Szatańskie śnienie

Znowu gdzieś uciekła mi kołdra. Czuję zimno przeraźliwie i chyba zaraz zamarznę z tego wszystkiego jak czegoś nie zrobię, jak się nie okryję szybko ciepłym kawałkiem puchowej kołderki. Z racji tego, że śpię i tylko mi się śni, że mam jakikolwiek wpływ na to co się dzieje z moją kołdrą, to śnię, że ją poprawiam, ale wcale się od tego cieplej nie robi. Wcale a wcale. Miotam się tylko i w natłoku jakiś złudzeń naocznych, przelatują mi obrazy dziwnych ludzi, znajomych ludzi, pełno tych obcych i zupełnie mi obojętnych postaci. Nie zagaduję, bo po co, i o czym tak naprawdę miałbym rozmawiać. Wśród tych wszystkich ludzi przemykają mi czasami te bardziej znajome twarze, takie zmęczone i ziemiste, styrane codziennym życiem i bezwymiarowe zupełnie. Ktoś mnie szturchnie, ktoś zahaczy, ale każdy idzie w swoją stronę. Czasami cichy jęk wyrwie przechodnia z letargu i spowoduje, że zatrzyma się lub zwolni, spoglądając w dal z sentymentem.

Wszedłem do wielkiej jaskini. Po co i skąd tu się ona wzięła, nie mam zielonego pojęcia. Nie przypominam sobie, żebym tutaj wcześniej był. Raczej przywodzi to mi na myśl zabawy z dzieciństwa, kiedy odwiedzało się każdą wykopaną, czy wymytą przez wodę dziurę w ziemi. Dokładnie tak to wszystko wyglądało jak w moich wspomnieniach z dzieciństwa. Wygładzone ściany, ale nie równe, faliste, płynne. To wciąż ziemia, mimo że w formie gładkiej jak lepianki za Piasta. Z sufitu wystają korzenie drzew rosnących powyżej. Plątają się i rozchodzą po całej powierzchni pomieszczenia. Nie ma tutaj żadnego źródła światła ale jest jasno. Bez blasku, bez żadnego błysku, światło jakby rozchodziło się bezpośrednio ze ścian i wcale mi się nie wydaje żeby to było normalne. Zaczynam czuć niepokój. Idąc dalej w głąb „jaskini” czuję coraz większą potrzebę rozmowy. Może ktoś mi to wszystko wyjaśni i dlaczego do jasnej cholery jest tak zimno. Usiadłem strudzony na czymś na kształt ławki. Siedzisko było miłe i miękkie, zmarznięte pośladki i tak nie czułyby różnicy nawet jakbym usiadł na kamieniu porowatym. Zdrętwiałem i chyba było mi już wszystko jedno.

Ktoś idzie. Z mroku wyłania się postać. Czuję, że coś jest nie tak, ale twardo siedzę bo w końcu śpię i na dodatek wiem, że śnię…tylko obudzić się nie potrafię. Pojawiła się dziwna mgła i blask z daleka, i jęk jakiś taki niemiłosierny. W blasku zobaczyłem postać. Szła do mnie i cicho mnie wołała z daleka. Nie wołała bez przerwy, raczej tak jakby chciała wzbudzić moje zainteresowanie na chwilę, żeby znowu powrócić do wędrówki w ciszy. Dziewczyna, smukła z włosami upiętymi w koka z falującymi powypuszczanymi gdzieniegdzie lokami. Jak grecka bogini. Ciuchy też miała niczego sobie. Długa suknia, prześwitująca w całości, nic nie zasłaniała za to powodowała, że wyobraźnia działała jeszcze bardziej intensywnie. Przyszła do mnie nie wiedzieć czemu i przywitała się. Usiadła blisko mnie i przejechała delikatnie dłonią po moim ramieniu. Gęsia skórka pojawiła się w oka mgnieniu. Stanęła przede mną i nic nie mówiąc usiadła okrakiem na moich kolanach. Cichymi słowami, mówiła do mnie różne rzeczy zupełnie nie zrozumiałe dla mnie. Rozumiałem co do mnie mówi ale nie rozumiałem sensu tych słów. Objęła mnie i poczułem, że ciężko się teraz będzie oprzeć tak zmysłowej grze gestów i ciała tak teraz mi bliskiego. Dobrze wiedziała co lubię, czego oczekuję. Ideał?...nie. Chwila zapomnienia i poddaństwa.

Obudziłem się we śnie, sądząc, że budzę się naprawdę. Więc to był tylko sen, choć czułem jeszcze dotyk z przed kilku chwil odciśnięty na mojej szyi. Sny są fajne i ciekawe czasami, pomyślałem przez chwile wybudzony ze snu w swoim własnym śnie.

Wstałem z łóżka w tym moim śnie i poszedłem z psem na spacer. To nic, że nie mam psa…czasami mam, w śnie i wtedy właśnie miałem. Nie mam pojęcia jaka to rasa, ani nawet czy to kundel czy raczej bóbr. Mały i kudłaty, pyska nawet nie pamiętam. Był oddany i posłuszny, dbałem o niego a on dbał o mnie. Takie odczucie, kiedy na niego patrzyłem kiedy zbierał się do wyjścia ze mną na podwórko. Chodziliśmy a właściwie biegaliśmy po osiedlowych pagórkach, co raz zahaczając o kolejkę górską, która woziła krzyczących w wagonikach ludzi z dołu do góry i z góry na dół. To było dziwne. Wata cukrowa już nie smakuje tak jak kiedyś. Rodzajów waty było chyba ze sto. Każda w innym odcieniu i w innym smaku. Była wata bekonowa, pistacjowa, o smaku cebulki i indyka w cieście, tylko nie było o smaku waty cukrowej. Sic! Nie mam pojęcia jak wabił się mój niby-pies. Biegał i szalał na każdym napotkanym pagórku, wciskał się w każdą dziurę i targał każdy korzonek wystający z ziemi. Podbiegał czasami do mnie i przynosił mi dziwne znaleziska napotkane w czasie swoich harców. To doniczkę, to znów woreczek jakiś ziół, ciastko też się znalazło. Najbardziej spodobał mi się naszyjnik, taki tandetny, ułożony ze szklanych, tanich koralików. Pewnie kupiony na odpuście. Nie jego forma mi się spodobała, ale to, że widać było, że był długo noszony, prawie z pasją. Wytarte krawędzie zapinki, obdarte w charakterystyczny sposób mocowania koralików, świadczące o tym, że dużo czasu spędził na czyjejś szyi lub nadgarstku. Podobało mi się, że coś takiego niesie ze sobą kawał historii i przeżycia jakiegoś człowieka. Zapragnąłem odnaleźć osobę, która go zgubiła ale dobrze też wiedziałem, że to mógł być ktokolwiek z pobliskich kamienic, czy blokowiska. Ktoś przecież mógł tylko przechodzić. Z drugiej strony, jeśli ktoś to zgubił to z pewnością dawno temu, skoro niby-pies to gdzieś wygrzebał. Z pewnością ta osoba pogodziła już się z utratą tej pamiątki. Jest też inna kwestia, ktoś mógł to po prostu wyrzucić, żeby nie pamiętać i nie wracać do zdarzeń, które z naszyjnikiem były związane. Za dużo tych „gdybań” się narobiło.

Wracając już do domu przeskakiwałem przez te wielkie doły wykopane przez niby-psa. Trochę się zdenerwowałem i opierniczałem go za jego wyczyn. Przecież ktoś może się za to teraz dowalić i co mam odpowiedzieć?... ,że niby-pies ma manię prześladowczą źdźbeł trawy i kopie do samych korzonków żeby tylko się odgryźć. Przed sobą zobaczyłem inną wykopaną przez n-p jamę. Była jakaś taka za wielka jak na takie małe kopiące zwierzę. Zrobiłem wielki rozbieg i skoczyłem. No rzesz kurwa mać! … zawisłem na drugim końcu jamy, nogami przebierając bezsilnie nad przepaścią. Trzymałem się korzeni wystających z ziemi jak najmocniej potrafiłem. Chyba muszę mniej jeść, bo korzenie nie wytrzymały tej masy krytycznej i urwane pomachały mi jeszcze z góry.

Wpadłem tam gdzie byłem wcześniej i gdzie śniłem, że się budzę ze snu w śnie. To samo pomieszczenie i to samo światło nie wiadomo skąd. Ciekaw byłem, co teraz mnie czeka, skoro zjawę, skąd inąd powabną już spotkałem wcześniej. Poszedłem w głąb, rozglądając się nerwowo, bo znowu czułem ten dziwny niepokój. Nie widziałem już tak wielu ludzi tym razem. Co raz jakaś postać przepełzła dosłownie tuż przede mną lub tuż za mną. Nie ruszało mnie to, jakby to, co się działo było zupełnie normalne i pozbawione znamion szaleństwa. Szedłem bez ustanku dobre kilka dni. Nie czułem głodu ani pragnienia, za to coraz bardziej odczuwałem samotność. Nie myślałem o moim niby-psie. Rozmyślałem, o tym, co przyniesie kolejny dzień. Nie spoglądałem wstecz, jakbym przeczuwał, że czai się tam coś niedobrego i złego. Wiedziałem w duchu, że tylko to, co przede mną się liczy, bo to za mną nie ma już znaczenia.

Ze ściany dobiegł rechot, śmiech przestraszny, który prawie z butów mnie wyrwał. Wyszedł z zaułka i popatrzył na mnie z politowaniem i lekkim szyderczym uśmiechem. Nie potrafię go opisać, on nie miał formy, miał tylko coś, co dawało mi znać jak może wyglądać w tym momencie. Zapytał czy spotkałem już demona powitalnego. Pewnie w życiu już kogoś takiego spotkałem ale za żadne skarby nie mam pojęcia o czym ten „coś” do mnie mówi. Jakiego demona – zapytałem. Demona powitalnego, czy nie wyraźnie mówię? Znów poczułem się jak skończony debil, bo przecież rozumiem, co on do mnie mówi ale nie rozumiem sensu! Złapał mnie za rękę i poprowadził kilka metrów dalej. Jama zmieniła się w oka mgnieniu w salę przestronną. Wszystko było piękne. Rzeźby i freski zdobiły każdy kawałek tego konstrukcyjnie idealnego pomieszczenia. Precyzja i odwzorowanie naturalnych szczegółów z życia, powalało. Zapach surowego metalu połączonego z wiekowym drzewem działał jak olejki eteryczne, euforia jaką to otoczenie ze sobą niosło, przeradzała się w zachwyt i nostalgię nad możliwościami artystycznymi rąk ludzkich. Widzisz… „coś” znów przemówiło…nie jesteś tu gościem, jesteś tu już u siebie. Dlatego wysłałem demona, aby cię przywitał i sprawił, żebyś poczuł się tu dobrze. Przegrzebałem szybko myśli i całą dostępną pamięć. W myślach tylko przemknęło mi bolesne…”ja pierdole” …bo zdałem sobie sprawę, że kiedy obudziłem się ze snu w moim śnie, de facto dalej spałem w swoim śnie. Czy to ta dziewczyna, która przyszła od światła i tuliła mnie bez powodu? O to to, uśmiechnęło się „coś”.

Witaj w piekle!

Najpierw osiwiałem, potem zalałem się łzami a na końcu zdrętwiałem jak nieboszczyk. Że co?, że jak?, że gdzie?

„Coś” zaproponował, żebyśmy się przeszli, on mi wszystko wyjaśni. Tak zrobiwszy, wybraliśmy się na długą przechadzkę w górę, wśród drzew ogromnych i lasu szumiącego. Chmara ptaków śpiewała radośnie i czuć było tą uzdrawiająca moc lasu. Wyciszenie i spokój tam panujący. Poczułem się jak w najpiękniejszym śnie, choć wizja tego, że to piekło i to, że jakieś „coś” stąpa blisko mnie, nie napawała optymizmem. Otóż masz do zrobienia kilka rzeczy mój drogi. Lekko strzepnął robaczka pełznącego po moim ramieniu. Masz pewne zaległości, które powinieneś jakoś ogarnąć, aby czyjeś życie stało się lepsze i wyraźniejsze. Powinieneś zrobić coś jeszcze dopóki nie znikniesz zupełnie. Masz niewiele czasu, ale wiem, że sobie poradzisz. Przecież wiesz dokładnie, komu należy się trochę dobra i co powinieneś zrobić aby uspokoić skołataną duszę, której jesteś jakby nie było, sporą częścią. Tak wiem…nie ma dnia, żebym sobie o niej, choć chwilę nie pomyślał. Ta chwila wspomnień i refleksji sprawiła, że poczułem się słaby, w stanie depresyjnym wręcz. Siły życiowe spadły do najniższego możliwego poziomu i poczułem dopiero, że coś straciłem. Poczułem, ze wszelkie moje dalsze działania tak naprawdę nie wnoszą nic do tego, co już było, a co najwyżej mogą załagodzić ból, lub bardziej wzmocnić doznania dobrych chwil, które już jednak przeminęły.

Szliśmy dalej aż na szczyt. Piękne to piekło pomyślałem, zapatrując się na odległe szczyty gór, pokryte śnieżnymi czapami i przyrodę dookoła, która wołała radosnym trelem z każdego, najmniejszego żyjątka w okolicy. Woda źródlana, tryskała radośnie spod kamienia. Szlak nawet był oznaczony…czerwony. Widać tyle z piekła zostało. Ogarniałem ten bezkres prawie nienaruszonej dziczy, wzrokiem i nachodziło mnie coraz większe przerażenie. Przypomniałem sobie, że obiecałem jej wspólną wycieczkę w góry. Tak bardzo chciałem spędzić z nią te kilka godzin, wspólnie pokonując leśne trakty, z dala od tych wszystkich kłopotów otaczającego nas świata. Chciałem zapakować do plecaka bułki na obiad w lesie, kawę i herbatę w termosach i kilka dobrych piosenek na chwilę relaksu, kiedy nas najdzie ochota. Nie zrobiłem tego, kiedy mogłem, a teraz jestem w piekle. Nie mógłbym sobie nawet życzyć, żeby się tutaj znalazła ze mną. Tym samym skazałbym ją na wieczne piekło, choć piękne piekło. Czy piekło dla niej było by wtedy, kiedy musiałaby być tu ze mną? Sporo pytań zaczęło mi przelatywać przez głowę. „Coś” jakby wyczuł, że trapią mnie rozterki. Jakby czytał w mojej głowie. Posłuchaj… piekło jest dla każdego czymś innym. Twoje wygląda właśnie tak, bo na to zasłużyłeś! … jak to na to zasłużyłem? Na to piękno i ten nastrój? Przecież to jak nagroda…odparłem. Nie rozumiesz intencji, ale zrozumiesz i to prędko. Jesteś tu, mijasz ludzi, którzy mają cię głęboko w dupie, bo są zajęci wyłącznie własnymi sprawami. Demon wcześniej cię przywitał czymś zupełnie bezuczuciowym. Sprawił ci przyjemność bez krzty zaangażowania emocjonalnego. Jesteś w miejscu, które cię zachwyca i sprawia, ze masz ochotę się radować i być szczęśliwym…ale nie masz z kim! …

Zabolało, i to jak. Poczułem się strasznie. To jak tworzenie, czegoś, pielęgnowanie i doczekanie momentu kiedy twoje dzieło, coś nad czym pracowałeś i skupiałeś całą swoją energię nagle zostaje zniszczone. Nie zostaje nic a nawet mniej. Bezsilność i niemoc stają się nie tylko twoimi towarzyszami lecz kreują twoje wszelkie zachowania. Staja się częścią ciebie i z czasem zaczynają panować nad twoimi emocjami, nie dając już pola do manewru rozsądkowi i optymizmowi.

Co teraz? Gdzie mam szukać swojego szczęścia, które tak naprawdę już dawno ode mnie odeszło. Skoro jestem tutaj i skoro dane mi jest jeszcze w jakiś sposób wpłynąć na kogoś tam daleko wśród „żywych” to może jednak się uda. Strach zmieszany ze szczerą przykrością rozjaśnił się na chwilę budując ułudę tego, że jeszcze coś można zrobić. Tak, jest ona, Âme skowroneczka, prześliczna, co mi radość dawała i smutek koiła, zawsze kiedy tego potrzebowałem. Kiedy nie potrzebowałem, nie pozwalała mi zapomnieć że jest. Potem ściskałem mocno telefon i zamykałem oczy z uśmiechem. Nie raz dawała mi popalić ale ciężko było mi urazę w sercu nosić, bo przecież to Âme. To jak idąc ciemną doliną rozglądać się na prawo i lewo. Na lewo zgniły, obumarły i pełny ludzkich trupów świat, pełen zwiędłego zielska w kolorze khaki. Na prawo przy każdym spojrzeniu bajkowe krajobrazy, piękno i siła, barwy i zapachy życia i cudownych chwil. Tam na prawo Âme spotkać można, tam ona jest. Ileż to kroków człowiek zrobić może, stąpając z lewa do prawa i wahając się, tak naprawdę, którą drogą pójść. Wybór oczywisty skądinąd wydawać by się mogło, nie zawsze jest prosty, i tak to sobie zawsze powtarzałem. Wyciągając rękę czasem chwytałem te promyki słońca z prawej aby mieć siłę pójść jeszcze kawałek dalej lewą stroną. Po prawej widziałem skały i szczyty czasami, urwiska na drodze i piękne gaje wśród kolczastej roślinności, przerażało mnie to trochę, bo lekką, to ta droga nie była. Po lewej gładka, prawie że asfaltowa droga biegnąca w dal, prosta i bez przeszkód. Któż by lepiej nie trafił wybierając luksus podróżowania wygodnie, bez uciążliwości. Spoglądnąłem raz jeszcze w lewo i w prawo, jakbym chciał się upewnić, że o tym właśnie śnię w moim śnie będącym snem w śnie i sprawdziłem, czy aby na pewno obudzić się nie zdołam…no nie, dupa…dalej tu tkwię, więc sen to czy jawa. Skoro tu jestem, na rozstaju tych dróg, jakże innych to znak, że mam wybór. W końcu nie po to otrzymałem wolną wolę żebym się teraz zastanawiał nad wyborami oczywistymi. Mam szansę coś zmienić, dokładnie jak „coś” wcześniej mówił.

Tam na prawo, w kraju Âme, słońce świeciło i ogrzewało moją paszczę, osculum solis. Ślimaki ganiały się radośnie w tych swoich małych kolorowych kubraczkach, szytych na miarę przez jakiegoś małego wytwornego, ślimaczego krawca, łąkowego. Wydawały takie śmieszne odgłosy, jak mokra gumka na szybie. W krzakach, aż buchających zielenią raz po raz coś się poruszało. Nie bardzo byłem skłonny tam zaglądać, bo kojarzyło mi się takie działanie ze scenami z kiepskich horrorów, kiedy to „bohater/ka” zaglądał/a dokładnie tam gdzie zaglądać nie powinien/nna i scena przeważnie kończyła się radosnym rozszarpaniem „herosa” na drobniutkie mięsno-krwiste kawałeczki. Po co mi to jak Âme znaleźć muszę. Poszedłem dalej, wzdłuż równiny z polami obsianymi rzepakiem, wzdłuż mostków i kładek nad strumykami małymi. Usiadłem na chwilę bo czułem, że w piersiach zbiera mi się życiodajne powietrze, chciałem nim oddychać jak najpełniej. Ktoś położył rękę na moim ramieniu. Najpierw kierowany wspomnieniami z „lewej’ targnąłem swoim cielskiem jakby uciekając. Szybko odsunąłem się i zacząłem rozglądać, szukając twarzy, czy czegokolwiek, co mogłoby mnie uspokoić. Tylko ten nieprzerwany wiatr. Pomyślałem o Âme i jej uśmiechu. Przypominałem sobie wszelkie szczegóły z nią związane. Siedziałem jak zaklęty na mostku, nad strumykiem w zielonej gęstwinie i rozmyślałem. Znowu z letargu wyrwał mnie dotyk i teraz już zgłupiałem. Zacząłem szukać, biegać i rozdzierać krzaki. Nie ważne czy mnie coś rozczłonkuje w tych zaroślach czy nie. Skoro nie jestem tutaj sam a podobno jestem w „piekle” to chyba nic dobrego mnie w ramię macać nie może!

 

 

- dzień dobry wariacie. Z uśmiechem powiedziała Âme.

…zaraz zejdę na zawał. I jak powiedziałem tak zrobiłem. Ach żeby to był zawał. Serce waliło mi tylko w myślach bo czymś musiałem zrekompensować kamień zimny głaz we mnie siedzący. W końcu ja nie żyję! Leżę tak a Âme podeszła, uklękła przy mnie i pogłaskała po twarzy tak, że wszelkie obawy od razu odeszły. I cóż cię tu przywiało obolały panie? …nie mogłem wydusić ani słowa. Nie przez to, że się czegoś bałem, nie przez to, też że nie wiedziałem co powiedzieć. W milczeniu wpatrywałem się w Âme i to mi wystarczyło w tym momencie. Brakowało mi tego widoku tak długo, że nie raz czekałem właśnie na sen, żeby móc znowu z nią się zobaczyć i spędzić więcej czasu. Teraz jestem tu, leżę tu, a Âme wpatruje się we mnie oczekując sensownej odpowiedzi. Jej oczy…raz piwne, brązowe, innym razem zielone a wszystko zależne od słońca. Pochyliła się jeszcze niżej i położyła obok mnie. Jej ręka powędrowała na mój policzek tak, że niemal czułem pulsowanie ciepłej krwi w jej żyłach… w porządku, nie odpowiadaj. Pomilczymy tak sobie a jak będziesz chciał, to porozmawiamy… zacisnąłem powieki i pomruczałem w myślach „chwilo trwaj”! Nie, Nie, Nie…otworzyłem oczy…to nie możliwe, sen był za krótki, nie może się tak skończyć. Dobrze, że mam tu plecak, będę mógł szybko się zebrać i zacząć jej szukać. I nikt mi nie przeszkodzi, nie obudzę się znowu i nie poddam już więcej. Motyle smagały mnie po czole kiedy tak leżałem, uczucie wprost niemożliwe do opisania, kiedy nie miało się takiej zgrai na głowie za jednym razem. Wyglądałem pewnie jakby ktoś znalazł ochlejmordę przy płocie i z dziką rozkoszą uplótł i założył mu wianek, co by okolicę chciał zrekultywować. Dookoła mnie leżało pełno rozsypanych przedmiotów. Pewnie powypadało mi to wszystko z plecaka, kiedy upadałem…musiałem stracić przytomność i to spektakularnie bo rozrzut był nie mały. Zacząłem zbieractwo tych wszystkich mniejszych i większych pamiątek. Jakieś zdjęcia, kilka jabłek, trochę części rowerowych i telefony. Zdjęcia były tak nie wyraźne i blade…szkoda, to zawsze pamiątka. Co z resztą, nie wiem. Przyszło mi do głowy, że to co potrzebne trzeba mieć zawsze blisko siebie.

Było naprawdę ciężko wspinać się po ostrych jak brzytwy skałach i trzymać równowagę nad rozpadlinami, które wyrastały ni stąd ni zowąd na mojej drodze. Widoki były wspaniałe i nie raz przykucałem, żeby móc tylko przez chwilę nacieszyć się tym bezkresem obfitości doznań i zapachem wiatru, który jeszcze przed chwilą smagał korony drzew. Nie było dnia ani nocy, to wszystko dookoła trwało nieprzerwanie jak i moja podróż. Nie czułem zmęczenia ani znużenia. Wyciągnąłem bułkę, którą pewnie wcześniej przygotowałem na taką wyprawę. Skrzętnie zawinięta z folię aluminiową, co by się nie przegrzała zawarta w niej kiełbaska i serek. Lubię takie z sałatą i innymi zieleninkami na dokładkę. Oberwałem połowę i dałem Âme, w końcu czas coś zjeść, a nie pozwolę, żeby w brzuszku jej burczało. Usiedliśmy na chwilę i rozmawialiśmy o widoku przed nami. Miasto, a raczej miasteczko poniżej stoku, usłane domami z czerwonej dachówki. Wynajdowaliśmy nie pasujące do siebie elementy i naśmiewaliśmy się z głupot znalezionych poniżej. Bo kto do cholery buduje plac zabaw przy chlewie ze świniami, no chyba, ze hartuje w taki sposób dzieciaki. Albo ten dziadek, który prowadził wózek ze złomem i nagle to wszystko co wiózł runęło na środku jezdni blokując cały ruch. Liczyliśmy jaskółki, które fruwały wysoko nad miastem i przepowiadały ładną pogodę. Było dalej zimno więc wtulaliśmy się w siebie, żeby wzajemnie się ogrzać. To pomagało i czułem się naprawdę dobrze. Mogliśmy na siebie liczyć. Jak myślisz…co dalej będzie? Zapytała Âme. Nie wiem, może czeka nas przeprawa jakaś, może tym razem zejdziemy do rozpadliny, żeby podziwiać co potrafi natura, bez udziału człowieka… głupku ty…uśmiechnęła się Âme. Znowu nie zrozumiałem intencji, może i głupek. Zaśmialiśmy się i jeszcze mocnej wtuliliśmy się w siebie. Stałem jeszcze przez chwilę sam, bo sen trwać wiecznie nie może a czuję, że kolejny sen w którym śnię o moim śnie podczas snu zaczyna się kurczyć i zanikać, przechodząc płynnie w sferę realną.

Polana była ogromna i piękna. Wszędzie w koło czuć było świeżość i zapach polnych kwiatów. Małe pajączki fruwały uczepione swoich pajęczynowych żaglowców. Fruwające robaczki, pospiesznie wędrowały z kwiatka na kwiatek, żeby zebrać jak najwięcej życiodajnych nektarów. Trawa i inne zielsko wysokie po sam pas, choć zdarzały się place, gdzie wyrastał wyłącznie niski dywanik miękkiej długiej trawy, pełzającej po ziemi. I wiatr panoszący się wszędzie, nie zimny, ciepły i przyjemny. Otworzyłem oczy i zobaczyłem połać błękitnego nieba. Jeszcze przed chwilą wydawało mi się, że leżę w lesie i pochyla się nade mną Âme. Wstałem szybko i oparłem się na łokciach, rozglądając się nerwowo. Jest, trochę dalej. Zbiera łąkowe kwiaty i układa je w bukiecik. Żółte kwiatki tworzą kulę a podstawę, jej zielone, duże liście. Odruchowo szukam na głowie mojego wianka z motyli, ale widać to był poprzedni sen senny. Âme! …zawołałem ale nie usłyszała, znowu i znowu…cholerny bezgłos kiedy chcesz krzyczeć we śnie! Âme…powiedziałem pod nosem, obróciła się z uśmiechem i zaczęła iść w moją stronę. Gdzie byłaś? …zobacz jakie ładne kwiatuchy…mhmm odmruczałem dla potwierdzenia. Naprawdę ładny bukiecik. Wziąłem jej rękę i włożyłem między swoje dłonie. Przytknąłem do ust i cmoknąłem opuszki jej palców. Âme…jesteśmy tu sami a ja od dawna o tym marzyłem…o czym? Zapytała Âme, trochę niepewnie… chcę, chcę…przez gardło właśnie chcenie me, nie chciało się przecisnąć, chcę zatańczyć z Tobą w blasku, w ciszy, w pląsie bezwarunkowym. Chcę zatańczyć i czuć tą wolność w każdym ruchu i szepcie. Chcę byś Ty chciała mą wolność ze mną dzielić, choć przez chwilę, tak cichutko, choć tak krótko.

Miraż jakiś, obłęd przecież. Nie ma jej, nie ma mnie, jest tylko cisza i szum wiatru okalającego wszystko co mnie otacza. Mgła uniosła się wyżej i liście płacząc spadać zaczęły w otchłań bieli. Stałem nagi i bezbronny, już bez odczucia obecności kogoś bliskiego. Zostałem sam!

„Coś” ziewnął tylko i spojrzał w moją stronę z litościwą pogardą w swoich obłędnych sino-martwych oczach.

- czy ja ci czasem nie mówiłem, że twoje piekło nastało?!

Nic już nie słyszałem. Pragnąłem tylko trochę ciepła, dotyku i rozmowy z kimś kogo obchodzę i dla kogo jestem kimś więcej niż sprawą do załatwienia, narzędziem w codziennym życiu czy inną zabawką w dążeniu do obranego celu. Spojrzałem raz jeszcze na zakrwawiony księżyc, pogrążający się delikatnie w otchłani mglistego horyzontu. Wszystkie ptaki ucichły, woda nie wydawała już szumu, serce gór zgasło w milczeniu sosen. Tylko wiatr jak schizofrenik, szalał w moim pobliżu.

Wytężyłem wszystkie swoje zmysły aby poczuć cokolwiek. W desperackich próbach zapomniałem jednak, że nie zmysłami czuję, to nie zmysły budują moje jestestwo, zagubiłem się …

 

Otworzyłem oczy i przerażony usiadłem na skraju łóżka. Otarłem twarz z zimnych kropel potu, które już zdążyły osadzić się jak ta mgła jeszcze tak świeża we wspomnieniach. Obudziłem się znów śniąc w moim śnie… nie, jednak jest inaczej. Dochodząc do zmysłów, uświadomiłem sobie, że nieświadomie wyłączyłem budzik tarabaniący tuż koło łóżka. Obok leży moja Âme, inna nie ta ze snu, tamtej nie znam. Moja Âme jest obok. Kocham ją i sam jej widok powoduje, że życie jest lepsze, bogatsze, wspanialsze. Pocałunek słodki, dotyk kojący, spojrzenie jak chwila oddechu w pogoni życia… żyję i czuję. Czy więcej szczęścia może mnie spotkać?!

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania