Szparunki

poemat niespełnialnego motocyklizmu

 

I. Gorycz i niewiele poza nią

 

mój sąsiad — człowiek mający umysł podparty

stemplami. sto procent wsiura we wsiurze

(wyjątkowo nasycony roztwór). niewysoki, oschły

ludek o żółtych od fajek-samoskrętów, wąsach.

 

wulgarne to-to i prymitywne. motocykl, o którym

zaraz opowiem — będzie niczym ten prostacki pijak.

 

II. Wuecha o napędzie solnym

 

wyławiam ją z odmętów (nie)pamięci. dziecko Wytwórni

Sprzętu Komunikacyjnego, z początku lat

siedemdziesiątych. kawalerski pojazd ojca.

 

odkąd pamiętam — stała w drewutni, bez kół

i siedzenia. smutna, stara machina.

 

ujeżdżałem ją parę razy, mając góra dziesięć lat.

statyczne wypady donikąd, pomiędzy kostrami drewna.

 

któregoś wieczoru przyjechał Sebastian, po silnik.

za friko. podlizywał się, mówił do ojca "wujku",

choć to, kuźwa, nawet nie jego kuzyn

(milionowa woda po kisielu. z matki strony).

i dostał, wrócił na chatę z zastanym sercem

wueski. została szkielecina.

 

pociąłem ją na złom chyba w dwa tysiące pierwszym

(wtedy polskie motory kosztowały mniej, niż piwo,

a takie wues-wraki miały wręcz ujemną wartość).

 

wróciłaś. tuninguję cię i zniekształcam,

robię motocyklowego prawie-rosta.

stajesz się mad-maksiarskim, postapokaliptycznym

(upływ czasu to największa hekatomba, nikt

nie wychodzi z niej cały, nawet peerelowskie motory)

toczydłem z głębi infernum.

 

masz wyblakłe, zsiniałe naklejki: amerykański

orzeł z szeroko rozłożonymi skrzydłami

drze ryja lecąc nad usypaną z curry

i ziołowego pieprzu górą, roznegliżowana dziewoja

rozkracza się, ściska dłońmi

wypełnione silikonem guzy.

 

dziesiątki skórzanych (sic!) noży ozdabiają bak.

czaszka bizona pręży dumnie rogi, przywiązana

drutem kolczastym do kierownicy.

 

jestem dublerem Lorenzo Lamasa w serialu Renegat!

patrzcie, jaki easy rider:

 

na nogach mam oficerki po praprzodku walczącym

przed laty w zgrupowaniu Teksas. poległym

podczas Trzeciej Wojny Punicko-Kartagińskiej.

chlupie w nich pot, kwas akumulatorowy, maślanka.

 

dźwięczę. telepią się rude, niczym wąsy prymitywa,

frędzle, dzwoni pół miliona dzyndzli, koralików,

breloczków w kształcie strzelb, innych zwisadełek

ponaczepianych do skórzanej kurtki.

 

mam na sobie gorset z blachy falistej.

twarz pali z gorąca. opalenizna mi się opaliła.

całe ciało jest niczym dobrze wypieczony kurczak.

ja próbujący uciec z piekarnika.

ja-wolność. samoniewładca.

 

III. Oby się rozbić

 

pruję przez bladą jak ściana pustynię.

prawie nie da się oddychać (sąsiad! to on

cały czas rzyga mi solą pod nogi-koła!

jest motocyklem, białym piachem, kłębami

kurzu, od którego mam atak kaszlu i kichania).

 

chciałoby się powiedzieć, że zrosłem się z duchem

niiestniejącej wuechy, stopiłem z nią wręcz fizycznie.

 

ale nic z tego. brud, jaki wymyśliłem — ciągnie w dół.

jest za dużo rdzy, alergenów, butelek z tanim

płynem do ogłupiania się, by móc się w pełni wyswobodzić.

potrafię tworzyć tylko parszywą i szpetną wolność.

 

oto ucieczka przed epektazą, doświadczenie braku

(raczej ekspektejszynaza, dziesiątki nic-spiracji,

mocowanie się z wyobraźnią i jedno wielkie chybienie).

 

brzydka, bo taka właśnie miała być, przestrzeń

pociąga mnie i pochłania. tak jest za każdym razem.

chcesz się pobawić — to przeszarżujesz,

prędzej czy później znajdziesz swoje zwłoki

powieszone na brudnych, tytoniowych wąsach

wspomnianego zgorzknialca, albo w objęciach

myszy, w gnieździe uwitym z poszatkowanej

gąbki siedzenia motoru marki WSK.

 

IV. Tam

 

dokąd uciekłem? dobre pytanie.

Czarna Sala w Pałacu Prezydenckim,

zatruta kuchnia (rozum to jak chcesz).

 

odjechało mi się na pół milimetra od domu.

pożeglowałem brygantyną dookoła studni.

co za eskapada!

 

z roku na rok coraz bardziej dostrzegam

że postulowane, żądane miejsce, obszar, którego

się domagam (od kogo, do licha?)

to puszka po farbie pełna pogiętych,

zardzewiałych gwoździ,

rat-stylowe poczucie humoru,

kruszące się ze starości opony,

cięty szlifierką, blaszany trup,

 

to półkoliste sklepienie

ofreskowanej niczym Kaplica Sykstyńska

psiej budy z pustaków.

 

że nie ma mnie bez Bez.

Średnia ocena: 4.3  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Niezły psychol 2 miesiące temu
    Momentami mam wrażenie że trochę przegadany, ale i tak uratowałeś sytuację na portalu ;)
  • Trzy Cztery 2 miesiące temu
    Dla mnie Twoje "gadulstwo" zazwyczaj nie przeszkadza, wręcz przeciwnie - daję się mu ponieść z przyjemnością, ale w tym utworze - rzeczywiście, jak pisze poprzedni komentator - czuje się chwilami ciężar, znużenie, jakieś przeładowanie. Są też bardzo fajne fragmenty. Np.:

    na nogach mam oficerki (...)
    chlupie w nich pot, kwas akumulatorowy, maślanka.
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    dziękuję. zawsze otrzymuję podobne komentarze, jak napiszę dłuższy tekst :) przywykłem :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania