Szepty cz.10
Po drodze zatrzymywała się co chwilę, by wpakować do plecaka rzeczy, które, jej zdaniem, przydadzą się do obrony - duże kamienie i grube gałęzie.
Znalazła ogromną skałę w formie muru i schowała się za nią, ciężko dysząc. Przez kolejne pięć minut, które było dla niej wiecznością, próbowała oddychać spokojnie i w końcu jej serce zaczęło bić normalnie. Usiadła, opierając się o skałę, i zaczęła szperać w plecaku. Znalazła noże, liny, haki, kamienie i gałęzie.
‘’Nieźle jak na początek’’ pomyślała i zaczęła zastanawiać się nad tym gdzie zamieszka. To było najgorsze w samotnym życiu, zazwyczaj - brak domu.
‘’Szczególnie, że jestem w krainie elfów, gadających zwierząt i magicznych drzew’’.
Postanowiła zbudować szałas, robiła to kilka razy ze znajomymi na koloniach w młodszym wieku.
Schowała rzeczy do plecaka, założyła go na siebie i poszła do lasu poszukać potrzebnych rzeczy. Nie zajęło jej to wiele czasu, ponieważ gdy tylko weszła między drzewa - ujrzała przed sobą wielkie kłody. Jedna po drugiej, zataszczyła wszystkie pod swoją skałę. Sięgały jej nad głowę, więc musiała się trochę namęczyć nim oparła jedną o swój mur a następnie drugą identycznie tak, by się stykały. Kolejne opierała o te poprzednie, aż powstał jej wymarzony szałas. Był tylko jeden problem - szpary między kłodami. Ruszyła ponownie w głąb lasu , tymczasem po to by znaleźć wystarczająco duże liście mogące zakryć dziury. Zerwała kilka naprawdę wielkich paproci i dużo lian by je związać. Po godzinie ciężkiej pracy miała duży i solidny szałas, w dodatku, zbudowany samodzielnie. Brakowało jej tylko drzwi z przodu.
Poszła szukać większej ilości lian i wróciła po kilku minutach, niosąc dwie wielkie garści.
Pozawiązywała je na górnych częściach kłód i od razu, gdy weszła do środka poczuła się bezpieczniejsza, nie widząc wielkiej przestrzeni rozciągającej się przed nią.
Ziewnęła. Zaburczało jej w brzuchu.
‘’Cudownie’’ pomyślała i udała się do drzewa. Na szczęście pamiętała drogę.
Nie kontrolowała czasu, więc nie wiedziała która jest godzina, lecz słońce powoli zaczynało wschodzić. Wszystkie poprzednie czynności udało jej się wykonać dzięki strasznie jasnemu światłu księżyca. Było wręcz oślepiające, co w większości przypadków bardzo jej pomogło.
Zażyczyła sobie najzwyklejsze tosty - takie, które zawsze jej i Martinowi robiła mama - ser, szynka, ketchup. Zaniosła je dumnie do szałasu, po czym siadła w środku, odsłaniając lekko ‘’drzwi’’ z lian. Popatrzyła jak słońce leci wolno ku górze, podniosła tosta do ust i po jej policzku spłynęła łza.
- Och, Martin. Gdybyś ty tu był…
Zaczęła jeść i płakać. Tak bardzo zajęła się zabawą w bohaterkę, że całkiem zapomniała o swoich bliskich.
Siedzieli teraz w salonie, wołając ją i zdając sobie sprawę, że jej nie ma, znikła, przepadła.
Na podłodze leżała sobie otwarta książka, tak po prostu, jak gdyby nigdy nic.
Jej nie ma, znikła, przepadła…
Obudziła się i dotknęła policzków, które były całe mokre, tak jak plecak, na którym spała.
Wystawiła go na zewnątrz, by wiatr i słońce go choć trochę wysuszyły.
Postanowiła, że za ten czas zrobi sobie pierwszą poranną gimnastykę, w końcu musi mieć dobrą kondycję, jeśli chce zacząć ćwiczyć ze swoimi narzędziami - linami, hakami i nożami.
Zaczęła od rozgrzewki, po której nie miała sił na kompletnie nic. Spięła się jednak i po krótkiej przerwie zaczęła robić brzuszki. Po dwudziestu minutach odsapnęła i zaczęła się rozciągać. Cała gimnastyka trwała około pół godziny, co całkowicie ją zadowoliło, ponieważ czuła się jak nowa - żywa i świeża.
Położyła się na chwilę na swoim, suchym już, plecaku by odpocząć a po dziesięciu minutach poszła po wielkiego omleta z pieczarkami i herbatę z cytryną. Postanowiła, że musi zbudować sobie stolik ale zajmie się tym po śniadaniu.
Zjadła je ze smakiem i nagle do głowy przyszło jej pytanie: gdzie ma się myć?
Ruszyła więc na krótkie zwiedzanie okolicy i ujrzała mały strumyk. Gdy do niego podeszła, zauważyła jak krystaliczna znajduje się w nim woda i uzyskała odpowiedź na swoje pytanie.
Brakowało jej ręcznika i mydła, z tym już niestety musiała się pogodzić.
Rozebrała się i weszła do wody. Początkowo myślała, że to jacuzzi, lecz po chwili temperatura ustabilizowała się tak, że można było spokojnie się umyć.
Teraz dopiero Lucy zauważyła jak bardzo urosły jej włosy - sięgały do połowy pleców.
Dziewczyna uśmiechnęła się od ucha do ucha. Zawsze, odkąd tylko pamiętała, marzyła właśnie o takich.
Dzięki gumce, którą miała na ręce zrobiła sobie koka tak wielkiego, że rzucał cień na taflę wody. Gdy się umyła - wyschła na wietrze i lekkim porannym słońcu.
Ubrała się w swój standardowy strój i ruszyła zwiedzić okolicę, by poszukać miejsca do ćwiczeń.
Gdy tak wędrowała wśród drzew nagle coś ją zatrzymało. Rozejrzała się dookoła i zobaczyła, że stoi w prawie perfekcyjnym kole ułożonym z drzew. Postanowiła zaznaczyć to miejsce, by móc spokojnie do niego wrócić - obwiązała trzy drzewa grubą liną, tworząc jedną prostą. Widać ją było z daleka. Lucy chciała znaleźć łatwą drogę do okręgu, więc poszła prosto przed siebie. Gdy wyszła z lasu zauważyła, że jej obóz znajduje się pięć metrów na lewo. Zaznaczyła drzewo, wbijając w nie nóż, i poszła do szałasu. Zauważyła, że słońce jest już bardzo wysoko na niebie i nagle zrobiło jej się gorąco. Gdy tylko weszła do swojego domku, poczuła przyjemny chłód i położyła się na plecaku by się zdrzemnąć.
Obudziła się po kilku godzinach i zauważyła, że słońce jest już prawie niewidoczne.
Postanowiła zjeść kolację, więc poszła do sadu i znalazła swoje drzewo.
Poprosiła o tosty z dżemem truskawkowym i po chwili otrzymała je na talerzu, jeszcze gorące. Ugryzła jednego z głośnym chrupnięciem, uśmiechnęła się i poszła w stronę szałasu.
Od niego skierowała się w stronę, wcześniej przez siebie zaznaczonego, koła z drzew. Z daleka zauważyła, że czegoś tam brakuje. Odłożyła tosty do szałasu i ruszyła w ich stronę. Gdy przy nich stanęła, już wiedziała - lina, którą je wczoraj oplotła, zniknęła. Zaczęła nerwowo rozglądać się wokół i wyciągnęła nóż by móc się obronić.
Spojrzała szybko między drzewa i zauważyła poruszającą się postać. Jej serce zaczęło ciężko łomotać o żebra, pragnęło wydostać się na zewnątrz. Miała wrażenie, że okropnie hałasuje.
Wstrzymała na chwilę oddech i poczuła, jak zaczyna się dusić. Wypuściła ciężko powietrze i uświadomiła sobie, że widzi coraz większy zarys postaci. Zrobiła krok do tyłu i usłyszała trzask. Obejrzała się szybko za siebie i zauważyła złamaną w pół gałązkę. Błyskawicznie przeniosła wzrok na poprzednie miejsce i uświadomiła sobie, że nie widzi nikogo. Stała tak jeszcze kilka chwil i obserwowała. Gdy poczuła, że jej serce zaczyna się uspokajać, a oddech nie jest ciężki jak cierń w gardle, poszła kilka kroków do przodu i zagłębiła się w las. Porozglądała się między wysokimi drzewami, na początku ostrożnie, lecz potem bez najmniejszego lęku. Zdała sobie sprawę, że istota, kimkolwiek była, zniknęła. Odetchnęła ciężko i oparła się o szorstką korę. Przyłożyła dłoń do czoła i poczuła piekące ciepło. Przypomniała sobie o tostach, które zostawiła w szałasie i wróciła do swojego ‘’domu’’.
Komentarze (2)
Przed literą ,,a'' stawiamy zawsze przecinek.
Piszesz ciągle po pięcie minutach, po kilku godzinach itp, myślę, że nie jest to istotne. Lepiej brzmiałoby; po jakimś czasie, po czym, później i tak opowiadasz o idącym po niebie słońcu, co i tak mówi o upływie czasu. Zostawiam 5 :)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania