SZESNASTA DZIESIĘĆ DRUGI DZIEŃ LUTEGO LUTEGO

Emilii

 

ta jedna chwila przypadkowy moment kiedy

wstałem od komputera bo zachciało mi się

przegryźć

cokolwiek w kuchni

i sięgnąłem po butelkę

hiszpańskiej oliwy czerstwy razowy

 

chleb. raptem w pomarańczowym błysku zaokiennego

słońca

wszystko stało się proste jasne

i niebywale na miejscu. oto jestem

ja oto moja ręka sięgająca oto moje

oczy szukające /ciebie/ oto chleb. wszystko pocięte

pręgami światła moje żywe żyły pulsujące

prawdziwą ciepłą krwią. i

 

przytulność. spokój jaki

nieczęsto /nigdy/ zdarza się w lutym lutym za oknem

rozćwierkały się wróble rozdzwoniły

sikorki i było

 

przez chwilę zwyczajnie dobrze

jak powinno być zawsze i nie było nic

czego nie

powinno być. byłem światłem w świetle w butelce

oliwy w chrzęście czerstwego chleba.

 

oṃ śānti śānti śānti

niczego między

tobą a mną nami. tylko słońce słoneczniki

nasturcje i jaśmin wszystko co nie gaśnie

w drodze do

 

wiersza o mrozie o niczym o

oliwie extra virgin

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • piliery

    Niezwykle zmysłowy, wręcz medytacyjny wiersz, który chwyta ulotną chwilę codziennego zachwytu. Opisuje moment prozaiczny – odejście od komputera do kuchni po chleb i oliwę. Jednak pod wpływem popołudniowego słońca ta proza życia zamienia się w moment nagłego, głębokiego zrozumienia i poczucia harmonii. Kiedyś, dawno temu łyknąłem nieco sanskrytu i mętnie kojarzyłem tę mantrę więc musiałem sięgnąć do słownika by zrozumieć pointę. Kuchenne doświadczenie jako przeżycie mistyczne. Dobre, dobre, bardzo dobre

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania