Szort #19: Land słów i poezji
Tak, wiem, że już kiedyś było, ale po publikacji w szortalu jakoś tak mi wisi w archiwach, więc pomyślałem, że się marnować nie będzie - nie wszyscy jeszcze poznali przecie! :)
Tekst jest o literackim powstaniu.
________________________________________
Land słów i poezji
Napotkałem mur zbudowany z kompleksów i malkontenctwa. Spojrzałem w górę i byłem pewien, że nie zdołam go przeskoczyć. Zawróciłem.
Ludzie płakali krwią poległych. Anonimowi bohaterzy polegli w kolejnym kwiecistym i symbolicznym powstaniu, tak poetycko wzniosłym i równie niezorganizowanym. Proza życia sprowadziła górnolotne wersy wolności na ziemię gradem kul i przewagi liczebnej. Warszawa płakała, kraj dalej krwawił.
Wszyscy mówili. Opłakując poległych poetów, martwych pisarzy dramatu codziennego, wszyscy szeptali o odbudowie, ubierali w epitety myśli o kolejnym powstaniu. Uda się, kiedyś się uda, ktoś tego jakoś dokona.
W poetyce ukrywali brak pomysłów. Kraj pisarzy i poetów stanie się niedługo landem słów i poezji, jeśli nie znajdzie się ktoś, kto potrafi słowa przekuć w czyny. Wszyscy byliśmy pisarzami, a brakowało nam jedynie wojownika za dzieło naszych dłoni i ust.
„Upadł Baczyński”, ktoś krzyczał, „podziurawili nasze Parasole”, lamentowały ulice.
Ja żyłem.
I schowałem się w domu, przyciskając bagnet do piersi.
Napotkałem mur zbudowany z pustych obietnic i mrzonek. Spojrzałem w górę i spróbowałem go przeskoczyć, ale był za wysoki. Upadłem z powrotem na ulicę.
Poetyka polskich serc ścierała się na ulicy z ulotną wdzięcznością niemieckiej dyscypliny. Rozbudowane metafory forsowały okopy wojskowej zwięzłości, romantyzm kontra pragmatyka.
Nie potrafiłem stwierdzić kto wygrywa. Kule omijały siebie nawzajem. Rój, jakby to nazwała Orzeszko, rój. Bezładny i bezkształtny, mknący we wszystkie strony ze śmiertelnym, nieubłaganym wersem nadchodzącego epitafium.
Huk i świst zmieszały się z wizualnym odczuciami nędzy i rozpaczy rozsypanej ulicy, zniszczonej przez wrogą artylerię, ostrzelanej hasłami Lebensraumu, zgiętej pod rzeszą wyznawców imperialistycznej epopei. Mówili, że to przyszłość, a ja patrzyłem, jak pod naporem postępu rozpada się tradycyjna przeszłość.
Zdziwiłem się, że Tetmajer też tu wojuje.
Synestezją wrażeń.
Ja nie wojowałem.
I schowałem się w domu, przyciskając bagnet do piersi; tęskniłem za dniami, które były fraszką życia.
Napotkałem mur zbudowany z nieufności i małostkowości. Spojrzałem w górę i spróbowałem go przeskoczyć, ale palce ześlizgnęły się po krawędzi. Upadłem z powrotem na ulicę.
Panowała cisza, proza wojennej literatury najwyraźniej spacerowała dzisiaj po innych dzielnicach. Z okien zburzonych budynków wychylała się nieśmiało poetycka myśl polskiej młodości. Wciąż niepodległe serca w pokonanym kraju. Tylko twarze smutne.
Nie pamiętam już, kiedy byłem wesoły. Brakowało mi sielanki, chwil, które spędzałem na wsi z Laurą i Filonem, pamiętnego wesela, gdzie ujrzałem ducha Wyspiańskiego, po polsku spitego i piszącego lirykę przy biesiadnym stole.
Germański dies irae przerwał mi rozmyślania, zmuszając mnie do ucieczki przed rojem kul.
Nie byłem żołnierzem.
I schowałem się w domu, przyciskając bagnet do piersi; tęskniłem za sielskością wsi wesołej i zgiełkiem młodego miasta, śpiącego w słowach poetów.
Napotkałem mur zbudowany z niepewności i niechęci. Spojrzałem w górę i spróbowałem go przeskoczyć. Udało mi się, lecz dosięgnęła mnie zabłąkana kula, wystrzelona przez któregoś z wojennych pisarzy.
Upadłem na drugą stronę i zdziwiłem się.
Trawa tutaj nie była bardziej zielona.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania