Ta wysoka z dyskoteki
Podstawówka, klasa siódma D. Wycieczka w Pieniny.
Jedziemy zdezelowanym autobusem, bo przecież nikt w tamtych czasach tego nie sprawdzał.
— Panie szofer, gazu! Panie szofer, gazu! Bo pół litra jest w garażu!
Na końcu autobusu oczywiście „najlepsi” — ancymony, jakich mało.
Podróż jak zawsze: nuda przeplatana wydarzeniami za oknem. Krowa, traktor czy auto sportowe zatrzymane przez policję... Chociaż i tak wszyscy krzyczą:
— Oooo, milicja!
Rzyganie, postoje na siku, moja ulubiona bułka z masłem i żółtym serem. Im bliżej celu, krajobraz zmienia się diametralnie. Jedziemy ewidentnie w górę. Można wyczuć, że ten stary żęch ledwo daje radę.
Dojechaliśmy.
Od razu poruszenie i ukrywany śmiech dziewczyn.
Sromowce Niżne.
Duży hotel, cały z drewna.
Gonitwa do pokoi i bitwa o łóżko, chociaż wszystkie niby takie same. Jeden musi być przy oknie, drugi chce przy ścianie, bo tak śpi w domu. Walka trwa.
Teraz trzeba się rozpakować, więc walizka z ciuchami ląduje na podłodze obok wywalczonego łóżka i z głowy.
Idziemy na obiad.
Akurat dziś flaczki wieprzowe z chlebem. Prawie połowa już ma odruch wymiotny, a ja:
— Mogę zjeść też wasze, jak nie chcecie. Uwielbiam flaczki.
Mamy szczęście. Wieczorem prawdziwa dyskoteka z kolorofonami i sztucznym dymem.
Trzeba odkopać teraz koszulę i spodnie z kantem.
Dobrze, że mama wsadziła mi do walizki buty z blachą z przodu. W komplecie z czarnymi spodniami i białą koszulą wyglądam jak Michael Jackson.
Wchodzimy z chłopakami na salę. Głośna muzyka z ogromnych głośników zagłusza zupełnie rozmowę.
Dziewczyny niby te same, ale jakieś ładniejsze i bardziej tajemnicze.
No dobra... tańczymy.
Każdy z nas — „paralityk trafiony piorunem” — bez wyczucia rytmu próbuje zaznaczyć swoją obecność na parkiecie. Jeden naśladuje drugiego, jak te małpki w zoo.
Wywijasy i pseudo-szpagaty na początek, później z nóżki na nóżkę i obserwacja otoczenia.
W rogu, przy filarze, stoi piękna dziewczyna. Od razu ją zauważyłem po wejściu. Była chyba najwyższą dziewczyną na sali.
Mimo że byłem od niej o głowę niższy, przełamałem strach i podszedłem dziarsko, z góry zakładając, że odmówi.
— Zatańczysz? — zapytałem.
— Chętnie — odpowiedziała.
Wyszliśmy na środek.
W blasku świateł wyglądała jak milion dolarów.
Tańczyliśmy długo. Czas mijał, a nam tańczyło się coraz swobodniej.
Za dwie godziny północ.
Niestety, musimy już iść, bo jutro od rana idziemy w góry.
Szkoda...
Bo ja, baran, nie zapytałem nawet, jak ma na imię.
Dzień drugi
Pobudka, szybkie śniadanie i idziemy.
Wszyscy naładowani energią przeżywają wczorajszą dyskotekę. Zaczyna się licytacja: kto z kim tańczył i ile razy.
Jak zawsze każdy kłamie, jak może, byle tylko być tym „najlepszym”.
Cel: Trzy Korony.
Prawie dziesięć kilometrów w jedną stronę.
Co to dla nas?!
Na szczyt weszliśmy zmęczeni.
Dunajec i widoki jak z pocztówki.
Przepięknie.
Było warto.
Ale...
Trzeba jeszcze zejść.
Tu już emocje opadły. Zaczęła się mordęga i ból w mięśniach, o istnieniu których nie mieliśmy nawet pojęcia.
Uffff...
Jesteśmy z powrotem.
Chwila odpoczynku i idziemy na obiad.
Dziś mielone, ziemniaki i mizeria.
O dziwo, nikt nie narzekał.
Gorzej było wrócić do pokoju po schodach.
Jakby zamiast nóg były tyczki od grochu.
Jeszcze chwila i wyjeżdżamy z powrotem do domu.
Chyba walizka się skurczyła, bo nie mogę jej dopiąć.
Kolega zapytał mnie, kim była ta wysoka dziewczyna na dyskotece, z którą tak długo tańczyłem.
— Nie mam pojęcia — odpowiedziałem.
Nie uwierzył, ale niestety taka była prawda.
Wracamy. Cisza w autobusie. Nikt nie śpiewa. Każdy jakby odtwarzał przebieg wycieczki w pamięci, wyszukując najlepsze momenty.
Koleżanka z klasy podeszła do mnie i mówi:
— Zrobiłam ci zdjęcie z Martyną... tą wysoką. Jak wywołam kliszę, to ci je dam na pamiątkę.
Szok... jednak ma imię.
Żeby tylko zdjęcie dało się wywołać.
Od razu lepiej się czuję.
Dojechaliśmy szczęśliwie. Już ciemno.
Mama czeka na mnie i pyta:
— Jak było na wycieczce?
— Fajnie.
Komentarze (1)
Tekst też fajny👍
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania