio mi pani

zachwalała, - dobra była!

- Tą z Czarnogóry?

- Chyba tak, tak to jakoś brzmiało, potwierdził Marek.

- W kieliszkach czy w karafce?

- W karafce pani Basiu po co tyle razy chodzić.

Staś spojrzał na Marka rozbawiony, - Marku, przecież ja cię nie znam z tej strony,

nigdy nie byłeś znawcą alkoholi a i głowa też nie tęga.

- No cóż, jakieś hobby trzeba mieć, interesuję się trochę Enologią i rodzajami alkoholi,

a nalewki to też fajny rodzaj napitków tyle tylko że mało znany.

9

Pani Basia postawiła przed nimi ładną, gustowną karafeczkę wraz z dwoma małymi

pucharkami a obok postawiła naczyńko z płynnym miodem wraz z zanurzoną w nim

szpatułką oraz półmisek z szopską sałatą.

Staś zdążył jednak rzucić okiem na wspaniały krój bluzeczki, co zostało zauważone

przez właścicielkę która lekko się uśmiechnęła i troszkę bliżej podsunęła pucharek w

jego stronę.

Marek oparł się o oparcie fotelika i mruknął, on się chyba nie zmieni, niepoprawny! –

po chwili jednak ujął karafkę ze rżniętego szkła i nalał do pucharków, po czym wziął

szpatułkę okręcił ją dookoła w naczynku z miodem i zanurzył w pucharku.

- A ty co robisz?

- Spróbuj tak, a potem z miodem, padła odpowiedź.

Staś chwycił za pucharek i zaskoczony spojrzał na Marka, przecież to ciepłe z wyrzutem

powiedział.

- I tak ma być!, wesoło odparł Marek, skosztuj, a potem dopraw miodem.

Umaczał usta pociągając lekko, smak korzenny, surowy, na pograniczu smaku bimbru

białostockiego, a zintensyfikowany zapach podgrzanego alkoholu wiercił w nosie

zatykając go.

- Co to za cholerstwo?!

- Spokojnie, a teraz wymieszaj to z miodem i spróbuj.

Po wymieszaniu szpatułką zanurzonej w miodzie nalewki spróbował jeszcze raz, a

po chwili jeszcze raz.

- No i?

- Ty wiesz, to jest całkiem dobre i w ogóle już nie zajeżdża bimbrem.

- No widzisz, ta nalewka nazywa się Grejana, a teraz wyspowiadaj się, może odpuszczę

ci grzechy.

- Marku to trochę skomplikowana sprawa i nie chodzi o jakiekolwiek grzechy, po

prostu nie wiem jak postąpić.

Podniesione brwi i pytajniki w oczach zastąpiły odpowiedź.

- Dostałem propozycję wyjazdu na Zachód do Efu do pracy na pół roku a może na

więcej, a jak wiesz mam żonę i dwójkę dzieci i musiałbym je zostawić na ten czas

samych. Nie wiem jak postąpić, czy przyjąć propozycję tym bardziej że Stary jakoś

dziwnie uzależniał to od wdzięczności czy coś w tym rodzaju.

- Co to za praca?

- W podobnym biurze technicznym jak nasze ale u Siemensa, celem wymiany doświadczeń

w ramach współpracy technicznej. Prawdopodobnie chodzi o to, abym

poznał tamtejsze sposoby pracy i ich rozwój organizacyjny i zaawansowanie techniczne.

To znaczy praca jako niemiecki inżynier.

- No to masz rzeczywiście problem, żona sama z dzieciakami co prawda już podrośniętymi

ale jeszcze mimo wszystko nie dorosłe z problemami dnia codziennego,

plus szkoła, plus zakupy, plus domowa praca i samotność, to nie wróży nic dobrego.

Ty dasz sobie radę, ale Ona z tyloma problemami? – tu może być kłopot.

10

- Z żoną?

Może też, ale przede wszystkim z dziećmi, brak ojca i jego autorytetu a czasem każącej

ręki może na nich źle wpływać. Pytanie, czy twoja żona da sobie z tym wszystkim

radę i co Ona na to?

- Nie zabrania mi tego ale i też nie jest entuzjastycznie nastawiona, nie mniej wyczuwam,

że raczej chce abym pojechał, zdając sobie sprawę że jest to niepowtarzalna

szansa urządzenia sobie trochę lepszego życia. Odczuwam, że decyzję pozostawia

mnie, a ja nie wiem co zrobić.

- Staszek, jeśli rzeczywiście ma to trwać jakiś czas, ileś tam miesięcy to będziesz

musiał być bardzo asertywny w stosunku do żony a co za tym idzie odporny na głupie

aluzje pseudo-życzliwych znajomych, jak również w połowie elastyczny a w połowie

stanowczy w stosunku do dzieci. Nie będzie ci łatwo a zwłaszcza z żoną. Coś

na ten temat mogę powiedzieć z własnego doświadczenia.

- Staś spojrzał na niego uważnie. Ty?!

- Tak Ja! – jakby z mocniejszym przydźwiękiem odpowiedział Marek. Widzisz, od

tego czasu kiedy poznałem twoją żonę a była jeszcze panną do wzięcia, wiele się

zmieniło. Trochę ci zazdrościłem, no, może trochę więcej niż trochę, więc postanowiłem

nie być takim wzorcowym, delikatnym i taktownym dżentelmenem. Poznałem

trochę kobiet ale one były jakieś dziwne, jedne parły do małżeństwa za wszelka cenę

i widocznym było, że to nie chodzi o mnie, ale o mój status i dom z którego pochodzę.

Nie widziałem a może nie chciałem widzieć ich uczuć do mnie a może to ja nie

byłem jeszcze przygotowany do takiego kroku. Najczęściej kończyło się to po paru

wizytach w moim lub ich łóżku. Była też jedna pani na której mi zależało, tak przynajmniej

sądzę, pochodziła z bardzo dobrego domu z tak zwanymi „tradycjami”, była

też po studiach ale niestety bardzo uzależniona w swych poglądach od rodziców.

W praktyce to oni wydawali orzeczenie czy Ten czy też Tamten może starać się o

względy ich córusi. Widocznie nie spełniałem ich kryteriów mimo że stan majątkowy

ich był znacząco niższy niż nasz. Prawdopodobnie przeszkodą było to, że moja matka

popełniła w ich wyobrażeniu mezalians wychodząc za mojego Ojca, który nie był

z odpowiedniej sfery. Dowiedziałem się wiele lat później, że wyszła za mąż za jakiegoś

oficera marynarki handlowej który zaginął w którymś tam rejsie na zagranicznej

banderze, prawdopodobnie wyrzucony za burtę a jego kasa, podobno dosyć pokaźna,

zniknęła.

Staś słuchał ciekawie, tego nie znał z życiorysu Marka.

- I tak mijały lata, stawałem się coraz starszy i rodziły się obawy czy aby nie jestem

już z za stary na zakładanie rodziny. Rodzice już się z tym pogodzili, chyba tylko Ojciec

miał mi to trochę za złe że jestem taki niezdecydowany. Widzisz Stachu, dlatego

nie za bardzo wiem co ci doradzić. Wiem jednak na pewno i jestem o tym przeświadczony

że musisz być silny w postanowieniach i mądrze tolerancyjny. Jeśli będziesz

ortodoksyjny w poglądach małżeńskich to daleko nie zajedziesz. Może nastąpić

krach z powodów rzeczywistych czy też wyimaginowanych co w każdym przypadku

11

ustawi cię na przegranej pozycji, pozostaniesz może z pełną kieszenią ale z pustym

życiem.

- No dobrze, ale co mam zrobić, jechać? - nie jechać?

Ja bym pojechał, to jest może jedyna okazja, jedyna szansa abyś się w życiu jakoś

urządził. Może jak się tam rozejrzysz, ocenisz sytuację, to ściągniesz rodzinkę, tam z

pewnością jest lepiej niż tu. Tutaj jeszcze wiele lat musi upłynąć, aby starzy wyjadacze

na stanowiskach odeszli a młodzi nabrali umiejętności rządzenia.

- A co z rodziną, żona?, dzieci?.

- No cóż, z tym to musisz sobie sam poradzić, tutaj nikt ci nie udzieli złotej i jedynie

słusznej rady. Wszystko zależy jak pokierujesz swym życiem; balangi i przyjemności,

czy też troska o rodzinę z dużą dozą wiary i wyrozumiałości.

- Hm… zamyślił się Staś.

- Tak, tak Staszek, nikt ci nie udzieli doskonałej recepty na dobre i zgodne życie.

Widzisz, ja zostałem sam – jak to się mówi – starannie wychowany, w domu miałem

doskonałe wzorce a jednak nie udało mi się moje życie, po prostu jestem już starym

kawalerem! – rzucił ironicznie uśmiechając się z lekka żałośnie. Jak sądzę, miłość

miedzy dwoma osobami to nie tylko śpiewanie serenad pod oknem, podawania śniadania

do łóżeczka czy też nocne szałowe uniesienia erotyczne. To przede wszystkim

właściwie pojęta przyjaźń pomiędzy dwoma różnymi charakterami czy usposobieniami

poparta jeszcze większą dozą rozsądnego wyrozumienia.

Staś pociągnął z kubka już lekko ostudzonego napoju i słuchał z zaciekawieniem,

wyczuwał że Marek mówi to, co i on odczuwał, ale nigdy tego nie definiował.

- Przyjaźń to więź w której powiązane nią osoby, dzielą się emocjami, ciągnie Marek

a Przyjaciel – to ktoś, przed kim można głośno myśleć. Człowiek ma poczucie, iż

„bratnia dusza”, to osoba do której zawsze może się zwrócić z potrzebą; osoba, której

może się po prostu zwierzyć, opowiedzieć o tym co czuje, z czym się zmaga.

Często nawet nie oczekując się od przyjaciela porady. Zwykle ludzie chcą się podzielić

myślami, dla samego dzielenia. Czasem skarży się przyjaciel, przyjacielowi na

coś, na kogoś, czy też na własny los, który go niesprawiedliwie potraktował. Któryś z

pisarzy napisał chyba coś w tym stylu; - prawdziwa przyjaźń objawia się wtedy, gdy

milczenie dwóch osób wcale nie musi być powodem do niepokoju. Moim zdaniem

człowiek pragnie być wysłuchany, chce czuć zainteresowanie drugiej osoby. Wcale

nie jest konieczne, by druga osoba ustosunkowała się do myśli, które na głos wymawia

jeden z przyjaciół. Oparte to musi być jednak na niewzruszonej pewności tego,

że to co się powierza przyjacielowi nie zostanie gdzieś dalej transmitowane, a tym

bardziej fałszywie czy też tendencyjne przekazane. Takie sprzeniewierzenie się idei

przyjaźni, boli, bardzo boli i najczęściej zostawia głęboką rysę nigdy już możliwą do

zaleczenia.

Marek zamilkł, wyczuwało się że wyrzucił coś z siebie, coś co mu ciążyło na duszy.

Staś zamyślił się ale czuł że narasta w nim myśl której wcześniej nie odczuwał. Rodziło

się postanowienie wyjazdu, rodziła się decyzja. Podniósł wzrok, Marek spojrzał

12

na niego z przymrużonymi oczyma.

- Nie patrz tak na mnie, nie udzielę ci błogosławieństwa na drogę czy też na siedzenie

na dupie, tą decyzje musisz przedsięwziąć sam i nikt cię w tym nie wyręczy,

chyba że trafisz na wszystko najlepiej wiedzącego dupka, roześmiał się.

Pani Basia niby przypadkiem przechodząc pomiędzy stolikami zapytała się czy aby

czegoś nie potrzebują, a pytanie skierowane było wprost do Stasia który wlepił oczy

w dekolt. Przemknęła myśl, czy dałby radę błyskawicznie odpiąć jedną ręką guziczki

bluzeczki jak to kiedyś potrafił po mistrzowsku. Poczuł lekkie kopnięcie pod stołem i

tonem jakby nigdy nic, poprosił o kartę menu. Pani Basia po chwili podała dwie karty,

a podając Stasiowi bez widocznej potrzeby nachyliła się aby lepiej ją podać, ale tym

razem Stasiu zignorował to zagłębiając się w czytanie.

- No i co wybierasz Stachu, bo ja bym wziął tatara i coś na trawienie, a ty?

- Wiesz to dobry pomysł, wezmę to samo, a co proponujesz na to trawienie?

- Twój wybór Stachu przecież jesteś tu gościem. W spisie wódeczek Stasiu odkrył

coś czego jeszcze nie znał, „Baczewski”, a może Baczewskiego słyszałem że rodowód

jej jest ze Lwowa.

- Może być odparł Marek flegmatycznie, kiedyś próbowałem nie jest zła, a do tatara

też się nadaje.

- Pani Basiu dwa tatary i Baczewskiego dwa razy, zawołał Marek w głąb sali.

- Po pięćdziesiątce czy w karafce?

- Może być w karafce! - spojrzał na Stasia i ciszej dodał, - przynajmniej nie będzie

ci mącić w głowie.

- Ha, ha, dowcipas – zaśmiał się Stasiu.

- Stasiu, Marek przeszedł na poważniejszy ton, jak ci już mówiłem, decyzję musisz

podjąć sam, czasem w życiu trzeba podejmować decyzje który mają wpływ na całe

dalsze życie. Która jednak decyzja jest słuszna, teraz na pewno do tego nie dojdziesz.

- Widzisz Stachu – ciągnie dalej – decyzję, którą świadomie podejmiesz wiąże się z

poczuciem woli i powstaje zawsze kilka planów działania oraz zdajemy sobie sprawę

z alternatyw. Decyzja z natury rzeczy jest zawsze kontrowersyjna i każda może mieć

bolesne skutki. Może być ona wynikiem niezależnych czynników zewnętrznych czy

też uwarunkowań wewnętrznych uwzględniających perspektywiczne założenia, zbyt

jednak skomplikowanych by je przewidzieć, chociaż jest to teoretycznie możliwe.

Spojrzał na Stasia uważnie.

- Nie martw się Stachu, cokolwiek postanowisz, będzie źle, musisz wybrać jednak

to mniejsze zło, tylko nie pytaj mnie które. Wyjedziesz – zostawisz żonę, dzieci, dom,

ale masz szansę że może ci się poszczęści, nie wyjedziesz - na pewno się nie dorobisz

na tej posadce i prawdopodobnie będziesz jednym z tysięcy szarym zjadaczy

chleba, ciesząc się, jeśli trafisz trójkę w totolotku. Nie mając poparcia gdzieś na górze,

będziesz żył z japońska - jako tako, udając że nie jest źle, gdyż może nawet raz

na dwa lata pojedziesz do Bułgarii na wczasy. No, ale dość tego, chyba za dużo po-

13

wiedziałem, zajmijmy się tatarem.

W pracy pozornie nic się nie zmieniło, dalej deska kreślarska, Kazik jak zwykle

gaduła ze swymi erotycznymi przechwalankami, jedynie starsi pracownicy nieco inaczej

popatrywali na Stasia, jedni jakby odnosili się z większym szacunkiem, a inni

jawnie lekceważyli, demonstrując swą lepszość wraz z zawoalowanymi uwagami o

niesprawiedliwości losowej.

Kazik na przerwie jak zwykle wsunął się pomiędzy rajzbrety do Stasia i konspiracyjnym

szeptem zapytał:

- No i co, kiedy jedziesz, szept był jednak tak konspiracyjny, że Stachu widział jak

zza rajzbretów wyrastają uszy sąsiadów prawie tak wielkie jak u osłów.

- Nie wiem jeszcze, dopiero mam się dowiedzieć, Stary ma mi to przekazać w odpowiednim

czasie. Ośle uszy oklapły.

- No stary, ty to masz farta, trajkocze dalej Kazik, już cię widzę, w eleganckim garniturze

w swoim aucie, wspaniałe klimatyzowane biura, kawa z automatu za darmo,

inny świat, inny świat - rozmarzył się. Jak się tam trochę urządzisz to może bym

przyjechał do ciebie np. na tydzień, podobno niemieckie piwo jest dobre i mają ich

podobno wiele gatunków.

- Przyhamuj trochę Kaziu, ja jeszcze jestem tutaj i nie wiem czy w ogóle będę

chciał pojechać.

- Głupi czy co? Szajba mu odbiła? – malowało się w wielkich oczach Kazia, Ty

chyba nie mówisz poważnie, wykrztusił z siebie.

- No, jeszcze nie podjąłem decyzji, a jak ci mówiłem to była tylko propozycja ze

strony Starego.

Kazik kręcąc głową mamrocząc coś do siebie poszedł do swojej deski.

Po kilkunastu minutach w sali zaczęły lekko brzęczeć głosy, widocznie Kaziu puścił

cynk, że Stasiu prawdopodobnie nie chce jechać do Efu.

To prawdopodobieństwo nabrało szybko cechy już podjętej decyzji w głowach mniej

lub bardziej zawistnych kolegów. Zaczęto się przymierzać do ewentualnego zastępstwa

czy też typować kto mógłby Stanisława zastąpić. Jedni w tej sytuacji byli pewni,

że tylko i wyłącznie tylko Oni nadają się do tego wyjazdu, przecież są doświadczeni

wieloma latami pracy. Inni bardziej realistycznie patrzący, spoglądali na innych którzy

są w podobnym wieku jak Stanisław i typowali kto by się ewentualnie nadawał. Szumek

robił się coraz większy ale jakoś omijał Stacha, który uśmiechając się pod nosem

dalej kreślił swoje linie.

Minęło chyba ze dwa tygodnie. Temat ewentualnego wyjazdu Stasia do Efu

został już obgadany, wręcz uzgodniony, kto i kiedy mógłby pojechać.

W tych wzajemnie sobie potwierdzanych oczywistościach, osoba Stasia była pomijana,

rezygnacja jego była już tak oczywista, że nie był brany pod uwagę w licytacjach.

Bractwo powoli zapominało o sensacji i stałe tematy z wolna wracały na swoje

tymczasowo utracone miejsca.

Staszek już kilkakrotnie rozmawiał z żoną na temat tego wyjazdu. Niestety, nie

14

otrzymał stanowczego błogosławieństwa ale i też nie było stanowczej kontry. Hela w

samotności, leżąc cichutko w łóżku, rozważała w swym praktycznym rozumku

wszystkie „za” i „ale”. Jednego była pewna, pieniądze które ma przesyłać Stasiu na

pewno będą większe niż pensja tu w Polsce. Pozwoli to lepiej to znaczy bogaciej wykarmić

swą parkę. Przemykały się jej w głowie obrazy frykasów które kupi dzieciom,

czasem zlewało się to z jakąś sukienką z drogiego sklepu, pomieszane to było z plażą

w Bułgarii albo nawet na jakiejś greckiej wyspie, jak to widziała na zagranicznym

filmie, rozmarzyła się wiedząc że jest to nierealne.

Po takich niekontrolowanych myślach spadał czasem grom z nieba. A ja? – mam być

cały czas sama?- przecież ja jestem tylko troszkę po trzydziestce! – grzmiały wykrzykniki

z pytajnikami. Rozterki przemieszane były z nadziejami, bunt samotności

mieszał się z wizjami lepszego może i trochę ekskluzywnego życia. Czasem widziała

wpół na jawie, wpół we śnie, miny kuzynek zazdroszczących jej lepszego życia na

które one nie mogły sobie pozwolić a teraz traktowały ją z życzliwą wyższością. Odrzucała

jednak takie myśli, mimo że uparcie czasami do niej wracały z domieszką

głęboko ukrywanej satysfakcji.

Zadźwięczał telefon na biurku kierownika pracowni, zresztą jedyny w tej pracowni.

Nie zwróciło to specjalnej uwagi innych jako że nie było to coś nadzwyczajnego.

Kierownik coś tam zamruczał i dało się jedynie zrozumieć ostatnie słowa, - dobrze

już go tam poślę. Wyszedł zza swojej deski i skierował się do Stasia. Kierunek

marszu jak i zdecydowany krok, natychmiast wzbudził poruszenie wśród pozostałych.

Niby przypadkiem i absolutnie bez zainteresowania wszyscy zajęli miejsce przy

krawędzi desek aby coś ułowić ze słów które powinny teraz paść.

- Panie Staszku, zadźwięczał głos z pozorowanym spokojem, - Stary prosi aby

pan przyszedł do niego.

- Kiedy?

- No, teraz, - padła odpowiedź.

- A co chce?

- Nie wiem, powiedział że mam pana powiadomić i że czeka na pana.

W sali zapadła cisza, nawet zwyczajowy szmerek który zawsze towarzyszył pracy

teraz jakby zaniknął, a głowy zza rajzbretów czy też znad nich nagle zniknęły.

Stasiu odłożył skalówkę, wytarł machinalnie ręce w szmatkę i ruszył do drzwi.

W głowie huczało jak w młynie, czyżby teraz miała paść decyzja Starego no i oczywiście

jego?

Otrzyma potwierdzenie propozycji, czy też wysłucha zjadliwego a zarazem przymilnego

powiadomienia że „ zadecydowano” o innym kandydacie do Efu. Zamykając

drzwi sali, usłyszał jak wewnątrz chyba rozbił się ul z wściekłymi pszczołami.

Podchodził do drzwi sekretariatu Starego na coraz bardziej miękkich nogach.

Musiał prawie użyć siły swej woli aby nacisnąć klamkę. Wszedł do sekretariatu, pani

Wanda uosobienie żywej hydry spojrzała na niego z wyższością tak jak to zwykle

15

bywało. Pani Ani nie było, skrzyżowanie buldoga z mastiffem bez słowa wskazało

ręką że ma poczekać.

Stasiu stanął przy drzwiach pełen najgorszych przeczuć a pani Wanda podniosła

słuchawkę i przymilnym głosem który absolutnie nie pasował do tej postaci, obwieściła;

- Panie Dyrektorze – już przyszedł.

Po odłożeniu słuchawki wskazała niedbale, że może wejść do gabinetu.

Stasiu otworzył drzwi wkładając w to całą swą siłę i wszedł do środka.

Smok siedział w swym królewskim fotelu, ale gdy podniósł wzrok twarz przybrała wyraz

najszczęśliwszego człowieka.

- No i jak tam panie Stasiu, gotowy na wyjazd? – stwierdził bardziej niż zapytał.

Siadaj pan, Panie Stanisławie, tu na fotelach, przecież nie będziemy rozmawiali na

stojąco.

Sięgnął po słuchawkę i rzucił znane już Stasiowi słowa.

- Proszę dwie kawy i nie ma mnie dla nikogo.

Stasiu usiadł półdupkiem na krawędzi fotela a Smok rozsiadł się z wielką przyjemnością.

- No cóż panie Stanisławie zaczął oficjalnie, Ministerstwo zatwierdziło pańską kandydaturę.

Nie ukrywam, że przy podejmowaniu tej decyzji w Ministerstwie musiałem

trochę zawalczyć o Pana, ale cóż to się nie robi dla swego dobrego pracownika.

Stasiu słuchał oniemiały potoku słów który go zalewał. Nie umiał pozbierać myśli, to

powitanie na wejściu do sekretariatu, a teraz to tryumfalne gratulacje.

Drzwi się otworzyły i wsunęła się bezszelestnie postać pani Wandy i podając kawę

Staremu, dygnęła jak mała dziewczynka co nie pasowało do tej zwalistej postaci.

Postawiła też kawę przed Stasiem ale tym razem ruchem pełnym lekceważenia dając

znać po sobie, że została do tego przymuszona i jest to wbrew jej woli.

- Dziękuję pani Wandziu, odezwał się Stary, może pani pogratulować panu Stanisławowi,

Ministerstwo wybrało naszego pana Stasia jako naszego reprezentanta w

Zachodnich Niemczech.

Sekretarzyca zamarła, coś zagulgotało pod wybujałymi piersiami i zaczęła łapać powietrze

jak ryba. Stary bawił się jej widokiem.

- Tak, tak, pani Wandziu, Pan Stanisław jedzie do RFN.

- Gratuluję, gratuluję panu, Panie Stanisławie, tym razem cała w skowronkach wybuchnęła

pani Wanda. Jak to wspaniale że pana spotkał taki zaszczyt powiedziała

śpiesznie, ale dźwięczało to jakoś nie bardzo szczerze. Gwałtownym ruchem wyciągnęła

prawicę i podnosząc Staszkową rękę z oparcia fotela potrząsnęła nią energicznie.

Stary kiwnął dłonią aby już wyszła. Widząc to, pani Wanna wysuwając się za

drzwi jeszcze raz posłała uśmiech Staszkowi.

- No i co pan na to panie Stanisławie?

- Nooo, jeszcze nie wiem, nie wiem czy podołam, czy się do tego nadaję, bąkał

półgłosem Stasiu.

16

- Pierdzielisz pan, kochany panie Stanisławie, jowialnie uśmiechnął się Stary, ale

coś złego błysnęło w jego oku, ja dałem panu doskonałe referencje, nawet fakt że

kiedyś pański ojciec był po tamtej stronie, nie miał większego znaczenia, ja nawet

wykorzystałem to jako argument za panem twierdząc, że to na pewno spowoduje

przychylniejsze oko pańskich nowych zwierzchników.

Cholera, skąd on to wie? Przecież takimi informacjami nigdy z nikim się nie dzielił,

jako że było to dotychczas niemile widziane a wręcz szkodliwe.

Stary odchylił się na fotelu do tyłu i wyciągnął z szafki jeszcze nierozpieczętowany

koniak gruziński. Po jednym nam nie zaszkodzi a jest okazja aby to uczcić. Staś i tym

razem nie protestował, nie miał siły. Stary nalał do dwóch pękatych kieliszków lekko

złocisty płyn i podnosząc kieliszek zawołał wesoło;

- Prosit panie Stanisławie, prosit, tak się chyba tam mówi, no nie?

Stasiu niepewnie podniósł kieliszek i umoczył w nim usta, a Stary wychylił go jednym

tchem, odrzucając głowę do tyłu i wycierając usta wierzchem dłoni stwierdził, tego

też się musi pan nauczyć. Stasiu nie za bardzo wiedział czego to dotyczy, tego prosit

czy też takiego sposobu wypijania koniaku.

- No cóż, Panie Stanisławie, wyjeżdża pan dokładnie za dwa tygodnie. Do tego

czasu wyrobimy panu paszport służbowy i wizę jak również otrzyma pan konieczne

dokumenty dla Nich tam.

Stasiu czuł że klamka zapadła, w praktyce to Stary podjął decyzje za niego, dało mu

to coś w rodzaju usprawiedliwienia, że dzieje się to bez jego udziału, choć w głębi

duszy aprobował to.

- Panie Stanisławie, a co pan na to jakbyśmy tak na przykład razem zjedli dziś kolacje

w jakieś miłej i spokojnej knajpce?

On, ze Starym na kolacji? To nie mieściło się w jakichkolwiek ramach rzeczywistości,

zabrzmiał gdzieś głęboko w podświadomości dzwonek alarmowy, o co chodzi z kolacją?

- Czy zna pan taką miłą cichą knajpkę Madziar? Tam dają dobrze zjeść i można

coś tam spokojnie wypić.

Madziar? Przecież to cholernie droga restauracja, na pewno nie na jego kieszeń.

- No, nie wiem, bo w domu…

Nie dokończył zdania, gdy Stary przerwał mu wpół zdania;

- Niech się pan nie martwi, ja pana zapraszam a pan będzie moim gościem uzupełnił

protekcjonalnym tonem. No to postanowione, spotykamy się dziś o 19-tej - dobrze?

Nie czekając na potwierdzającą odpowiedź, Stary podniósł się z fotela dając znać że

audiencja się zakończyła. Stary potrząsnął ręką oniemiałego Stacha i odprowadził go

do drzwi. W otwartych drzwiach gabinetu poklepał go jeszcze koleżeńsko po ramieniu

i powiedział;

- Niech się pan nie boi, da pan sobie radę i zamknął za nim drzwi.

Pani Wanda uśmiechnęła się ciepło do Staszka, jakby już zapomniała jak go przywi-

17

tała ileś tam minut wcześniej.

- Pan to ma szczęście, tylko pozazdrościć, o Boże, gdyby ktoś mnie tak chciałby

wysłać za granicę, nie dokończyła zdania wzdychając smutnie.

Pani Ania, która już była w sekretariacie, patrzyła na niego jak kotka, a w oczach malowała

się jakaś bliżej nieokreślona, lekko skrywana obietnica.

Stasiu wrócił do sali.

Tam już wszyscy zebrali się przy drzwiach a gdy tylko wszedł, napadli na niego z

gratulacjami, poklepywaniem po ramieniu i wykrzykując zachwyty i pochwały z powodu

podjęcia przez niego jedynie słusznej decyzji.

Skąd się oni dowiedzieli, przecież to odbyło się przed paroma chwilami.

Z pewnością pani Ania coś musiała pod słyszeć i nie wytrzymując z dochowaniem

zasłyszanej takiej sensacji coś musiała natychmiast dalej chlapnąć.

Nie dając mu możliwości odpowiedzi zasypali go gradem pytań.

Stary, a ile będziesz zarabiał, gdzie będziesz mieszkał, żona pojedzie z tobą, co zrobisz

z taką forsą i ...i... i....

Pytań nie było końca. W każdym jednak pytaniu jeśli nie brzmiała nuta zawodu, to

brzmiała nuta ledwo skrywanej zawiści.

Staszek ledwie zdążył odpowiedzieć, że tak w ogóle to nie zastanawiał się jeszcze

nad tym. O dziwo jedynie Kazik nie uczestniczył w tym jazgocie pytań.

Po wyczerpaniu się wszystkich możliwych pytań towarzystwo rozchodziło się do

swych desek, wymieniając mniej lub bardziej zakamuflowane przeświadczenie, że to

niesprawiedliwość dziejowa, że to Stasiu jedzie a nie oni, bo przecież to jedynie oni

zasługują na taki zaszczyt czy też przywilej.

Po chwili pojawił się Kaziu.

- Wiesz co ci powiem Staszku, to dobrze że jedziesz, tyle tylko że nie będzie to dobre

dla twojej rodziny, zamilkł. Staś odwrócił się do niego jako że takiej gadki z reguły

nie słyszało się od niego. Co masz na myśli zagadnął go przyjacielsko, w czym

sprawa?

- Bo widzisz Stachu, wy macie już swoje lata, dzieci odchowane a i żona to już nie

podlotek. Ciebie nie będzie, a ona zostanie sama z całym tym domowym kramem na

głowie. Czy nie przyszło ci do głowy że może się ona niejawnie zbuntować i też

chcieć coś dla siebie?

- Co ty pieprzysz Kaziu, co to za niejawne zbuntowanie?

Kazik nie dał się zbić z tropu i ciągnie dalej jakby nie słyszał pytania.

- Twoja stara jest już po trzydziestce, ciebie nie będzie tutaj, no na przykład 6 - 8

miesięcy, a ona ma być tu sama bez chłopa, przecież to też człowiek mimo ze kobita.

Czy nie sądzisz, że może zrobić jakiś mały tajny skok w bok, nie tam zaraz z jakąś

miłością, ale ot tak, aby sobie trochę dogodzić?

Spojrzał wyczekująco na Stasia.

Staś odłożył ołówek który trzymał cały czas w ręku nad rynienką pod dechą, chciał

18

go zbyć jak zwykle jakimś banałem, ale coś go uderzyło w wyrazie twarzy Kazia.

Nie było to jak zwykle łobuzerskie spojrzenie lecz rzeczywista troska. Nie wiedząc jak

odpowiedzieć zbył go stwierdzeniem, że jakoś to będzie, dając jednocześnie znać że

rozmowa skończona.

Kaziu pociągnął nosem i coś tam mamrocząc i ruszył do swojej deski.

Staś zabrał się do codziennego i wielokrotnego rytuału zaostrzania szpica ołówka, a

myśli wirowały w głowie.

Cholera, coś w tym jest co pieprzył ten Kazik, miłość miłością, rodzina rodziną, ale

biologia nie próżnuje i z czasem wymaga zadośćuczynienia. Ale nie moja Hela,

uspakaja się, przecież to taka miła i spokojna dziewczyna, jej by do głowy takie coś

nie przyszło.

Dzień dłużył się niemiłosiernie, z ulgą przyjął dużą wskazówkę na dwunastce, informującą

go wraz z małą na trójce o zakończonym dniu w pracy.

W domu jak zwykle z uśmiechem na ustach przywitała go Helcia. Zainkasował zwyczajowy

buziak i zasiadł do stołu, który był już przygotowany.

Dzieciaki zmiotły z talerzy co im mama przygotowała i zniknęły z pokoju, Hela zabrała

się za zmywanie. Staszek wstał, wziął ścierkę aby wycierać umyte talerze.

- A tobie, co ci stało, spojrzała swymi pięknymi oczyma na niego, jako że taka gotowość

pomocy rzadko widywana była u męża.

- Nic, tak sobie, chcę ci po prostu trochę pomóc, zabrzmiało.

Nie dała się jednak zwieść tak banalnej odpowiedzi, - coś cię gryzie Stasiu, przecież

widzę, coś w pracy, kłopoty?

- Nie, nie, odpowiedział, muszę jednak z tobą porozmawiać.

- Dobrze, teraz?, czy jak położę dzieci ?

- Teraz, dzieci położysz później.

Zauważył że Helcia jest jakby troszkę inna, jakby coś analizowała, jakby coś przeczuwała.

Staś, siedział już w swym ulubionym fotelu a Helcia rzuciwszy okiem na

kuchnię i pokój, stwierdziła że wszytko jest jak należy.

Usiadła naprzeciw Stasia, spojrzała z niepokojem na męża.

- Stasiu, coś ci leży na sercu.

- Widzisz Helu za godzinę muszę wyjść na spotkanie z Dyrektorem do knajpy, bo

chce się ze mną tam spotkać.

- Chodzi o Twój wyjazd do Efu?

- Tak, chyba o to chodzi, coś chce ode mnie, ale nie wiem o co chodzi.

- Chyba będzie chciał coś od ciebie za to, że tam pojedziesz. Może coś, abyś mu

przywiózł, albo załatwił, albo coś w tym rodzaju - stwierdziła beznamiętnie. Sądzę że

to coś w tym rodzaju, tylko nie daj się wciągnąć w jakieś machlojki, uważaj na niego.

Stasiu słuchał uważnie i mimo woli przyznał jej w duchu racje, zaskoczyła go jednak

jej przenikliwość i trafność oceny.

- Spojrzał na nią uważnie, - tak sądzisz?

- Myślę że tak, bo przecież jesteś za mały aby chciał się z tobą przyjaźnić - nie

19

uważasz?

- Chyba masz rację, zobaczymy. Jak się mam ubrać, zapytał aby nie dać po sobie

poznać jak bardzo ją podziwia?

- Wiesz gdzie jest ten Madziar?

- No tam, w lewo od rynku druga przecznica.

- Aha, już wiem, myślę że wiem, nigdy tam nie byłem.

Wchodząc do restauracji, duszę miał trochę na ramieniu, przecież ma się spotkać

ze Smokiem, a On nie należał do przyjemnych rozmówców.

Przecież On nie rozmawiał nigdy z pracownikami, On informował ich o podjętej decyzji

nie pozwalając na jakiekolwiek dysputy. Oni, to znaczy podlegli pracownicy byli za

nisko w hierarchii służbowej aby On miał się z nimi liczyć czy też brać ich zdanie pod

uwagę.

Rozejrzał się po sali, parę stolików zajętych, przy których siedzieli goście dobrze

sytuowani wraz z paniami elegancko ubranymi. Smoka jeszcze nie było, wybrał

stolik pod ścianą, trochę z dala od innych, tak, jakby chciał podkreślić że nie należy

do takiego wysokiego towarzystwa. Usiadł tak aby widzieć wchodzących gości.

Kelner natychmiast się pojawił, spojrzał na niego okiem znawcy i lekko pogardliwie

zapytał go, co może podać.

W postawie jego nie było ani cienia poważania czy też szacunku, a raczej ledwo

skrywane niezadowolenie, że przyszło mu obsługiwać takiego gościa, który z pewnością

nie da odpowiedniego dla niego napiwku.

Staś szybko przypomniał sobie że ma tylko 100 zł które żona na wszelki wypadek

wcisnęła do ręki, a swój tajny zaskórniak był na wysokości 50 zł.

- Poproszę o szklankę wody mineralnej, a widząc już zupełnie zniesmaczoną minę

kelnera dodał, bo wie pan, ja czekam na swego gościa.

Kelner odwrócił się bez słowa i zniknął.

Po chwili pojawił się ze szklanką w dłoni i podał ją zupełnie zapominając o spodeczku,

po czym zniknął.

Staś wypił łyczek tej wody mineralnej i byłby gotów przysiąść, że jest to najzwyklejsza

kranówka.

Rozglądnął się po sali, towarzystwo najbliżej jego stolika bawiło się doskonale, na

stole stały talerze z resztkami jedzenia a pomiędzy kieliszkami do wina i wódki stały

dostojnie butelki po wodzie mineralnej.

Panie były urocze, co chwila wybuchały perlistym śmiechem, a panowie w porozpinanych

marynarkach i z poluzowanymi krawatami wtórowali im śmiejąc się tubalnie.

Koło nich uwijał się w lansadach kelner pełen służalczej postawy.

Minęło już prawie 10 minut po 19-tej, a Starego jeszcze nie było. No dobra, poczekam

jeszcze z 10 minut, jak go nie będzie to pójdę sobie, kto wie, czy nie jest to najlepsze

rozwiązanie.

Wtem otwierają się drzwi i wkracza opasła sylwetka Smoka, władczym wzrokiem

omiata sale i natychmiast dostrzega Stasia. Pełen życzliwości uśmiech rozlał się po

20

twarzy ale oczy pozostały zimne i złowieszcze, złowrogo kontrastowały z oszukańczym

uśmiechem.

Podszedł do Stasia i tonem pełnym serdeczności wita go.

- Witam pana po raz drugi już dziś, zaśmiał się chrapliwie, dobrze że pan przyszedł,

zapomniał jednak, że wypadałoby podać rękę na przywitanie.

- Czasem warto się oderwać od codziennej powtarzającej się nudy, no nie? i klepnął

go w ramię.

Staś chciał odpowiedzieć że tak, że oczywiście tak, ale nie zdążył gdyż kelner pojawił

się znikąd i usłużnie podaje 2 karty menu.

- Czy Panowie życzą sobie coś na początek?

Staś spojrzał na stół i oniemiał ze zdumienia, szklanka z kranówką w jakiś czarodziejski

sposób zniknęła a w jej miejscu stał pękaty kieliszek na srebrnej podstawce

ze skrzącymi się bąbelkami wody mineralnej.

Stary rozparł się wygodnie na krześle, że aż zatrzeszczało i tonem starego znajomego

zaordynował;

- Panie Mietku, na początek to co zawsze, a potem to, co mój honorowy gość sobie

zażyczy.

Pan Mietek spojrzał na Stasia wzrokiem pełnym nabożnej służalczości i nachylił się

tak, że prawie zgiął się wpół oczekując na polecenia.

Widząc niezdecydowanie Stasia, ukłonił się jeszcze niżej oświadczając, że poczeka,

przecież trzeba się zastanowić.

Po czym wycofując się tyłem w półzgięciu zniknął.

- Pan Mieciu to dobry, swój chłop, znam go od lat, miły kulturalny i dobrze wyszkolony

kelner, wie co trzeba i kiedy trzeba.

- Tak, tak, przytaknął Stasiu, to od razu widać, przypominając sobie jego przywitanie.

Pan Mieciu prawie przypłynął z tacą w ręku a na niej karafka i dwa pękate kieliszki.

Postawił tacę na stole, wziął z niej kieliszek i wpierw podał Stasiowi usłużnie posuwając

go odrobinę po stole, a później Staremu.

Ujął karafkę i wprawnym, wytrenowanym ruchem nalał dosyć solidne porcje do kieliszków,

odstawiając ją życzył miłego pobytu.

- No, Panie Stanisławie, za pański wyjazd i za powodzenie w nowej pracy i podniósł

kieliszek.

Staś zrobił to samo. Stary wychylił go jednym tchem a Stasiu pociągnął mały łyczek.

Cholera, co to za paskudztwo, pali a do tego wcale nie smakuje!

- Dobre co? - pyta Stary, to dobry francuski koniak, a nie jakieś ruskie paskudztwo.

Stary oparł się na krześle i zagaił;

- Chyba się pan cieszy z wyjazdu, żona chyba też, odbije się pan trochę w życiu,

zarobi pan prawdziwe pieniądze a nie jakieś tam wschodnie śmieci. Paszport ma pan

do odebrania na Policji oczywiście, w Dziale Paszportowym za parę dni, a data wyjazdu

to 22 tego miesiąca, czyli... za dokładnie 15 dni. Wszystko panu załatwiłem, nie

21

było lekko, a wie pan, jak się ma układy, to wszystko można, trochę wdzięczności

komu trzeba i załatwione, zna pan to przecież, - ręka rękę myje. No nie? - dodał tonem

znawcy realiów tego świata. Bo wie pan, Panie Stanisławie ja cenię ludzi honorowych,

a pan do nich z pewnością należy.

Tutaj spojrzał uważnie spod lekko przymkniętych oczu oceniając czy Staś właściwe

zrozumiał aluzję. Widocznie coś mu to potwierdziło, bo zarządził następną kolejkę

kiwając ręką na niewidocznego kelnera. Pan Mieciu chyba posiadał umiejętność materializowania

się w sekundzie, bo karafka już przechylała się w powietrzu w kierunku

kieliszka Starego. Spojrzał z udanym zdziwieniem na prawie nieruszony kieliszek

Stasia i w sposób dystyngowany odłożył ją na stół.

- A co ja tam właściwie mam robić, Panie Dyrektorze, jaka tam ma być moja rola i

kim właściwie mam tam być? - zapytał Stasiu i zamilkł wystraszony, bo przecież Starego

nie pytało się, a tylko słuchało i przytakiwało.

- Będzie pan pracował w biurze konstrukcyjnym Innowacji i Rozwoju Urządzeń

Technicznych - czy coś w tym rodzaju, Panie Stanisławie, w Siemensie w Düsseldorfie

na etacie konstruktora. Chodzi o jakiś program zacieśnienia kontaktów technicznych

między naszymi krajami. Widzi pan, coś w rodzaju technicznego ambasadora.

Zresztą otrzyma pan wytyczne z Centrali jak również odpowiednie dokumenty i pieniądze

na podróż. O wszystkim pomyślałem panie Stanisławie, aby panu pomóc.

Nie będę panu opowiadał jak musiałem gardłować za panem, są jeszcze tacy którym

przeszkadza życiorys pańskiego ojca, no, ale udało się, przekonałem ich że pan jest

najodpowiedniejszym kandydatem, zakończył z nieukrywaną satysfakcją.

Cholera o co mu chodzi, że tak podkreśla swoje zaangażowanie, musi się w końcu

odkryć i wyłożyć karty na stół.

- Trzeba coś zjeść panie Stanisławie, no nie? Zawołam pana Miecia.

Pan Miecio chyba podsłuchuje, bo ledwo Stary zakończył już stał w pozycji uniżenie

wyczekującej, gotowy w lot spełnić życzenie gości.

- Co pan proponuje panie Mieciu?, może coś z wątróbki cielęcej albo może coś z

dziczyzny?

Szanowni Państwo, dziś proponuję policzki cielęce w sosie francuskim podlane wybornym

białym winem wytrawnym z Portugalii wraz kartofelkami na parze i surówką

szwedzką, a na deser proponuję płatki z szyneczki parmeńskiej która będzie doskonała

do koniaczku.

- Wybornie panie Mieciu, Panie Stanisławie pasuje? - bardziej stwierdził niż zapytał

Stary.

- Tak, oczywiście że tak, bąknął Stasiu nie wiedząc co to właściwie są policzki cielęce,

bo o szynce parmeńskiej to tylko słyszał w telewizji.

Pan Mieciu zniknął tak szybko jak się pojawił.

- No, Panie Stanisławie, no to jeszcze raz na pomyślność pańskiej pracy no i za

wszystkich którzy ... tu zająknął się i dokończył sapnięciem, ... którzy panu dobrze

życzą, jako młodemu, honorowemu, ale już doświadczonemu Inżynierowi.

22

Do licha, co on mi tu wyjeżdża wciąż z honorem. Musi się w końcu odkryć!

Podnieśli znów kieliszki, tfu, do licha, opanował się Stasiu aby nie skrzywić się, ale

wypił prawie cały kieliszek, i to ma być dobre? - to ja już wolę ten ruski czy gruziński

winiak, pomyślał cichutko.

- A jak tam żona, pewnie się cieszy, przecież będzie mogła pana tam odwiedzić,

coś sobie kupić dobrego i nie będzie musiała tylko patrzeć na wystawy Komisu czy

też PEWEX-u. Na pewno będą jej zazdrościć w rodzinie że ma tak wspaniale zarabiającego

męża. Panie Stanisławie, zaczął Stary nalewając z karafki znów duże porcje,

tak jakby chciał Stasia na coś przygotować i wstępnie zmiękczyć.

Muszę być ostrożny, pomyślał Stasiu, muszę trzeźwo myśleć gdy Stary wyłoży karty

na stół, jemu w żadnym wypadku nie mogę wierzyć ani w jego serdeczność ani w jego

życzliwość. Nigdy nie był uprzejmy jeśli nie miał w tym swojego osobistego interesu.

Pan Mieciu pojawił się z talerzami które zręcznie porozstawiał na stole, wyczarował

nalany kieliszek który postawił przed Stasiem oświadczając, że to na koszt restauracji

dla specjalnych nowych gości aby nie zapomnieli o życzliwości i serdeczności jaką

wita się wszystkich nowych gości.

Ty sukinsynie, pomyślał Staś, mam zapomnieć o kranówce co mi podałeś?

Zdobył się tylko na lekkie przytaknięcie głową.

Stary skinął głową z uznaniem i bardzo zadowolony kiwnięciem ręki dał znać że jest

zbyteczny, pana Miecia w sekundzie wręcz zdmuchnęło.

- No to, do dzieła wydał komendę Stary i ujął sztućce w ręce, to samo uczynił Stasiu.

Potrawa nawet smakowała, zwłaszcza sos, którego smak Staś jeszcze nie znał.

Przyglądał się tej sławnej szynce parmeńskiej, pierwszy raz widział ją przed sobą a

nie na ekranie telewizora.

Po załatwieniu się z talerzami Stary znów ujął kieliszek i podniósł go do góry ze słowami;

- Panie Stanisławie musimy porozmawiać jak prawdziwi mężczyźni, pańskie zdrowie.

Stasiowi zagrzmiał potężny dzwon alarmowy w głowie, podniósł kieliszek, ale tylko

zamoczył usta. Stary wychylił cały odrzucając głowę do tyłu i odstawiając go na stół

sapnął: nooo, tak, na wpół do siebie na wpół do Stasia, jakby powziął jakąś decyzję.

- Panie Stanisławie jak już panu mówiłem, musiałem dobrze gardłować za panem,

aby przeforsować pańską kandydaturę. Pańskim kontrkandydatem był młody inżynier

o małym doświadczeniu zawodowym, ale mocno siedzący w partii, taki młody, mocno

wygadany, pewny siebie, partyjny gówniarz.

Musiałem użyć moich znajomości aby pana przeforsować i co tu dużo mówić, kosztowało

mnie to niemało, tam kolacja, tam prezencik, no powiedzmy prezencik, powtórzył

z naciskiem ostatnie słowo, tam trzeba było jakiemuś pociotkowi wyższego partyjniaka

załatwić lepszą pracę, oczywiście też nie za "Bóg zapłać", tak więc, jak już

mówiłem słono mnie to kosztowało. No, ale co to się nie robi dla swych pracowników,

23

prawdziwych przyjaciół, prawda panie Stanisławie, zapytał patrząc przenikliwie na

Stasia usiłując odczytać czy słowa padają na podatny grunt.

Stasiowi resztki tej małej ilości alkoholu błyskawicznie wywietrzały z głowy, tu jest

pies pogrzebany, chcesz abym ci zwrócił koszty. Pies ci mordę lizał, z czego mam ci

zwrócić, jak pensję mi dałeś, że ledwie mogę rodzinę wyżywić, gdzie nawet na Bułgarię

mnie nie stać, a na taką kolację to musiałbym się chyba zapożyczyć i przez parę

miesięcy zwracać pożyczkę.

Stary chyba to przewidział, bo jowialnie z uśmiechem oświadczył; nie, nie, nie chodzi

mi o to że ma pan mi coś zwracać, ja po prostu zainwestowałem w pana, w młodego,

inteligentnego i honorowego inżyniera z przyszłością.

- Panie Stanisławie, zaczął Stary.

Oho, Stary wykłada karty na stół, pomyślał Staś.

- Panie Stanisławie, tam w RFN będzie pan zarabiał tak jak niemiecki inżynier a oni

nie zarabiają mało, na pewno panu na wszystko wystarczy i jeszcze dużo zostanie

na tak zwaną czarną godzinę. He, he, he, zaśmiał się Stary, jakby opowiedział najśmieszniejszy

dowcip świata. Jak pan sądzi, mój panie Stanisławie, za takie szczęście

które pana spotyka, a którego z pewnością inni panu zazdroszczą, to chyba

można się trochę tym szczęściem podzielić z kimś kto panu dobrze życzy i wiele dla

tego pańskiego szczęścia zrobił.

Co On ode mnie chce, ten szczwany lis, chyba nie będzie chciał części mojej pensji?,

przecież to byłoby ostatnie kurewstwo, jakiś przyzwoity prezent, no, nawet trochę

droższy, to jeszcze można by przeżyć.

Nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź, Stary ciągnie dalej;

- Sądzę że drobne 30% pańskiej comiesięcznej pensji oczywiście netto, byłoby

chyba nie za wiele dla pana, przecież pan będzie miał i tak ponad dwa razy więcej i

to w markach zachodnich. Chyba pan orientuje się jaki jest przelicznik na złotówki, to

przecież fortuna dla pana, zakończył wypowiedź i spojrzał badawczo na Stasia.

Chwila wyczekiwania przeciągała się, Stasiowi trudno było zebrać myśli, poprzedni

błysk myśli potwierdził się z całą swą ostrością, Stary żąda dla siebie haraczu i to

comiesięcznego!

Rozpaczliwie szuka w wymiecionej z logicznych myśli głowie jakieś sensownej odpowiedzi.

Pustka! - pustka, co odpowiedzieć?

Stary widocznie to dostrzegł i głosem pełnej udawanej troski mówi.

- Panie Stanisławie, zdaję sobie sprawę że może i trochę to pana zaskoczyło, ale

przecież wie pan w jakim świecie żyjemy. Dziś niestety są takie czasy, że bez odpowiednich

układów czy też znajomości, nic nie można zdziałać, a pan ma, czego jestem

pewien we mnie oddanego przyjaciela, chyba pan w to nie wątpi.

- Tak, tak panie Dyrektorze, muszę jednak przyznać że trochę mnie to oszołomiło,

ja przecież, jak pan wie nie kręcę się w tym świecie.

- No właśnie, wręcz tryumfalnie podsumował to Stary, przecież to nie tylko sprawa

pańskiej osobistej kultury ale i sprawa czystego honoru.

24

Skur... syn, on ma czelność mówić o osobistej kulturze i honorze, wręcz krzyczało w

jego głowie.

- Nie wiem panie Dyrektorze co mam odpowiedzieć, przecież to poważna decyzja,

w końcu jeszcze nic nie wiem, gdzie będę mieszkał, co z wyżywieniem, dojazdem do

pracy, a przede wszystkim jaka będzie pensja którą mam tam podobno otrzymywać.

Ja po prostu jeszcze nic nie wiem, - wypalił wręcz rozpaczliwie Staś.

- Oczywiście panie Stanisławie, oczywiście, pokojowo zagadał Stary, tego wszystkiego

dowie się pan na miejscu, ja tylko chciałem panu przedstawić ile trudu kosztowało

mnie załatwienie tego wyjazdu dla pana, podkreślając z naciskiem słowo "kosztowało".

Sądzę jednak że zdaje sobie pan sprawę, że te 30% to nie tylko dla mnie,

ale również dla odpowiedniej osoby w Komitecie, bardzo ważnej i wysoko siedzącej,

Panie Stanisławie, bardzo ważnej i wiele mogącej, bo nawet odwołanie pana z tego

pobytu, czego pan, pańska rodzina, ani ja, nie życzylibyśmy sobie.

Staś zastanawiał się czy brzmi to jak groźba czy ostrzeżenie, a może jedno i drugie.

Stary widząc że nie otrzyma jednoznacznej odpowiedzi, zmienia ton i brzmienie głosu

już prawie przypominające jego zwykły władczy ton.

- Panie Stanisławie, mamy jeszcze czas, przecież i tak musimy wpierw załatwić

sprawy służbowe. Pan przekaże swoje rozpoczęte prace kolegom, potem musimy

załatwić dłuższy urlop bezpłatny. Bo nie wiem czy panu mówiłem, strona niemiecka

wyraziła zgodę na 3-4 miesiące, ale z opcją że jeśli spełni pan ich oczekiwania to

chętnie by widzieli przedłużenie pobytu nawet do roku i też nadal z otwartą opcją.

Uczciwie muszę powiedzieć, że za bardzo nie rozumiemy ( znów bezosobowo ) takiego

stawiania sprawy. Widzi pan, że wszystko leży w pańskich rękach, bo z naszej

strony ma pan i nie ukrywam, również przy moim udziale, pełne zaufanie i poparcie.

Sądzę, że musi pan porozmawiać ze swoją małżonką i dlatego nie musi się pan już

dziś do niczego zobowiązywać, zabrzmiało to bardzo serdecznie i życzliwie ale z

nutkami jakieś delikatnej, nieuchwytnej groźby. No, ale zostawmy to w spokoju, myślę

że kolacja panu smakowała, muszę panu powiedzieć, że jest to moja ulubiona

knajpeczka, dyskretna, a zarazem z obsługą pierwsza klasa.

- Rzeczywiście, też to zauważyłem, odpowiedział Staś, wspominając powitanie jakie

zgotował mu pan Miecio, elegancka, dodał, ale nigdy w niej nie byłem.

- Będzie pan, będzie, ze śmiechem wyższości zapewnił go Stary, zobaczy pan, będzie

pan jeszcze w takich miejscach bywał gdzie mnie na to stać nie będzie. No cóż

panie Staszku, chyba będziemy musieli zakończyć nasze spotkanie jako że za niedługo

wpaść ma tutaj jeden z moich wpływowych gości, a pan zapewne czułby się

bardzo skrępowany w jego obecności.

Staś zaczął szukać portmonetki w kieszeniach, modląc się w duchu aby Stary dotrzymał

słowa mówiąc że go zaprasza, bo przecież jego 150 zł, może starczyłoby na

kawę i napiwek dla pana Miecia.

- Ależ panie Stanisławie, niech pan zostawi, przecież to ja pana zaprosiłem, ale

proszę się nie martwić, jak przyjedzie pan z Niemiec to z pewnością przyjmę pańskie

25

zaproszenie, ha, ha, ha...

- Bardzo dziękuję panu Panie Dyrektorze, za zaproszenie i za kolację.

- Hola, hola, został ten kieliszek jako prezent od tej gościnnej restauracji, na zdrowie

i podniósł swój pękaty z koniakiem. Stasiu już stojąc, sięgnął po kieliszek poprzednio

podany przez kelnera. Podniósł go i pochłonął go jednym łykiem. Cholera,

co to było?- gorzkie, i cholernie ostre i piekące, nic nie przypominającego mu dotychczasowe

znane napitki.

- Mocne co?, pyta się Stary, to ich specjalność dzięgielówka z pieprzem, chili i 60

procentowy spirytus. Stawia na nogi co?

- Tak, tak, ledwo od chrypiał Staszek, a przez myśli przeleciało mu, chyba z nóg

zwala, a ten cholerny Miecio z pewnością musiał jeszcze coś tam dodać albo zamienić.

Stary podał dłoń na pożegnanie, dłoń była miękka, pulchna jakby śliska, odniósł

wrażenie, że dotyka jakieś śliskiej ropuchy.

Dziękuję panu za zaproszenie panie Dyrektorze.

No dobrze już, dobrze, panie Stanisławie, myślę że nie zapomni pan o tym, o czym

rozmawialiśmy.

Stasiu ukłonił się raczej sztywno i poszedł w kierunku drzwi. Zdążył jednak kątem

oka zarejestrować ironiczno-cyniczny wzrok pana Miecia.

Wychodząc na ulicę poczuł jak uderzenie świeżego powietrza zaczyna mu w głowie

kręcić. Szedł w kierunku domu walcząc z chwilowymi kołysaniem się ziemi.

Drzwi otwarła Helcia, jeden rzut oka wystarczył aby zrozumiała co się stało,

ponieważ mąż nie był jej znany z takich wyskoków dlatego bez słowa wyrzutów pomogła

mu rozebrać marynarkę i pomaszerowała do lodówki. Odlała dobrą szklankę

wody z kiszonych ogórków, oraz z domowej apteczki wyciągnęła tabletkę na kaca.

Staś spoglądał na nią uważnie i jakieś ciepłe uczucia załaskotały go koło serca. Kochana

ta Helcia, nie pyta, nie pokazuje niezadowolenia, nie burczy, jakby rozumiała,

że czasem i taki jego stan musi być.

- Chcesz ze mną porozmawiać Helu? zapytał się ostrożnie.

- Nie, nie dziś, musisz odpocząć, zapewne nie miałeś lekkiej rozmowy z Dyrektorem.

Lepiej połóż się do łóżka, a jutro po pracy porozmawiamy spokojnie.

Czy ona zawsze musi mieć rację? - pomyślał bez urazy, a raczej z życzliwością.

Pomaszerował do sypialni starając się zachować równy i spokojny chód, Hela jednak

nie dała się oszukać, nie pokazała jednak po sobie, że doskonale wie jaki jest jego

stan.

Rano jak zwykle, pojechał do pracy, ale w teczce oprócz normalnego jak zwykle

śniadania znajdował się mały słoiczek po dżemie z kwaską ogórkową, którą wsunęła

zapobiegliwa Helcia, ot tak, na wszelki wypadek.

O dziwo, w pracy nie działo się nic nadzwyczajnego, codzienna rutyna, omawianie

wyników meczowych, wymiana uwag na temat tego czy czegoś innego u kobiet, oraz

jak zwykle ostatnie ploteczki biurowe, słowem – stagnacja skrzyżowana z nudą.

26

Jedynie jak zwykle niezawodny Kazio, w przerwie podszedł do Stasia z nową rewelacją,

jak to dziś w nocy wyprawiał żoną i ile razy jest w stanie. Staszek słuchał pół

uchem, odpowiadając machinalnie, ale myśli krążyły w głowie wokół wczorajszego

spotkania.

Co zrobić, jak zrobić, na co się zgodzić a na co nie, czy w ogóle się zgodzić.

Nie mógł znaleźć odpowiedniej odpowiedzi, każda była zła albo nieodpowiednia.

Zadawał sobie po raz kolejny pytanie czy warto z tego wyjazdu skorzystać czy też

zrezygnować. Z jednej strony pokusa lepszego urządzenia sobie życia, a z drugiej

strony odrażająca cena jaką trzeba byłoby zapłacić. Zdawał sobie sprawę, że niewykluczona

jest eskalacja żądań, jeśli Stary oceni, że znalazł łatwego jelenia. Praca na

desce prawie się nie posuwała, z ulgą przyjął zakończenie pracy. Szybko spakował

się, wrzuciwszy pusty słoiczek po kwasce do teczki, powtarzając sobie by nie zapomnieć

podziękować żonie za troskę.

Helcia przywitała go jak zwykle nie pokazując ani przez moment zaniepokojenia które

odczuwała podświadomie po wczorajszym przyjściu Stasia ze spotkania z Dyrektorem.

Intuicja podpowiadała jej, że nie wszystko musiało być tak jak mogli sobie to

wyobrażać po otrzymaniu pierwszej informacji o możliwości wyjazdu męża do Efu.

Nie chciała jednak przymuszać męża do szybkiej relacji, wolała poczekać na lepszą

atmosferę, kiedy dzieci pójdą spać, w domu będzie posprzątane, to wtedy można

spokojnie porozmawiać.

Stasiu usiadł jak zwykle w swoim fotelu, ale jednak tym razem nie włączył telewizora,

co było już od lat rutyną. Helcia usiadła naprzeciw niego podwijając nogi pod siebie

na fotelu. Spojrzała na niego jakby chciała go zachęcić do rozpoczęcia rozmowy.

- Helciu, moja kochana, chciałbym cię przeprosić za stan w jakim przyszedłem

wczoraj do domu, ale czasem nie ma wyjścia lub po prostu nie można odmówić.

Znasz mnie, taki szybki to ja nie jestem do kieliszka, ale jak tu odmówić Dyrektorowi.

- Ależ Stasiu, przecież cię znam, widocznie była to sytuacja przymusowa, a poza

tym wcale tak źle nie wyglądałeś, trochę rozciągałeś wyrazy ale za to, natychmiast

zasnąłeś, tak więc nie ma o czym rozmawiać, powiedz o co chodzi z tym zaproszeniem

do restauracji.

- Stary powiedział że wyjazd jest za ok. 2 tygodnie i paszport mam odebrać na Policji,

on mi powie kiedy. Rozwodził się nad tym jak musiał walczyć o mój wyjazd i jak

wiele go to kosztowało zachodu no i pieniędzy.

- Czego?? - wyrwało się Helci,

- Pieniędzy, Helciu pieniędzy, tak powiedział Stary, jakieś kolacje musiał stawiać,

jakieś prezenty dawać i tak dalej.

- Nie wierzę, kategorycznie stwierdziła Hela, przez tyle lat twojej pracy u niego i z

tego co o nim opowiadałeś, absolutnie nie wierzę, aby ten gruboskórny łajdak cokolwiek

zapłacił dla twojego dobra. Sądzę że chce cię na coś naciągnąć.

- Może i masz rację bo zażyczył sobie za mój wyjazd coś w rodzaju zwrotu kosztów

30% mojej pensji w Niemczech, oczywiście co miesiąc.

27

- Trzydzieści procent i do tego co miesiąc, nie wierzę! - krzyknęła, aby po chwili

zawstydzić się za ten mimowolny okrzyk.

- Tak, tak powiedział, mówił jeszcze że musi się z kimś podzielić w Komitecie bardzo

wysokim od którego ma zależeć mój wyjazd lub też skrócenie go, jeśli nie będę

posłuszny. Postawił wystawną kolację, jakiś koniak i tym podobne, nie wiem ile to

mogło kosztować, ale na pewno nas na to nie stać.

- I co postanowiłeś, co mu obiecałeś?

- Nic, nie byłem w stanie logicznie myśleć, on to zauważył i powiedział że mam z

tobą porozmawiać, bo przecież te 70% to i tak dużo jak się weźmie pod uwagę kurs

złotego do marki zachodniej. Nie wiem jak postąpić. Jak się nie zgodzę, to na pewno

nie pojadę, a na dodatek w pracy będę spalony, żadnych szans na awans czy też

podwyżkę. Jeśli inni zauważą że Stary zagiął na mnie parol, to też dadzą mi wycisk,

chcąc się przypodobać szefowi. Jak się zgodzę, to będę sam sobą pogardzał, a na

dodatek dla takiego bezwzględnego typa jakim jest Stary, na pewno na tym się nie

skończy, wielce prawdopodobna jest eskalacja żądań.

- Stasiu, nie wiem co ci poradzić, gdyż każda odpowiedź jest zła, posłuchaj, twój

Ojciec zawsze mnie i tobie mówił; jeśli masz problem - prześpij się z nim, na drugi

dzień są inne myśli.

- Hm... może i masz rację, ja też jak na razie nie widzę wyjścia.

- Stasiu, to jest poważna decyzja, która może mieć wpływ na dalsze nasze życie i

na przyszłość naszych dzieci. To przede wszystkim musimy brać pod uwagę. Decyzję

podjąć, to nie problem, ale rozważne, przemyślane ze świadomością wszystkich

konsekwencji podjęte kroki życiowe, wymagają czasu i dojrzewania.

- Wiesz, chyba masz rację, wpierw poczekajmy na rozwój sytuacji, a później zadecydujemy.

Następnego dnia w pracy pozornie nic się nie zmieniło, jedynie kierownik podszedł

do Stasia przyglądając się jego rysunkom.

- Dosyć daleko jest pan z tymi rzutami i przekrojami, dużo tego jeszcze zostało?

- Nie, wszystkie obliczenia są wykonane, trzeba je tylko na czysto przepisać, oraz

może dla lepszego zobrazowania planu sytuacji potrzeba jeszcze wykonać dwa rzuty

w tym jeden perspektywiczny oraz może 3 - 4 przekroje a w tym 1 - 2 łamane.

- No to rzeczywiście nie dużo panie Stanisławie, Stary dziś mi nakazał przejąć w

ciągu tygodnia od pana zlecenie i przydzielić je komuś innemu, czyżby decyzja zapadła

i pan wyjeżdża?

- Tak na to wygląda, ale póki nie będę miał paszportu w ręce, to wszystko może się

zmienić. Coś Stary wspominał, że jutro ma pan pojechać do Centrali na jakieś spotkanie.

Już chciał odejść, ale jakby coś go zatrzymało w pół kroku, chwilę się wahał czy aby

coś więcej nie powiedzieć. Widocznie powziął decyzję, gdyż obrócił się do Stasia i

podszedł bliżej jakby chciał coś powiedzieć prywatnie.

28

- Panie Stasiu - nigdy tak się do niego nie zwracał - niech pan w niczym nie ulega

Staremu, to jest kawał chamskiego drania, a decyzja o pańskim wyjeździe nie była

jego dziełem, on tylko na podstawie moich informacji posłał charakterystyki naszych

inżynierów do Centrali i ona wybrała pana. Niech pan nie sądzi że jakoś lepiej pisałem

o panu, nie, o wszystkich pisałem tak jakby każdy był najlepiej przygotowany do

tego zadania. Stary tylko dostał pańskie nazwisko na tacy jako wytypowane z poleceniem,

że ma przydzielić pańskie zlecenie komuś innemu.

Po czym się szybko odwrócił i odszedł jakby się poczuł, że został przyłapany na

chwili słabości.

Stasia oblała fala gorąca i zimna na przemian, nie spodziewał się takich słów od Kierownika,

który był zawsze uprzejmy ale i zawsze na dystans.

Nigdy między nimi nie było rozmowy osobistej a wyłącznie służbowe. Informacja którą

mu przekazał ma zasadnicze znaczenie w stosunku do żądań Starego. To zupełnie

inaczej stawia go w rozmowie z Starym.

Jeszcze nie zdążył ochłonąć gdy drzwi pracowni otworzyły się i wpłynęła na swych

szczupłych pięknych nogach pani Ania wzbudzając pożądliwe spojrzenia wszystkich

bez wyjątku panów, które skupiały się najczęściej na dwu dorodnych kuleczkach.

Przystanęła przy Stasiu, oświadczając konspiracyjnym szeptem ale takim, że wszyscy

doskonale usłyszeli, że ma być jutro o 10-tej w Centrali u Kierownika Działu Zagranicznego

i że ma zabrać 3 zdjęcia legitymacyjne oraz napisać życiorys, aha jeszcze

coś, nie musi pan jutro rano przychodzić do pracy a od razu do Centrali, a potem

do biura. Po przekazania tej tajemnej, niezwykle poufnej informacji, rzuciła mu pełne

żalu spojrzenie i znikła za drzwiami biura.

- Ty, stary, co się dzieje, wpierw Kierownik, teraz ta cycatka, co jest grane, odezwał

się jak zwykle z nieświeżym oddechem głos Kazia. Jutro w Centrali u zagraniczniaka,

to znaczy że jedziesz do tego Efu, ty to masz fart, trajkotał dalej.

- Może i jadę, ale wszystkiego dowiem się jutro, bo tak naprawdę to jeszcze nic dokładnego

nie wiem, mam nadzieję że jutro się wszystko wyjaśni.

- Co z twoim zleceniem, zapytał bo ja mógłbym je przejąć, tym bardziej że masz

wszystkie obliczenia wykonane. Odpalisz mi parę marek za dobre serce i szafa gra,

zaśmiał się Kazio i pozostaniesz na zawsze w mej wdzięcznej pamięci a to jest też

coś warte.

- To nie ode mnie zależy a od Kierownika, idź pogadaj z nim chyba ci je da, a co do

odpalenia, Kaziu, to sam jeszcze nie wiem na czym siedzę.

- No dobrze już dobrze, ale jak już tam będziesz, to nie zapomnij o mnie - tej biednej

życzliwej ci myszce tu w Polsce.

- Ty myszko! - spieprzaj do siebie bo muszę jeszcze trochę popracować.

Popracować? - jak? - gdy burza myśli szaleje w głowie, jak zwykle w takich sytuacjach

machinalnie ostrzy szpic ołówka. Czas niemiłosiernie ciągnie się, praca w ogóle

nie idzie, rzuty w cięciach nie wychodzą tam gdzie powinny, nakładają się na siebie

a tym samym przestają być przejrzyste.

29

Do cholery z tym, przecież i tak nie będę tego kończył!

Dźwięczą mu słowa Kierownika - to kawał chamskiego drania, ... decyzja Centrali …

nie ulegaj..., jak postąpić, co odpowiedzieć Staremu jak jeszcze raz zapyta o rekompensatę

jego "olbrzymiego zaangażowania".

Wreszcie koniec pracy, wrzucił do teczki termos i resztę drobiazgów ciesząc się, że

taki pełen emocji dzień się już zakończył.

W domu Hela przywitała go trochę smętna, było widać że o czymś myślała ale nie

znalazła rozwiązania. Jak zwykle obiad na stole, dzieciaki przy nim, niby codzienna

rutyna a jednak coś nie grało. Dzieci to wyczuwały, bo po obiedzie tym razem bez

zwykłego przekomarzania się szybko zniknęły z pokoju.

Helcia umyła talerze i dosiadła się do Stasia przed telewizorem który coś tam pokazywał.

- No i ? - cicho zapytała Helcia próbując skłonić męża do rozmowy.

- No i dużo zmieniło się od wczoraj. Kierownik poinformował mnie raczej prywatnie,

że nie jest to zasługa Starego że mam pojechać, a tylko Centrali która na podstawie

czegoś tam, mnie wytypowała, a Stary tylko dostał prikaz aby mi to przekazać.

- A to chamski sukinsyn, wyrwało się Helci, nigdy nie używała mocnych wyrazów

raczej była przeciwniczką ich używania, a tu nagle takie słówko!

Spojrzał zarówno zdziwiony jak też i rozbawiony na żonę.

- Kochanie, w zupełności się z tobą zgadzam, ale On na pewno będzie naciskał

abym dał mu zobowiązującą odpowiedź.

- Stasiu, to zupełnie zmienia Twoją pozycję w rozmowie z nim. Trzeba się spokojnie

zastanowić nad taktyką odpowiedzi aby nie zrobić sobie z niego wroga, a jednocześnie

aby nie otrzymał żadnego przyrzeczenia. Jako wróg może ci zaszkodzić, a

trzymany na mglistej obietnicy i tak ci w niczym nie pomoże, ale przynajmniej nie będzie

szkodził.

Staś spojrzał na żonę jakby ją pierwszy raz widział, zdumiała go ta ocena sytuacji.

Chłodna wykalkulowana a jakże przebiegła. Ten, kto się ośmielił powiedzieć – Kobieto,

Ty puchu marny - chyba nigdy nie widział Helenki.

Rzeczywiście, ona ma rację, nie robić sobie wroga, a z obietnicami nie śpieszyć się,

co najwyżej zawoalowane, mgliste i w każdym przypadku oparte na niesprecyzowanych

prawdopodobieństwach.

- Wiesz Helciu, to jest chyba dobra rada, trafnie to ujęłaś, chyba to jest najlepsze

wyjście. Jutro mam być o 10-tej w Centrali w dziale zagranicznym, sądzę że tam dowiem

się wszystkiego, co, kiedy, w jakim charakterze, no i na jak długo, a może też

za ile. Nie muszę jutro rano iść do pracy, a dopiero po wizycie w Centrali.

- Stasiu, dasz sobie radę, przecież nie od dzisiaj cię znam, a swoja drogą, to jestem

dumna, że akurat Ciebie wybrali. To jednak nie rozwiązuje wszystkich problemów,

bo ja tu mam zostać sama przez wiele miesięcy z dziećmi, mieszkaniem wraz

ze wszystkimi kłopotami dnia codziennego. Nie wiem czy dam sobie radę, zawsze

miałam Ciebie do pomocy, zawsze byłeś mi oparciem.

30

- Dasz sobie radę, jesteś dzielną kobietą, nie raz tego dowiodłaś, jestem pewien,

że pieniążków ci raczej nie zabraknie, przecież będę ci przesyłał gdy tylko zarobię.

Zresztą Helu, jutro będziemy mądrzejsi po spotkaniu w Centrali, sadzę że to pozwoli

nam bardziej realistycznie patrzeć na mój wyjazd. Na pewno więcej będziemy wiedzieli.

Zamilkli, oboje pogrążyli się w swych myślach, ona o czekających ją dniach, miesiącach,

walki z problemami które niesie każdy dzień, a on o wyzwaniu które na pewno

wystawi mu najbliższa przyszłość. Gdzieś tam dalekim echem odezwało się echo

słów Kazika, ale szybko otrząsnął się z nich. Martwił się realiami które go czekają

tam, w Niemczech, jak sobie poradzi z językiem i z tym co oni tam konstruują.

Cholera, a ja znam tylko suwak logarytmiczny, tablice, prosty kalkulator, jak sobie

poradzę. Jak daleko są z nowymi światowymi osiągnięciami, trendami myśli technicznej,

jakie materiały stosują, na pewno mają jeszcze inne nowinki techniczne o

których nie mam pojęcia.

W swej pracowni pojawił się Stasiu dopiero po 13-tej, wszedł do biura i natychmiast

skierował się do swego rajzbretu. Odprowadzany był wzrokiem wszystkich

pracowników w których aż kipiała ciekawość, co mu tam powiedzieli w Centrali, kiedy

pojedzie no i najważniejsze, ile będzie zarabiał. Właściwie to ostatnie, ta wielka niewiadoma,

najwięcej budziła emocji.

Pierwszy jak zwykle nie wytrzymał Kazik;

- No i co, co powiedzieli ci w Centrali, kiedy wyjeżdżasz Stary, no gadaj, ponaglał

go drżącym z nieukrywanej ciekawości głosem.

Staś nie widział, ale przysiągłby, że za wszystkimi dechami wyrósł las olbrzymich

uszu, a zwyczajowy szmer głosów dziwnym przypadkiem zanikł jak nożem uciął.

- Co ci tam będę opowiadał, wyjeżdżam za około 2 tygodnie, muszę tylko odebrać

paszport i jakieś dokumenty podpisać. Jak widzisz mam mało czasu, a muszę jeszcze

wiele domowych spraw załatwić, tak więc mój miły niewątpliwie sympatyczny Kaziu,

może byś dał mi trochę spokoju?

Kazik spojrzał smętnie w oczy Stasia i wielce rozczarowany wycofał się do swej deski.

Wielgachne uszy z wolna opadały za deskami i szmerek głosów znów narastał.

Do końca pracy pozostało niewiele czasu, który zresztą szybko minął. Współpracownicy

znikali jeden po drugim. Zbierając swe porozkładane przybory kreślarskie, nagle

usłyszał za sobą cichy głos, wszystko w porządku panie Stanisławie?

Stasiu obrócił się i zobaczył jakby zatroskaną twarz Kierownika pracowni.

- Tak, tak, jestem już po rozmowie, chyba wszystko w porządku.

Podpisywał pan coś - nieoczekiwanie zapytał.

- Nie, zapoznali mnie tylko z dokumentami na podstawie których mam wyjechać,

dostałem też parę przykazań o reprezentowaniu polskich inżynierów i poinformowali

też, że żona będzie tu otrzymywała 80% mojej pensji, ale tylko przez pierwsze 3

miesiące, bo potem mogę jej przesyłać z Niemiec.

31

- Nie o to pytam, czy kazali, no powiedzmy prosili, aby pan jakiś dokument podpisał?

- Nie, niczego nie podpisywałem, zresztą nikt nic nie proponował.

- Panie Stanisławie, lekko zniżył głos, być może, że zażądają tego od pana jacyś

Inni, aby pan na przykład informował o tym czy o owym. Pańska sprawa, co pan zrobi,

ale niech pan lepiej dla swego przyszłego spokoju nie da się zmusić do tego.

Ostatnie zdanie prawie wypowiedział szeptem, po czym gwałtownie odwrócił się i

zniknął za drzwiami.

Co on mi chciał powiedzieć, przed czym mnie ostrzegał, nie wiem ale muszę być

czujny w podpisywaniu dokumentów jeśli takowe zostaną mi podsunięte do podpisu.

Minęło parę dni, które w domu wywróciło ich życie do góry nogami, Helcia pakowała

walizę, wciąż coś dokładając czy też wykładając, przeglądała bieliznę, spisując

na kartce rzeczy które jej zdaniem należy dokupić, wielokrotnie skreślając i ponownie

dopisując pozycje do listy.

Rodzina z obu stron przyjęła tą wiadomość entuzjastycznie, bardziej lub mniej skrywaną

zazdrością. Kuzynki Heli nie ukrywały zazdrości stwierdzając, że teraz to będzie

sobie mogła kupić takie ciuchy o jakich one będą mogły tylko pomarzyć, dopytywały

się też jakie auto zamierzają kupić i czy już zaplanowali zagraniczne wakacje.

Dla nich to już był fakt dokonany, mimo że Staszek jeszcze nie wyjechał. Mężowie

ich, już przeliczali po cinkciarskim kursie, ile może Stasiu zarobić dziesiąt tysięcy złotych,

jeśli teraz jedna marka to około 300 zł.

U jednych budziło to zazdrość a u innych zawiść, uważając, że to Niesprawiedliwość

Boska, że to Oni nie dostali takiej propozycji. Żaden z nich jednak nie brał pod uwagę,

że ich kwalifikacje zawodowe jak i intelektualne nie predysponowały ich do tego.

Według ich wyobrażeń, to Oni posiadali najwyższe kwalifikacje, tylko zrządzeniem

złego i niesprawiedliwego losu, mija ich to, co jedynie Im się słusznie należy. Jedynie

teściowie Stasia wyrażali nieukrywane zadowolenie, że im się powiodło i będą się

mogli trochę odbić od poziomu, w którym tkwi większość młodych małżeństw.

Od poziomu, który pozwalał nawet dobrze egzystować ale należało zapomnieć o jakimkolwiek

luksusie. Przecież kolorowy telewizor kosztował 3 miesięczne wypłaty inżyniera,

oczywiście nic nie wydając z pensji.

Przyszło urzędowe pismo z Policji że Stasiu ma się zgłosić do biura takiego i takiego

w określonym dniu o godz. 11-tej. Normalnie, wezwanie z Policji nigdy nie wróżyło

nic dobrego, lecz tym razem pismo to, tylko przyśpieszyło bicie serca, świadczyło, że

czas wyjazdu już jest blisko.

Następnego dnia, powiadomił Kierownika że musi wyjść z pracy już o 10-tej bo musi

zgłosić się na Policję, prawdopodobnie po odbiór paszportu. Kierownik podniósł brwi

ze zdziwienia i spokojnym głosem oświadczył, że paszport służbowy odbiera się w

dziale zagranicznym w Centrali. Po czym jakoś dziwnie, głęboko spojrzał w oczy

Stasia i powiedział że może iść i nie musi już dziś wracać.

Wrzucił swój termos do teczki i wychodząc nadział się na Kazia, - powodzenia Sta-

32

chu - ty to masz szczęście, a ja tu chyba do usranej śmierci będę siedział, oświadczył

smętnie.

Wszedł do budynku Policji, pokazał wezwanie i zdziwił się gdy dyżurny skierował go

na prawo do biura pod numerem 14-tym a nie na lewo gdzie stała olbrzymia kolejka

do wydawania paszportów.

Odnalazł numer drzwi, zapukał i usłyszał: - wejść.

Biuro skromnie umeblowane, wszystkiego jedna szafa, biurko, oraz mały stolik z

dwoma krzesłami.

- Czekam już na pana, Panie Stanisław, proszę wejść, niech pan siada wskazuje

jedno z krzeseł przy stoliku, jegomość w ubraniu cywilnym w okularach, lekko już łysiejący

50-cio latek. Jak pan zapewne wie, zagaił życzliwe jegomość, wyjeżdża pan

do Niemiec Zachodnich jako jeden z młodych dobrze zapowiadających się inżynierów,

co niewątpliwie jest dla pana zaszczytem i wyróżnieniem. Zapewne jest pan

wdzięczny Centrali że pana wytypowała.

Stasiowi odezwał się dzwonek alarmowy po słowie "wdzięczność", mignęła mu w

ułamku sekundy twarz Starego i dziwne spojrzenie Kierownika. Mózg zaczął pracować

na wysokich obrotach.

- Panie Stanisławie, jak pan zapewne wie, Ojczyzna oczekuje, że będzie pan godnie

reprezentował polską myśl techniczną, zaczął patetycznie z grubej rury jegomość

w okularach, dlatego też liczymy, że nie zawiedzie pan pokładanych w panu nadziejach.

I znów bezosobowo! - błysnęło Stasiowi w myślach.

- Jak zapewne pan wie, ma pan poznawać nowe technologie, rozwiązania techniczne,

będzie pan poznawał organizacje pracy i struktury zarządzające. Widzi pan,

to jest bardzo potrzebne naszej Polsce, idą nowe czasy i musimy niestety doganiać

Zachód, zapewne zgodzi się pan ze mną, prawda?

Stasiu nie odpowiedział, słuchając uważnie.

Jegomość w okularach widocznie odczytał milczenie jako aprobatę i ciągnie dalej.

- Jak panu powiedzieli, jedzie pan tam w ramach współpracy technicznej pomiędzy

naszymi krajami. My też stawiamy w Polsce na postęp techniczny i dlatego interesuje

nas wiele z tych zagadnień to przecież logicznie, no nie?

Wibracje alarmowe w głowie są coraz większe w głowie Stasia, czyżby? - nie! - to

niemożliwe......

- Sądzę, że zgodzi się pan ze mną, że wszelkie informacje o metodach zarządzania

jak również o nowych technologiach są ważne dla rozwoju naszej Ojczyzny -

prawda panie Stanisławie?

Co odpowiedzieć, co odpowiedzieć - kłębi się w głowie Stasia.

- No nie wiem, czy jestem aż tak dobry, wybąkał.

Okularnik wziął to za dobrą monetę.

- No widzi pan, to wielka przyjemność rozmawiać z inteligentnym człowiekiem.

Puścił ten komplement mimo uszu, Uwaga!, uwaga krzyczało mu w głowie.

33

- Panie Stanisławie, jak widzę zupełnie podziela pan nasze stanowisko. Wie pan w

końcu chodzi o dobro naszego Kraju, a to czego oczekujemy od pana to naprawdę

niewiele, jakieś informacje o pionie zarządzającym, nad czym aktualnie pracuje Siemens,

gdzie zamierza budować czy też inwestować i to wszystko co pan uważa za

istotne dla dobra naszej Ojczyzny. Wystarczy że będzie pan pisał w dowolnie wybranym

przez pana czasie o tym co uważa pan za ciekawe na adres który przekażemy

panu w Niemczech, prawda że to nic strasznego, zapytał prawie uradowany.

Stasiowi biło serce jak oszalałe, Oni chcą ze mnie zrobić szpiega, szpiega – cholera.

Okularnik musiał coś wyczuć, bo niby od niechcenia, lekceważąco rzucił uwagę.

- Jak pan widzi, nie stanowi żadnej przeszkody dla pana przeszłość pańskiego ojca

co to służył w Wehrmachtcie, to naprawdę nie ma znaczenia. Jesteśmy wspaniałomyślni,

postępowi i na pewno nie małostkowi.

Co odpowiedzieć, co odpowiedzieć wiruje w głowie.

W ułamku sekundy błysnęła myśl. Babcia kiedyś mówiła mu: "gdy nie wiesz co zrobić

to zrób się głupim, będziesz frei".

Stasiu zagrał w pokera.

- Szanowny panie, sądzę że nic z tego nie wyjdzie z powodu moich cech charakteru.

Ja mało piję i mam słabą głowę, ale jak wypiję za dużo, no trochę bardziej za dużo,

to tzw. film mi się urywa i nie wiem co mówię. Żona i przyjaciele nie raz już mieli

w żartach pretensję do mnie, że nie dam im dojść do głosu, bo ja gadam, gadam i

gadam. Śmieją się, że wystarczy mnie lekko podejść i wszystko mówię co i jak z żoną,

co myślę o szefie, jakie mam zdanie o nich, co robiłem i jak robiłem, po prostu

wtedy gadam co mi tylko ślina na język przyniesie. Po prostu jak to żona ujmuje,

chwalę się tym co jest, chcąc się pokazać jaki to jestem dobry. Nieraz oberwało mi

się od żony za to, a kuzynostwo czy koledzy już mnie znają i czasem się śmieją: ty

byś się nawet diabłem pochwalił, aby pokazać się jaki jesteś dobry. Niestety, mam

taką przywarę i nic na to nie poradzę, dlatego przystanie na pańską propozycję w

stosunku do mnie byłaby z pewnością prędzej czy później rozgłoszone wszem i wobec.

Jedno wiem, że czego nie ma to nie ma, nie fantazjuję nie dodaję sobie splendoru

czymś co nie istnieje, to jest pewne! - zakończył swą przydługą wypowiedź

mocnym akcentem "to jest pewne".

Zauważył że twarz okularnika wpierw wyrażała zdumienie, potem niedowierzanie by

zakończyć się ściągnięciem brwi nad oczami, a one stały się zimne, jakieś groźne,

ale nie złowieszcze.

Zapadła dłuższa chwila milczenia, którego Stasiu nie zamierzał przerywać, teraz Ty

musisz coś przedsięwziąć, teraz twój ruch pomyślał, a serce wracało do normy i o

dziwo, myśli uspokoiły się, ba, nawet poczuł coś w rodzaju przewagi w rozmowie.

- Hmmm, zabrzmiało cicho, takiej informacji nie mamy o panu, wiemy że pan mało

pije, ale to jest nowe.

- Proszę pana, odpowiada Stasiu, jak pan zapewne wie, nie chodzę po knajpach

bo mnie na to nie stać, a trudno żebyście byli w moim domu czy też w domach mych

34

przyjaciół czy rodziny. Używając "żebyście byli" dał jednoznacznie znać, że wie z kim

rozmawia.

- To bardzo dobrze, Panie Stanisławie, bardzo dobrze, że jest pan tak szczery ze

mną, widać że jest pan inteligentnym człowiekiem, a to duża przyjemność rozmawiać

z kimś takim jak pan. Miało to zabrzmieć życzliwie, ale raczej było to coś w rodzaju

złości skrzyżowanej z zawodem.

Widocznie dał za wygraną, bo oświadczył;

- Nie ma sprawy, ale pozostała jedna drobna rzecz, naprawdę mało istotna, mianowicie

ważnym jest, rozumie pan, aby ta rozmowa pozostała między nami, nie koniecznie

muszą inni wiedzieć o czym rozmawialiśmy.

- To jest dla mnie oczywiste, proszę pana, na to może pan liczyć, w końcu sam pan

powiedział, że to dla dobra naszej Ojczyzny.

Okularnik spojrzał swymi zimnymi, bez wyrazu oczyma, chcąc odgadnąć czy to ironiczna

kpina, czy też szczere zapewnienie.

Widocznie wziął to w swym mniemaniu za dobrą monetę, bo kontynuuje;

- Panie Stanisławie, pozostała tylko drobna formalność, potrzebuję pańskiego formalnego

zapewnienia że rozmowa pozostanie miedzy nami. Tutaj jest standardowy

formularz o zachowaniu tajemnicy z tej rozmowy który należy podpisać aby formalnościom

stała się zadość. O, tutaj, niech pan podpisze, wskazuje ręką miejsce do

podpisu ale w taki sposób, że tą ręką zasłania prawie całą kartkę.

Stasiowi błysnęła w locie błyskawicy twarz Kierownika.

- Ależ szanowny panie, jeśli podpiszę to będzie fakt dokonany i boję się, że w przyszłości

prędzej czy później, w trakcie jakieś popijawy, będę się chwalił, że jakiś ważny

dokument podpisywałem na Policji. A po co to, nie podpisałem to znaczy nie miało

to miejsca, bo po wódzie nie fantazjuję a raczej chwalę się tylko faktami.

- Ależ panie Stanisławie, to tylko czysta formalność, Pan się do niczego nie zobowiązuje,

oczywiście poza dochowaniem tajemnicy dzisiejszej rozmowy.

Stasiu zauważył, że ręka nadal zasłania prawie całą kartkę a palec wskazuje miejsce

podpisu.

- Szanowny panie, zaczął prawie oficjalnie Stasiu, już oświadczyłem panu, że treść

naszej rozmowy zachowam w tajemnicy i nie zachodzi konieczność czegokolwiek

podpisywania, przecież mój podpis świadczyłby o tym że zachowam rozmowę w tajemnicy.

Niech mi pan powie czy to nie to samo? Podpis jest tylko graficznym znakiem

mojego oświadczenia. co jest ważniejsze, oświadczenie o dobrej woli czy też

trochę atramentu na jakimś skrawku celulozy. Nie uważam za konieczne cokolwiek

podpisywać, przecież chyba ważniejszym jest dobra wola jak również zrozumienie i

aprobowanie pańskiej prośby w zakresie dochowania tajemnicy treści rozmowy.

Jegomość zmienił się w ułamku sekundy, w zamian za uprzejmą postawę pojawiła

się postać władcza i groźna.

- Jak pan chce, mówi twardym głosem, ale zdaje pan sobie sprawę z tego, że jeszcze

pan nie wyjechał i wiele się może zdarzyć, na przykład rewizja oceny kandyda-

35

tów w Centrali, czy też Biuro Paszportowe doszuka się czegoś co uniemożliwi panu

wyjazd, a tym samym straci pan możliwość polepszenia bytu swej rodziny.

Stasiu rzucił się jak zawodnik na linię mety.

- Być może, ale nie sądzę aby jeden podpis tylko i wyłącznie potwierdzający zgodę

na zachowaniu w tajemnicy rozmowy z panem miałby dla nich takie decydujące znaczenie,

mimo że zapewniłem pana o gotowości zachowania tej tajemnicy.

Z okularnika uszło powietrze, wstał zza stolika zabierając formularz w taki sposób że

Stasiu nadal nie mógł zobaczyć reszty zawartości kartki.

Stasiu również wstał;

- Dziękuję, może pan iść zabrzmiało sucho i urzędowo.

Wychodząc, zamknął za sobą drzwi, nie uważał za stosowne rzucić zdawkowego "do

widzenia".

Opuścił ten gmach z uczuciem zadowolenia jednak z nutką niepokoju, a może rzeczywiście

nie dadzą paszportu i wszystko diabli wezmą. Niech będzie co ma być, w

najbliższych dniach się to rozstrzygnie.

Poszedł w kierunku domu. Helcia jak zwykle przywitała go buziakiem, ale z miejsca

zauważyła zmianę w nastroju Stasia. Taktownie, nie pytała go, ale nalewając zupę

zauważyła zasępioną twarz męża.

Gdy dzieciaki zajęły się odrabianiem lekcji dosiadła się do Stasia i popatrzała swymi

słodkimi oczyma jakby chciała dodać odwagi w rozpoczęciu rozmowy.

On jednak milczał, więc zapytała ostrożnie;

- Dostałeś paszport?

- Nie, nie po to mnie wezwali, a paszport może dostanę w Centrali w Dziale Zagranicznym.

Stasiu czuł potrzebę wyrzucenia z siebie co w tak krótkim czasie nawarstwiło się.

Opowiedział Helci tak dokładnie jak mógł, treść rozmowy z okularnikiem, niczego nie

ukrywając. Gdy zakończył, spojrzał na żonę.

Chwilę siedziała nieruchomo, jakby zastanawiała się jakich słów użyć. Po czym nagle

nachyliła się i ucałowała męża w taki sposób że mu prawie tchu zabrakło.

- Dumna jestem z Ciebie mój mężu, zabrzmiało patetycznie, dumna jestem, że tak

wspaniale rozegrałeś rozmowę z tym Gościem. Swoją drogą jak na to wpadłeś, że

jesteś taki gadatliwy po wódce, przecież ty jak sobie za dużo wypijesz to szukasz tak

szybko jak tylko jest to możliwe łóżka, nie patrząc na pozostałych gości i z miejsca

zasypiasz chrapiąc donośnie. Dobrze że niczego nie podpisywałeś, przecież sam

mówiłeś że tak ci kazał podpisać że niczego nie widziałeś pod tą zasłaniającą ręką,

kto wie czy nie podsunął ci coś innego do podpisania. A co do paszportu, mój kochany,

tyle lat minęło i jakoś było dobrze, jeśli nie pojedziesz to nadal będzie dobrze, zapewniam

cię, damy sobie radę, zakończyła tonem tak oczywistym, że właściwie nie

ma o czym mówić.

Spojrzał na żonę z wdzięcznością, tymi słowami w praktyce rozwiała jego wątpliwości

czy też obawy, przyjął słowa żony jako zamknięcie rozważań na tym co byłoby lep-

36

sze, czy też ile mogliby stracić. Rozparł się wygodnie na swym ulubionym fotelu,

włączając telewizję aby posłuchać nowości ze świata i kraju.

Rano, jak zwykle pojawił się w biurze przed siódmą, wchodząc zauważył spojrzenie

Kierownika z wyraźnymi pytajnikami w oczach, zrobił jeden krok w jego kierunku

i powiedział cicho;

- Dziękuję panu za pomoc, dziękuję.

Oczy się uśmiechnęły mimo, że twarz się nie zmieniła. Ktoś obcy obserwując tą

scenkę z boku, nie byłby w stanie zauważyć cokolwiek.

Rozłożył swe przybory jak zwykle w rynience rajzbretu i zastanawiał się od czego zacząć

na rysunkach które były na nim przypięte.

Jeszcze nie zdążył zrobić ani jednej kreski, gdy wpierw wyczuł smrodliwy dech Kazia

a potem usłyszał jego głos.

- No jak tam na Policji, dostałeś paszport?

- Nie, oni tylko chcieli wiedzieć czy mam jakąś rodzinę na zachodzie i tym podobne,

takie sobie formalnościowe duperele, zbył go lekceważąco.

- A paszport, kiedy paszport? - dopytywał się gorączkowo.

- Chyba w tych dniach, tak sądzę.

Kazik smętnie powlókł się do swego miejsca, nie pocieszony że właściwie nie ma się

czym podzielić z innymi, żadnej sensacji, nic ciekawego.

Staś zatopił się w sprawdzaniu obliczeń wytrzymałościowych, skontrolowaniu po raz

któryś tam z rzędu strzałki ugięcia tego czy innego elementu, zwracając uwagę na

właściwy wskaźnik wytrzymałości. Tuż przed przerwą gwałtownie urwał się szmerek

rozmów, co oznaczać mogło tylko jedno, - Stary lub pani Ania.

Tym razem wszyscy oniemieli, - do pracowni wtoczyła się Hydra - sama Sekretarzyca

Starego. Tego jeszcze nie było, przecież Ona nie pofatygowałaby się do pracowni.

Od tego był telefon czy też pani Ania.

Wszyscy bez wyjątku łącznie z Kierownikiem patrzą na to niespotykane zjawisko z

najwyższym zdumieniem. Ona jednak nie zwracając na nikogo uwagi sunie na swych

grubych nogach wprost do stanowiska Stasia.

- Panie Stanisławie, na przerwie, proszę do mnie przyjść, zabrzmiało tak sympatycznie

i serdecznie, że prawie wszystkie uszy zaczerwieniły się z wrażenia. Musimy

podpisać z panem bezterminowy urlop w związku z pańskim wyjazdem jak również

parę innych dokumentów, oświadczyła głośno z przymilnym, uśmiechem pełnym

życzliwości z jednoczesnym żalem, że musi to oświadczyć jemu a nie samej sobie.

Po przekazaniu tej jej zdaniem niezmiernie ważnej informacji wymagającej jej osobistego

zaangażowania, podeszła do Kierownika i tonem suchym wręcz rozkazującym

oświadczyła, że powinien On pracę pana Stanisława przekazać innym gdyż jest to

polecenie pana Dyrektora.

Zanim Kierownik zdążył cokolwiek odpowiedzieć, drzwi za Hydrą zamknęły się.

Nadeszła chwila przerwy, Stasiu skierował się do drzwi wejściowych, odprowadzany

37

w większości zawistnymi spojrzeniami kolegów, w których nie kryło się poczucie dziejowej

niesprawiedliwości.

Zapukał do drzwi, nie zdążył nacisnąć klamki gdy otwarły się, a w progu stanęła rozpromieniona

pani Ania.

- Proszę panie Staszku, proszę dalej, już przygotowałam wszystkie dokumenty dla

pana.

Wszedł do środka i w tej samej chwili weszła Hydra z gabinetu Starego.

- Niech pan usiądzie wskazując stolik przy drzwiach, trochę tego jest, ale uwiniemy

się z tym szybko, gdyż pani Ania wszystko przygotowała, nie wiedzieć dlaczego pani

Ania pięknie dygnęła jak mała dziewczynka przed wygłoszeniem wierszyka. Wpierw

pańskie podanie o urlop bezterminowy, już napisane, wystarczy że pan podpisze, o

tu, jest już zgoda pana Dyrektora, już podpisana, tutaj jest już potwierdzenie podpisane

przez dział księgowości materiałowej, że zdał pan wszystkie materiały kreślarskie,

a tutaj też formalność ale jeszcze wymagana - jakiś relikt z przeszłości, że nie

będzie pan informował obcych o pracach wykonywanych w Biurze. Jedne dokumenty

Stasiu podpisał, a inne dostał dla siebie.

Gdy skończył z tym papierowym kramem, pani Wanda, Sekretarzyca Starego, tonem

bardzo życzliwym informuje go że jutro o 9-tej ma zgłosić się do Centrali do Działu

Zagranicznego po paszport i inne ważne dla niego dokumenty.

Po czym z nieukrywanymi nutkami żalu, informuje go, że jeszcze dziś ma przekazać

swoje prace innemu pracownikowi, a od jutra jest na urlopie, w związku z czym nie

musi już przychodzić do pracy. Po chwili przerwy, Sekretarzyca westchnęła podnosząc

oddechem swe obfite piersi;

- Pan to ma szczęście panie Staszku, Pan jedzie w daleki świat, będzie pan tam żył

o wiele lepiej niż my tu tutaj. Pana docenili, a mnie?, zawiesiła głos, choćbym nie

wiem jak się starała to i tak tego nikt nie zauważy, zakończyła smutno.

Staś po raz pierwszy słyszał taki ton w ustach, jak ją nazywali Hydry, wydawało im

się że jest pozbawiona jakichkolwiek ludzkich uczuć, a tu proszę, zabrzmiało to tak

naturalnie i z takim żalem że i Stasiowi zrobiło się też jakoś smutno.

Pani Ania wzięła z rąk Stasia jego dokumenty i włożyła je do specjalnej papierowej

teczki z nadrukami reklamowymi jego Biura Konstrukcyjnego, teczki te były z reguły

zarezerwowane dla specjalnych dokumentów wychodzących na zewnątrz z podpisem

Starego. Po związaniu teczki wręcza ją Stasiowi patrząc na niego oczyma pełnych

zachwytu, nabożnego poddaństwa, na których dnie kryła się jakaś ciemna, bliżej

niesprecyzowana może i erotyczna obietnica.

Sekretarzyca wstała zza swego miejsca panowania i podeszła do niego z wyciągniętą

ręką życząc mu powodzenia, a zarazem aby nie zapomniał o swych przyjaciołach,

po czym dodała jakoś tak dziwnie, jakby smutno czy też współczująco, że po pracy

ma przyjść do Szefa który na niego będzie czekał.

Wrócił do pracowni, przy desce natychmiast pojawił się Kazio.

- No i, no i, dopytywał się gorączkowo, co się dowiedziałeś?

38

- Jutro o 9-tej mam być w Centrali po paszport i inne dokumenty, a dzisiaj jest mój

ostatni dzień pracy tutaj.

- Co ty, Ty naprawdę wyjeżdżasz? - głupio dziwi się Kazio, życzę ci abyś sobie dobrze

zarobił, szkoda że ja nie mogę a tak bym chciał, trochę kasy by się przydało,

kupiłbym sobie jakieś fajne autko, a może by też starczyło na Wyspy Kanaryjskie,

rozmarzył się. Wiesz Stasiu, dobrze że jedziesz, zasługujesz na to. Wypowiedział te

słowa jakoś tak inaczej, nie tak jak zwykle łobuzersko, ale tak jakby z uczuciem, jakby

z jakimś od dawna skrywanym szacunkiem, po czym już bez dalszych słów, odwrócił

się i zniknął za swą dechą.

Staszek popatrzał za nim ze zdziwieniem, tak jeszcze nigdy nie słyszał wieloletniego

kolegi, zawsze to były mniej lub bardziej nie wyszukane odzywki na poziomie skrzyżowania

budki z piwem, a knajpą dworcową.

Nie miał jednak czasu na analizowanie wypowiedzi kolegi, kiedy usłyszał Kierownika

który pojawił się obok niego.

- Czy mógłby pan przygotować obliczenia i rysunki do przekazania?

- Mam to już przygotowane wraz z sugestiami co należy jeszcze wykonać, dokładniej

mówiąc, narysować, bo obliczenia są kompletne i po przeliczeniach kontrolnych

sumy poszczególnych etapów zgadzają się w granicach dopuszczalnych odchyłek.

- Dobrze, Panie Stanisławie może ma pan jakąś propozycję znając nasz zespół,

kto pana zdaniem najlepiej nadawałby się do dalszego prowadzenia i zakończenia

tego zlecenia?

- Jeśli już pan o to pyta, to sądzę, że może nasz Kazio, trochę narwany, ale dobry i

dokładny fachowiec, tym bardziej że jego zlecenie praktycznie jest zakończone.

- Tak pan sądzi?

- Tak myślę, ale decyzja należy do pana.

Kierownik spojrzał na niego jakby z uznaniem i zapytał o ton cichszym głosem;

- Bardzo naciskali na podpisanie?

- Raczej tak, odpowiedział podobnym cichym głosem Staś, ale powiedziałem im, że

po pijaku, jak mi się film urywa to chwalę się wszystkim co wiem i paplę co tylko ślina

na język przyniesie, chyba zrezygnowali, bo nie zmuszali mnie już więcej do podpisania

czegokolwiek ale trochę postraszyli że mogą nie dać paszportu.

- Dobre sobie, uśmiechnął się Kierownik, muszę przyznać że nie wpadłbym na tak

przebiegły fortel godny Imć pana Zagłoby. Podniósł rękę jakby chciał klepnąć Stasia

w ramię, ale w ostatniej chwili powstrzymał się, rzucił tylko słówko - dziękuję - i oddalił

się do swego stanowiska.

Po chwili usłyszał polecenie aby Kazik podszedł niego, chwilę rozmawiali, a jedynie

co zrozumiał Stasio to zakończenie rozmowy słowem - oczywiście.

Jeszcze chwila i Kazik raczej z zadowoloną miną podszedł do Stacha.

- Wiesz, Kier powiedział mi, że mam przejąć od Ciebie twoje zlecenie, fajnie no

nie? To ty naprawdę kończysz tu pracę, stwierdził jakby odkrył Amerykę. Pokaż mi

gdzie są obliczenia, gdzie gotowe rysunki, podobno masz spisane co jeszcze należy

39

zrobić i nie odpinaj tych rysunków z deski, bo ja się tu przeniosę, widocznie jest to

szczęśliwsze miejsce niż moje, może ja też będę miał farta.

Pół godziny wystarczyło, aby Kazio przejął zlecenie wraz z zaanektowaniem wszystkich

akcesoriów kreślarskich.

Zbliżała się godzina zakończenia pracy, gdy nagle wszyscy pracownicy podchodzili

do Stasia, gratulując mu wyjazdu i chyba życzliwie, potrząsali jego prawicą.

Myśli Stasia krążyły jednak wokół spotkania ze Starym i tym co musi nieuchronnie

nastąpić.

Wychodząc usłyszał cichy ale wyraźny głos Kierownika; - nie daj się, On nic nie może.

Po raz pierwszy od lat użył bezpośredniej formy - Ty.

Zapukał do Sekretariatu, po usłyszeniu proszę, wszedł do środka, gdzie o dziwo spotkał

się z serdecznym uśmiechem Hydry, Pan Dyrektor już czeka, proszę wejść powiedziała

głośno i nieoczekiwanie dodała wyraźnym szeptem; - niech się pan nie da.

- Witam pana, Panie Stanisławie jak tylko przekroczył próg gabinetu Smoka, zobaczył

gest wskazujący mu krzesło z drugiej strony biurka. Jak pan widzi, udało mi się

wysłać pana na saksy, ha, ha, ha, zaśmiał się nieszczerze. Już pan zapewne wie,

jutro odbiera pan paszport, a za trzy dni wyjazd panie Stanisławie - wyjazd. Chyba

jest pan zadowolony, no nie?

Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Stary nachylił się przez biurko i cichym świszczącym

szeptem zapytał się;

- Jak sądzę przedyskutował pan moją ..... zająknął się i poprawił ... moje zaangażowanie.

Jestem pewien, że podziela pan moje zdanie, że w życiu nie ma nic bardziej

wartościowszego jak właściwe pojęcie honoru.

Ty Łajdaku, pomyślał Staś, Ty Kreaturo, Ty masz czelność mówić mi o honorze, jednak

nie dał niczego po sobie poznać. Myśli przelatywały z kosmiczną szybkością.

- Panie Dyrektorze, oczywiście zgodnie z pańską sugestią rozmawiałem z żoną na

ten temat.

Smokowi na wpół tryumfująco, na wpół pożądliwie zaświeciły się oczy.

- Doszliśmy do wniosku, że zobowiązywanie się do czegokolwiek nie znając jeszcze

ani wysokości uposażenia, ani jakie będą koszty utrzymania się tam, to znaczy

mieszkania, wyżywienia czy też kosztów dojazdu byłoby bardzo niepoważne i nierozsądne,

to tak, jakby obiecywać komuś gruszki na wierzbie. Postanowiliśmy, że

wpierw należy uregulować sprawy z przeniesieniem się tam, przecież sam pan mówił,

że jest to sprawa na pewno na około pół roku. Dlatego też postanowiliśmy wrócić

do tematu po uregulowaniu wszystkich spraw, kiedy wszystko będzie już jasne, znane

i jednoznaczne. Jestem pewien że zgodzi się pan, Panie Dyrektorze, że jest to

rzeczywiście najbardziej honorowe i uczciwe postawienie sprawy.

Stary nie oczekiwał, że zostanie walnięty tą samą bronią którą sam szermował.

W trakcie tej przemowy mina z życzliwej przeistoczyła się w mroczną wręcz groźną.

Odwrócił wzrok od Stasia, jakby zastanawiał się jak zaatakować, nie mógł jednak

znaleźć odpowiedniej odpowiedzi, gdyż na taką wypowiedź nie był przygotowany.

40

Przypuszczał, że raczej dojdzie do jakiegoś targu w sprawie wysokości procentów,

był nawet przygotowany na wspaniałomyślne zgodzenie się na 20 procent, ale nie

przewidział całkowitej odmowy z mglistą obietnicą. Rzeczywiście, - gruszki na wierzbie!

- Panie Stanisławie, jak sądzę nie zapomniał pan ile wysiłków kosztował mnie pański

wyjazd, bo to nie tylko pańska szansa, ale i splendor dla naszego Biura. Na pewno

wie pan, że nawet nie znając konkretnych liczb, zgodzi się pan ze mną, że z pewnością

są one nieporównywalnie większe niż w Polsce. Nie sądzę aby trzeba było

czekać na poznanie wszystkich tych drobiazgów które pan wymienił. Zgadzam się z

Panem, że w tej sytuacji jaką pan przedstawił trudno jest określić koszty utrzymania.

Dlatego, szanując zdanie Pańskiej niewątpliwie inteligentnej małżonki jak również i

pana, nie przeszkodzi panu do zobowiązania się do 20 procent, widzi pan że w pełni

rozumiem pana i dlatego również ustępuję dla wykazania dobrej woli i daleko idącej

życzliwości z mojej strony, sądzę że pan to docenia.

- Panie Dyrektorze, nie zamierzam się targować, przedstawiłem panu nasze zdanie,

a to co proponuje pan, to tak jakby dzielić skórę na niedźwiedziu.

Dyrektor oparł się o plecami o fotel że aż zatrzeszczał, chwilę milczał by po chwili

oznajmić już tonem władczym doskonale znanym już Stasiowi; no dobrze, jak sadzę

będzie pan do nas przyjeżdżał co jakiś czas i wtedy, kiedy już wszystko będzie jasne,

wrócimy do rozmowy. Dziękuję panu, zakończył rozmowę.

Staś wstał, ukłonił się i ruszył do drzwi zapominając o słowach pożegnania przy ich

zamykaniu.

W domu oczekiwała Helcia, tym razem nie czekając na zwykłą porę poobiednią zapytała

wprost.

- Coś nowego?

- Tak, zabrzmiała spokojna odpowiedź, która jednak nie zmyliła jej, doskonale znała

męża, i jak nikt na świecie potrafiła wyłowić ze spokojnego tak, nutkę zdenerwowania

czy też napięcia.

Spojrzała badawczo na męża;

- Miąłeś rozmowę z Dyrektorem bardziej stwierdziła niż zapytała.

- Tak, powtórzył, ale nie była to miła rozmowa, a w końcu wyszedłem bez pożegnania.

- ????

- Wyobraź sobie że nie tylko, że oczekiwał spełnienia jego żądania, to przy mojej

negacji, usiłował jeszcze coś utargować i opuścił stawkę do 20 procent, bylebym mu

to obiecał. Niestety, nie otrzymał żadnego przyrzeczenia, twardo trzymałem się tego

co mi poradziłaś. Że jeszcze nie wiem, jaka pensja, jakie koszty utrzymania i tym podobne,

że może później, jak już coś będę więcej wiedział.

- Żebrak, wstrętny żebrak, mało że żebrak, to jeszcze cham bez jakichkolwiek hamulców

moralnych, wypaliła Helcia.

- Podpisałem dziś prośbę o długoterminowy urlop bezpłatny, jak również przekaza-

41

łem moje prace Kazikowi, bo jutro mam odebrać paszport w Centrali i za 2-3 dni wyjazd.

- To już? - trochę ze strachem zapytała Helcia, to już się zaczyna zwrot w naszym

życiu rodzinnym. O Boże, jak to będzie, czy sobie poradzę bez Twojego wsparcia.

Mieszkanie, dzieci, szkoła, sprawunki, porządki, jak ja to ogarnę sama.

- Helu, moja kochana, poradzisz sobie, jesteś dzielna i odważna a do tego bardzo

pracowita, dasz sobie radę, przecież znam cię nie od dzisiaj, w końcu nie wyjeżdżam

na koniec świata, tylko jakieś 1000 km z małym haczykiem. Jutro o 9-tej mam w Centrali

odebrać paszport jak również dokumenty do tego Biura w Siemensie w Düsseldorfie,

tam się też dowiem wszystkich koniecznych szczegółów.

- Stasiu, Stasiu, co z nami będzie, ty tam sam wśród obcych ludzi, a ja tu sama bez

twojej pomocy.

- Helu, nie będzie źle, ludzie czy też rodziny nie w takich sytuacja dawali sobie radę,

masz przecież rodzinę, która jak sądzę w jakiś krytycznych sytuacjach na pewno

ci pomoże, ale nie sądzę aby coś takiego miałoby mieć miejsce. Głowa do góry, kochana,

to tylko parę miesięcy.

- Tak, tak, westchnęła i zabrała się ponownie do przeglądania walizki Stasia,

sprawdzając po raz któryś czy ma wszystko co potrzeba, czy o czymś nie zapomniała,

wykładała i wkładała rzeczy, licząc, przeglądając, coś dokładała coś wyjmowała,

Staś patrzył z troską na żonę. Gdzieś tam w najdalszym zakątku myśli, cicho zabrzmiały

słowa Kazika o żonach których mężowie wyjeżdżają na jakiś dłuższy czas.

Nie, nie, to może się zdarzać, ale nie Hela, to nie jest światowa dama, uwielbiająca

towarzystwo, kawiarnie czy też restauracje. Poza tym, nie bywamy w takich towarzystwach

gdzie liczy się blichtr, imponowanie innym, pokazywanie się w tym czy w innym

blasku reflektorów życia publicznego. To może jest i dobre dla świata aktorów,

celebrytów czy też znudzonych pań bogatych mężów. Przecież my nie znamy tego

świata, dlaczego by mogła Hela szukać wrażeń w tym świecie? Odrzucił myśli i zajął

się przygotowaniem na wszelki wypadek słowników niemieckich a zwłaszcza technicznych.

Punktualnie o 9-tej wkroczył do Działu Zagranicznego w Centrali. Był już był oczekiwany.

- Pan Stanisław? - zapytał mężczyzna w wieku Stasia, proszę do mnie i wskazał

drzwi do swego biura. Witam pana, mam już przygotowane dokumenty dla potrzeb

pańskiego wyjazdu, oświadczył siadając wygodnie na wielkim skórzanym fotelu za

biurkiem. Proszę siadać wskazał mu fotel przed biurkiem, widząc że Staś niezdecydowanie

stoi przy drzwiach. Wpierw ja panu powiem co mam dla pana, a później

chętnie odpowiem na wszystkie Pańskie pytania czy wątpliwości, dobrze?

W odpowiedzi otrzymał skiniecie głowy Stasia.

- Przede wszystkim paszport, coś się zmienia w przepisach, bo od pewnego czasu,

wydział paszportowy na Policji nie wydaje paszportów służbowych, a tylko tzw. turystyczne.

Ma pan już wbitą wizę pobytową bez ograniczeń, u Niemców się też coś

42

zmienia, bo dawali 3 lub najwyżej 6-cio miesięczną. Proszę, to pański paszport i podaje

małą niebieską książeczkę, a konieczne pozwolenie na pracę w RFN otrzyma

pan na miejscu, wszystko jest już uzgodnione. Tutaj jest bilet do Düsseldorfu, niestety

z przesiadką w Berlinie Zachodnim. Tutaj są dokumenty poświadczające że jest

pan pracownikiem naszego resortu i że My, Centrala, właśnie pana delegujemy do

tego Biura w ramach umowy o współpracy pomiędzy naszymi krajami.

Tutaj w tej kopercie ma pan pisma do Szefa Siemensa w Düsseldorfie wraz z adresem

gdzie się pan zgłosi zaraz po przyjeździe. Tutaj jest lista zapytań na jakie Centrala

oczekuje odpowiedzi od pana, a dotyczące pańskiej pracy u Siemensa.

Spotkał się z niemym protestem w oczach Stasia.

Przerwał, spojrzał uważnie na niego i cicho zapytał;

- Usiłowali pana do czegoś zobowiązać?

Staś skinął w milczeniu głową.

- Podpisał pan coś, ponownie zapytał cicho.

- Nie, padła krótka odpowiedź ale mocno zaakcentowana.

- To dobrze panie Stanisławie, nadchodzą nowe czasy, Solidarność coraz śmielej

mówi o koniecznych zmianach, to mogło by kiedyś panu trochę przeszkadzać. To,

czego od pana oczekujemy, wrócił do normalnego tonu, jest zwykłą informacją o tym

co pan robi oraz w jakich zagadnieniach bierze pan udział.

Widząc jednak nieufną minę Stasia, ciągnie dalej;

- Każde opracowanie ma być przetłumaczone na język niemiecki, a polską kopię z

podpisem aprobującym treść, nie pan wysyła, a Oni wysyłają na nasz adres, co

zresztą też jest już uzgodnione i wynika to z umowy o pańskim zatrudnieniu. Jak pan

widzi, jest to po prostu informacja o tym, jak pan jest wykorzystywany w ramach

umowy. Chodzi o to, aby nie skierowali pana do obliczeń i konstruowania ławek parkowych

czy też dziecięcych huśtawek, zaśmiał się ubawiony obawami Stasia.

Staś z ulgą odetchnął.

- Bilet jest wystawiony na 24-go tego miesiąca, to znaczy, spojrzał na kalendarz, za

cztery dni, jest pan już spakowany, panie Stanisławie? Jeszcze jedno, pańska małżonka

będzie otrzymywała od nas 80% pańskiej pensji, ale tylko przez pierwsze 3

miesiące a dalej niestety, to już pan musi o nią zadbać, my jedynie opłacać będziemy

panu ubezpieczenie oraz przyszłą emeryturę czyli składkę ZUS. Pieniążki pańska

małżonka będzie otrzymywała przekazem pocztowym na adres domowy. Jest też

przykra wiadomość, te trzy miesiące przekazów musi pan zwrócić Centrali, gdyż jest

to coś w rodzaju zapomogi dla rodziny na czas pańskiego zagospodarowania się

tam, Polska jeszcze nie jest tak bogata, aby robić prezenty. Ja mam tyle do przekazania,

a teraz kolej na Pańskie ewentualne pytania.

- Jak długo ma trwać ten pobyt tam?

- Od 3 do 6-ciu miesięcy, ale to jest uzależnione od pańskiej postawy i zaangażowania.

Przewidziana jest też opcja na wniosek strony niemieckiej do jednego roku,

ale jak już mówiłem wszystko leży w pańskich rękach.

43

- Bardzo przepraszam że zapytam, ale ile mam tam zarabiać, zapytał nieśmiało.

- Dokładnie nie wiem, ma pan być zatrudniony na stanowisku młodszego inżyniera

jak na początek, a to co mi jest wiadomo prywatnie, to rząd wielkości 4000 - 5000

marek zachodnich ale niech pan tego nie traktuje jako przyrzeczenie.

Staś oniemiał,

- Ile? - wyrwało mu się mimowolnie.

- Tak, panie Stanisławie, roześmiał się serdecznie jego rozmówca, niech pan jednak

nie myśli że to jest górna granica, to dopiero początek, gdyż reszta zależy od

pana. Niech pan nie przelicza tego na złotówki, bo się panu w głowie zakręci. Tam

też są inne ceny niż w Polsce, dodał już poważniej. Tam za jeden bilet tramwajowy

będzie pan tyle płacił co u nas za miesięczny.

- Do kogo mam się tam zgłosić?

- Wystarczy, że powie pan w portierni, że pan przyjechał z Polski, a o resztę niech

pan się nie martwi, będą na pana czekali, oni wiedzą kiedy się pan u nich pojawi.

- Powiedział pan, że mam powiedzieć w portierni, a ja prawie nie znam tego niemieckiego.

- Poradzi pan sobie, to co jest mi wiadome to trochę zna pan ten język.

- No trochę tak, aby coś wydukać, ale nie rozmawiać.

- To wystarczy na początek, a potem niestety panie Stanisławie, ryć i ryć ten niemiecki,

jeśli chce pan tam coś osiągnąć. Jeszcze coś? - zapytał dając do zrozumienia

że właściwie rozmowa zakończona.

- Nie, dziękuję panu.

- Tutaj ma pan od Centrali w prezencie skórzaną teczkę na dokumenty, bo przecież

nie będzie pan tego trzymał w ręku, powiedział i wyjął z szafy piękną teczkę jeszcze

pachnącą świeżą skórą ze świecącymi się na złoto metalowymi okuciami.

Pożegnał się i wyszedł na ulicę. Usiadł na ławeczce w przyległym skwerku aby pozbierać

myśli.

To już, już za 4 dni? - szumiało mu w głowie, to się już stało, tu wszystko zakończone

tylko wyjechać, a tam na mnie już czekają. Helcia, dzieci, mieszkanie, cóż to jest za

zwrot w moim życiu, co to będzie dalej, czy dam radę? - burza myśli kotłowała się w

głowie.

Wstał i skierował się w kierunku domu, usiłując jakoś uporządkować myśli, ale opornie

mu to szło.

Pięć tysięcy marek, szumiało mu w głowie, nie potrafił tego przeliczyć na złotówki, te

zera jakoś się plątały, dał sobie spokój, usiłując zapanować nad chaosem myśli.

W domu Hela oczekiwała z niepokojem, gdy zabrzmiał dzwonek zwiastujący przyjście

męża, serce zabiło mocnej.

Z jednej strony chciała by wyjechał widząc w tym szansę nie tylko dla siebie, ale

przede wszystkim szansę na lepszą przyszłość dzieci, a może nawet na ich studia.

Z drugiej zaś strony, zdawała sobie sprawę z ceny jaką przyjdzie jej zapłacić za

spełnienie się tych marzeń.

44

W drzwiach stanął Staś, z miejsca zauważyła nowiutką teczkę, serce zadrgało, - stało

się - wyjeżdża!

Zagotowała wody i przygotowała dwie kawy, położyła na stoliku w pokoju, usiadła jak

zwykle z podkulonymi nogami i spojrzała na Stasia swymi pięknymi zielonymi, pytającymi

oczyma. Staś uśmiechnął się i trochę teatralnym ruchem otwiera teczkę i jakby

wyczarowywał wyjmuje paszport, podając go żonie, a potem następne dokumenty

kładąc je na stoliku.

- To paszport normalny a nie służbowy, zauważyła zdziwiona.

- Teraz takie dają, objaśnił , ale poczekaj, jestem ciekaw co powiesz jak ci powiem

co jeszcze usłyszałem.

Spojrzała na niego w połowie zaniepokojeniem a w połowie z ciekawością.

- Mam tam być od trzech miesięcy do jednego roku, a uzależnione to jest od efektów

mojej pracy.

Machnęła ręką, - jak cię znam, to pewna jestem, że raczej bez problemów sięgniesz

tej drugiej granicy.

Podziękował jej uśmiechem i ciągnie dalej, jak sądzisz Kochana, ile prawdopodobnie

będę tam zarabiał?

- No..... nie wiem, chyba jakieś, tak myślę 500 - 700 marek?

Spojrzał na nią z rozbawieniem, - a co sądzisz, gdyby to było około czterech do pięciu

tysięcy marek?

Tym razem Helcia nie była wstanie wydobyć głosu, spojrzała jakość dziwnie na męża,

gdzieś w zakamarkach myślach otworzyła się klapka, wypił coś?, żartuje, czy też

bawi się moim kosztem?

- Tak kochana, powiedziano mi, że to coś około tego i ma to być stanowisko młodszego

inżyniera, tylko nie wiem czy brutto, czy netto.

- Brutto czy netto, wydobyła głos z siebie, co za różnica, przy takiej sumie!

- Ile to jest na nasze?

- Nie wiem, jeszcze nie udało mi się to przeliczyć, ale nie zapominaj o tym Helciu,

że i ceny są tam niemieckie, a więc odpowiednio wyższe, a tego nie można tak po

prostu przeliczać. Coś mi się wydaje, że bułka tam będzie kosztowała chyba

tyle, co u nas 2-3 bochenki chleba.

Hela milczała zaskoczona, przypuszczała, liczyła w duchu, że będzie to znacznie

więcej niż w Polsce, ale żeby aż tak? - to jej nawet na myśl nie przeszło, traktując

wyższe cyfry jako absurdalne czy też nierealne.

- Helciu, powiedziano mi, że przez pierwsze trzy miesiące mojej pracy tam, będziesz

otrzymywała moją pensję z Centrali, a potem ja mam ci przesyłać pieniążki na

życie, a tamte trzy miesiące są do zwrotu, ale później.

Hela oparła się o oparcie fotela, spuściła nogi i gdzieś tam w myślach zobaczyła

piękne buty w komisie, a do tego pasującą torebkę jaką widziała w gazecie we

wkładce reklamowej. Otrząsnęła się jednak i skarciła samą siebie, głupia jesteś! - są

ważniejsze potrzeby. Nie definiowała tych potrzeb, a buty uparcie wracały w my-

45

ślach, - żeby tylko rozmiar pasował.

Do wyjazdu pozostało niewiele czasu, teściowie, kuzynostwo odwiedzali ich

życząc mu szczęśliwej podróży i dużych pieniążków. Wypytywali gdzie i co będzie

robił, ale w sposób mniej lub bardziej ukryty, usiłowali dowiedzieć się, a ile jak przypuszcza

będzie zarabiał.

Już poprzednio z żoną ustalili, że należy odpowiadać że jeszcze nic nie wiedzą, że

wszystkiego dowie się na miejscu.

To jednak nie było wcale przeszkodą w snuciu przypuszczeń ile to może być. Przywoływali

przykłady swych znajomych, którzy też mają znajomych w Efie i na tej podstawie

usiłowali oszacować ewentualne zarobki Stasia.

Zbywali to jednak uprzejmie, że być może, dobrze by było, nie byłoby źle, nie dając

żadnej mniej lub bardziej prawdopodobnej odpowiedzi. Co zresztą i tak potęgowało

dalsze dociekania.

Niektóre wymieniane cyfry były chyba z księżyca, a inne i tak się znacznie różniły od

prawdopodobnej, że po odejściu gości ze śmiechem wspominali te podchody i wymieniane

sumy.

Czas biegł nieubłaganie, zbliżał się czas wyjazdu.

Dzieciom wspólnie wytłumaczono konieczność wyjazdu tatusia, o dziwo przyjęły to

ze zrozumieniem, nie zapominając jednak o życzeniach co chciałyby dostać w prezencie,

przede wszystkim - klocki Lego, ale te techniczne, oraz prawdziwą lalkę Barbi,

ale z wymienialnymi sukienkami.

Walizka spakowana, całe 150 marek zachodnich w kieszeni, które zapobiegliwa Helcia

zakupiła u cinkciarzy pod PEWEX-em, ot tak, jak stwierdziła na wszelki wypadek,

dodatkowo wsadziła mu do portfela 500 zł.

Pociąg przybył parę minut po 11-tej. Na peronie stali już dobre pół godziny przed godziną

odjazdu. Nie wiedzieli jak ze sobą rozmawiać, wymieniali błahe uwagi żeby nie

pokazać zdenerwowania i obawy przed nowym losem, który się teraz rozpoczynał.

Nagle Hela jakoś cicho i tonem pełnym troski czy też strachu, mówi cicho;

- Stasiu, ty wiesz jak bardzo cię kocham, chciałabym abyś wiedział, że czekać będę

na ciebie i nic nie jest wstanie tego zmienić. Wróć do mnie, wróć do nas, poprawiła

się.

- Ależ Helu i ja cię kocham i podziwiam, przecież ty jesteś ostoją mego życia to Ty

budujesz rodzinę i jesteś źródłem naszego szczęścia rodzinnego. To Ty dałaś mi

dwójkę wspaniałych zdrowych dzieci. Helciu, ja tam jadę dla nas, dla Ciebie, dla naszych

dzieci.

Zamilkli oboje, powiedzieli sobie tak mało, a zarazem tak wiele. Było to więcej niż

zapewnienia, przysięgi czy też oświadczenia.

Pociąg zaczął się wtaczać na peron, Stasiu ucałował Helcię, zawilgociły się mu oczy,

a ona nie wstydziła się łez które popłynęły ciurkiem z jej głęboko zielonych, pięknych

oczu.

Wziął walizkę nachylił się, jeszcze raz ucałował i powiedział cicho do ucha;

46

- Bądź dzielna, ja wrócę do ciebie do naszych dzieci, to tylko parę miesięcy. Po

czym odwrócił się, wszedł do wagonu zamykając za sobą drzwi, poszukał swojego

przedziału, włożył walizkę na półkę i otworzył okno.

Patrzał na żonę w milczeniu a i Ona też się nie odzywała, powiedzieli sobie wszystko,

a teraz spoglądając na siebie ryli w swych pamięciach, w swych sercach, obraz

odjeżdżającego męża i pozostającej żony.

Pociąg szarpnął, ruszył z miejsca, sylwetka Helci malała, zdążył jednak zauważyć że

zakryła twarz dłońmi, sądząc że już ją nie widzi.

Pociąg, wtacza się na stację, dostrzega duży napis na peronie " Düsseldorf",

wychodząc z wagonu stawia walizkę na peronie, rozglądając się przelatuje mu myśl,

to jest miejsce mego przeznaczenia, tu mam pracować, tu mam żyć. Wyciąga z kieszeni

kartkę z adresem firmy gdzie ma się zgłosić.

Na pewno jest tu jakiś plan miasta, muszę zobaczyć gdzie to w ogóle jest. Muszę

dać sobie radę, na pewno jest tramwaj, który będzie tam jechał. Peron już zdążył

opustoszeć, jeśli nie liczyć paru pasażerów którzy chyba czekają na jakiś inny pociąg.

Schyla się po walizkę, gdy nagle słyszy zza pleców, czysto po polsku;

- Czy pan jest panem Stanisławem ....... z Polski?

Odwraca się zdumiony i spostrzega prawie w tym samym wieku w porządny garnitur

ubranego młodego człowieka z uśmiechem na ustach.

- Pan zapewne do Siemensa?

- Tak, przyjechałem z Polski, mam się zgłosić w Firmie Siemens.

- Tak przypuszczałem, bo stał pan niezdecydowany i zapewne czytał pan kartkę z

adresem.

- Tak, chciałem właśnie znaleźć plan miasta i jakiś tramwaj który mnie tam zawiezie.

- Nie zachodzi taka potrzeba, samochód firmowy już czeka, a ja zostałem przysłany

po pana, na imię mam Georg, miło mi pana poznać, podaje mu rękę, pozwoli pan

że będę dla pana przewodnikiem? Proszę za mną, poprowadzę pana.

Stasiu bierze walizkę i podąża za swym przewodnikiem. Spostrzega że tutaj jest

wszystko inne, ładniejsze, trochę obce, nawet mijani ludzie są inaczej ubrani, dolatują

go pojedyncze słowa, nie rozumie ich jednak, brzmią obco, inaczej, poczuł się trochę

nieswojo.

Georg prowadzi go na parking i kieruje się do błyszczącego czernią Mercedesa, chyba

jakieś wyższej klasy, bo takiego jeszcze nie widział.

Kierowca odbiera walizkę i otwiera tylne drzwi i gestem zapraszając do zajęcia miejsca,

a Georg otwiera drugie drzwi i usadawia się obok niego.

Samochód z lekkim szumem rusza, wewnątrz wszystko w jasno-czekoladowym wystroju,

dostojnie, bogato, zachodnio.

Nie trwało długo, gdy samochód lekko kołysząc się wjechał do podziemnego parkin-

47

gu w wieżowcu.

Wjechali na dziewiąte czy też dziesiąte piętro prawie bezszelestną windą i został poprowadzony

do małej sali konferencyjnej. Tutaj przypomniał sobie, że nie zabrał walizki

którą odebrał mu kierowca Mercedesa.

- Walizka, moja walizka mówi gwałtownie odwracając się do towarzyszącego mu

wciąż Georga.

- Nie martw się, ona za chwilę będzie w twoim mieszkaniu.

- ???

- Wszystkiego dowiesz się za chwilę, uspokaja Stasia.

Nie trwało długo, może parę chwil, gdy otwierają się drzwi i do pokoju wkracza postawny

mężczyzna w wieku około 60-ciu lat, w okularach w dyskretnych złotych

oprawkach.

- Żen dobry, Herr Stanislaw, powitał go prawie po polsku ale dalej już po niemiecku,

coś mówi, ale nie długo i patrzy na Georga.

Georg lekko się wysuwa i mówi.

- Pan Schmitt wita pana, życząc panu osiągnięć w pracy dla dobra Firmy Siemens

jak również dla pańskiego kraju. Pan Schmitt jest tutaj Głównym Konstruktorem i powiedział,

że będzie pan pracował w tym samym biurze co ja i ze wszystkimi problemami

masz się zwracać do mnie, póki nie opanuje pan języka.

Skinął głową, dając znać że skończył tłumaczyć.

Pan Schmitt znów mówi z uśmiechem jakby objaśniał pokazując coś dookoła.

Georg tłumaczy;

- Pan Schmitt powiedział że mamy pójść do Działu Socjalnego, tam się panem

zajmą i ponownie życzy panu powodzenia a wszystko co jest w Firmie Siemens stoi

do pańskiej dyspozycji jeśli zajdzie taka potrzeba.

Gdy zauważył że Georg skończył tłumaczyć, Pan Schmitt zrobił krok do przodu, podał

rękę Stasiowi ze słowami;

- Viel erfolg, po czym zniknął za drzwiami.

Zostali sami, Georg spogląda na Stasia, jakby coś rozważał i mówi, jeśli nie ma pan

nic przeciwko temu proszę do mnie mówić Jorg, gdyż tak jestem zazwyczaj nazywany,

jest to skrócona forma od Georg, a po polsku Jerzy albo jak wolisz Jurek.

Z największą przyjemnością, jestem Stanisław, po prostu Staś i ujął podaną rękę.

- Jorg.

- Staś.

- To nam z pewnością ułatwi porozumiewanie się powiedział Jorg, a teraz idziemy

do Działu Socjalnego, mamy tam parę spraw do załatwienia.

- A twoja praca?, zaniepokoił się Staś.

- Nie martw się, na dziś zostałem oddelegowany do Twojej pomocy i mam cię zainstalować

w Niemczech, a poza tym, póki nie opanujesz języka mam być dla Ciebie

opiekunem, przewodnikiem oraz niańką, zaśmiał się wesoło.

Wkroczyli do Socjalnego, tam przywitała ich starsza pani z uśmiechem na ustach.

48

Jorg coś powiedział po niemiecku a ta skromnie ale ze smakiem ubrana pani skinęła

głową, sięgając po skoroszyt leżący na biurku.

Wyciągała jakieś papiery coś tłumacząc Jorgowi i coś w nich pokazując, po czym

uśmiechając się życzliwie do Stasia, wskazała mu duży fotel obok ładnego stolika.

Jorg zabrał skoroszyt, usiedli na fotelach i Jorg przeglądając papiery zaczął je sortować.

- Tutaj masz, mówi do Stasia, przydział mieszkania służbowego, dwa pokoje z

kuchnią oraz łazienką. To nie jest daleko, jakieś 10 minut piechotą, taki nasz jakby

Hotel dla gości firmy Siemens, na trzy miesiące, a co później to się zobaczy. Opłata

wynosi 200 DM, ale w tym jest wszystko, prąd, ciepła woda, telefon i tym podobne.

- Ale ja mam tylko 150 marek ze sobą wyjąkał przestraszony Staś.

- Nie przerażaj się, nie zdążyłem ci powiedzieć, że dopiero od drugiego miesiąca,

bo pierwszy pokrywa za Ciebie Firma.

- Tutaj, masz legitymację pracownika Siemensa, która jest jednocześnie przepustką

do wejścia na teren Firmy jak również uprawnia Cię do obiadu w naszej stołówce

wg cen firmowych, to jest około 8 DM za obiad, wierz mi, to jest tanio, bardzo tanio, a

obiady są wyśmienite. To ta, taka mała plastikowa karteczka. Tutaj masz do podpisania

dokument, który zobowiązuje cię do zachowania tajemnicy służbowej o pracach

Siemensa, jakiekolwiek informację o firmie muszą przechodzić przez Dział Informacji

Technicznej, coś w rodzaju cenzury. Następnie masz tutaj oficjalne zezwolenie

na wykonywanie pracy zawodowej na terenie Niemiec, bo jako turysta jest to

zabronione, jak widzisz Firma o wszystkim pomyślała. Tutaj jest zamknięta koperta,

bo ta jest wyłącznie do Twojej wiadomości, tą otworzysz dopiero u siebie w mieszkaniu.

To jest Twoja umowa o pracę, stanowisko, oraz wysokość miesięcznej pensji.

Muszę cię poinformować a właściwie przestrzec Stasiu, zawartość koperty jest wyłącznie

dla twojej wiadomości, oczywiście nie mówię o twej żonie, mówię o innych.

Tutaj nie rozmawia się o tym kto ile zarabia, jaką ma premię i tym podobne. To jest

temat tabu, ty też nigdy nikogo o to nie pytaj. Pracodawca też nie życzy sobie dyskusji

o tym kto ma więcej a kto ma mniej, mimo że zakres pracy może być bardzo podobny

czy nawet taki sam. Z odcyfrowaniem tego dokumentu musisz sobie poradzić

sam, chyba masz słownik, zapytał.

- Tak mam, ogólny i techniczny.

- Tutaj masz najlepszy dokument, powiedziałbym papierek który trochę cię ucieszy.

- Tu masz czek na okaziciela wystawiony przez Firmę Siemens, do zrealizowania w

Deutsche Banku na sumę... tu przerwał patrząc wesoło na Stasia. No, ile byś chciał

dostać niemieckich marek w prezencie?

- Jak to w prezencie?

- No tak, od Firmy na zagospodarowanie się i pierwsze zakupy, przecież musisz

coś jeść na śniadanie i kolację no nie?, dopóki nie otrzymasz pierwszej wypłaty.

Stasiu, otrzymujesz od Siemensa czek na sumę 800 DM, wystarczy że w Deutsche

Banku w kasie pokażesz ten czek i natychmiast, bez jakiegokolwiek pytania wypłacą

49

ci do ręki 800 DM, nawet nie musisz nic podpisywać.

Widząc pełną niedowierzającego zdumienia twarz Stasia mówi, ja wiem, że jesteś

zaskoczony, ale widzisz, tutaj, to nie jest Polska.

W tym momencie zabrzmiał cicho telefon, pani zza biurka podniosła słuchawkę, a

Staś zarejestrował znane sobie słowa, jawohl, natürlich, sofort, po czym rozmowa

zakończyła się.

Pani ta podeszła do nich, uśmiechnęła się do Stasia i coś szybko mówiła do Jorga,

ten patrzał wpierw zdumiony a potem roześmiał się i chyba podziękował, gdyż Staś

rozpoznał słowo - danke schön. pani jeszcze raz uśmiechnęła się do Stasia i wróciła

na swe miejsce.

Staś wyczekująco patrzy na Jorga.

Ten, jakby specjalnie przeciągał czas by w końcu zwrócić się do niego.

- Wiesz, chyba zrobiłeś dobre, nie!, bardzo dobre wrażenie na panu Schmitt, bo w

tej chwili przekazano mi informację, że ta pani otrzymała polecenie znaleźć tak szybko

jak to możliwe, przyśpieszony kurs języka niemieckiego z uwzględnieniem terminologii

technicznej na popołudnia dla Ciebie, na który pan Schmitt uzyskał zgodę od

Zarządu aby był opłacony z funduszy Siemensa. Człowieku to się tu prawie nie zdarza,

tu masz umieć niemiecki i to dobrze, a jak nie, to wypad! No kolego, coś mi się

wydaje, że nie będziesz miał czasu na zwiedzanie knajpek na Starym Mieście, ale

warto ten język opanować, aby w tej firmie pracować, to dobra firma, wciąż rozwojowa,

a o swych pracowników potrafi zadbać, jeśli na to zasługują. Chodź, teraz mam

cię zawieść do Twojego mieszkania i objaśnić drogę do biura. Pracę zaczynamy od

7-mej, jutro będę czekał na Ciebie, przed twoim Hotelem o szóstej trzydzieści abyś

nie pomylił drogi i wprowadzę cię do biura gdzie będzie twoje miejsce pracy.

Już chcieli wyjść, gdy ta pani jeszcze raz zwróciła się do Jorga wskazując na Stasia

coś tłumaczyła, a Jorg kiwał głową ze zrozumieniem.

- Słuchaj Stasiu, zwraca się do niego, musisz być ubezpieczonym, a ta pani pyta

się gdzie chcesz.

- Nie wiem, szczerze odpowiedział.

- My tu jesteśmy ubezpieczeni w naszej Ubezpieczalni dla Inżynierów i Techników.

- A ja mogę też tam?

- Właśnie chciałem ci to zaproponować, wyrażasz zgodę?

- Tak, oczywiście że tak.

Jorg zwrócił się do pani i przekazał zgodę Stasia. Pani przytaknęła, uśmiechając się

do Stasia.

Na parterze, Jorg coś powiedział do portiera, a ten tylko nacisnął jakiś guziczek, i zanim

wyszli przez obrotowe drzwi, to już podjeżdżał Mercedes.

Pan kierowca, znów otworzył drzwi przed Stasiem i zamknął je delikatnie. Jorg już

siedział obok niego. Nie trwało długo, może jakieś 4-5 minut gdy już wysiadali przed

ładnym, starym pięknie odnowionym budynkiem. Na portierni Jorg coś powiedział, a

pan sięgnął pod ladę i podał klucz, podsuwając kartkę z rubrykami do

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania