szósta pięć
***
...i wtedy weszła Ona
umilkł nagle gwar
rozejrzała się na kompletnym
luzie dookoła
i skierowała w moją stronę
- idziemy, Rafał... - powiedziała
głos jej był jak tysiąc dzwonów
a spojrzenie jej jak błyskawice
od przedwiecznych tronów
- chodź...! - dłonią delikatnie musnęła
dłoń moją
twarz jej piękna jak alabaster
włosy jak len - zresztą...
wszystko w niej było harmonią
wyszliśmy zanim od zachodu rozbłysło
za nami zostało to całe towarzystwo
i wielka sala balowa na pierwszym piętrze
za nami świat cały i jego rozkosze
- wiesz, że cię kocham... - wreszcie padły te słowa
milczałem
- a ty mnie, założę się...- rzekła i nieco spuściła
głowę
nic więcej powiedzieć nie mogę
zadzwonił budzik szósta pięć
spóźniony byłem na autobus...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania