Szyny Franciszka Józefa

Góry milczące, jak modlitwy stare,

W chłopskiej dłoni – ziarno twarde i szare.

Świat się kończył za przełęczą mglistą,

Życie – cieniem na miedzy przydrożnej.

Aż przyszedł Dym – błogosławiony dym!

Rozdarł ciszę, jak anielski rym.

Nie święty ogień, nie cud z niebios dar,

Lecz żelazny oddech – ziemski, ciężki czar.

„...iż kolej pobudować kazał“ –

Szept brzóz, co przy torach wyrastał.

„...i ludzi do świata zbliżył“ –

Łza w oku starca, co w szyby biła.

Czy cesarz wiedział, jaką tęsknotę

Ukoiła ta stal, ta czarna robota?

Że dla nich „świat“ to nie kraje, ni miasta,

Lecz rzadki dźwięk dzwonka – że ktoś przybywa właśnie?

Szyny – dwie nitki losu wijące się nisko,

Łączące Pragnienie z Niedosięgłym Blisko.

Czy każdy postęp, co góry przecina,

To tylko inna modlitwa samotnych do świata?

Ileż w nas tych górali – co w mroku trwali,

Aż czyjś rozkaz most nad przepaścią kazał stawić?

Ileż wdzięczności za żelazne mosty,

Choć budowniczy nie znał naszej tęsknej twarzy?

Dym rozwiał się. Szlak porósł mchem i ciszą.

Cesarstwo runęło. Ludzie – przeminęli.

Lecz echo wciąż drga w kamiennej dolinie:

„...zbliżył ludzi“ – ach, czyż o coś więcej w życiu chodzi?

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania