Szkarłatni. Rozdział 1 - Rozpoznanie: Pierwsza Tragedia
Marzec. Piękny czas przesilenia. To czas, gdy śniegi topnieją, słońce promienieje, zwierzęta się budzą, a świat nabiera wielu rozmaitych barw. Przeciętna rodzina pomyśli sobie: To idealny czas na jakąś pierwszą od dłuższego czasu przejażdżkę! Tak było i tym razem. Hah, jak prostacko. To co ma się wydarzyć również będzie nieco prostackie, choć nie do końca...
Rodzina Bednarczyków zamieszkuje małe miasteczko niedaleko Krakowa. Mąż, żona, córka, całkowicie prozaiczna rodzina. Oj, biada im, że wybrali się akurat tam...
7 letnia córka imieniem Ania już od dłuższego czasu wpatrywała się w okno i zaczepiała rodziców, czy by nie mogli już gdzieś razem pojechać.
- Tato, pojedziemy gdzieś za niedługo? Na przykład nad wodę jak rok temu. Popatrz jak ładnie już jest na polu.
- Chętnie córeczko, moglibyśmy nawet za niedługo, tylko spytaj się mamusi, nie wiem jak teraz pracuję. - Odpowiedział ojciec Ani, Tomasz.
Ania dziecięcym truchtem pędzi do pokoju, w którym matka ślęczy nad papierami.
- Mamo, tata kazał się zapytać jak teraz pracujesz i czy moglibyśmy gdzieś wyjechać! - Mówi rozpromieniona dziewczynka.
Mama Kasia unosi głowę znad papierów, spoglądając z ciepłym uśmiechem na córkę.
- To świetny pomysł Aniu! Wiesz co, w następnym tygodniu w piątek mam wolne, z tego co widziałam to tatuś też!
- JEEEEJ!!!- krzyczy Ania radośnie podskakując - A to pojedziemy nad wodę jak w zeszłym roku?
- Zawołaj tatusia to o tym za chwilkę porozmawiamy, tylko mamusia skończy wypełniać papierki, dobrze? - mówi Kasia drocząco szczypiąc policzek córki.
Niewinna, szczęśliwa i kochająca rodzina, prawda? Cholera... Nawet me serce się kraje. Dlaczego tam?! Ze wszystkich miejsc? Samowolnie zmusili mnie do uśmiercenia ich, nawet tej małej... KURWA MAĆ! DLACZEGO WYBRALI TEN PRZEKLĘTY LAS?!
Rodzina już w komplecie skończyła obmawiać nadchodzącą wycieczkę.
- Super! - mówi Tomasz - A więc las, postanowione! Na tej wsi mieszkała kiedyś moja babcia. O ile się nic nie zmieniło, to poza lasami do których regularnie chodzono i pozyskiwano drewno, tego nikt nie odwiedzał, z niewiadomej przyczyny. To nie tak, że mi babcia zakazywała, sam nie chciałem tam chodzić, bo po co, skoro był las z wytyczonymi ścieżkami i ludźmi dookoła! Jako dziecko lubisz być w towarzystwie innych, czujesz się bezpieczniej, a samotne chodzenie po lesie cię nie kręci. Teraz jednak myślę, że będzie to idealne miejsce na przejażdżkę, w ciszy nienaruszonej przez człowieka natury. Wiem, że przed nim jest ogromna polana, na której możemy zrobić piknik! A jako że rzadko, o ile w ogóle odwiedzany, może znajdziemy tam też jakieś grzyby! Wiem, że to nie lato, ale nóż coś się znajdzie, szczególnie że nie spodziewamy się konkurencji! - opowiada Tomasz, wydając się równie podnieconym przejażdżką co córka
Dlaczego...
A więc, dzień wycieczki. Zapowiada się on doprawdy wyborowo. Wszyscy w wyśmienitych nastrojach pakują rzeczy do toreb. Kasia prowiant, Tomasz potrzebne rzeczy typu zapalniczka, latarka i spray przeciwko komarom, Ania natomiast pakuje swoje kredki i inne zabawki.
Równo o godzinie 8:45 wyjeżdżają. Półtoragodzinna wycieczka w przesłodzonej atmosferze wypchanej śmiechami, żartami oraz grami na słowa mija rodzinie niczym 5 minut
Pff, idealni do porzygu.
Około godziny 10:30 już wszyscy rozpakowani, wygrzewają się w promieniach słońca. Wycieczka trwa dokładnie tak jak się domyślacie, idealnie, jakby w tej rodzinie nie istniało słowo kłótnia. Cały dzień spędzony na jedzeniu, graniu w piłkę i konkursach rysowniczych. Grali również w dwie ulubione gry Ani: w chowanego oraz ciuciubabkę. Przy 3 osobach te gry "troszeczkę" traciły na sensie, lecz krzykliwa radość Ani uważała inaczej. Oczywiście mała wygrała, we wszystkim. Gdy już spora część dnia upłynęła, rodzice oznajmili Ani wspaniałą nowinę.
- Słuchaj Aniu - mówi mama - Razem z tatusiem wzięliśmy wolne jeszcze na następny dzień, więc będziemy dzisiaj nocować w namiotach! Pamiętam jak rok temu mówiłaś że bardzo byś chciała kiedyś spać w namiocie!
- JEEEEEEEJ!! - radosna Ania wesoło podskakuje, klaszcząc w małe rączki
Boli.
- Za kwadrans 19. - oznajmia Tomasz - Zaczyna być coraz chłodniej i już dosyć poważnie się ściemniło, ale przecież obiecałem ci że będziemy piec razem kiełbaski nad ogniskiem, prawda Aniu? - pyta ojciec, szczypiąc ją czule po polisiach
- Taaak! - promienieje Ania
Chyba według wszystkich i tak będę potworem...
No, ale żeby rozpalić ognisko potrzebne jest drewno. - mówi ojciec, czochrając córkę po głowie
- To wy z mamą zróbcie sobie kolejny konkurs rysowniczy a tatuś skoczy po drewienko. Kochanie, podaj mi proszę latarkę.
Tomasz oddala się od namiotu słysząc w tle odgłosy szczęścia swojej córki, coraz to cichsze gdy zbliża się do lasu. Nie wie niestety, że gdy całkowicie ucichną, już ich nigdy nie usłyszy.
Przekraczając próg lasu, widzi rosnące na martwych pniach boczniaki.
- Hehe, tak dobrze się bawiliśmy, że całkowicie o tym zapomniałem! - pomyślał - Ale jutro wyjedziemy dopiero po południu, więc jeszcze zdążymy.
Minęło 10 minut odkąd Tomasz opuścił namiot. Krząta się po lesie.
- Cholera, taki opustoszały las a nie ma nigdzie żadnej leżącej gałęzi, którą mógłbym zabrać? Żadnych opadniętych drzew? Najwidoczniej nie jest on już opuszczony, ale w takim razie dziwne, że w taki piękny dzień byliśmy tutaj sami.
Po łącznie 15 minutach, Tomek zauważa pewien obiekt na drzewie, Jest to zdjęcie z polaroidu.
- Zdjęcie? Dziwne. - pomyślał - Może to jakieś ogłoszenie?
Niestety, nie pozwoliłem mu się lepiej przyjrzeć. Jego ciało runęło jak kłoda, powodując głośny trzask gałęzi, które leżały zaraz pod jego nogami. Latarka, którą trzymał w ręku, uderzyła z impetem dolną jej częścią o twardą nawierzchnie, co spowodowało jej wyłączenie.
Był tak bardzo zaabsorbowany widokiem zdjęcia że nie zauważył, że pod jego nogami leży to, czego szukał. Gdyby tylko zauważył je w pierwszej kolejności, zabrałby je i wrócił spokojnie do swojej rodziny. Możliwe że wstawając po zebraniu gałęzi nie zauważyłby mojego zdjęcia. Niestety, nie mogę pozwolić by ktokolwiek lub cokolwiek co je widziało, uszło po tym z życiem. Mógłby je zerwać z ciekawości, pokazać rodzinie albo przynajmniej o nim opowiedzieć. Sam fakt że je widział, że wie o jego istnieniu, jest niestety niedopuszczalny, nawet jeśli uzna to za jakiś śmieć. To zdjęcie, jak i pozostałe 5, jest moim źródłem życia i niewyczerpywalnej energii. Nie chciałem cię zabijać, nie zasłużyłeś na to. Nienawidzę rasy ludzkiej, ale nie jestem ślepym na fakty fanatykiem. Potrafię rozpoznać dobro. Absolutnie nie brałbym ludzi twojego pokroju pod celownik.
Los postanowił tak ze mnie zadrwić, że losowy ojciec przyjeżdżający do opuszczonego lasu, w miejscowości którą trudno nawet wymówić, przez 15 minut nie może znaleźć kilku patyków. W lesie, który stał pusty przez zapewne kilka lat. Nie mam pojęcia jak to możliwe, Lemmy w swoich raportach nigdy nie opowiadał żeby kręcili się tu jacyś ludzie. Nagle przed ich przyjazdem komuś się on przypomniał i postanowił wyczyścić co do patyczka te kilkadziesiąt arów? Kurwa, to moja niezdarność. Powinienem bardziej dbać o swoje miejsca przechowawcze dla zdjęć. Nie mogłem w sumie tych patyków podrzucić, tak by je znalazł i spokojnie wrócił z powrotem? Teraz gdy ojciec leży martwy, jest na to wszystko za późno. Cholera, jakim ja jestem idiotą. To jedna z pierwszych takich akcji, ale przecież powinienem być ponad to niż jebana rodzina przyjeżdżająca na wycieczkę!
Już wtedy wiedziałem co się stanie, i choć nie mam oczu, w duszy głęboko zapłakałem.
Mija 20 minut, Kasia zaczyna się nieco niepokoić.
- Co on tam takiego robi że go tyle nie ma? - pomyślała - Poszedł na grzyby bez nas?
Zagląda wewnątrz namiotu.
Nie wziął kosza.
- Aniu, myszko, chodź, zobaczymy co twój tatuś tyle czasu wyprawia w tym lesie - mówi z lekkim uśmiechem, chociaż jeszcze bez większego zaniepokojenia. Była tak niewinną i radosną kobietą, że nawet przez myśl jej nie przeszło by mogło się stać cokolwiek złego.
Trzymając córkę za rękę razem powędrowały w głąb lasu w poszukiwaniu Tomka.
Następne 20 minut mija na chodzeniu w różnych stronach i wołaniu ojca Ani.
Tak bardzo nie chciałem by to nastąpiło, choć wiedziałem że się zbliża. Nie mogłem im dać żadnego sygnału by odeszły, nikt nie może nic o mnie wiedzieć. Nawet względem moich Szkarłatnych jestem ostrożny. Poza tym nie ma takiej siły która by je odciągnęła od poszukiwania Tomasza.
Minęło 25 minut, już poważnie zaniepokojone dziewczyny zaczynały mieć różnorakie myśli.
- Boję się mamo, gdzie jest tata?
...
Po kolejnych 5 minutach Ania natrafia stopami na coś dużego, cielistego i miękkiego. Lekki strumyk księżycowego światła wpadający spomiędzy drzew oświetlił jedynie niewielką część głowy Tomasza, odwróconej bokiem do dziewczynki. Jego ciemne włosy zlały się z ciemnością ledwo zauważalnych konturów reszty ciała, przez co dziewczynka pomyślała, że całe ciało jest pokryte włosami bądź futrem.
- Mamusiu, coś tutaj jest. To chyba jakiś martwy zwierzaczek. - mówi Ania z wyraźnie słyszalnym smutkiem w głosie
Kasia pierwej chciała ten fakt zignorować, nie interesowało ją bowiem nic innego niż znalezienie swojego męża. Nie miały latarki, wzięli na podróż tylko jedną, którą wcześniej zabrał Tomasz. W trakcie poszukiwań myśli stawały się coraz czarniejsze szczególnie poprzez fakt, że nie mogły zauważyć żadnej najdrobniejszej wiązki światła latarki. Była ono świeżo kupiona, z dobrej firmy oraz w pełni naładowana, Kasia mocno więc wątpiła w scenariusz w którym latarka się psuje. Przeraźliwy krzyk małej skłonił matkę do lepszego przyjrzenia się temu, co leżało zaraz pod jej nogami.
- MAMO!!! TO TATA LEŻY!!! - krzyczy dziewczynka, wybuchając płaczem.
Kasie sparaliżował szok. Minęło dobrych kilka sekund po słowach córki, zanim jakkolwiek zareagowała. Nigdy nawet nie widziała Tomasza chorego, więc widok go leżącego, nawet jeśli zwyczajnie zasłabł, totalnie ją załamał. Tak też pomyślała, że zasłabł a w najgorszym wypadku zemdlał. Podczas gdy lewą ręką przyciska płaczącą córkę do swojej piersi, prawą ciągnie za ramię i odwraca Tomasza w ich kierunku. Ciało bezwiednie przeturlało się na plecy. Mężczyzna miał zamknięte oczy oraz lekko otwarte usta. To jedyne, co były w stanie zauważyć w otaczającej ciemności, nasyconej bardzo słabym światłem księżyca. Kasia uspokoiła córkę zapewniając, że tata po prostu źle się poczuł. Puszczając ją ze swych objęć, obiema dłońmi chwyta Tomasza za ramiona i zaczyna lekko szturchać, cały czas próbując nawiązać konwersacje. Z biegiem sekund szturchnięcia stawały się coraz mocniejsze, Kasia przesunęła swe dłonie niżej, łapiąc za boki w okolicy żeber, lekko nad pępkiem. Na końcówce małego palca u lewej dłoni poczuła niepokojące ciepło cieczy. Przestraszyła się i natychmiastowo zgarnęła rękę. Nie próbując jej wąchać wyciera ją o ziemie i zaczyna ze spotęgowanym już niepokojem macać w ciemnościach w poszukiwaniu latarki. Ania, która jak dotąd tylko lekko pociągała nosem, zaczęła znowu płakać jak głos matki stawał się coraz głośniejszy i drżący. Po około 30 sekundach i ataku paniki, Kasi w końcu udaje się znaleźć latarkę. Włącza ją, ustawia na najmocniejszy strumień oraz kieruje wprost na leżące ciało. Nic czego nie mogła już wcześniej określić. Pod stróżką światła przygląda się pozostałością wytartej cieczy na jej palcu. Ku jej zdruzgotaniu, ciecz miała kolor ciemno-czerwony. Natychmiast rzuciła się na ciało i zaczęła sprawdzać puls, przykładając równocześnie ucho do ust Tomka. Nic. Pierwszym impulsem ciała po odkryciu braku pulsu u mężczyzny było przewrócenie go na brzuch. Dzięki adrenalinie rzuciła ponad 80 kilogramowym ciałem niczym gąbkowym materacem. Zauważyła pokaźną kałuże krwi. Postanowiła zdjąć z Tomasza przesiąkniętą nią koszulkę. Przyjrzawszy się dokładnie dostrzegła dwie dosyć grube rany przechodzące na wylot w okolicy karku, które tworzyły literę "X". Kasia nie była w stanie sobie wyobrazić jaka broń mogłaby zostać użyta do stworzenia takich ran, jednak wiedziała że to musiało być dzieło jakiegoś kompletnego psychopaty.
Nie zastanawiając się nad tym wszystkim dłużej ani nie tłumacząc niczego córce, mocno szarpie ją za rękę i razem uciekają sprintem w kierunku opuszczenia lasu.
...
Trach.
Nagła ciemność.
Ból trwał kilka milisekund.
Nie widziały zdjęcia, lecz widziały ciało, co z pewnością mogłoby przysporzyć echa. Pozostałych zdjęć pilnują moi Szkarłatni, lecz nie wszystkich. Nie mam ich wystarczająco wielu. Echa mogłyby przysporzyć zainteresowanie moją osobą, na co wszelkim kosztem nie mogę pozwolić. Chociaż, teraz tak myślę, dodałem tej sytuacji jeszcze więcej okrucieństwa. Dałem im dobiec do samego końca lasu, zanim wbiłem im swoje szpikulce w kark. Obie miały jeszcze nadzieje, że ujdą stamtąd z życiem. Mogłem zabić je gdy tylko weszły do lasu. Doskonale wiedziałem, że tak się skończy. Przecież nie zignorowałyby faktu zniknięcia ojca. Co ja sobie myślałem?
Lecz także z tą chwilą wiedziałem już, że tych przypadków będzie zdecydowanie więcej, jak nie z mojej ręki to z ręki moich Szkarłatnych. Moja psychika musi być na to wystarczająca. Nie jestem totalnie pogubionym psychopatą tak jak większość tych, którymi manipuluję. Muszę być przygotowanym na wszelkie ewentualności i pod żadnym pozorem nie mogę dać moim jeszcze dość ludzkim emocjom mnie złamać. Dotychczas uważałem to miejsce za jedno z najlepszych na osadzenie zdjęcia, muszę natychmiastowo zacząć poszukiwania nowego. Nie mogę w to uwierzyć, jak bardzo infantylny i nieprofesjonalny byłem. Zostawić artefakt który jest moim źródłem mocy i życia, na kurwa wietrze na widoku? Tym bardziej że mimo swoich magicznych zdolności, to zdjęcie, z pozoru jest całkowicie normalne, z tego samego materiału. Było ono już nieco pogniecione przez deszcz oraz mocne wiatry. Chociaż to samo w sobie nie powodowało osłabienia moich mocy, narażało je na poważne niebezpieczeństwo. By je zniszczyć, wystarczy je rozedrzeć na 2 części, mniej więcej równe. Niestety nie ja je tworzyłem ani nie miałem żadnego wyboru w tym aspekcie. Mogłem je już cholera przybić bliżej korony drzewa, nikt by go wtedy nie dosięgnął wzrokiem, jedynie ptaki mogłyby mi ją podziobać. A no właśnie, wystarczy że znajdzie się jakaś wścibska sroka i mi zaraz to zdjęcie porwie i rozerwie! Chyba byłem po prostu zbyt pewny siebie. Co prawda zabezpieczyłem zdjęcia, ale nigdy realnie nie brałem pod uwagę że może im się coś stać, tak bardzo wierzyłem w swoje kryjówki i swoją moc. Na szczęście pozostał nie są na widoku, ale muszę przeprowadzić dużą aranżację. Ta głupia sytuacja pokazała mi, jak łatwo można coś stracić. Nikt się nie dowie co tutaj zaszło, pomyślałem. Ciała wyteleportuję na sam środek Oceanu Spokojnego, gdzie jest największa ilość drapieżnych ryb. Znikną bez śladu. Nikt nie znajdzie żadnego najmniejszego dowodu. Dla ostrożności pozbyłem się również wszelkich śladów daktyloskopijnych, odcisków butów oraz całej ziemi, w którą wsiąknęła ich krew.
Wystarczy by dobra rodzina znalazła się w nieodpowiednim miejscu, a będzie cierpieć katusze jakich nie zaznają najgorsi zbrodniarze.
Dalej wierzycie w boga?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania