Szkoła tańca cz 1

Tomasz Nosek był czterdziestoletnim mężczyzną. Miał metr siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Nosił okulary z czarnymi oprawkami i włosy ścięte na zapałkę. Od urodzenia mieszkał w Warszawie, w tej samej kamienicy, która stała przy ulicy Stalowej 5.

W piwnicy kamienicy, w której mieszkał, prowadził szkołę tańca towarzyskiego.

Tego dnia otwierał o dziesiątej, bo była sobota, więc mógł dłużej pospać – pomyślał.

O dziewiątej wstał i w łazience wziął szybki prysznic, po czym wrócił do sypialni, w której się ubrał. Następnie przeszedł do kuchni, gdzie zrobił sobie śniadanie. Potem wyszedł z mieszkania, a po zamknięciu drzwi zszedł na dół.

Włożył klucz do zamka i je otworzył, po czym wszedł do środka i zapalił światło.

Podszedł do niewielkiego okienka i otworzył, żeby wpuścić trochę świeżego powietrza, bo panował straszny zaduch.

Wziął miotłę i zaczął zamiatać podłogę. Kiedy skończył, włączył radio ze swoją ulubioną piosenką.

— Żółty piasek, biała łódź

Lub dżem jabłkowy lub latarka – śpiewał.

Postanowił zrobić małą rozgrzewkę, więc zrobił kilka skłonów.

Godzinę później zjawili się wszyscy uczniowie, więc mógł rozpocząć lekcję.

— Na początek dobierzcie się w pary – poprosił.

Kiedy uczniowie to uczynili, włączył muzykę. Zajęcia trwały dwie godziny i pięć minut.

Wsiadł do swojego srebrnego Alfy Romeo 90, po dwudziestu minutach zatrzymał się przed budynkiem gazety. Wziął dwa. głębokie wdechy i wysiadł z wozu.

Po wejściu do środka podszedł do młodego dziennikarza siedzącego za biurkiem.

— Dzień dobry.

— Dzień dobry, w czym mogę pomóc?

— Chciałbym dać ogłoszenie.

— Dobrze. A proszę mi powiedzieć, jaka to miałaby być treść?

— A więc, już mówię: zatrudnię kobietę na stanowisko sekretarki. Wiek nie gra żadnej roli. Kiedy to się ukaże?

— W czwartek.

— Dziękuję i do widzenia.

Zadowolony opuścił budynek, wsiadł do auta i ruszył w drogę powrotną.

Dziesięć minut później zaparkował przed kamienicą i przez chwilę siedział w aucie, po czym wysiadł i udał się do mieszkania.

Wieczorem miał przyjść jego przyjaciel Maurycy Leśniewski, więc zabrał się za sprzątanie. Gdy skończył to robić, wykręcił numer przyjaciela.

— Cześć, stary! O której będziesz?

— Właśnie do ciebie jadę.

— Super, to czekam.

Umieścił piwo w lodówce i czekał na niego.

Trzydzieści minut później usłyszał dzwonek do drzwi. Poderwał się z miejsca i pobiegł otworzyć.

Po chwili do środka wszedł Maurycy Leśniewski. Był wysokim czterdziestopięcioletnim mężczyzną o czarnych oczach i głowie ogolonej na łyso.

Tomasz zaprowadził go do salonu, który był urządzony w stylu boho, czyli wzdłuż ściany znajdował się biały regał w kształcie okienek. Na środku stał szklany stół z krzesłami, a na ścianie wisiał płaski telewizor.

— Rozgość się.

Po tych słowach przeszedł do kuchni. Pięć minut później wrócił z piwem i usiadł obok niego.

— Ładnie tu mieszkasz – mówi.

— Dzięki, stary. Czemu tak rzadko wpadasz?

— Wybacz, pracuję na nocną zmianę i nie mam czasu na nic.

— Maurycy, nie możesz tak zaharowywać się na śmierć. Życie jest zbyt krótkie. Ani się obejrzysz, jak będziesz staruszkiem.

— Co ja mogę zrobić? Muszę zarabiać pieniądze przecież.

— Tak, ale nie harować od świtu do nocy. Dlatego mam dla ciebie pewną propozycję.

— Jaką?

— A taką, żebyś został moim pracownikiem.

— Mówisz poważnie?

— Tak.

— Zupełnie nie wiem, co powiedzieć.

— Po prostu się zgódź.

— No dobrze.

— Czyli się zgadzasz?

— Tak, bo zawsze marzyłem, żeby pracować w szkole tańca.

Mężczyźni wznieśli toast, stukając butelkami z piwem o siebie.

— Za współpracę! — wykrzyknęli.

— Słuchaj, Tomuś, może byśmy wyskoczyli na jakieś dupeczki, co?

— Czemu nie.

Czterdzieści minut później siedzieliśmy w klubie ze striptizem. Na scenie miała występ młoda tancerka, która była przebrana za topielicę. Po występie Maurycy podszedł do niej, a po chwili siedziała z nami przy stoliku.

„Z tej tancerki jest prawdziwa ślicznotka.”

— Bardzo pięknie tańczysz.

— Dziękuję, jest pan bardzo miły.

— Jaki tam pan, jestem Tomasz.

— Miło mi, a ja jestem Irmina.

— Masz śliczne imię.

— Dziękuję.

Nagle zadzwoniła się komórka mojego przyjaciela. Maurycy ją ignorował, ale po kilku natarczywych dzwonkach odebrał. Po zakończeniu rozmowy wstał z krzesła i wyszedł, zostawiając nas samych.

 

Wypiliśmy kilka drinków i zaprosiłem ją do siebie.

Kiedy już byliśmy u mnie, zaciekawiona Irmina Kokos – dwudziestoletnia kobieta o długich jasnoblond włosach i piwnych oczach, o sylwetce modelki i dużym biuście – zaczęła zwiedzać dom, zaglądając w każdy kąt. Kiedy do niej wróciłem, powiedziała:

— Masz bardzo przytulne mieszkanie.

— Dziękuję.

— Chyba jesteś kawalerem?

— Czemu tak sądzisz?

— Bo nie zauważyłam żadnych kobiecych bibelotów.

„Nie dość, że piękna, to jeszcze spostrzegawcza” – myślę.

— Gdzie jest twój pokój?

— Tam na wprost.

Pokazałem palcem na drzwi; złapała mnie za rękę i kołysząc biodrami, poprowadziła w tamtą stronę.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania