Szkarłatni. Rozdział 2 - Lemmy
Jednakże, moje kolejne miejsce na zdjęcie powinno być jak najbardziej doskonałe - powtarzałem sobie. Coś takiego wymaga roztropnego planowania, co zajmuje trochę czasu. Byłem święcie przekonany, że incydent z lasu był jednorazowy. Postanowiłem więc to zdjęcie tam zostawić, z taką różnicą że powiesiłem je blisko korony drzewa, zakopane wśród gęstych gąszczy liści. Miejsce nieosiągalne dla ludzkiego oka. Zdjęcia z lasu z Śleszowic, bo tak nazywała się owa miejscowość, pilnował wówczas jeden z moich Szkarłatnych, a zarazem najbliższy memu sercu - pies o imieniu Lemmy. Dlaczego więc nie było go przy incydencie z lasu, możecie zapytać. Cóż, czystym zbiegiem okoliczności akurat byłem w tamtej okolicy. Ów incydent zdarzył się po relatywnie niedługim czasie gdy umieszczałem tam swoje zdjęcie, przemieszczając je z jeszcze gorszego miejsca. Moja potęga jest wielka, lecz nie mogę wszystkiego. Nie mam takiej mocy które umożliwiłaby mi nadzorowanie wszystkich miejsc pobytu zdjęć z odległości. Widzę więcej niż człowiek, lecz nie mam oczu tam, gdzie mnie nie ma. Też słowo "pilnował" może nie jest do końca trafne w tym przypadku. Lemmy jest bytem, który tak jak ja musi pozostać w cieniu, poza radarami ludzkości. I tak samo, kto go zobaczy, musi zginąć. Pilnowanie więc sprowadza się do zabijania tych, którzy owe zdjęcie odkryli.
Lemmy to niezbyt szczególna postać pod względem historii, więc nie ma za bardzo co o nim opowiadać. Był on moim pupilem jeszcze za czasów mojego człowieczeństwa. Owej nocy byłem wraz z nim na spacerze. Miał to być ten jeden, ostatni raz, lecz moja miłość do niego była tak wielka, że postanowiłem by przemienił się razem ze mną. Wiem, egoistyczny akt, ale chciałem mieć chociaż jego, ten jeden czynnik nadal łączący mnie z moim dawnym życiem, oraz mój jedyny hamulec. Mam jeszcze dla kogo się starać i komu przekazywać resztki moich pozytywnych uczuć. Bez niego, cóż, byłoby krucho. Wszyscy wiedzą co się dzieje, gdy ludziom totalnie puszczają hamulce i nie mają już o kogo się troszczyć, za czym idzie upust emocji wynikający z faktu, że nie mają już niczego do stracenia. Istny horror.
Naturalnie, po przemianie Lemmy nie pozostał tym samym kochanym psiakiem którym zwykł być, przynajmniej dla innych ludzi. Względem nich jest cholernie krwawy i morderczy, gorszy niż wszelakie ziemskie drapieżniki razem wzięte. Przynajmniej on nie ma do mnie żalu o to co mu zrobiłem, psy nie myślą w takich spektrach. Za to ja mam wyrzuty sumienia do dzisiaj, szczególnie po wydarzeniu "puszczającemu hamulce". Skazałem go na cierpienie, podczas gdy wcześniej musiał tylko się wylegiwać, chodzić na długie spacery i być przez wszystkich dookoła głaskany i kochany. Jednak nie miałby już nikogo, musiałby więc zostać oddany do schroniska. Taki był pierwotny plan, ale po prostu nie wytrzymałem tej myśli. Sprawiłem, byśmy już nigdy nie musieli się rozstawać i bym mógł kontynuować kochanie go każdego dnia. Paradoksalnie Lemmy lepiej by się odnalazł na moim miejscu. Tak jak reszta moich Szkarłatnych, zabija bez żadnych głębszych uczuć, bez jakiegokolwiek poczucia winy. Brakuje mi tego, ale z drugiej strony gdybym również taki był, to nic by z mojego planu nie wyszło. Przywódca musi być inteligentny i opanowany, ludzki i sumienny, a nie jak zwierzę, kierujący się wyłącznie emocjami i instynktem. Owszem, pracuję nad opanowaniem mych emocji, by podobne sytuacje nie wywierały na mnie takiego wrażenia oraz by mnie nie podłamywały, ale nie dążę do bycia totalnie wypranym z ludzkich uczuć potworem. Po prostu, muszę przywyknąć i się nauczyć.
Nadałem mojemu kundelkowi imię Lemmy, ku czci legendarnemu muzykowi grupy Motörhead, ponieważ podczas jego pierwszej wizyty w naszym domu przejawiał ogromną radość gdy akurat leciał w tle ten zespół. Żaden inny tak na niego nie działał. Machał niekontrolowanie ogonem i wykonywał piruety. A fakt, że na dolnej części lewego policzka miał brodawkę, nie pozostawiał wątpliwości co do nazwania psa. Lemmy był psem idealnym. Bardzo posłusznym i potulnym. Jego futro zawsze lśniło i rzadko kiedy zdarzał się spacer bez jego pochwalenia. Po przemianie, cóż, stał się totalnym przeciwieństwem, ale jedynie w kwestii estetycznej. Gładkie lśniące futro stało się szaro-czarne, wiecznie brudne i obrzydliwe. Psie kły przeistoczyły się w tygrysie, a pazury oraz oczy niczym u orła. Wielkość wzrosła dwukrotnie. Jego aparycję zwieńczał szeroki, krwawy, wycięty do policzków uśmiech, który spod ledwo trzymających się fragmentów skóry eksponuje przerażające zęby.
Pozostawiając psa na warcie wyteleportowałem się daleko stąd, nagminnie działając nad nową kryjówką oraz przy okazji załatwiając sprawy z moimi pozostałymi Szkarłatnymi. Czyhałem również na nowych, ponieważ nie wliczając Lemmy'ego miałem ich wówczas tylko trzech.
Jak też można było się domyślić, i tym razem los ze mnie zadrwił. Cholera, badałem to miejsce, ten las. Dokładnie sprawdziłem, czy nie jest on uczęszczany. Ewidentnie był całkowicie opuszczony, jakim więc "cudem" w tak krótkim odstępie czasu wybrały się tam kolejne osoby, tym razem nie 3 a 18!? Nie byłem nawet tego świadomy, do czasu. Niech przeklęty będzie ten dzień!
Około godziny 9:15 do lasu przybyła duża grupa studentów filmówki, wyposażona w sprzęt nagraniowy typu kamery, soft boxy czy blendy do odbijania światła. Uczniów było jak już wspomniałem 18, mniej więcej po równo podzielonych na płcie. Wszyscy poza jedną osobą byli w podobnym wieku, mniej więcej 20-22 lata, choć po zachowaniu można stwierdzić, że dopiero co ukończyli gimnazjum, ledwo co wywiązując się z zagrożeń.
Przybyli w celu, o ironio, nakręcenia krótkometrażowego horroru w ramach projektu na zajęcia. Nie będę wszystkich opisywać, ale ważne byście znali przewodniczącego tejże grupy: reżysera Marka, zadufanego megalomana.
Po rozłożeniu sprzętu i przekąszeniu śniadania, około godziny 11 grupa zabrała się do pracy. W grupie zaczęli doszlifowywać swój scenariusz.
- Dobra, to niech Ania z Beatą ustawią się pod światło, tak żeby w tle było widać te największe drzewa. Będzie zdjęcie na okładkę. - Mówi Marek. - Myślę że zdjęcie za dnia będzie bardziej niepozorne niż jakbyśmy zrobili je w nocy.
Dziewczyny pozują na tle lasu robiąc miny i pozy rodem jak z okładki podróby podróbki playboya. Zachowują się jak Holywoodzkie gwiazdy, a jedyną ich wspólną cechą byłoby zachlewanie mordy i leżenie we własnych rzygach.
Po sesji zdjęciowej cała grupa wchodzi nieco głębiej w las w celu nagrania pierwszej scenki. Jedna ze studentek wzięła ze sobą 9 letnią siostrę Joanne i jej lalkę. Grupa chciała nagrać coś w stylu ,,Annabelle". Nie będę się również rozwodził nad całym procesem produkcji, był on niezwykle nudny i oklepany. Przejdziemy trochę dalej.
- Dobra, teraz rozmowa między filmową Emmą i Sophie, stawaj tam. - Zwraca się Marek do Beaty, swojej dziewczyny.
- Słyszałaś? Wczoraj w nocy to dziecko mówiło samo do siebie. Obudziła mnie ze 3 razy! - Mówi Emma.
- Ano słyszałam, pojebane to dziecko. Powinnaś poroz...
W tej chwili marek gwałtownie wstaje z krzesła i trzepie Beatę, grającą Sophie, w tył głowy.
- Co ty kurwa pojebana jesteś? Nakręcamy film do szkoły a nie twojego gangbangu, dziwko pierdolona! - Krzyczy.
Grupa ani się nie zdziwiła, ani nie zareagowała. Nie było to nic nowego. Kiedyś na imprezie studenckiej Beata całowała się z innych chłopakiem. Tłumaczyła to tak, że będąc tak bardzo pijaną myślała, że całuje się z Markiem. Marek od początku nie okazywał Beacie większego szacunku, ale po tej sytuacji jego bycie chamskim w stosunku do niej stało się regularnością. Jednak kochał ją na swój sposób, nie chciał bowiem z nią po tym zrywać. Co prawda według kilku studentów takie zachowanie było karygodne, lecz nikt nigdy nie odważył się na niego nawet krzywo spojrzeć. Marek mierzył blisko 2 metry oraz był zahartowanym strongmanem na końskiej dawce sterydów. Można było powiedzieć że jest "typowym karczkiem", tylko jeszcze groźniejszym poprzez znajomość sztuk walki. Gdy dochodzi do tego megalomania, mieszanka wybuchowa. Nie mam pojęcia jak go przepuszczają na tych studiach, i jak się na nie w ogóle dostał.
- Weź tą kartkę i mów to co jest tutaj napisane. Wiem że masz problemy z czytaniem i rozumowaniem, ale no kurwa takie studia wybrałaś.
Taki poziom patologii, że połowa grupy wręcz się z tego śmieje.
"Wytresowana Beata", jak to mawia Marek, dokańcza swoją kwestię tak jak pierwotnie miała.
- Ano słyszałam, powinnaś porozmawiać o tym z rodzicami, z tym dzieckiem chyba jest coś mocno nie tak.
Zmiana sceny, 9 letnia Joasia trzyma w rękach swoją lalkę, cicho do niej szepcząc.
- Słyszałam dzisiaj co mówiły o tobie moje siostry. Są strasznie niemiłe... nie rozumiem dlaczego cię obrażają, t-ty jesteś taka super! B-bawisz się ze mną i-ii... - jąka się dziewczynka.
Dziecko jest mocno roztrzęsione po tej całej sytuacji, nie może wypowiedzieć swojej kwestii.
Marek podchodzi i mówi do niej:
- A tobie co? Nie nauczyłaś się tekstu? Mówiłaś że dasz sobie z tym radę! Hanka! - Krzyczy do siostry Joanny - Twoja pierdolona siostra nie nauczyła się tekstu. I jak ja mam do chuja nagrywać z wami cokolwiek? - Rzuca się Marek.
- Nie mów tak do mojej siostry, pierdolony kutasie! - krzyczy Hania
- A bo co mi zrobisz? - Pyta z zadziornym, obrzydliwym uśmieszkiem. - I jeszcze raz tak do mnie szmato powiesz to inaczej porozmawiamy.
Hania po tych słowach kopnęła marka z całej siły w krocze. Na jego szczęście nie trafiła dokładnie, przez co ból nie był aż tak bardzo nasycony.
Marek rzuca się z pięściami na Hanie, cały czas utrzymując swój uśmieszek. Nie hamuje się ani trochę ze względu na fakt, że jest kobietą.
- Pożałujesz szmato. - Sapie dosyć niewyraźnie przez zaciśnięte zęby, ciągle okładając Hanie.
Dziecko płacze, znieczulica pękła. Pięciu chłopaków rzuca się na Marka, odciągając go od Hani. Obezwładniają go, po czym jeden z nich daje mu wykład.
- Miarka się przebrała, skurwysynu. - mówi Andrzej, drugi po Marku najsilniejszy chłopak z kierunku, lecz i tak jest między nimi ogromna przepaść. Dopiero po obezwładnieniu i ze wsparciem 4 innych chłopaków poczuwał się na skierowanie do Marka takich słów. - Zgłosimy to wszystko do dziekanatu i na bank wypierdolą cię ze studiów.
Marek wyraźnie ochłonął, lecz adrenalina nadal krążyła mu w żyłach. Odrzucił trzymających go chłopaków jednym mocnym szarpnięciem, tak że stracili równowagę i runęli na ziemie. Usiadł z ekstazyjnym uśmiecham na twarzy, jak po dobrej "walce". Nie odpowiedział na te słowa, po prostu siedział. Strach naprawdę był ogromny, wszyscy byli zdziwieni odwagą Andrzeja, bo podejrzewali że po tych słowach zostanie co najmniej połamany. Nie wiedząc co robić i nie prowokując bardziej Marka, postanowili po prostu dalej pracować.
- Dobra, dla ochłonięcia zalecam byśmy dzisiaj już niczego nie nakręcali, zaczniemy od rana, w dobrych i spokojnych nastrojach. - przekonuje jedna z obserwatorek.
- Jakiego ochłonięcia? Ktoś potrzebuje jakiegoś ochłonięcia? - Ponownie szczerzy się Marek.
Zignorowawszy jego słowa, kolejna osoba przemawia z tłumu.
- Od rana? Już wszystkie poranne scenki nagraliśmy, nie ma więc takiej potrzeby. Nie lepiej zacząć od wieczora? Poza tym wiesz, wzięliśmy parę butelek...
Grupa z dzikim entuzjazmem oddała się temu pomysłowi. Całą noc spędzili więc na wspólnym piciu, gawędowaniu, tańcach, nagrywaniu filmików czy innych nowoczesnych aktywnościach, traktując Marka z zdecydowanym dystansem. Niestety, on również sięgnął po butelkę. Nikt z kierunku, oprócz jego dziewczyny, nigdy z nim nie pił. Nie mieli więc pojęcia jak będzie się zachowywał, a grobowe milczenie Beaty kiedy tylko wypytywano ją o ten temat, utwierdzało ich w przekonaniu, że może być różnie. Przedstawicielka typowych "karyn" i bez wpływu alkoholu łasiła się i tuliła do ramienia Marka, mając za nic jego wcześniejsze słowa. Z godziny na godzinę ilość promili w krwi wzrastała. Ku uldze grupy, po alkoholu Marek okazał się lepszym człowiekiem, potulnie i otępiale śmiejącym się ze wszystkiego wokół. Mimo wszystko, dystans nadal był trzymany a przerażenie napięte. Nikt nie mógł zapomnieć o zaistniałej sytuacji, wszyscy bali się tej bomby zegarowej.
Do zakończenia picia, to znaczy około 5 nad ranem, wszystko odbyło się już bez żadnych awantur czy zgrzytów.
Nazajutrz, pierwsza osoba wstaje dopiero o godzinie 15. Była wiosna, więc jeszcze było jasno. Za kilka godzin mieli kontynuować nakręcanie filmu. Czas spędzili jak poprzedniego wieczoru, tyle że bez obecności trunków.
Godzina 18, już dosyć poważnie się ściemniło. Grupa ustawia sprzęt i ponownie podchodzi do próby nagrania scenki z dziewczynką, tym razem z powodzeniem.
Po niej grupowiczka głośno prezentuje swój pomysł:
- A teraz może na kolejną scenę zagłębimy się trochę dalej w las? znajdziemy jakąś większą szparę między drzewami i zrobimy lekkie światło za pomocą soft boxów i blend. Wyjdzie super efekt! - zapewnia dziewczyna
Marek niechętnie przytaknął. Wyczuwalna, gęsta atmosfera dystansu oraz umiarkowany kac zdecydowanie stłamsiły wszelaką pasję do dalszego nagrywania, szczególnie że po wczorajszej akcji ma realną szansę na zostanie wyrzuconym ze studiów.
Podczas gdy grupa od 20 minut coraz bardziej się zagłębiała i kłóciła, które drzewo wygląda straszniej i bardziej odpowiednie, Marek odparł:
- Słuchajcie, napierdala mnie łeb i musze się położyć. Scenariusz jest już ustalony więc mnie nie potrzebujecie. Jak coś będę w swoim namiocie.
Ruszył w stronę namiotów, nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź. Grupie było to całkowicie obojętne.
Reszta grupy zagłębia się coraz dalej w las, aż znikają z pola widzenia Marka.
Nigdy jeszcze nie widzieli go tak "spokojnego". Zawsze był bardzo impulsywny i narwany, wszędzie szukał okazji do bicia się lub okazania swojej wyższości. Po wczorajszych wydarzeniach po prostu ignorował rzeczy, za które normalnie spuściłby wpierdol. Czyżby zauważył swoją winę?
Wiecie co było atutem tego lasu? Atmosfera i krajobraz po wichurze. Rzadko rozproszone gałęzie, kilka powalonych drzew, podmokłe torfowisko. Marzenie dla twórców horroru. Owa wichura miała miejsce 2 dni przed ich przybyciem. Dokładnie to dzień po tym, gdy przeniosłem swoje zdjęcie ku szczytowi drzewa i wyteleportowałem się, szukając nowego miejsca. Już nie miałem czasu tam wracać i nie wiedziałem co się tam działo, nie brałem bowiem pod uwagę czegoś tak trywialnego jak zła pogoda, co realnie mogło zaszkodzić zdjęciu. Nie miałem pojęcia co Lemmy robił podczas tej wichury. Prawdą jest, że nie miał on zbyt dużych możliwości w aspekcie pilnowania. Może nie był odpowiednim Szkarłatnym do tego zadania... Po prostu stał pod drzewem, na którym wisiało zdjęcie, lecz skoro było ono poza ludzkim wzrokiem, nieszczególnie mniej była poza psim. Tak, wspominałem że Lemmy zyskał orli wzrok, jednak z jego perspektywy, mającego około 1.60 cm wzrostu na 4 łapach stworzenia, nie można nim sięgnąć do korony drzew. Nie dostrzeże zdjęcia zakopanego w gąszczach liści, więc jak dokładnie miał go pilnować? Stał pod drzewem i nie zorientował się, że podczas sztormu owe zdjęcie pofrunęło w siną dal... Jak już wspomniałem nie miałem pojęcia o tym incydencie, nie wiedziałem gdzie wtedy znajdowało się zdjęcie. Oczywiście, że leżało przemoczone na trawie około 200 metrów od drzewa, na którym wisiało. I oczywiście, że grupa zatraciła się w lesie dostatecznie głęboko, by je znaleźć. Pogniecione zdjęcie z pewnością musi być niezwykłą atrakcją, skoro jakaś cicha dziewczyna postanowiła je podnieść i się przyjrzeć, gdzie wokoło walało się wiele podobnych śmieci, przez nich samych zostawionych. Nienawidzę tego typu ironii losu.
Lemmy doznał impulsu. Wyłonił się z kryjówki i bez ostrzeżenia, mknąc niczym wystrzelony pocisk, zaczaił się na tył grupy i zaczął atakować pierwsze osoby z brzegu. Jego ostre zęby przechodziły przez mięso niczym piankę, a przez kości niczym patyki. Człapania były szybsze niż ludzkie oko było w stanie zarejestrować. Po 3 sekundach od ataku dwójka dziewczyn leżała już na podłodze, z wyrwanymi do nasady kości nogami. Zanim cała grupa się zorientowała co się dzieje, 4 osoby leżały już martwe. Marek usłyszał przeraźliwe krzyki z głębi lasu. Mimo iż mógł to uznać za nagrywanie kolejnej scenki, instynktownie wyłonił ze swej torby pokaźny nóż, który miał być rekwizytem filmowym, i sprintem ruszył w kierunku wydawanych dziwnych dźwięków. Mimo swoich pokaźnych rozmiarów całkiem szybko biegał, lecz by dotrzeć do tej głębokości lasu, musiał biec półtora minuty, dając z siebie ostatki sił. Okropnie zadyszany, mokry od potu wreszcie dociera do źródła hałasu. Przed jego oczami ukazuje się krwawa łaźnia. Ogromny basen pełen ludzkich zwłok, wymieszanych w jedną breje. Nie dało się stwierdzić ile osób tam leży, części ciała były rzadko porozrzucane. Na prawym krańcu tego basenu widzi dwójkę osób, które z przerażeniem w oczach wszystko obserwują, wespnowszy się wcześniej na drzewo, a na ziemi czwórkę mężczyzn, w tym Andrzeja, którzy poważnie okaleczeni, pełni furii, wszelkimi sposobami próbują odeprzeć atak stwora. 3 metry od nich zauważa klęczącą i wymiotującą kobietę. Od razu rozpoznaje po włosach, że to Hania. Mężczyźni obrali bardzo dobrą pozycję. Udało im się nawinąć na rękę Andrzeja 4 warstwy koszulek, którymi zablokowali ugryzienie Lemmy'ego, gdy ten rzucił się na jego rękę. Pociągnęli za rękawy koszulek, zaciskając materiał na szyi potwora. Ból był nie do wytrzymania, Lemmy coraz głębiej wgryzał się w rękę, podczas gdy dwójka osób ciągnęła z całej siły za rękawy, dusząc psa, a ostatnia osoba zaszła go od tyłu i dźgała rozwaloną butelką. Pies również doznał furii, zaczął się z diabelską siłą szamotać, aż prędko cała czwórka runęła na ziemie. Marek skorzystał z okazji. Zanim ciała uderzyły w podłogę, zanim Lemmy zdążył się zorientować, Marek zaszedł go od tyłu i z całej siły wbił mu nóż w dolną część ciała. 18 centymetrowe ostrze wbiło się aż do rękojeści, nie napotykając żadnej kości. Marek myślał więc, że trafił w jakiś witalny organ, ale nie znał się na podstawach anatomii i nie miał pojęcia co znajduje się tam na dole, a szczególnie u czegoś, co przypomina demonicznego psa. Miał jednak dobre przeczucie, pies zawył przeraźliwym agonalnym wysokim piskiem, który prawie ogłuszył wszystkich w obrębie 200 metrów. Reszta mężczyzn również nie próżnowała i skorzystała z okazji. Zaczęli obijać psa tym, co mieli pod nogami. Jeden butelką, drugi kamieniem, trzeci nic nie znalazł więc korzystał z pięści, a Marek z dzikim impetem ładował coraz to kolejne pchnięcia nożem w coraz to różne miejsca. Pies był niezwykle silnym bytem, lecz przewaga była zbyt duża. Po około 3 minutach zadawaniu ciosów ostatkami sił, pies w końcu pada. Przy ostatnim, decydującym pchnięciu nożem, pies ponownie agonalnie zawył, lecz 10 razy głośniej. Tym razem naprawdę reszta tymczasowo ogłuchła. Wszyscy wycieńczeni, mokrzy i lepiący od potu i krwi, cali w ranach, równo padli na podłogę. Leżeli tak dobrych parę minut. Z ogromnym wysiłkiem, Andrzej doczołgał się do leżącego obok Marka. Ręka, którą Andrzej powstrzymywał psa, była oskubana do kości, niczym obgryziony szaszłyk. Ilość krwi była nie do pomyślenia. Oprócz tego praktycznie całe jego ciało pokrywały mniejsze lub większe ślady cięć po pazurach oraz ugryzień. Andrzej po dłuższej chwili wzmaga się na podniesienie głowy i oparcie jej o rękę. Marek był całkowicie zastygnięty w ruchu. Ciężko oddychał i poruszał jedynie gałkami ocznymi. Spojrzał na wpatrującego się w niego Andrzeja. Ten się ciepło uśmiechnął, mając całą twarz paskudnie ubruzganą we krwi. Powiedział coś do niego, lecz Marek nic nie słyszał. Patrząc na ruch warg był w stanie stwierdzić, że zdanie składa się z 3 słów, a ostatnie z nich to było "chujem". Krótko po ich wypowiedzeniu, głowa Andrzeja bezwiednie gruchotnęła o ramie Marka. Czuł ciepłą tętniczą krew lejącą się po nim. Wzrok coraz bardziej czerniał. Nie mając w głowie żadnych myśli, zasnął.
Obudził się. Nie miał pojęcia ile czasu minęło. Było jasno, lecz pochmurnie. Odzyskał słuch. Czuł niekomfortowe pulsowanie w głowie. Wziął pierwszy świadomy wdech, po czym momentalnie zwymiotował, czując paskudny odór zwłok. Gwałtownie wstał, zrzucając z siebie niepokojący obiekt spoczywający na jego ramieniu. To był Andrzej. Leżał bez ducha. Marek potrzebował chwili dla siebie by wszystko zarejestrować oraz przyzwyczaić się do zapachu. Zaczął się rozglądać. Zauważył jedynie 5 ciał, które miały wszystkie kończyny na swoim miejscu. Jednym z nich był marek, trójka leżała nieopodal, wszystkie leżące twarzą do ziemi, a jedno w kucnięciu opierało się plecami o drzewo. Wygląda na to że ktoś przetrwał, albo przynajmniej zmarł w takiej pozie. Chwiejnym krokiem, powoli podchodzi do wszystkich ciał po kolei, szturchając i je odwracając. Pierwszy za Andrzejem, również martwy. Drugi oddychał, prawdopodobnie spał. Nie miał zamiaru go budzić. Trzeci przy szturchnięciu otworzył oczy, długo wpatrywał się w Marka, po czym obrócił się na 2 bok by zwymiotować. Podszedł do 4 osoby, opartej o drzewo. I tym razem rozpoznał te włosy, mimo iż były bardzo brudne i nasiąknięte krwią. Hania. Łapie ją za ramię, dziewczyna z przerażoną miną odtrąca Marka i staje na 2 nogi. Po rozpoznaniu Marka, runęła na ziemię z płaczem. Mężczyzna był zdezorientowany, nie miał pojęcia co ma robić. Odszedł od Hani w kierunku morza zwłok. Nie chciał wierzyć, że to jedyni przetrwańcy. Przechadzał się po stercie zwłok, gdy krew mlaskała mu pod nogami, wlewając się do butów. Był totalnie na to wszystko zobojętniały. Szukał jedynie Beaty. Wiruje wzrokiem przez dłuższy okres czasu. Gdy pokonał wstręt, zaczął grzebać rękami. W końcu znalazł to, czego znaleźć nie chciał. Bransoletkę Beaty, znajdującą się nadal na jej dłoni, która już niestety nie była przyczepiona do reszty ciała. Poprzez stan zobojętnienia nie można było zauważyć żadnych emocji płynących z faktu rozpoznania przez Marka swojej martwej dziewczyny. Pustym wzrokiem, bez celu, kontynuował ścieżkę po górach ciał. Po jakimś czasie zobaczył znowu ten obiekt. Zdjęcie. Całe przesiąknięte krwią. Podniósł je i postanowił się mu przyjrzeć, co mocno utrudniała jego ledwo co trzymająca się struktura oraz czerwoność krwi. Krajobraz na fotografii przedstawiał las, całkiem podobny jak ten, w którym się znajdowała. Jedno pokaźne drzewo iglaste wybijało się na pierwszy plan. Obok niego, na środku, widniał enigmatyczny stwór. Bardzo chuda postać humanoidalna. Była o głowę niższa od owego drzewa, musiała więc mierzyć kilka metrów. Zza pleców wystawało kilkadziesiąt długich i ostrych szpikulców. Postać nie była ubrana w nic, ale równocześnie nie była goła. Owijała ją zmatowiała, gęsta mgła. I co chyba najbardziej zadziwiające - była bez twarzy.
Fotografia przedstawiała mnie, zwanego "Beztwarzowym". Tak właśnie najczęściej określały mnie moje dawne ofiary, więc moi Szkarłatni przejęli tą nazwę. Moją głowę pokrywa lekko szorstkawa, biała niczym śnieg skóra. Nie ma na niej oczu, uszu, ust czy nosa. Jest owalem bez żadnych śladów narządów, widać jedynie lekki zarys kości policzkowych i mocny zarys ostrej żuchwy. Nie mam oczu, lecz wszystko widzę. Nie mam uszu, lecz wszystko słyszę, i tak dalej i tak dalej... Właściwie, to nie mam żadnych organów, nie tylko tych na twarzy. Odnosząc się do dalszych szczegółów widocznych na fotografii: Docelowo mam 3 metry wysokości, lecz potrafię się rozciągać w praktycznie nieskończoność. Nie mogę się niestety skurczać. Zza moich pleców, pod obiema łopatkami, potrafię wyrzucić ze swojego ciała kilkaset ostrych jak brzytwa szpikulców naraz, o nielimitowanej długości. Lubię zmniejszać swoją fizyczną formę do podstawowych 3 metrów i jedynie poruszać się na wydłużonych szpikulcach, na wysokość drzew. Wyglądam wtedy dobitnie przerażająco.
Jak i w przypadku poprzednich wydarzeń, nie było widać krzty reakcji na twarzy Marka. Po dokładnych oględzinach zdjęcia, zmiął je w kulkę i rzucił z powrotem tam, gdzie leżało. Ech, oczywiście, że to się stało. Zdjęcie podczas zmięcia, już bardzo mocno zniszczone strukturalnie poprzez przesiąknięcie krwią i brudem, po prostu się rozpadło. W momencie tych wydarzeń, akurat konwersowałem z moim Szkarłatnym, Manelokiem. Nagle poczułem zimne, przeszywające kłucie w sercu. Dokładnie takie, jakby pchnięto mnie w nie nożem, tylko bardziej intensywniej. Nie mogłem się skontrolować. Padłem na kolana i zawyłem z bólu tak donośnie, że mogli mnie usłyszeć jacyś przypadkowi ludzie.
- Och, Ohohoho, dlaczegoż to Pan Beztwarzowy wiję się niczym robak? Ohohoh, wielki, a niczym robak, cóż za absurd! Robak Beztwarzowy, cóż za oksymoron! - śmieje się błazen
Natychmiastowo przeteleportowałem się do Śleszowickiego lasu, nie myśląc nawet o innych miejscach. Zastałem druzgocący widok. Oczywiście nie chodziło o morze krwi i wnętrzności, a o widok mojego pupila. Zmasakrowanego, z licznymi ranami kłutymi i ciętymi. Mój skarb...
Minęły 3 sekundy, pozostająca wówczas przy życiu trójka leżała zmasakrowana, wmieszana między swoich znajomych. Odgrywałem sobie w głowie tykanie zegara, gdy co sekundę wbijałem w kogoś swoje kolce. Co sekundę zabijałem kolejną osobę, delektując się tym krótkim ależ jakże przepysznym przerażeniem i czystą grozą w oczach tych, którzy nie wiedzą co się dzieje, a widzą jedynie śmierć. Szkoda tylko, że jeden był odwrócony plecami. Zostawiłem Marka na sam koniec. Do dziś miło wspominam, jak kręcił się z niedowierzaniem, obracając się do coraz to kolejnych bruzd krwi, nagle wybuchających z ciał. Wtedy jego stagnacja i obojętność pękły. Z otwartymi ustami podążał za nimi wzrokiem. Próbował coś mamrotać. Specjalnie obryzgiwałem go ich krwią. Gdy, nie licząc Marka, ostatnia osoba straciła życie, wstrzymałem się na 10 sekund. Sadystyczną satysfakcję sprawiło mi patrzenie, jak z zakłopotaniem obracał się w stronę tych wszystkich ciał, nie wiedząc z której strony nadejdzie atak. Z trzykrotną siłą wbiłem mu swoje kolce w kark, odcinając głowę. Gdyby nie on, może sytuacja inaczej by się potoczyła. Gdy bezwzględnie wbił nóż w mojego psa, dał innym nadzieję i odwagę. Byli zbyt przerażeni, poturbowani i zmęczeni walką by cokolwiek robić. Duszenie ubraniami było ich ostatnim aktem desperacji, z czego i tak Lemmy całkiem łatwo się wydostał. Gdyby tylko nie ten nóż... Wszystko przez ciebie... Niedowierzałem jak grupa gówniarzy zdołała zrobić coś takiego. Byłem bliski zwariowania zdając sobie sprawę z tego, co się właśnie stało. Kilka dni po sytuacji rodziny, do lasu przyjeżdża kilkunastoosobowa grupa, która zabija mojego Szkarłatnego-pupila oraz zniszczyła moje zdjęcie, pozbawiając mnie części mocy i nieśmiertelności. Zacząłem się z tego wszystkiego maniakalnie śmiać. Poza tym, była to pierwsza sytuacja w której zabijanie sprawiło mi przyjemność. Zazwyczaj był to przykry obowiązek, wtedy jednak ogromną satysfakcję sprawiało mi wbijanie swoich szpikulców w ich ciała, rozbryzgując krew. Czysty terror w oczach Marka, specjalne zwlekanie 10 sekund by się tym widokiem nacieszyć... Po moim ciele przeszedł ekstazyjny prąd podniecenia. Odkryłem, że właśnie takich ludzi potrafię mordować z ogromną przyjemnością. Działał na mnie gniew, postąpiłem zbyt pochopnie. Powinienem torturować każdego z nich z osobna. Wyrywać im wszystkie kończyny, powoli, aż całe mięso by się osunęło. Potem wyłupać im oczy, wyrwać język, rozpruć brzuch, wyjąć powoli flaki i zostawić na gorącym słońcu, by prażyły się ich wnętrzności, aż nie zdechną w agonii. Na pewno już nie popełnię tego samego błędu.
Nie ma opcji, że i tym razem ujdzie mi wszystko na sucho, to była kilkunastoosobowa grupa studentów z renomowanej uczelni. Typowe imprezowo-patologiczne nastolatki, z pewnością mieli sporo kontaktów, którym opowiadali o swoich planach i którzy zauważą ich nieobecność. Będą problemy. Moje dotychczas względnie spokojne życie trafi na specjalne tory. Zaczną się poszukiwania i śledztwa. Będę musiał być ostrożny jak nigdy. Zacierać ślady, unikać wszelkich oraz perfekcjonistycznie wszystko rozplanować, aż nie osiągnę swojego upragnionego celu. Tego, dla którego robię to wszystko. Cóż, jestem na to lepiej przygotowany. Nie będzie już z mojej strony żadnych wahań moralnych, albowiem:
Hamulce puściły.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania