Szkarłatni. Rozdział 3 - Początek
Godzina 12:30
- Hej Grażynko. Słuchaj, odzywał się może do ciebie Marek albo ktokolwiek z grupy? Mieli wrócić wczoraj wieczorem, a nie dają żadnego sygnału życia. - Dzwoni matka Marka do swojej przyjaciółki, matki Beaty. Ich dzieci były w związku.
- Hej Agatko, właśnie miałam do ciebie dzwonić i spytać o to samo. Dzwoniłam i pisałam do Basi chyba z 8 razy. Ech, co te bachory zaś wyrabiają? - Mówi Grażyna, całkiem sucho emocjonalnie. Nie brała pod uwagę czegoś poważniejszego.
- Pewnie znowu poszli gdzieś pić i szlajają się nie wiadomo gdzie i nie wiadomo z kim. Ech, znowu będę musiała sobie porozmawiać z Markiem. Obiecał że już nie zrobi mi czegoś takiego.
- A masz może numer do któregoś z rodziców? - Pyta Grażyna. - Próbowałaś się dodzwonić?
- Dzwoniłam do Kasi, matki Julki, ale powiedziała mi dokładnie to samo co ty, też miała do mnie dzwonić bo nic nie wie. Mówię ci, pewnie leżą gdzieś teraz pijani. Jak tylko którykolwiek z nich się odezwie dam ci znać, i ty zrób to samo.
- Dobra, to dzięki Agatko i do usłyszenia.
- No no, w kontakcie kochana.
Godzina 16:22
- Hej, i jak? Wiesz już może coś? Wiem że miałam czekać na telefon ale bez przesady że to tyle trwa! Gdyby chlali to o tej godzinie powinni już wstać. - Mówi lekko zbulwersowana Grażyna.
- Hej, nie wiem, ale już naprawdę przeginają pałę. Marek dostanie taki szlaban że się nie pozbiera. Dzwoniłam nawet do szkoły prosić o jakieś numery do rodziców, podzwoniłam, ale odebrały tylko 2 osoby. Jedna pijana zwyzywała mnie że po chuj dzwonię i nastraszyła mnie policją, druga powiedziała że nie ma pojęcia. Myślę że po prostu gówniarze się zgadali i przedłużyli sobie wypad.
- Moja też dostanie po dupie. Już się dobra robiła, coraz mniej zadawała z tą patologią i wygląda na to że znowu do tego wróciła. Ech, no nic, pozostaje nam czekać. Sorki za ten telefon ale rozumiesz że nie podoba mi się to wszystko.
- Jasne, rozumiem. No to w kontakcie Grażynko.
- No, w kontakcie. Pa.
Godzina 19:07
- Nie no to są kurwa jakieś jaja. - Mówi Grażyna znacznie podnosząc głos do słuchawki. - Aga ja za chwilę chyba zadzwonię na policję.
- No mnie teraz też...przestało to wszystko bawić. - Odpowiada lekko drżącym głosem, robiąc przerwy, by zaciągnąć się papierosem i wypuścić dym. - Nie wiem, naprawdę nie wiem Grażynko co...mam robić. Po prostu nie wiem.
- To co, myślisz żeby zadzwonić? Nie chce mi się wierzyć że są tak egoistyczni by nikomu nie dać znać o tym co się dzieje, żadnemu ze swoich rodziców. Przecież w tej grupie było parę porządnych dziewczyn które zostały dopchnięte do tej grupy, i one też by w to weszły? I że wszyscy wyłączyli telefony? Przecież oni nie potrafią bez nich żyć, więc pewnie wszyscy ustawili na tryb ignorowania. Według mnie po prostu gówniarze są kurwa bezczelni i nie myślą o tym jak teraz czują się rodzice.
- Pewnie jest tak jak mówisz, no bo innego wytłumaczenia nie widzę. ...W takiej dużej grupie na pewno nic by im się nie stało. Wszyscy naraz nie zostaliby porwani. - Mówi Agata, przy ostatnim zdaniu lekko parskając śmiechem, chociaż wcale jej to nie rozbawiło. No nie wiem co możemy zrobić, chyba tylko czekać. Jeśli nadal nikt się nie odezwie no to trudno, zadzwonimy i to niech oni się później tłumaczą, o ile już żaden rodzic tego nie zrobił.
Jak można było zauważyć, grupę studentów można było sklasyfikować jako patologiczną. Mogło by się wydawać że wcale nie było tak źle, bowiem przeciwstawili się zachowaniu Marka, lecz nie opisywałem tam każdej pojedynczej cichej osoby z grupy, które stanowiły większość. Większość z nich należała do czasami skrajnie patologicznego środowiska. Po prostu starali się to w sobie tłumić. Skupili się na projekcie, by go zaliczyli. W przeciwnym razie mogliby ich wyrzucić ze studiów, a wtedy wiele rodziców po prostu wyrzuciłoby ich z domu. I właśnie to jest klucz dla tego wątku - rodzice. Patologiczne wzorce bardzo często biorą się stamtąd, w przypadku tej grupy nie było inaczej. Roiło się wśród nich od alkoholików, narkomanów, hazardzistów i innych skrajnych nałogowców. Najgorsza trójka była bezdomna i żerowała na swoich dzieciach i ich pieniądzach przy każdej możliwej okazji. Dlatego większość z nich miała serdecznie gdzieś, co się aktualnie dzieje z ich dziećmi i nikt nie zadzwonił na policję. Należy również pamiętać, że wracanie po kilku dniach melanżowania było rutyną, oraz że jakaś część z grupowiczów zdążyła już się wyprowadzić, także rodzice nie mieli zbyt dużego rozeznania odnośnie ich pobytu.
- No dobrze, ja czekam do 22 max i wtedy zadzwonię. Nie mam zamiaru czekać do jutra.
- Spokojnie Grażynko, - mówi już znacznie mniej zdenerwowana - mimo wszystko jeszcze dzień nie minął odkąd mieli wrócić. Miejmy nadzieje że się ta dzieciarnia ogarnie.
- A co jeśli rzeczywiście coś mogło się stać? Nie wiem, jakiś wypadek samochodowy?
- Grażynka proszę cię. Ile ich tam było, 15? 16? Przecież w takiej grupie nikt by nie zaginął ani nic by się nie mogło stać z tylu ludźmi dookoła, - kontynuuje już wyłącznie kierując się logiką niżeli uczuciami - a w wypadku też wszyscy by nie zginęli. Większość z tamtej grupy ledwo co na czesne wyciągała więc nie ma co mówić o samochodach. Rozumiem że przechodzą cię najczarniejsze myśli ale naprawdę ci mówię, nie nakręcaj się bo będzie tylko gorzej. Dajmy im czas do jutra, niech się ogarną i zobaczymy czy coś się zmieni.
- No dobrze, ale jeśli dalej będzie cisza to od razu dzwonię i nie ma dyskusji.
- Dobrze, zadzwonisz. Trzymaj się, i staraj się tak o tym nie myśleć.
- Dobrze, postaram się. No to do usłyszenia kochana.
Godzina 4:13
- Numer alarmowy 997 w czym mogę pomóc?
- Dobry wieczór, mówi Grażyna Jardaś, mieszkam na ulicy Bolesława Prusa 16/2 w Wieliczce. Chciałabym zgłosić zaginięcie mojej córki Beaty Jardaś.
- Dobry wieczór, już panią przełączam.
kilka sekund ciszy.
- Komenda Powiatowa Policji w Wieliczce, słucham.
- Dobry wieczór, mówi Grażyna Jardaś, mieszkam na ulicy Bolesława Prusa 16/2 w Wieliczce. Chciałabym zgłosić zaginięcie mojej córki Beaty Jardaś.
- Dobry wieczór. Ile pani córka ma lat?
- 21.
- Czy jest pani pewna że doszło do zaginięcia? Ile czasu minęło od ostatniego kontaktu oraz gdzie dokładnie mogła zaginąć? Wspominała coś pani o swoich planach, wyszła gdzieś z przyjaciółmi czy coś takiego?
- Jestem pewna, ponieważ tak naprawdę to doszło do zaginięcia całej grupy kilkunastu osób. Otóż proszę pana była to grupa studentów która wybrała się do lasu by nagrać film na projekt na zajęcia, który znajduje się we wsi Śleszowice. Minęły już teraz 2 dni odkąd miała wrócić do domu a nie kontaktowała się od 4. I co najdziwniejsze to żadne z dziecek nie wróciło do domu i żadni rodzice nie wiedzą gdzie się podziewają.
- Jest pani pewna? Kontaktowała się pani ze szkołą i rodzicami?
- Z rodzicami tak, ze szkołą nie.
- Poproszę dokładną nazwę i adres tej szkoły.
- Szkoła Filmowa imienia emm, Krzysztofa Kieślowskiego w Wieliczce. Niestety dokładnego adresu nie pamiętam, ale jest tam tylko jedna szkoła filmowa.
- Rozumiem. Skontaktujemy się również ze szkołą i innymi rodzicami. Jest to pierwsze tego typu zgłoszenie, więc dziwne iż żadni rodzice nie zadzwonili, skoro jak pani mówi cała grupa zaginęła
- Wie pan, bardzo duża część rodziców tej grupki to patologia, więc nie dziwne że żaden się nie zainteresował dzieckiem.
- Rozumiem. Czy zauważyła pani cokolwiek nietypowego w zachowaniu córki? Nawet najmniejsze szczegóły.
- Nie było nic takiego. Córka nie pierwszy raz wyjeżdżała na taką wycieczkę i zawsze wszystko było normalnie.
- Czy wykluczała pani ucieczkę? Czy sprawdziła pani czy córka zabrała jakieś rzeczy mogące wskazywać na ucieczkę, typu pieniądze dokumenty i tym podobne?
- Proszę pana, oczywiście że zabrała ponieważ wyjeżdżała tam nocować, musiała wziąć portfel pieniądze i tego typu rzeczy. - mówi zbulwersowana.
- Rozumiem, procedurowe pytanie. Czy telefon córki jest wyłączony?
- Tak.
- Poprosiłbym o jej numer telefonu.
- 539 824 107
- Jest pani w stanie podać dokładną datę i godzinę wyjazdu?
- To było 4 dni temu, córka wyszła z domu około 15 minut przed ósmą, szła do koleżanki pomóc jej się spakować. Za każdym razem tak robiła. Dzwoniłam nawet do matki tej koleżanki i potwierdziła, że Beata u niej była. Mówiła też że wyjechały koło 10.
- W porządku. Teraz prosiłbym panią o wytężenie umysłu i podaniu mi jak największej ilości szczegółów mogących pomóc w śledztwie. Dokładny wygląd córki, imiona koleżanek i kolegów z którymi jechała, w co pani córka była ubrana tamtego dnia, jakiej marki i koloru był samochód którym wyjeżdżały i tym podobne.
- Niestety marki i koloru nie podam gdyż nigdy tego samochodu nie widziałam, zawsze jak gdzieś jechali to córka po prostu wychodziła z domu. Wiem na pewno że wyjeżdżały razem w czwórkę, imiona pozostałych dziewczyn to Hania, Patrycja i Maja. Hania była kierowcą, jest niskawą dziewczyną o brązowych kręconych włosach, dość przy sobie. Ale co wtedy miały ubrane to już proszę pytać ich rodziców. O Patrycji i Mai wiem tylko tyle co mi córka opowiadała, nigdy ich nie widziałam, więc niestety nie mogę pomóc. Tamtego dnia Beata była dość luźno ubrana, miała czarną koszulkę na ramiączkach oraz krótkie spodenki, również czarne. miała długie blond włosy sięgające do pasa, splecione w warkocz. Może ogólnie przytoczę jej rysopis, jest ona dość wysoką dziewczyną, 176 cm ostatnio jak się mierzyła u lekarza. Ma niebieskie oczy, wąską twarz oraz szczupłą sylwetkę.
- Dobrze, dziękuję pani za informacje, zgłoszenie zostało przyjęte. Skontaktujemy się z odpowiednimi jednostkami. Będziemy informować na bieżąco.
- Dziękuję bardzo, do widzenia.
- Adrian, słyszałeś? Skontaktuj się z władzami tych Śleszowic.
- Śleszowice, heh, wiesz w ogóle gdzie to jest? Brzmi jak totalne zadupie.
- No właśnie nie, i wydaje mi się że nie ma tam nawet jednostki. Muszę poszukać pod kogo podlegają. Hmm... mam. Podlegają pod KPP Wadowice. Również zadupie. Obawiam się że nie poradzą sobie z tak poważną sprawą, jeżeli rzeczywiście to zaginięcie.
- A co gorsza to mogą machnąć na to ręką.
- No ale nie bądźmy od razu tacy pesymistyczni! Dzwoń.
- Halo, dzień dobry, Komenda Powiatowa Policji w Wadowicach, słucham zgłoszenia.
- Witam, tutaj Komendant Główny Komendy Powiatowej Policji w Wieliczce Marek Pisklewicz. Przekazujemy zgłoszenie dotyczące zaginięcie kilkunastoosobowej grupy nastolatków na terenie wsi Śleszowice, która podlega pod was. Właśnie wysyłam państwu sporządzoną notatkę podczas rozmowy. W ciągu kilku godzin powinien również napłynąć pełny raport, wzbogacony informacjami od innych rodziców. Prosimy o przyjrzenie się tej sprawie. Jeżeli rzeczywiście to zaginięcie to mamy do czynienia z jedną z największych spraw na świecie
- O-och, - zająknął się mężczyzna ociężałym grubym głosem, świadczącym o problemach zdrowotnych i otyłości - rozumiem. Tak, proszę wysłać. Wszystkim dokładnie się przyjrzymy. Do widzenia.
-Chci...
Wadowicki policjant odłożył słuchawkę. Z nielekkim podnieceniem w głosie zwraca się do swojego przełożonego.
- Och, Kamil, słyszałeś? - Mówi, z sekundowymi przerwami między słowami, ciężko dysząc jakoby przebiegł maraton.- Zaginięcie! Boże, kilkanaście osób! Kamil, ja nigdy nie słyszałem o takiej sprawie na świecie.
- Słyszałem. - Odpowiedział dobitnie poważnym tonem. - Musimy dać z siebie wszystko, to okropna sytuacja. Jeżeli to rzeczywiście zaginięcie i jeżeli je rozwiążemy, czeka nas niemała chwała. Sam prezydent powinien nam wręczyć ordery.
- Tak tak! Jak tylko przyjdzie raport bierzmy się od razu do roboty!
Panowie policjanci wspólnie odczytują raport.
- Duża grupa nastolatków. - czyta przełożony - Było ich kilkunastu, zarówno chłopcy jak i dziewczęta. Średni wiek 21 lat. Córka zgłaszającej, w ten dzień ubrana tak i tak... Samochód takiego koloru... Cholera Jacek, nie ma tutaj żadnych konkretów, najdrobniejsze szczególiki. Jak się mamy za to zabrać? Nie mamy podstaw do działania. Nie pomyśleli że nie mamy tutaj zbyt wielu spraw?
- Ehehe, daj spokój! - Roześmiał się głośno i osobliwie, plując okruszkami. - Byłeś pełen entuzjazmu a teraz co? Wymiękasz?
- Wymiękam? Nigdy. Działamy i to natychmiast.
- Mówiłeś że nie mamy podstaw do działania.
- Na początek najlepiej będzie wysłać kogoś do tego lasu na oględziny. Weź tam wyślij Wojtka, albo najlepiej całą ekipę. Niech zrobią te wszystkie badania daktylaktoskopijne czy jak to tam, nie znam się.
Po 3 dniach jednostka wysyła jednego policjanta Wojtka Mruszałe do oględzin lasu i ewentualnego zabezpieczenia lasu. Oczywiście był totalnie nieprzygotowany, bez wymaganego sprzętu.
Wszedł do lasu pewnym krokiem, bez krzty ostrożności czy zauważalnego przejęcia powagą sytuacji. Był wkurzony, że cała robota została zwalona na niego, i nie miał zamiaru się przepracowywać. Zamierzał to po prostu "odbębnić", mając całą sytuację gdzieś.
10 minut mija na oględzinach lasu, zwieńczających się do spacerku dookoła i wzroku wlepionym w podłogę, co jest okazjonalnie przerywane odpisaniem na messengerze.
Po tych 10 minutach uznał, że dość już się napracował by zasłużyć na przerwę. Usiadł więc opierając się o drzewo i w spokoju wypalał papierosa, przeglądając internet.
Z lansu wyrwał go telefon od komendy. Kłamiąc że cały czas się bezskutecznie krząta, postanowił faktycznie coś porobić, dla niepoznaki.
Cholera, czego ja mam tutaj w ogóle szukać - pomyślał. Śladów stóp? Przecież wiadomo że nie byli tutaj jedyni. Może mam liczyć na to że całując się lub uprawiając miłość co nieco skapnęło na podłogę, bym mógł pobrać próbki DNA? - Zafantazjował.
- Zaraz zaraz, stó... Tutaj nie ma żadnych śladów stóp, a podobno była ich cała grupa. Chyba że się jeszcze na tyle nie zagłębiłem. Faktycznie coś mi tu śmierdzi.
Kolejne pół godziny schodzi Wojtkowi na rozglądaniu się, wlampionym w podłogę, co znacznie wpłynęło na jego ból kręgosłupa. Trafił jednak na...
Jasna cholera!
- Jasna cholera, no przysięgam że tutaj niczego nie ma! - Krzyknął na głos. - Nie ma tu kurwa żadnych śladów ani stóp ani niczego, wracam i powiem że była to mafia i chuj! Przez nich mnie krzyż napierdala!
Co? Przed chwilą wpatrywał się centralnie w moje podarte zdjęcie i nijak nie zareagował. Dlaczego je tam zostawiłem? Cóż, obraz nędzy, mojego podartego zdjęcia w kałuży krwi i błota, za bardzo we mnie uderzył. Posprzątałem wszystko, ale je tam zostawiłem, rozprute i brudne, żałosne. Upamiętniało na swój sposób tamtą sytuację, zrywającą moje psychiczne granice oraz upamiętniającą mojego psa. Konkretny brak profesjonalizmu zostawiać je tam na widoku, ale miałem to gdzieś, tym bardziej że nie dawało mi już mocy. Niczym wkurzone dziecko, odmawiające posprzątania za sobą klocków. Miejsce lecz samo w sobie nie budziło żadnych wątpliwości. Nie było nijak rozkopane, nie było żadnych śladów. Przeniosłem ziemię i roślinność z innego miejsca. Wygląda dokładnie tak jak wyglądała przed wydarzeniem, tylko że z fotografią, której brązowość brudu tuszowała odcień krwi.
Spróbowałem wtedy na chwilę wejść w umysł Wojtka by sprawdzić czy faktycznie tą fotografie widział, czy może przeszkadzała mu wada wzroku lub zaburzona świadomość, lecz... nie potrafiłem. Straciłem tę moc w momencie podarcia fotografii. Jedyną opcją by wejść w umysł funkcjonariusza byłoby przeistoczenie go w Szkarłatnego, lecz byłoby to całkowite marnotrawstwo. Mógłbym nim zawładnąć bez problemu, lecz nie bez wysiłku. Moje moce były niewyczerpalne, ale nie odnosi się to do mojej największej mocy, jaką jest właśnie przerabianie w Szkarłatnych. Użycie tej mocy można porównać do zawarcia paktu z diabłem: przynosi ogromne korzyści, lecz nie za darmo. Nie będę się rozwodził nad listą dolegliwości wynikających z kreacji Szkarłatnego, musiałbym zapełnić nimi całą tą książkę. Miałem wtedy niemały dylemat pomiędzy 3 opcjami jakie myślałem że mi pozostawały: 1. Czy zamordować Wojtka, nie ryzykując iż rzeczywiście tą fotografię świadomie widział. 2. Czy mimo wszystkich dolegliwości i wysiłku, biorąc również pod uwagę fakt iż moje moce nie były tak potężne jak po straceniu jednego z artefaktów, opętać policjanta, sprawdzić czy rzeczywiście ową fotografię widział, a później postąpić wedle tego czy ją widział czy nie. 3. Czy zaryzykować i puścić Wojtka wolno, nie ingerując. Opcja 1 mogłaby być moim gwoździem do trumny. Nagłówki w stylu ,,Policjant przeszukiwał las w którym rzekomo zaginęła duża grupa ludzi i sam staje się zaginiony" pogrzebałyby moją anonimowość. Byłaby to ogromna sprawa i wątpię, bym mógł z niej wybrnąć. Opcja 2 po przemyśleniu nigdy nie była realną. Nie ma w niej dobrego scenariusza. Gdyby się okazało że widział kartkę, musiałbym go zabić. Gdyby się okazało że jej nie widział, musiałbym go zabić z tego względu że widział mnie podczas kreowania Szkarłatnego. Jedynie musiałbym zrobić z niego Szkarłatnego na "pełen etat", co byłoby po prostu na takiego delikwenta śmiesznym zmarnowaniem materiałów i ogromnym ryzykiem. Wdrożyłem więc w życie opcję numer 3. Wojtek jak powiedział tak zrobił, zaraz zawrócił do swojego samochodu.
- Jeszcze kurwa raz - wchodzi z trzaśnięciem drzwi - wylejecie na mnie całą brudną robotę to składam wypowiedzenie. Bo co, bo jestem mały, słaby i ślepy? To znaczy że możecie mną miotać jak szmatą? Że będę chłopcem na posyłki? Takiego wała. Niech święty królewicz komendant sam się zainteresuje sprawą albo nasza świnka Adrian w końcu ruszy kuperek z krzesła. Ktoś w ogóle widział jak on wstaje? Jak przychodzi do pracy?
- Zamknij się Wojtek, - powiedział z pewnością siebie Adrian - wcale się nie dziwie że tak jest skoro taka sprawa cię przerosła.
- Taka sprawa? No kurwa rurki z kremem rzeczywiście, zaginięcie kilkunastu osób, Pfff! - Przy "Pfff" przybliżył się blisko do twarzy Marcina, specjalnie plując mu w twarz.
- Rurki z kremem to mógłbyś zapodać - odpowiada z zadziornym uśmieszkiem. Przestań płakać i mów co tam znalazłeś.
- No właśnie nic nie znalazłem! Pałętałem się jak głupi a w lesie nie ma nic, nawet śladów butów! Niczego!
- Jak to możliwe? Nikt tam nie chodzi?
- Nie możliwe, bo przecież była tam grupa nastolatków! Nie zostawili nic, ani śladów ani nawet żadnego papierka.
- Jesteś pewny? Wziąłeś okulary tym razem?
Wojtek z nieudawaną złością podchodzi ponownie do Adriana i gestem grozi mu pięścią. W całej tej złości cisnęły mu się na usta wszystkie przekleństwa świata. Finalnie wydobył z siebie jedynie komiczny syk przez zęby. Adrian wyśmiał go w twarz. W tamtym momencie wszedł Komendant.
- Dzieci, koniec tej zabawy. Raportuj.
- Niczego tam nie było.
- Co to znaczy niczego?
- No niczego. Żadnych śladów niczego.
- A możesz mówić jak policjant nie jak dzieciak?
- NIC! NIE BYŁO TAM KURWA NICZEGO! ŻADNYCH ŚLADÓW BUTÓW ŻADNYCH ŚMIECI ŻADNYCH ŚLADÓW DNA!
- Grzeczniej. Czy jesteś tego pewny? Dokładnie przeszukałeś cały obszar, używając odpowiedniego sprzętu?
Po tym zdaniu, bez żadnej ekspresji na twarzy, Wojtek po prostu wyszedł z pomieszczenia.
- Mhm. Zdaje się, że jest to sprawa wyższego kalibru. No cóż, widzę że się nie spisaliście. Jesteśmy zmuszeni przekazać sprawę wyżej. Przykro mi, ale nie będzie orderów i wielkich Wadowic.
- My? - Chrumknął znad krzesła Adrian. - To Wojtek nie potrafi pracować, nie zwalaj tego na nas.
- Żadnych wymówek. Oddzwoń do komendy w Wieliczce i powiedz że jednak nie chytamy się tej sprawy, prosiaczku.
- Tak tak, pierdol sobie. - szepnął pod nosem, gdy komendant wyszedł za Wojtkiem.
Sprawa została oddana do poważnych organów, które kompleksowo i z należytą rozwagą zajmą się tą sytuacją. Rozgłos będzie ogromny. Zlecą się najlepsi specjaliści z naszego kraju, będą latać helikoptery i powstanie niemała panika społeczna. Sprawa nigdy nie zostanie rozwiązana, służby nigdy nie odnajdą żadnego najmniejszego śladu, bowiem zdjęcie zostało stamtąd zabrane. Matki zaczną płakać z niemożności, a ich niewysłuchane lamenty w stronę policji zostaną podłapane przez media, rozpowszechniając sprawę na skalę światową. Liczne wywiady, zainteresowanie zza granicy. Matka Marka nawet napisała o tym książkę. Owa historia zapisała się jako jedna z największych zagadek kryminalnych na świecie. Ktokolwiek napomknie o tej sytuacji zyska ogromne zainteresowanie i niebotyczną liczbę wyświetleń. Matki nigdy nie przestaną szukać, regularnie co jakiś czas będą w kółko i w kółko nagłaśniać sprawę, aż do kresu ich dni. Rodzice alkoholicy dla pieniędzy i popularności zaczęli wymyślać historie jak to oni nie kochali swoich pociech, i jak bardzo im ich brakuje.
Wraz z tą sprawą moje życie weszło na zupełnie nową drogę. Rozgłos jest nieunikniony i powszechny. Media nigdy o niej nie zapomną, a fanatycy i zawzięci policjanci poświęcą jej całe swoje życie. Każdy szczegół będzie dogłębnie analizowany, dlategoż muszę być arcydokładny w swoich działaniach. Śleszowicki las stał się atrakcją turystyczną na taką skalę, że pozyskana stamtąd ziemia sięgała czterocyfrowych kwot na aukcjach. Istna paranoja. Nie ma mowy bym kiedykolwiek powrócił w okolice tego lasu, zawsze ktoś będzie go obserwować.
Mimo wszystko, nie groziło mi jeszcze bezpośrednie niebezpieczeństwo. Chociaż uwzględniano działanie sił paranormalnych, nikt tego na poważnie nie weźmie pod lupę. Miałem jeszcze czas, by dobrze zaplanować swe kolejne kroki. Priorytetem było umieszczenie fotografii w nowych, najbezpieczniejszych miejscach. To zadanie zleciłem mojemu najbardziej cennemu Szkarłatnemu, którego nazywam ,,Pan doradca".
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania