Szczęście w kapciach

Obudziłem się, bo kot zwalił coś z półki.

Nie żeby to był wyjątek — on ma taki talent, że mógłby demolować mieszkania zawodowo. Tym razem poleciała doniczka. Na szczęście plastikowa. Roślina przeżyła. Ja też.

Wstałem. Prawa noga. Dobrze — zawsze zaczynam prawą, bo jak lewą, to potem wszystko leci jak domino.

W łazience była ciepła woda. To już punkt dla mnie. W lustrze tylko trochę straszyłem, czyli dzień jak co dzień.

Kiedy zrobiłem kawę, nie zapomniałem o wodzie — co już jest osiągnięciem, bo ostatnio nalałem tylko mleka i patrzyłem przez dwie minuty, czemu ekspres się tak dziwnie patrzy. Dziś zadziałał. I jeszcze był ten moment, kiedy pierwszy łyk smakuje tak dobrze, że człowiek zapomina, że ma kredyt i złamane serce.

Potem ubrałem się w dres, bo przecież nikt nie powiedział, że szczęście wymaga dżinsów.

Poszedłem do sklepu po bułki. Starsza pani powiedziała do mnie „młody człowieku”, chociaż mam już więcej siwych włosów niż powodów do dumy. Ale uznałem, że nie będę z tym dyskutował. Wziąłem to jak komplement.

Wróciłem do domu, zjadłem śniadanie na stojąco, jak przystało na człowieka, który niby się nigdzie nie spieszy, a jednak nie umie usiąść.

I wtedy to do mnie dotarło:

nie jestem bogaty, nie jestem sławny, mój kot chyba mnie nie lubi —

ale mam bułki, ciepłą wodę, i ktoś w sklepie nazwał mnie „młodym”.

To już trzy powody, żeby powiedzieć:

dziś naprawdę jest dobry dzień.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • aksolotl 7 miesięcy temu
    och jak pozytywnie! :)
    fajne.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania