Szepty cz.11
Gdy tylko wyszła spomiędzy drzew, usłyszała coś, co przypomniało jej o bajkach, które w dzieciństwie oglądał Martin. Coś o czarach, wróżbitach i magii. Zauważyła również, jak z jej szałasu wychodzą na zewnątrz światła o różnych kolorach. Mignęło zielone, niebieskie, za chwilę jeszcze różowe.
Zwolniła tempo i przybrała pozycję bojową, zaczęła cicho się skradać.
Gdy doszła już do ‘’domu’’ i odsłoniła liany – ukazała się przed nią ogromna przestrzeń. Wyglądała jak pałacowa sala. Na ścianach wisiały wielkie obrazy w złotych ramach, rzeźby stojące dalej były bogato zdobione, a podłoga wyścielona miękkim dywanem. Lucy zakryła usta dłonią, nigdy wcześniej nie widziała czegoś takiego. Na filmach i w książkach – oczywiście. Zawsze jednak chciała przeżyć to sama i ujrzeć te cuda na własne oczy.
Po dłuższej chwili przypomniała sobie jednak, że wchodząc do środka powinna zastać mały namiot zbudowany z kłód lian. Jej zachwyt powoli zaczął przechodzić w strach. Usłyszała jakiś hałas. Dochodził z drzwi, których wcześniej nie zauważyła, znajdujących się kilka kroków od niej. Ruszyła w ich stronę i zauważyła, że są lekko uchylone. Otworzyła je szerzej i ujrzała ciemną postać stojącą tyłem.
Nagle usłyszała przytłumione głosy: ‘’Nie wiemy czy możesz mu zaufać. Trzymaj się na baczności’’. Po chwili jednak wszystkie dźwięki na powrót stały się wyraźne. Przyjrzała się postaci.
Z tego co udało jej się zauważyć, wnioskowała, iż był to zwykły chłopak. Wyglądał jakby pochodził z jej świata. Miał na sobie czarną bluzę, spodnie i ciężkie buty. Jego kasztanowe, proste, długie włosy nadawały mu dość tajemniczy wygląd. Gdy tylko udało jej się to wszystko ocenić – odwrócił się. Spojrzała w jego fioletowe oczy i zauważyła, jak rozszerzają mu się źrenice. Rysy twarzy chłopaka były dość nietypowe, lekko wydęte usta, niezbyt duży nos i wyraźne kości policzkowe. Na jego twarzy dostrzegła coś na kształt uśmiechu.
Między nimi nastała niezręczna cisza. Lucy wydawało się, że trwa w nieskończoność, kiedy nagle chłopak odezwał się:
- Hej, mieszkasz tu? – nie usłyszała w jego głosie ani krzty zakłopotania, czegokolwiek co mogłoby wskazywać na to, że sądzi, iż zrobił coś niestosownego. A on najzwyczajniej w świecie wpakował się do jej szałasu i przerobił go na pałac. Kim on właściwie jest i za kogo się uważa?
- Tak – odparła tylko, lecz słysząc jak bardzo zimno zabrzmiała, dodała: - Sama zbudowałam ten…
- Ach, zmieniłem tu trochę. Tamten wystrój był okropny, w dodatku nie dość, że mała przestrzeń to jeszcze źle zagospodarowana – machnął ręką, jakby był wynajętym przez nią architektem wnętrz i oceniał swoje dzieło. Spojrzała na niego, lekko zbita z tropu. Czy jemu naprawdę się wydaje, że może sobie tak po prostu robić co chce?
- Tak, to miło z twojej strony ale, wiesz…nie chciałam tego. A poza tym nie znam cię. Więc, jeśli byś mógł to…
- Masz rację, przepraszam. Gdzie moje maniery? Jestem Aren, czarodziej i nadworny mag, do twych usług – ukłonił się nisko.
Lucy wybuchła śmiechem. Spojrzał na nią zdziwiony i jego wzrok szybko doprowadził ją do porządku. Odchrząknął.
- Reagujesz jak każdy komu się przedstawiam, żałosne. Wy, istoty, nie rozumiecie kim jestem i co potrafię, a kiedy przychodzi co do czego to z pomocą muszę wam przyjść jako pierwszy!
Spojrzała na niego wystraszona.
- Przepraszam. Nie miałam zamiaru cię obrażać. Po prostu…nie wyglądasz jak mag. Nie jesteś nawet podobny do żadnego, o którym kiedykolwiek czytałam.
- O to chodzi, dziecino. – Lucy ten zwrot wydał się dość dziwny, zważając na to, że chłopak był w jej wieku lub o rok starszy. – Ukrywam się pod różnymi postaciami by nikt mnie nie rozpoznał.
- Kim właściwie jesteś? I co tu robisz? – jej strach powoli zmieniał się w ciekawość.
- Nadwornym czarodziejem Jego Wysokości Elfa. Przyszedłem tu, bo podobno zniknęłaś, a jesteś mu bardzo potrzebna, wiesz o tym? Oczywiście, że tak. Ja, razem z innymi elfami i watahą wilków mamy ci pomóc w walce z cieniami i wszystkim bardzo zależy na tym, byś była do tego najlepiej przygotowana. Z tego co widziałem w mojej kuli, to uciekłaś od nich. Zechciałabyś mi powiedzieć czemu?
- Ja… - zawahała się. W końcu stwierdziła, że i tak wie już wszystko, więc nie ma niczego do ukrycia. – To mnie po prostu przerasta. Nie udźwignę tego, nie potrafię. Nie czuję się na siłach by walczyć z tymi istotami. Wiem, że jak ich nie pokonam to nie wrócę do domu, to jednak mi nie pomaga. Co jeśli zginę? Nie chciałam być zamieszana w coś takiego, nigdy. – wypowiedziawszy ostatnie zdanie, jej oczy zaczęły zachodzić łzami. ‘‘Weź się w garść!’’ powiedziała sobie i zamrugała kilka razy. Po chwili na powrót widziała wyraźnie.
- Tak, to zrozumiałe… - Aren na chwilę się zamyślił. Po chwili jednak szybko odparł: - Co nie zmienia faktu, że walka z twoim udziałem i tak się odbędzie. Za chwilę znajdziemy się z powrotem nad Wilczym Strumieniem, ponieważ Król kazał mi sprowadzić cię z powrotem.
- Nie, ja… - już miała zaprzeczyć, kiedy nagle Aren pstryknął palcami i poczuła się jak para wodna. Zmaterializowali się na jej starym miejscu ćwiczeń. Rozejrzała się wokół i ujrzała zdziwionego Elfa oraz watahę.
- Lucindo, dziecko, gdzieś ty się podziewała? – Król podszedł do niej i ujrzała jego zatroskany wzrok. Poczuła się jak małe zagubione stworzenie.
- Ja…Przepraszam. Uciekłam – spuściła głowę w dół, z zażenowaniem. – Wiem, że nie powinnam ale ja nie podołam temu wszystkiemu. Wiem to.
Elf podniósł jej podbródek dwoma palcami tak, że spojrzeli sobie w oczy. Nadal widziała w nich to co wcześniej, żadnej oznaki gniewu czy rozczarowania.
- Wiem, dziecko, wiem. Musisz jednak zrozumieć, że to twoja jedyna szansa na powrót do domu. My wszyscy ci pomożemy, nie zostaniesz sama ani na chwilę.
- Tak, Aren mi mówił. – pokiwała powoli głową. Nie wiedziała co powinna powiedzieć, więc nie odzywała się. Po chwili jednak nieśmiało spytała – Czy mogłabym wrócić do ćwiczeń?
- Oczywiście, z wielką chęcią ci potowarzyszmy. – odparł wyraźnie uradowany Elf. Położył dłoń na jej ramieniu i razem poszli po narzędzia. Chwyciła nóż i odwróciła się w stronę celów. Skupiła się na jednym z nich, szczególnie na czerwonym środku, i rzuciła. Wbił się zaledwie kilka milimetrów od centrum drewnianej postaci. Dziewczyna podskoczyła uradowana, lecz szybko się opamiętała przypominając sobie, gdzie się znajduje. Spojrzała ukradkiem na króla i zauważyła, że ciepło się uśmiecha. Na jej ustach również pojawił się uśmiech.
Rzuciła jeszcze kilkanaście razy, aż udało jej się wbić ostrze w sam środek kilka razy pod rząd. Następnie poćwiczyła walkę mieczem, maczugą, włócznią i łukiem.
Robiła to codziennie. Poświęcała na walkę kilka godzin a przez kolejne kilka biegała, gimnastykowała się i nastawiała psychicznie. Trzymała się tego przez dobre kilka miesięcy.
Szepty codziennie dodawały jej otuchy mówiąc ciepłe słowa lub dając rady. Przypomniała sobie swoje książki i tą, z którą rozmawiała przed wyjazdem. Uśmiechnęła się do siebie i wiedziała, że dzięki nim, nie jest tu jedyną ze swojego świata.
Komentarze (3)
,,gdzieś ty się podziewała? '' - podziewałaś
Piękna cześć. Czekałam na powrót Lucy do ćwiczeń. Czuję, że już nie długo zmierzy się z cieniami :) Dałam 5 :)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania