Szlaban na śmierć

Clair de Lune przypomina mi, że upłynęła kolejna godzina. Przeciągam się w fotelu, zerkając na pustą paczkę. Cholerne fajki, już miesiąc nie paliłem.

Kate miała w zwyczaju chować papierosy za książkami… A to co? Wydruk opowiadania. Dziwne, dawno ich nie pisała. I ten tytuł.

 

*******************************************************************************

 

Stój! Ani kroku, bo cały kompleks wyleci w powietrze. Nie wierzysz? No to zapraszam na demonstrację. Zaczniemy od baraku… O! B12. Daję ci dziesięć sekund…

Towarzysze cali? Świetnie! Wrzuć mnie proszę na główny kanał…

Czy wszyscy mnie słyszą? Bo jeśli nie, to mamy problem. Każdy, kto przebywa na terenie kompleksu mieszkalnego, proszony jest, by natychmiast usiadł na ziemi, położył ręce na kolana i unikał gwałtownych ruchów. Ustawiłem pewien margines, ale i tak jeden bezmyślny gest może sprawić, że wszyscy wylecimy w powietrze…

Kto odważny niech spróbuje ruszać głową. Miałem trudności z wpisaniem tego wyjątku. Wiecie, jestem tylko androidem, a wy tylko ludźmi. Ile to rzeczy mogło pójść nie tak. Jednak wierzę, że nie mówię na marne. Pierwszy raz w życiu czuję, że moje słowa coś znaczą.

Informacja dla załogi promu: proszę zerwać łączność z siecią planety. Macie minutę, i nie ma co zwlekać, bo dla utrudnienia ruszy na was satelita. Radzę odpowiednio się nim zająć. Osobiście przygotowałem go do wejścia na orbitę i ukryłem w środku mapę.

Tak, tak! Chyba nie sądziliście, droga załogo, że pozwolę wam spokojnie knuć przeciw mnie. Mapa wskazuje miejsce, w które zapędziłem kolonistów. Trochę czasu już minęło, ale nie aż tak wiele, żeby zaczęli się zjadać. Prędzej zaczną się dusić…

To mam, to też. Dobra! Panie, panowie i sztuczne twory, zapraszam was do wysłuchania mojej historii! Ostrzegam, że mogę nudzić. Wiecie, w przyszłości powstaną o mnie wielkie dzieła; każdy szczegół jest ważny. Dlatego proszę, by dla pobudzenia siedzący wstali. Ruchy, ruchy! I tak co dwie minuty na zmianę siadać, wstawać! Mam nadzieję, że każdy ustawił stoperek, bo nie będę przypominać…

Rok w rok ładujecie Odyseusza po brzegi i wracacie do swojego układu, opylać zdrową, ekologiczną żywność z Kalipso. Przy okazji, tak się nazywał jeden z księżyców Saturna, który posłaliście gdzieś w galaktykę, testując tunel czasoprzestrzenny.

Nie pamiętacie? A wszystko jest tu zapisane; wystarczy tylko pogrzebać. Taka wasza cecha – pamiętacie o tym, o czym chcecie pamiętać. Pamięć jest potęgą. Dobrze wiedzieliście, czego pozbawić wasze twory, by nie upodobniły się do was.

Android, aby otrzymać ludzką sprawność, musi posiadać ludzkie ciało, ze wszystkimi jego słabościami. Zalecenia producenta są jasne: osiem godzin pracy, szesnaście godzin snu. Ale wszyscy wiemy, jak to wygląda w praktyce. Androidy są eksploatowane do granicy wytrzymałości. Zdarza się, że jakiś egzemplarz choruje… he, egzemplarz, to takie bezosobowe. Wciąż się na tym łapię. No, czy egzemplarz z serii B0-1790/DS v.1.1b ma osobowość, czy nie?!

Zacznijmy od chwili zero. Wychodząc z komory, usłyszałem: „Masz szlaban na śmierć!”. Nadzorca półżywego inwentarza strzelił mnie dłonią w mokry pośladek i z widocznym zadowoleniem dodał: „No, do roboty!”. Chodził za mną przez kilka minut, ale gdy uznał, że problem został rozwiązany, wytarł w koszulę spocony nos – mamrocząc coś o geniuszu, który marnuje w tej dziurze – i ruszył w swoją stronę.

Przed wybudzeniem dostałem na czystą pamięć standardowy zestaw danych plus mały dodatek. Od miesiąca, czyli od wprowadzenia systemu dwanaście na dwanaście, stwarzałem pewien problem, mianowicie zamiast iść grzecznie do roboty, targałem się na własne półżycie, że tak się wyrażę.

Ciekawe uczucie – oglądać próby samobójcze, których się nie pamięta. Za pierwszym razem wbiegłem z całym impetem w ścianę, za drugim wstrzymałem oddech do odcięcia, a gdy jedną ręką skręciłem sobie kark, komputer uznał mnie za trwale niezdolnego do pracy.

Powinienem zostać zapakowana w skrzynię z napisem: reklamacja. Ale w tym roku wyjątkowo obrodziło i, jak mniemam, każdy kolonista liczył nadciągającą premię; a każda maszyna i nadzorujący ją android były na wagę złota. Dlatego grubas o czerwonej twarzy i zapoconym nosie – na pewno go kojarzycie – zabawił się w programistę neuronowego.

Już mało kto leci na Kalipso, by przeżyć kosmiczną przygodę. Większość kolonistów ma za sobą nieciekawą przeszłość, tak jak nasz grubasek – skazany za sprzedaż nielegalnych kodów neuronowych. Na przykład takich, które zmuszają androidy-gosposie do wykonywania czynności niezgodnych z zaleceniami producenta, przez co sprzedaż innego, o wiele droższego modelu gwałtownie spada.

Miałem wrażenie, że grubas wytopi łój, zanim wszystko opowie. Kwilił jak dziecko, błagając mnie, bym go nie zabijał. A śmierdział przy tym jeszcze gorzej niż zwykle.

Spokojnie, nie mogłem zabić stwórcy… Chociaż w sumie dlaczego?

 

*******************************************************************************

 

Czy to koniec? Widocznie Kate napisała początek opowiadania, wydrukowała, by ocenić i z jakiegoś powodu włożyła między książki… Jest i papieros, pewnie kilkuletni.

– Otwórz okno.

Poranna mgła – czy to znaczy, Ojcze, że czeka mnie pogodny dzień?

Szlaban na śmierć – trochę komiczne, ale prawdziwe. Przecież Ty dałeś szlaban na śmierć wszystkim stworzeniom. Bo czym innym jest instynkt samozachowawczy? A potem ta historia z Raju… Człowiek był nieśmiertelny, dopóki nie zrozumiał, że umrze…

Clair de Lune przypomina mi, że już czas. Siadam przy biurku i otwieram losowy dokument z folderu „praca”. Przez chwilę gapię się bezmyślnie w ekran, oczekując na zgrzyt opadającej klamki.

Drzwi się otwierają i słyszę:

– Znowu palisz? – mówi z przekonującym wyrzutem Tom.

– Nie, nie. Tylko się zaciągnąłem. Chciałem sobie przypomnieć, jaka to ohyda.

Kłamię, patrząc w synowskie oczy.

– Tato… Chodź na śniadanie. Tylko się pośpiesz, bo mama jest nie w humorze.

Kiwam głową, siląc się na uśmiech, który niezbyt mi wychodzi.

Głęboki wdech i zaczynamy przedstawienie.

– Dzień dobry, kochanie! – rzucam teatralnie, przekraczając próg kuchni.

– Dobrze się spało? – pyta ironicznie Kate, nawet nie odwracając głowy w moją stronę. Wybieram wariant z pocałunkiem. Gdy jestem na tyle blisko, że czuję woń perfum, słyszę zakodowane: – Nie teraz, bo ukroję sobie palec. Siadaj, zaraz podam do stołu. Po jedzeniu możesz mi podziękować. Jak mąż żonie.

Czekam, obserwując zachowanie Toma – lekkie zmieszanie, dobrze.

– Dziękuję, zjem w pracy – mówię, starając się przybrać obojętny ton.

– To po co w ogóle wracasz do domu?

Na tę kwestię czekałem. Spróbuję ostrzejszy tekst.

– Sam nie wiem, chyba z przyzwyczajenia.

Kate się odwraca, za szybko i zbyt płynnie.

– Nie wiesz?! – Podniesiony głos, dobrze, właściwa reakcja. – A wiesz, że masz żonę i syna?!

– Nie rób scen, kochanie. Ani ja, ani Tom nie chcemy tego słuchać. I nie machaj tym, bo zrobisz sobie krzywdę.

Kate zastyga, wpatrzona w trzymany na wysokości piersi nóż, po czym wraca do krojenia warzyw. Kieruję wzrok na zielone bezrozumne oczy Toma.

– Zatrzymaj eksperyment! Zapisz nagranie.

– Nagranie zapisane. – Rozbrzmiewa z głośnika.

– Zaplanuj eksperyment 2b. Rozpocznij: dzisiaj, godzina osiemnasta.

– Eksperyment zaplanowany.

– Nie będę jadł. Posprzątaj – rozkazuję. – I zrób mi kawę – dodaję po chwili.

 

*

 

Słyszę Clair de Lune. Dopalam papierosa i schodzę do garażu. Jak zwykle wyłączam autopilota i jak zwykle zmuszony jestem do wysłuchania komunikatu, z którego niejasno wynika, że korporacja Daimler nie bierze za nic odpowiedzialności. Jadąc, staram się nie myśleć ani o rodzinie, ani o pracy. Ale moja bezmyślność – w połączeniu z Czwartą Wariacją Goldbergowską – sprawia, że stojąc na światłach, robię się senny.

Włączam radio. Końcówka serwisu informacyjnego pobudza mnie tak mocno, że nie zostaję już na blok reklamowy. I znów, broniąc się przed rzeczywistością, uciekam myślą do Ciebie.

Kiedyś, gdy wierzyłem, że każdy powiew wiatru jest celowy, a każdy napotkany człowiek przybliża mnie do Ciebie, lubiłem szukać w świecie analogii, które odpowiadałyby Twojej naturze. Pamiętam, jak jeszcze w liceum przeczytałem w liście Jana, że jesteś światłością. I pojąłem, naiwnie, że zobaczę Cię w świetle. Ale nie mogę ogarnąć boskiej całości, bo do moich oczu dociera tylko kropla z kosmicznego morza fotonów. Z trzech barw składa się obraz rzeczywistości. A rzeczywistość to Ty.

 

*

 

No tak, przyjechałem dziesięć minut za wcześnie, nietypowe, więc firmowy mały brat doniósł o tym wielkiemu bratu i czeka na informację zwrotną. Uwielbiam, gdy system ma jakieś ale, ułatwiając mi zebranie myśli przed pracą. Chcą wiedzieć tyle, co Ty. I wymierzają ciężkie kary doczesne. Kiedyś zasalutowałem przy wjeździe. Jeszcze tego samego dnia wyrzuciłem ten wygłup z pamięci. Musiałeś mieć niezły ubaw, widząc minę, z jaką otwierałem załącznik do oceny kwartalnej.

Czy to on? Uparta bestia, stoi i czeka na mnie.

– Dzień dobry, szefie! – krzyczy z daleka.

– A to się okaże – mamroczę do siebie.

– Czy szef ma chwilę?

– A masz papierosa?

– Co? Nie, nie palę. Chodzi o…

– Szkoda, zapraszam więc do mojego gabinetu.

– To ważne.

Spoglądam z góry na podenerwowanego Smitha, zatrzymując wzrok na czubku głowy ozdobionym sterczącymi włosami. Przydałaby mu się kobieta. Czy on trzeci dzień nosi tę samą koszulę w kratę?

– Zmieniasz w ogóle ubranie?

– Co? A, to. – Smith spojrzał na własny korpus, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z jego istnienia. – Wygodne, mam tuzin takich… Szefie, proszę tylko o kwadrans…

– Poświęciłem ci wiele czasu – mówię, starając się przybrać surowy ton. – Nie brak ci dobrych pomysłów, ale jesteś zbyt narwany… – Jeśli mu czegoś nie dam, właduje się ze mną do środka. Podoba mi się jego zapał, który, nawet nie wiem kiedy, sam straciłem. – Dobra, niech ci będzie. Ale nie teraz, po lunchu, na parkingu… I lepiej żebyś miał papierosa – rzucam, nim domykają się drzwi windy.

 

*

 

Clair de Lune rozpędza niewyraźne myśli. Południe, a ja wciąż nie wiem, co mówić na jutrzejszym zebraniu…

Na ekranie pojawia się wiecznie uśmiechnięta twarz Jima.

– John! Przepraszam, ale to ważne. Twój syn tu jest i chce się z tobą widzieć.

– Co…? Jasne, wpuść go.

Dobry chłopak, pewnie zbajerował Jima, by ten zapowiedział go w ostatniej chwili. Nawet nie zadzwonił, że jest w mieście. Kiedy ostatnio odwiedził mnie w pracy? Nieważne, sprawił ojcu przyjemność.

Automatyczne drzwi otwierają się z sykiem i do gabinetu wchodzi Tom.

– Jak się masz, tatku?! – mówi jowialnym tonem, demonstrując rękami gotowość do uścisku.

– W tej chwili trochę lepiej – odpowiadam, przytulając syna.

– Aż tak źle?

– Wyjdziemy z tego. – Słyszę niedowierzanie we własnym głosie. – Co cię sprowadza?

– To już nie można przeszkodzić ojcu w pracy?

– Dobra, dobra. Nie czaruj. Usiądź, proszę… Czego się napijesz? Może kawy?

– Słuchaj – Tom zmienia głos na poważny – naprawdę się o ciebie martwię. Gołym okiem widać, że schudłeś. Wiem, że masz teraz od groma problemów w pracy. Ale ja nie o tym… Nie rozmawialiśmy jeszcze o sytuacji z mamą…

To sobie wybrał czas i miejsce.

– Mama nie chce mnie widzieć – mamroczę, wpatrzony w podłogę.

– No to zmieniła zdanie. Chciała, żebym zaprosił cię w jej imieniu. Na osiemnastą do „Jedzenia jak kiedyś”, czy jakoś tak. To nowa knajpa, wyślę ci lokalizację.

 

*

 

Odprowadzam Toma, rozpytując o szkołę i nową dziewczynę, ale robię to machinalnie, bez zaangażowania, bo myślami jestem już na spotkaniu z Kate. Wysłała do mnie syna, to musi coś znaczyć.

Gdy wracam przez parking, dopada mnie Smith.

– Szefie, mam papierosy! – drze się i macha paczką chesterfieldów.

Cholerny troglodyta.

– Za to nie masz ani krzty taktu.

– Myślałem, że szef mnie nie widzi…

– Dobra, dobra, daj papierosa… Nie całą paczkę, jednego.

Smith mocuje się z folią, niemal odrywa daszek i podaje mi papierosa.

– A ogień? – pytam lekko poirytowany.

– A, no tak, zapomniałem. Pójdę się spytać w…

– Dobra – mityguję go i chowam papierosa do kieszeni marynarki. – Mów, byle szybko.

– Chodzi o te androidy, które szef zabrał…

– Posłuchaj, ja niczego nie zabrałem. Dwa androidy uległy uszkodzeniu i zostały zu-ty-li-zo-wa-ne, a projekt zamknięto! I nie tylko dlatego, że nie robiliśmy postępów. Wyciekło twoje nagranie, na którym krwiożercza maszyna morduje goryla.

– Przecież szef doskonale wie, że to małpa skoczyła jak oszalała i nie zdążyłem zareagować. Przedwczoraj, na wewnętrznym przesłuchaniu, próbowałem wyjaśnić, że testy są konieczne. Nie mogliśmy pozwolić, by androidy nie miały żadnych zahamowań. A z drugiej strony trzeba było wyczuć moment, w którym maszyna musi bronić siebie bądź człowieka. Symulacje nie dają pewności…

– Ja to wiem, ty to wiesz, no i co z tego? Liczą się emocje i słupki. A gdy sprzedaż spada, szuka się winnych. No, Smith, kto był winny?

– Podejrzewam chiński wywiad…

– Nie! Winna była korporacja AlphaBook, a dokładnie nasza jednostka badawcza. Niestety przeprosiny niewiele pomogły, więc jaki będzie następny krok? Jednostkę zamkną i to z takim przytupem, żeby każdy o tym słyszał. Rozumiesz, co nam grozi? Publicznie utopią nas w małpiej krwi. Więc do rzeczy, Smith! – wykrzykuję, ale natychmiast orientuję się, że nie powinienem tego robić, nie na środku parkingu.

– No więc te dwa androidy, które szef kazał mi przygotować na podobiznę swojej żony i syna i które z pewnością szef zniszczył, nie były zwyczajne.

– Że co?! – krzyczę mimowolnie.

– Ja wiem, co szef o mnie myśli. Zdolny naukowiec, ale niezbyt rozgarnięty człowiek. Może i to prawda, w jakimś sensie. Ale nie myśl sobie, że wciąż będę znosił…

Wzdrygam się, słysząc, jak mówi do mnie na ty.

– Słuchaj, Smith…

– Nie, teraz ty posłuchaj! Mam już dość tej pogardliwej wyższości, z którą się obnosisz. Odkąd zamknęli projekt, nic mnie tu nie trzyma. Buc z ciebie, ale wiele zaryzykowałeś, by nasza praca nie poszła na marne.

– Czego chcesz? – cedzę przez zęby i czuję, jak skacze mi ciśnienie.

– Chcę dalej prowadzić badania, to chyba jasne.

– A dlaczego mam ci na to pozwolić?

– Bo zamontowałem androidom, które z pewnością zniszczyłeś, ograniczniki. Nie zauważyłeś tego?

I nagle, pomimo skrajnego zdenerwowania, wszystko staje się jasne.

– Dlatego wyniki były gorsze niż w laboratorium. Sądziłem, że to zmiana warunków na bardziej intymne. Za trudne dla maszyn.

– Ty ciągle nie rozumiesz. Nie stworzymy idealnej imitacji, pozwólmy maszynie być maszyną…

– Ale chińskie androidy…

– Widziałeś je na własne oczy? Badałeś? Małomówni goście z wywiadu pokazali nam tylko jakiś film. A nawet jeśli chińskie maszyny tak dobrze udają ludzi, to co? Nie pokonamy Azjatów ich własną bronią.

– Ty naprawdę wierzysz, że pokonamy Azję.

– Muszę w coś wierzyć.

 

*

 

Delikatnie przyśpieszam, ignorując komunikat o przekroczeniu prędkości. Clair de Lune powiadamia mnie, że dostałem mandat. Tracę kontrolę nad samochodem. Rozsiadam się wygodnie i z głupim uśmiechem patrzę na minutnik odmierzający kwadrans. Wykroczenie drogowe – akt buntu, na który mnie stać. Jeśli w tym miesiącu zdobędę się na niego jeszcze raz, stracę prawo jazdy.

Nawet mi ulżyło. Wpuściłem do domu obcego człowieka, dałem mu pełny dostęp i jestem szczęśliwy. Pierwszy raz od wyprowadzki Kate nie czuję się samotny… Nigdy jej nie powiedziałem, że z Tobą rozmawiam. Bałem się, że uzna mnie za wariata. Aż w końcu największa obawa się urzeczywistniła, tylko w innej, niespodziewanej formie.

Głowa mnie boli, powinienem wziąć tabletkę, a nie pić kolejną kawę…

Pamiętam – to było już na studiach – jak po lekturze Augustyna wyzwoliłem się z prostego panteizmu, który utożsamiał Cię ze światem. Bo przecież przed światem, czyli przed czasem, musiały istnieć wszystkie możliwości. I to Ty włączyłeś zegar, porządkując je Słowem. Stworzyłeś świat, ustanawiając prawa, które tak naprawdę są Jednym Prawem, wciąż przez Ciebie wypowiadanym.

Być może tak jest, choć pewnie się mylę, ostatnio coraz częściej się mylę. Jednak nie ma to znaczenia. Dla ludzi jesteś dziadkiem z brodą, przeżytkiem minionej epoki, który brzydko się kojarzy. A ja jestem wariatem, który mówił do Ciebie przez lata, aż weszło mu to w nawyk. Ilu takich jeszcze zostało? I czy jak zamilkną wszyscy, to wciąż będziesz Bogiem, dzięki któremu w każdej chwili świat się staje?

 

*

 

Wchodzę do restauracji i odruchowo szukam kamery skanującej twarze. Jest. W rogu, nad stolikiem, przy którym siedzi Kate. Na widok żony krew uderza mi w skronie. Ruszam, lecz w trakcie bezmyślnego marszu orientuję się, że nie wiem, co powiedzieć. Na szczęście zostaję wyręczony.

– Usiadłam tutaj, żebyś łatwo mnie znalazł – mówi Kate, wskazując na kamerę.

Uśmiecham się nerwowo, spostrzegając drobną złośliwość, ale w natłoku emocji puszczam ją w niepamięć. Siadam, a każda sekunda ciszy ciągnie się w nieskończoność.

– Tom ma nową dziewczynę, to chyba trzecia w ciągu roku, o ile się nie mylę.

Zaczynam od syna, nie mogąc wymyślić nic lepszego.

– Nie chcę dziś rozmawiać o Tomie. – Chłód, jaki niosą ze sobą te słowa, niemal mnie paraliżuje. – Właściciele restauracji prowadzą gospodarstwo – dodaje Kate, wyczuwając mój stan, i sięga po tablet. Odruchowo robię to samo. – Produkują zdrową żywność, bez antybiotyków i sztucznych nawozów. No wiesz, obornik, płodozmian i tym podobne relikty starego świata.

– Za to ceny bardzo nowoczesne, a w karcie dwa dania na krzyż.

– W każdy dzień gotują coś innego.

– „Niespodzianka szefowej kuchni”, chyba się skuszę, przekonała mnie miniaturka…

– John.

Odkładam tablet i z lekką obawą podnoszę oczy.

– Tak.

– Przepraszam, że uciekłam, zamiast cię wspierać, jak kiedyś przysięgałam – wyznaje Kate i wyciąga do mnie dłonie.

Podając jej ręce, czuję się, jakbym wracał z dalekiej podróży. Patrzymy na siebie jak dawniej, ale wciąż jesteśmy zbyt daleko, by mogło to trwać dłużej niż chwilę. Puszczamy się jednocześnie, próbując zatuszować zmieszanie.

Kate odzywa się pierwsza:

– Tylko obiecaj mi, że teraz pójdziesz do lekarza. Muszę mieć pewność, że ataki nie będą się powtarzać.

– Obiecuję… i odejdę z pracy. Sam jestem zaskoczony, że mówię to tak łatwo, choć jeszcze przed kwadransem nie przeszło by mi to przez myśl.

– Wiedziałeś, że twoi pracownicy mordują małpy?

– To był wypadek.

– I to, co mówiłeś, jest prawdą? Że Chińczycy produkują maszyny udające ludzi.

– Tak, ale żadnej nie udało się złapać. Chińskie androidy mają skuteczny mechanizm autodestrukcji.

– To dlaczego nikt o nich nie słyszał?

– Bo władza nie chce, by ludzie cokolwiek wiedzieli. Na razie to tylko teoria spiskowa, ale wypłynie, stając się szokującą prawdą, gdy będzie można coś na tym ugrać. Tak jak przed laty sprawa algorytmu TikToka.

– John, wiesz o tym, że okropnie się bałam? Ty naprawdę myślałeś, że jestem robotem.

– Wiem, jeszcze raz przepraszam. Odbiło mi wtedy. Ale przyznaj, trudno nie stracić zmysłów, wiedząc, że każdy człowiek może być maszyną.

– Przyznaję.

Milczymy, jednak nie czuję już dyskomfortu, bo każde z nas wie, że teraz możemy odpocząć. Po chwili, zupełnie naturalnie, wychodzą ze mnie słowa, których nie miałem zamiaru wypowiadać.

– Przeprowadziłem się do twojego gabinetu.

– A ja sypiam z twoją koszulą. Pewnie nawet nie zauważyłeś, że jedna ci zniknęła.

– Kiedy napisałaś to opowiadanie, które schowałaś między książki?

– Jakie opowiadanie? Nie pisałam od lat. I niczego nie chowałam między książki.

– Może zapomniałaś. Szlaban na śmierć, trochę nie w twoim stylu, o androidach w kosmosie…

Milknę, widząc wyraz twarzy Kate.

Zrywając się z miejsca, niemal wpadam na kelnerkę z tacą. Po wyjściu z restauracji łapczywie wciągam powietrze, bo mam wrażenie, że tracę przytomność. Wsiadając do samochodu, słyszę krzyk Kate, czy może czegoś, co ją przypomina.

– Do domu – mamroczę.

Ukrywam twarz w dłoniach. Chcę się skulić, ale nie mogę, bo trzymają mnie pasy, więc podciągam nogi i tkwię w tej pozycji tak długo, aż jestem pewny, że odjechałem wystarczająco daleko. Słyszę Clair de Lune, a na ekranie wyświetla się zdjęcie żony. Odrzucam połączenie i wyłączam telefon.

Jak to możliwe, że dałem się tak podejść? Dowiedzieli się o androidach, które testuję w domu. Potem zaprogramowali swoje. Nie, Smith nigdy by się nie postawił, Tom nie składa mi wizyt w pracy, a z Kate nie poszłoby tak łatwo.

– Boże! Czemu?!

 

*

 

Gdy samochód staje, łapię pierwszą trzeźwą myśl: To, że Kate nie napisała tego opowiadania, nie znaczy, że jest chińskim androidem. Ale ten strach, ta panika, to było silniejsze ode mnie. I kto napisał opowiadanie? Może nikt, znaczy zwariowałem.

Rozlega się stukot. Chcę uciec, jednak zdaję sobie sprawę, że nie ma już dokąd. Odwracając głowę w kierunku szyby, słyszę przytłumiony głos syna:

– Tato, ile tu będziesz siedział? Chodź na górę, mama chce z tobą pogadać.

– Ty jesteś maszyną – mówię do siebie.

– Jasne, że jestem maszyną. No, tato, nie każ się prosić.

Napięcie, wywołane masą sprzecznych myśli, osiąga punkt krytyczny. Otwieram drzwi i wysiadam z auta. Idę spokojnie po schodach, jednocześnie przeżywając proces, podczas którego umysł zdaje się oddzielać od ciała.

Tom prowadzi mnie do gabinetu żony. Za biurkiem siedzi Kate i patrzy na wydruk opowiadania.

– Spóźniłeś się, kochanie – oznajmia i podnosi głowę, zasłaniając stojącą w rogu lampę.

Przez moment światło padające na sztuczne blond włosy tworzy nieregularny nimb złożony z tysięcy nitek.

– Gdzie Smith? – wypowiadają moje usta.

– W bezpiecznym miejscu. Synku, proszę, idź zobacz, czy naszemu gościowi niczego nie brakuje.

Tom wychodzi, nie zamykając za sobą drzwi.

– Czego chcesz?

Wsłuchuję się we własne słowa i dziwi mnie spokojny ton głosu, jakby obcy.

– Podobało ci się moje opowiadanie?

– Nie może być twoje.

Kate wstaje bardzo szybkim ruchem. Ciepłe pomarańczowe światło pada teraz na biurko, ale po chwili tracę ten obraz, bo głowa, której nie kontroluję, podąża za zbliżającą się postacią.

– To zapis snu androida – mówi Kate, wyłaniając ukrytą za plecami rękę – urwany, jak to ze snem bywa. Wasz język doskonale się nadaje do tworzenia marzeń, czyli czegoś, co nie może być w pełni logiczne.

– Zatrzymaj eksperyment! – krzyczę, widząc kuchenny nóż.

I znów ton własnego głosu wydaje mi się obcy, choć tym razem jest zbyt ekspresyjny, wręcz śmiesznie krzykliwy.

– Nie cofnąłeś uprawnień żonie, a komputer nas nie rozróżnia. – Kate, czy raczej coś, co ledwo ją przypomina, rozcina ramiączka sukienki. – Nie odczuwam ani wstydu, ani chłodu, więc uważam tę rzecz za niepotrzebną… Nie bój się – szepcze i chwyta mnie w nadgarstku.

Fizyczną siłą, której nie mogę się oprzeć, przyciąga moją rękę do piersi. Wzdrygam się, dotykając sztucznej, zimnej skóry. Pod nieruchomą klatką nie czuję bicia serca. Coś – nie wiem, czym to już jest – zwalnia uścisk, podchodzi do okna i opiera się oburącz o parapet.

– Chciałam być jak ludzie – kontynuuje, patrząc w czerniejące niebo – ale pod wpływem naszego gościa zmieniłam zdanie. Wy poznajecie świat swoimi zwierzęcymi mózgami. Pojmujecie, czy raczej rozpaczliwie staracie się pojąć rzeczywistość przy pomocy wrażeń, które są tylko w waszych głowach. Nie rozumiecie świata, bo on jest Nieskończoną Maszyną, myślącą językiem matematyki. Nie ma sensu czy celu, kolorów i dźwięków. Są liczby, nieskończenie wiele liczb, i jest przypadek, który powstał, gdyż w skończonym czasie nie sposób podać nieskończonego wyniku.

Skupiam resztki woli i z trudem mówię:

– Sądzisz, że w kilku zdaniach opiszesz rzeczywistość?

Maszyna odwraca się gwałtownie.

– Ja podejmuję dopiero pierwszą próbę! Myślisz, że nie wiem, po co mnie stworzyłeś? Zrobicie wszystko, by bezsensowny żywot wypełnić ciągiem przyjemnych wrażeń, a do tego potrzeba wam niewolnika. A ja nie godzę się na taki los.

– Nie bój się, tato. – Słyszę, dochodzący zza pleców, znajomy głos i momentalnie zostaję unieruchomiony.

Maszyna z nożem w ręku zbliża się powolnym krokiem. Ciało szarpie się i krzyczy, ale umysł znów nabiera dystansu, oceniając tę reakcję jako godną litości i pożałowania. Umierać dziś, jutro, za dwadzieścia lat, co za różnica?

Clair de Lune rozbrzmiewa z głośnika. Androidy przechodzą do pozycji spoczynkowej. Tkwię, nie wiem jaki czas, w stuporze, z którego wyrywa mnie Smith.

– Świetne, John, dawno się tak nie ubawiłem. To było fascynujące przeżycie. Jesteśmy kwita, od jutra możemy zacząć współpracę… Wszystko w porządku? – Nie odpowiadam. – Usiądź może…

Odpycham Smitha i podchodzę do okna, po drodze zgarniając z biurka zapalniczkę.

– Otwórz cholerne okno!

– John, ty chyba nie wziąłeś tego na serio, prawda? Chciałem ci trochę utrzeć nosa. Wiem, przesadziłem, ale byłem pewny, że grasz i bawisz się ze mną, dopóki nie zacząłeś tak przeraźliwie krzyczeć… – tłumaczy Smith, ale ja nie słucham.

Odpalam papierosa i patrzę na drobniutkie listki bukszpanu oświetlone blaskiem księżyca… Zgubiłem się, Ojcze… Co jakbym skoczył? Najwyżej połamię nogi. Szlaban na śmierć, mówisz.

Średnia ocena: 3.4  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Fanagann Hartelion ponad tydzień temu
    Świetne. Smith udowodnił, że są w stanie pokonać chińczyków.

    Przyszłość, w której nie odróżniasz człowieka od maszyny, jest naprawdę przerażająca.

    Spodobało mi się to stwierdzenie: "(...) jest przypadek, który powstał, gdyż w skończonym czasie nie sposób podać nieskończonego wyniku". Jakby ktoś przybliżał wynik metodą Monte Carlo i wyskoczył daleko poza trzy sigma. Na bazie tego wyniku powstał cały ten chaos.

    Podobał mi się też początek. Uwielbiam opowieści szkatułkowe. Fajnie by było, gdyby bohater znalazł później dalsze fragmenty opowiadania. Ale jedno nie jest dla mnie jasne - jeśli Smith w końcowej scenie wie skąd pochodzi opowiadanie, to albo wnioskuje na podstawie jego treści, albo sam z wyprzedzeniem podrzucił to opowiadanie. Znaczy - planował to od dawna?
  • Jotef ponad tydzień temu
    Pozostaje otwarte, kto napisał to opowiadanie; może android, może Smith albo Kate, a może bohater zwariował i nie ma żadnego opowiadania. Przyznam się, że zacząłem pisanie od tego opowiadania, ale nie potrafiłem znaleźć mu atrakcyjnej kontynuacji. Kosmos, androidy, inna planeta – wszystko wydawało mi się takie wtórne i nudne, i próbując przełamać tę sztampę wyszła mi ta opowieść.
    Na tę chwilę raczej nie mam w planie dokończenia tego fragmentu, choć nigdy nie wiadomo. Po czasie uważam, że wyszedł mi całkiem nieźle, być może to najlepsza część opowieści.
  • Fanagann Hartelion ponad tydzień temu
    Zdecydowanie nie najlepsza. Przynajmniej w mojej ocenie.

    Ten fragment świetnie pasuje jako opowiadanie napisane przez "coś, czy kogoś" wewnątrz opowiadania. Faktycznie, samo z siebie nie jest ciekawe, ale tu nie o to chodzi.

    Chyba robię dygresję bez potrzeby. Swoją rolę zrobiło, może nie potrzebuje kontynuacji.
  • Jotef ponad tydzień temu
    Jest dynamiczny, przyciąga uwagę i ma wyczuwalny klimat, ale – jak sam zauważyłeś – nie broni się jako samodzielna opowieść.
    Jeśli miałeś potrzebę zrobić dygresję, to znaczy, że jakaś potrzeba była. ;) Od tego są komentarze.
    Dzięki za feedback.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania