Szczerobłote

Chodzisz sobie na tą siłownie, no i fajnie, bo potem stajesz przed lustrem - sześciopak, triceps widoczny, biceps widoczny, barki rzeźba sztos i tak można wymieniać dalej. Ciało zamienia się w kombinację mięśni i rzeki żył, które płyną od okolic łona po skronie. Fajnie sobie tak spojrzeć w lustrze, że po wielu latach człowiek nie tylko jest w formie, ale ta forma nawet czasem robi wrażenie. To jest spoko. Tylko problem pojawia się w momencie, jak trzeba wrzucić trochę więcej na wagę. Bo z tym mam problem. I trochę mnie to wkurza.

 

Z jednej strony fajnie, bo 66kg to dobra baza, a przy regularnej jeździe na deskorolce, to mi na wchodzi za mocno na stawy, które i tak są już trochę przeruchane. Z drugiej strony zrobić 71kg na rzeźbie to jest już inny poziom. No, ale co tam, w sumie przy tych 66kg jak biorę na sztangę pod 80kg to nawet kilka razy tym machnę. To śmiało, jakbym dalej miał robić mentalnie to, co robiłem, mógłbym sobie powiedzieć, że tak wedle statystyki to jestem w topce proporcji masy ciała do siły. Tylko tutaj zaczyna się problem. Ja rozbroiłem sobie narracje. Rozbroiłem sobie ego, które jeszcze jakiś czas temu karmiłem treściami z neta dla mężczyzn, a dodatkowo i dla większej skuteczności podsycałem własnym działaniem.

 

Był okres, że tego typu narracje były mi dość potrzebne. I szczerze mówiąc, do dzisiaj uważam, że jak myślę o sobie, że jestem lepszy od innych, to nie jest ani narcyzm, ani przechwałki, ale praca którą wykonałem. Tylko problem pojawił się w momencie, jak spostrzegłem, że po okresie stabilizacji, który musiałem zaliczyć pod depresji, alkoholizmie i rozwodzie, a jak już odstawiłem leki na to całe, depresyjno-lękowe zaburzenie, które mnie trochę docisnęło do gleby, że narracje stały się kryjówką dla moich myśli i przeżyć. No i nie powiem, wkurwiłem się trochę. Trochę dlatego, że na lekach, jak pewne, głębsze rzeczy człowieka są wyciszone i nagle mi wleciał spory boost pewności siebie, decyzyjności i poczucia sprawczości, po prostu myślałem, że ten zasmarkany dzieciak, który w ogóle nie rozumiał, dlaczego ojciec napierdala mamę, jakby chciał ją zabić, ale zrozumiał, że nie ma nikogo, kto mu pomoże, trochę się ogarnął.

 

No, ale niestety, nie. Dalej jest we mnie żywy i ukształtowany tak, jak go patologia ukształtowała. To się wkurzyłem. No bo nie trudno się wkurzyć, jak się żyło w sumie na lajcie, bo na lekach ogarnianie życia dla mnie to był level easy, a potem nagle jeb - odstawiłem leki i tak tylko proedukacyjnie powiem, bo to jednak ważne, że zejście z leków przedyskutowałem z lekarzem psychiatrą, a mówię o tym tylko dlatego, że wiem, że wiele osób ma opory przed wizytą u psychiatry, farmakologią i tak dalej, ale to w formie dygresji. Jakkolwiek odstawiłem leki i nagle, stopniowo, jeb. Znowu pojawiły się bezsenne noce, a mnie w środku bolało, swędziało, piekło, dusiło, tłamsiło. Mnie w środku znowu działo się to wszystko, co było dekady temu, a jednak okazuje się bardzo żywe. Here we go again.

 

No i teraz myślę o tym, że ćwiczę, że chcę przytyć, ale sporą część moich zasobów psychicznej siły konsumują obecnie potrzeba bycia obecnym i uważnym i samokontrola. Wystarczy na chwilę, że sobie odpuszczę i wlatują: nerwica, stres, napięcie, brak apetytu rozbieganie myśli, roztrząsanie przeżyć. Są ludzie, którzy stres zajadają. Mnie stres mobilizuje, by działać, ale kosztem tego pobudzenia jest brak apetytu, bezkompromisowość, agresywna postawa. Niby fajnie, ale swoje to kosztuje, że potem zawsze przychodzi dzień, najczęściej w niedzielę, że pierdolę, nie wstaję z łóżka. Czuję się źle, mam dość, nic mi się nie chce, sam od siebie proszę się odpierdolić i próbuję odpocząć. Nie myśleć o żadnych planach, ambicjach, celach, o jakimkolwiek działaniu. Ale ciężko mi tak kurwa leżeć, nie myśleć, po prostu się wyczillować. A potem mi się waga waha, co prawda 2-3kg, ale jednak ten 3kg w górnym punkcie robi różnicę na sylwetce. I ogólnie to wiem tylko, że wkurwia mnie życie ostatnimi czasy. Jestem zmęczony, nie chce mi się gadać z ludźmi, ani z nimi widywać. I wiem, że znowu wracam do podstaw. Znowu muszę się zatrzymać na moment, a przede wszystkim znowu muszę się skupiać na tym, co mam, co wypracowałem, kim się stałem, zamiast tylko patrzeć w przyszłość, bo wtedy jest tylko złość, że jeszcze nie mam tego, co bym chciał, frustracja, że jeszcze nie mam, a potem mogą przyjść i niemoc, i agresywna determinacja, ale działanie z poziomu emocji jest trochę zwierzęce.

 

Wpuszczam sobie zimną wodę do wanny, wyłączam myśli, wyłączam zbyteczne reakcje mojej psychiki. Nie szukam narracji, wielkości, ambicji. Dochodzę do miejsca, w którym ciało jest plastyczne, uległe woli i nie potrzebuje motywacji, myśli, dowartościowania, narracji, żeby po prostu zrealizować nakreślone cele.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania