Sześć kilometrów

Celina idzie.

Ciężko idzie, ale wie, że tylko tak coś się zmieni. Może liczyć jedynie na siebie. Robi to dla ocalenia siebie i dzieci, a szczególnie chorego Grześka. Ma cel i do niego dąży.

Buty ma stare, podeszwy cienkie. Każdy kamyk czuje przez skórę. Mimo to pokona te sześć kilometrów do miasta.

Droga ciągnie się między polami. Wóz z sianem mija ją powoli, skrzypią koła, koń parska. Celina przez chwilę patrzy, jak oddala się po drodze.

Wie już jednak, że w tej wsi nikt nikogo nie podwozi. Nawet bliskich sąsiadów.

Idzie dalej.

Mija ostatni dom.

Teraz zaczyna się najgorszy fragment drogi. Piach zapada się pod stopami, mało cienia, bo skończyły się już sady pełne jabłoni. Tylko piach, pustka i droga ciągnąca się przed nią.

Słońce dopiero wstaje. Powietrze jest chłodne, ale Celina już czuje, jak stopy zaczynają boleć. Pod palcami pojawia się mała kulka. Wie dobrze, co to znaczy.

W drodze powrotnej zamieni się w pęcherz.

Nie zatrzymuje się.

Nic jej nie powstrzyma.

Bo jeśli nie ona, to kto?

Jeśli nie pójdzie, dalej będą tkwić w tej wsi. W tej ciasnocie, w jednym pokoju. Dzieci będą chorować.

A jak wytrzymać, kiedy Ela z dziećmi znów uciekła od męża i powiedziała, że zostaje już na zawsze?

Celina zaciska zęby.

Myśli wracają do tamtych dni.

Pamięta dobrze moment, kiedy Ela wróciła z dziećmi do rodziców. Nikt nie protestował. W końcu to córka. Ukochana córka Józefa.

A gdzie miejsce dla niej?

Dla Celiny i jej dzieci?

Mało kto o tym myślał.

Przeczekała kilka dni. Patrzyła, jak w domu robi się coraz ciaśniej. Jak wszystko zaczyna się układać tak, jakby jej w ogóle nie było.

Już kiedyś tak to przeżyła.

Wzięła dzieci i poszła z nimi za pole Domańskich — do starej chaty Czecha.

Duża była ta chata, ale zimna. Nieogrzewana. Wiatr hulał przez szpary w deskach.

Pamięta tamte poranki, kiedy oddech zamieniał się w parę.

Ale miała swoje miejsce.

Od rodziców dostała dwa prosiątka i jedną krowę. Wokół rosło kilka drzew owocowych.

Ziemia była dobra.

Pieliła, sadziła, karmiła zwierzęta. Krzątała się od świtu do nocy. Gotowała.

I odkładała.

Bo na książeczkę mieszkaniową trzeba było odkładać.

Na mały czerwony kwadracik z napisem: PKO.

Znowu mogła liczyć tylko na siebie.

Droga skrzypi pod jej krokami.

Celina podnosi głowę. Miasto jest już niedaleko.

Kiedy w końcu dociera do spółdzielni, czuje zmęczenie w nogach, ale w środku ma dziwną siłę.

Wpuszczają ją do prezesa.

Celina wyciąga z torby swój skarb.

Mały czerwony kwadracik.

Oszczędnościowa książeczka mieszkaniowa.

Trzyma ją ostrożnie, jakby była czymś bardzo kruchym.

— Proszę pana… — zaczyna cicho.

Prosi.

Błaga o mieszkanie.

Opowiada o kolanach Grześka. O najmłodszej Ewie. O Krysi, tej środkowej, której najmniej widać, bo zawsze radzi sobie sama.

Bo musi.

Celina kocha wszystkie swoje dzieci. Ale wiadomo — najbardziej troszczy się o te chore.

Kiedy wychodzi z urzędu, czuje ulgę, ale też niepewność.

Wraca tą samą drogą.

Sady stoją cicho po obu stronach drogi. Stopy bolą coraz bardziej. Każdy krok przypomina o pęcherzu, który rośnie pod skórą.

Ale w głowie i w sercu kołysze się mała iskra nadziei.

Wraca do domu.

Teściowa jak zawsze ciepła i dobra. Zajęła się dziećmi.

Józef siedzi na swojej ławce pod morwą. Burkliwy jak zwykle. Milczy.

A Rysiu, jej mąż?

Rysiu wrócił z masarni.

Dziś był ubój.

Celina wie, że dla niego to zawsze najgorszy dzień.

Najpierw pije. Potem zasypia na kocu za stodołą.

Nie chciał tej pracy.

Ale jak z niej zrezygnować? Bieda wszędzie.

A on przynosi do domu szynki, kiełbasy, wędliny.

Teraz już trochę przywykł.

Ale wciąż jest w nim tamten dzień, gdy jako piętnastolatek poszedł pierwszy raz do pracy i zobaczył to wszystko.

Jak płakał po powrocie.

Jak nie mógł się uspokoić.

I tylko wódka okazała się lekarstwem na obrazy, które zostały mu przed oczami.

*********

Mijają tygodnie.

Jedna komisja. Druga komisja.

Pewnego dnia przychodzą znowu. We trójkę. Dwóch niskich i jeden wysoki z zaciętą miną.

Właśnie on pierwszy wchodzi do jedynego pokoju w tym małym domu.

Przy stole siedzi siedmioro dzieci. Odrabiają lekcje, rysują.

Mężczyzna zatrzymuje się zdziwiony.

— To wszystkie pani?

Celina prostuje się i wskazuje blond chłopca oraz dwie dziewczynki.

— Tylko troje moje. Reszta szwagierki.

— A gdzie śpicie?

— Tutaj. Teściowie w kuchni, a my tutaj.

— A jak się myjecie? Tu nie ma łazienki.

— Wodę grzejemy w kuchni. Wychodek za stodołą.

Mężczyzna chodzi po pokoju.

Podchodzi do ściany i odsuwa róg słomianki.

Czarny grzyb wygląda jak ciemna chmura nad nimi.

— Zasłoniłam to — mówi Celina spokojnie. — Żeby Grzesia trochę chronić. On i tak choruje na kolana. Co miesiąc jeżdżę z nim po zastrzyki.

W myślach dodaje tylko:

Mój synek. Urodzony w Trzech Króli. Trzech wędrowców. I tak wędrujemy razem od lekarza do lekarza.

Mężczyzna długo patrzy po pokoju.

Już nie wygląda tak sztywno.

— Pani tu nie może zostać — mówi w końcu. — Proszę czekać na informację.

*********

Czekanie trwa długo.

Praca też.

Króliki, prosiaki, kury, kaczki.

Pole z teściami.

Ela czyta książki.

Celina patrzy na te książki i nie rozumie, po co ich tyle. Cała szuflada w komodzie pełna makulatury.

Ale teściowa nie pozwala ich ruszyć.

U niej w domu wszyscy czytali.

Czasem Celina zanosi obiad jej ojcu i wtedy czuje w jego domu coś dziwnego — spokój, miłość i szacunek.

*********

W końcu przychodzi list.

Jest na ostatecznej liście lokatorów.

Jeszcze trochę trzeba wytrzymać.

Jeszcze trochę znieść burkliwość Józefa.

Aż wreszcie nadchodzi ten dzień.

Celina stoi i trzyma w ręku klucze.

Patrzy na nie długo.

Chciałaby krzyknąć na głos, ale tylko w duchu powtarza:

Mam mieszkanie. Mam mieszkanie. Mam mieszkanie.

Droga powrotna mija szybko.

Najpierw daje dzieciom obiad.

Potem siada z nimi przy stole.

— Wyprowadzamy się.

Dzieci krzyczą z radości.

— Kiedy?

— Dzisiaj?

— A będzie łazienka?

Celina uśmiecha się.

— Będzie.

Teściowa przez dwa dni nic nie mówi.

W końcu wzdycha.

— Wiesz, Celinko… rozumiem. Tak będzie lepiej.

*********

Miasto.

Dwa pokoje.

Łazienka.

Toaleta.

Woda z kranu.

Ciepło.

Blisko sklepy, apteka, lekarz.

Szczęście.

Celina wie jedno.

Tym razem już nie będzie musiała uciekać.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania