Szewcy

(z czegoś nowego, prawie ukończonego)

(...)

Oprócz zdrowotnych poniosłem też materialne szkody. Przetarta koszulka poszła do śmieci, ale łyżworolki to już była droższa rzecz, do tego niełatwo było dostać odpowiednie wielkością do mojego dużego rozmiaru stopy. Gruba skóra jednego buta łyżworolek została zdarta prawie aż do środka. Moje wizyty u kilku szewców kończyły się po kilku sekundach rozmowy:

 

– Panie, tego się nie da zrobić. Widzisz pan, to jest głęboko w środku, jak się zaczynają palce. Nie dojdę maszyną. Musisz pan kupić nowe.

 

„Musisz pan kupić nowe”? Mógłbym ale nie byłem z tych amatorów jazdy, którzy lubią szpanować przede wszystkim strojem i sprzętem. Dla mnie szusowanie na rolkach było przyjemnością samą w sobie, a nie okazją do puszenia się jak paw przed innymi. Potrzebny był tylko naprawiony but; mógł mieć nawet „łatę w kratę”, byle spełniał rolę.

 

Głęboka pamięć u człowieka czasem się ujawnia w potrzebie. Przypomniałem sobie o szewcu staruszku, który miał warsztat, schowany w głębi, w niepozornym murowanym baraku na Placu Stycznia. Kiedyś naprawiał mi drobną rzecz, ale to było przynajmniej dziesięć lat wstecz. Pewnie już dawno go nie ma, ale nie zaszkodzi sprawdzić. Może kto inny przejął jego zakład.

 

Pojechałem sprawdzić. Staruszek szewc był! Oglądnął but i odrzekł:

 

– Ciężko będzie, bo i od wewnątrz musiałbym wszyć łatę, aby się dobrze trzymało. Ale spróbuję. Przyjdź pan za trzy dni. Wcześniej nie zdążę, bo przychodzę już tylko na cztery godziny.

 

– Świetnie i z góry dziękuję. Ale… pan jeszcze pracuje? Nie chcę być niedyskretny, nie musi pan odpowiadać. Z czystej ciekawości pytam.

 

– Panie, nie muszę, ale lubię coś robić. A w domu bym tylko siedział i gapił się w telewizję. To lubię przyjść i jeszcze klientów mam! – Ostatnie słowa dopowiedział z dumą.

 

– Nie dziwię się. Lata praktyki, więc jest pan w swoim fachu dobry. Dziękuję z góry za naprawę.

 

– Powiedziałem, że zobaczę. Myślę, że jakoś dojdę.

 

…Za trzy dni odebrałem naprawiony but. Tak porządnie został naprawiony, z doszytą z zewnątrz skórą tego samego koloru, że trzeba było dobrze się przyjrzeć, aby zauważyć łatę. Z radości prawie uściskałem starego szewca:

 

– Serdecznie dziękuję. Muszę się przyznać, że przed panem byłem u kilku szewców, ale nikt nie chciał się podjąć naprawy. Dobrze, że przypomniałem sobie o panu.

 

– Dzisiejsi są przyzwyczajeni robić szybko i łatwo. Nie lubią trudnych napraw. A ja je nawet lubię – uśmiechnął się, zadowolony z mojej pochwały. – Zdążył pan, gdyż będę musiał niedługo zamknąć warsztat. Mówią, że będą rozbierać barak, miasto chce tu coś budować.

* * *

Po kilku latach znowu szukałem szewca, gdyż chciałem porządnie naprawić dobre, zimowe buty. Starego szewca na Placu Stycznia już dawno nie było i nie było jego warsztatu; stawiano tam nowoczesny budynek.

 

Przypomniałem sobie o innym szewcu na ulicy Brzeźnej. Też miał swoje lata na karku; z takimi łatwiej mi się rozmawiało i pewniejszy byłem solidnej roboty. Warsztat był otwarty, ale zza parawanu wyszedł do mnie młody chłopak o dziecięcej twarzy. Wyglądał na kilkanaście lat. „O, szewc ma pewnie ucznia – przemknęło mi przez głowę. – Trudno teraz zachęcić młodzież do nauki takiego fachu”.

 

– Dzień dobry – zagadnąłem domniemanego czeladnika. – Poproś szewca.

 

– Ja jestem szewcem – odrzekł spokojnie i uśmiechnął się.

 

Naprawdę mnie zaskoczył. W pierwszej chwili przyjąłem to za żart, ale uśmiech wyglądał na powitalny, a nie z powiedzenia dobrego dowcipu.

 

– Tak? Przepraszam, myślałem, że dopiero terminujesz – użyłem dawnego określenia. – Ale pracujesz tutaj z kimś? – Wolałem się upewnić. Nadal nie przechodziło mi przez głowę, że taki kilkunastoletni młodzian może samodzielnie pracować w warsztacie.

 

– Nie, proszę pana. Poprzedni szewc zmarł z rok temu i ja odkupiłem warsztat od jego rodziny. Lubię to robić. – Ponownie się uśmiechnął.

 

– To musisz być już dorosły. Muszę więc mówić pan, a nie na ty. Przepraszam, z twarzy nie poznałbym. – Też się uśmiechnąłem, bardziej przepraszająco.

 

– Za dwa lata skończę trzydzieści lat.

 

Z mojej twarzy musiał odczytać ogromne zaskoczenie, gdyż jeszcze bardziej się uśmiechnął i dopowiedział:

 

– Nie pierwszy pan się pomylił. Wyglądam, jak wyglądam. Na późniejsze lata będę miał lepiej niż rówieśnicy. – Roześmialiśmy się jednocześnie. W tym miał rację.

 

– Jeszcze raz przepraszam za to tykanie. Ale zna się pan na szewstwie? Mam drobną robotę przy butach.

 

– Umiem. W szewstwie siedzę już dobrych kilka lat. Pracowałem w szkole jako historyk, ale… wolę to. – Wskazał głową za siebie. – Po pracy dorabiałem u jednego szewca, ale bardziej dla przyjemności. Jak się dowiedziałem o wolnym warsztacie, to zrezygnowałem ze szkoły i już tu robię na pełen etat. Dojeżdżam ze Świecia.

 

To było drugie i trzecie zaskoczenie. Drugie to już było… „bombą”! Chłopak, za którego go na początku wziąłem, a w rzeczywistości dorosły mężczyzna po studiach, po kilku latach pracy nauczycielskiej zrezygnował z niej, aby zarabiać na życie jako szewc. Bo „woli to”. Pracuje teraz dla własnej przyjemności.

 

Trzecie zaskoczenie, że dojeżdża ze Świecia, bladło przy tym drugim. Prawie wszyscy ludzie chcieliby pracować w fachu, w którym nie tylko zarobią, ale i mają z tego przyjemność. Jednak może kilku procentom ludzi tak się udaje w życiu. Ale zobaczyć człowieka, magistra, który zrezygnował z pracy nauczycielskiej, aby pracować jako szewc – to już był prawdziwy ewenement.

 

– To moje dobre, zimowe buty. – Wyciągnąłem zawiniątko i wskazałem miejsca do naprawy.

 

– Prosta robota. – Wziął je ode mnie i wstawił na półkę. – Proszę przyjść za dwa dni.

 

Buty odebrałem w terminie, bardzo porządnie naprawione. Zapłata, którą wymienił, była tak niska, że wstyd by mi było nie dodać napiwku.

 

…Później tak skleił mi stare, oryginalne „adidasy”, w których od początku jeszcze lat dziewięćdziesiątych uprawiałem amatorsko siatkówkę, że do dzisiaj „są w moim użyciu”. Powiedział przy tym: „Te adidasy są nie do zdarcia, zwłaszcza dla cięższych ludzi, jak pan. Mają pełną podeszwę, a nie jak dzisiejsze tylko kratkę. Nigdy się nie zapadną pod piętą”. Miał całkowitą rację. Do dzisiaj są „nie do zdarcia”.

 

…Jeden bardzo stary szewc utwierdził mnie w przekonaniu, że dla takich fachowców nie ma rzeczy niemożliwych do wykonania; do tego z gwarancją solidnej roboty. Drugi szewc, na odmianę bardzo młody, okazał się równie dobry w swoim wybranym zawodzie. To było potwierdzenie, że nie wiek się liczy, tylko zamiłowanie do swojej pracy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania