Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Taiji.

Prolog.

 

Idę ulicą, starając się w miarę bezpiecznie zjeść to coś, co trzymam w ręce. W miarę bezpiecznie, czyli nie uwalając sobie przy tym ubrania. Zadanie nie jest wcale takie proste, jakby się wydawało; aleja jest zatłoczona, a ja zgarnąłem ze stołu ulicznego sprzedawcy pierwszą z brzegu kanapkę, czy tam falafla, czy tam sajgonkę, czy tam jak to się zwie. Kupowałem od niego wcześniej, wiem że towar jest zjadliwy, czasem nawet smaczny, ale nie wiem, czy w tym, co przed chwilą kupiłem, nie ma sosu. Doznaję nagłego olśnienia i przeciskam się przez bardzo wąskie przejście między dwoma wieżowcami, na koniec dochodząc do ukrytego zaułka. Miejsce wygląda, jakby nikt tutaj nie zajrzał od momentu, kiedy powstało. I super. Zjadam w spokoju posiłek. Kiedy już mam wracać, dostrzegam przy ścianie jedno z tych śmiesznych kół fortuny. Zasadniczo nie ruszają mnie te wygłupy, ale to wygląda, jakby nikt nim jeszcze nigdy nie zakręcił. Dam mu zatem szansę spełnić swoje przeznaczenie. Kładę na kole rękę i jednym zdecydowanym ruchem kręcę nim. Patrzę przez chwilę na wzory, które pojawiają się dzięki prędkości obrotu, nawet fajne są, obracam się i wychodzę z zaułka.

 

xxx

 

- Zdecydowałaś się? Zatem wybierz swój los - mówi obojętnie starzec.

 

Kobieta, okryta długim płaszczem z kapturem, podchodzi do gigantycznego koła z jadeitu. Oddycha głośniej, niż by chciała, po czym badawczo kładzie dłoń na krawędzi, zastanawiając się, czy będzie miała dość siły, by obiema rękami choć trochę je poruszyć. Ku jej zaskoczeniu dotyk jednej dłoni wystarcza. Koło zaczyna się kręcić, mocno i szybko. Patrzy najpierw z niedowierzaniem, a następnie zafascynowana, nie chcąc, a może i nie mogąc, oderwać wzroku. Koło się kręci.

 

1. Leszy

 

Pierwszy ochroniarz padł przy basenie, zanim zdążyłem choćby zobaczyć jego twarz.

 

Ot, jakaś sylwetka wychyliła się zza niskiego murku otaczającego część rekreacyjną posesji i niemal w tej samej chwili poleciała do tyłu jak kopnięta szmaciana kukiełka. Trafiliśmy typa chyba w siedmiu równocześnie.

 

- Lewa! - krzyknął ktoś za mną.

 

Odwróciłem się i zobaczyłem dwóch kolejnych.

 

Strzelali z przeciwległego końca basenu, zza rzędu donic z krzewami. Pociski uderzały w taflę wody, a ta eksplodowała fontannami, coraz to bliższymi i bliższymi, i bliższymi... Nawet fajnie to wyglądało. Znaczy dla mnie. Dla dwóch agentów, których ciała wpadały właśnie do wody, barwiąc ją na czerwono, pewnie mniej. Rzuciłem się za betonową podstawę niskiej trampoliny i odpowiedziałem długą serią.

 

Jeden z ochroniarzy zniknął gdzieś za donicą. Drugi nie zdążył. Przeładowałem, wychyliłem się minimalnie, porównując widok z informacjami z interfejsu, i pobiegłem na kolejną pozycję.

 

Dach był ogromny.

 

W normalnych warunkach trudno byłoby uwierzyć, że na szczycie 150-piętrowego wieżowca może znajdować się coś przypominającego prywatną posiadłość, tu jednak było wszystko, co właściciel uznał za niezbędne do życia: wielka kamienna rezydencja, tarasy z boiskami, basen, oranżeria, spory ogród i drzewa.

 

Dęby.

 

Tak, dęby.

 

Prawdziwe, wysokie na ponad dwadzieścia metrów, z koronami rozłożonymi szeroko nad dachem. Jeden z nich rósł zaledwie kilka metrów obok. Korona zaszumiała nade mną. Podszedłem i delikatnie dotknąłem kory. Tak ze trzy i pół metra obwodu miał na pewno. Potężne drzewo.

 

Potem gałąź tuż przed moją twarzą eksplodowała i przestałem się nad tym zastanawiać, skulony za pniem szepcząc modlitwy dziękczynne do wszystkich duchów opiekuńczych przyrody, jakie kiedykolwiek zostały wymyślone. Cyfrowy celownik na karabinie wrogiego snajpera najwyraźniej usunął gałąź z obrazu, z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością uznawszy, że pocisk przez nią przejdzie. Na moje szczęście głupia gałąź nie znała tych wielce uczonych obliczeń.

 

- Snajper zdjęty, kwadrat czysty.

 

Spokojny, moim zdaniem wręcz metaliczny głos Gerty, brzydszej połowy naszego duetu strzelców wyborowych, wydał mi się czystym jedwabiem, miodem, puchem, pięknem i doskonałością.

 

- Naprzód! - wrzasnął Tyka i wyrwał do przodu.

 

Ruszyliśmy za nim.

 

Kilkadziesiąt sekund i dwa sektory później idący tuż przede mną żołnierz nagle się zachwiał i przewrócił. Co gorsza, nie padł przy tym żaden dźwięk. Zanim zorientowałem się, co się dzieje, rozległa się seria charakterystycznych trzasków pistoletu Cienkiego. Poczułem mocne uderzenie w klatkę piersiową i odruchowo spojrzałem w dół. Obok serca tkwił bełt, wbity niemal po lotki. Powietrze pod drzewem, jakieś piętnaście metrów przede mną, wybuchło czerwienią.

 

- Bang bang bang bang - zanucił tę swoją idiotyczną nutę mój agencyjny partner Cienki, dalej opróżniając magazynek swojego wielkiego pistoletu A.U.A, cokolwiek by ten skrót nie oznaczał, bo nigdy nie raczył rozwinąć, sukinsyn. Kolejne czerwone rozbryzgi pojawiały się znikąd i zawisały w powietrzu.

 

Fragment przestrzeni zamigotał. Martwy ochroniarz z powtarzalną kuszą w ręce osunął się na trawę. Jego kombinezon maskujący wyczerpał energię albo dezaktywował się po śmierci użytkownika.

 

Błyskawicznie wydobyłem i wbiłem sobie w klatkę Regeneratora, po czym wcisnąłem przycisk wstrzykujący zawartość. Patrzyłem na interfejs, na którym wskaźnik funkcji życiowych, jeszcze mgnienie oka temu czerwony jak alarm, zaczął przesuwać się w stronę żółci. Wyrwałem bełt. Nano już odcięło go od żywej tkanki, więc bolało mniej więcej tak, jak wyrwanie drzazgi.

 

Tyka, Doktor i Gunter, wraz z kilkoma innymi agentami i żołnierzami, dołączyli do nas.

 

Zrobiło się cicho.

 

Nie tak naprawdę. Wokół nadal strzelały karabiny, ktoś krzyczał, gdzieś pękła szyba, a spod dachu oranżerii dochodził jednostajny pomruk wentylatorów. Przez kilka sekund jednak nikt z nas się nie odzywał.

 

Spojrzeliśmy po sobie, a potem na wielkie, kute wrota prowadzące do rezydencji.

 

- Wchodzimy! Za mną! - krzyknął entuzjastycznie Tyka i pobiegł, żołnierze i kilku agentów za nim.

 

Chwyciłem Guntera, który też chciał wyrwać do przodu, za ramię.

- A ty gdzie się, stażysto, pchasz? Myślisz, że jesteś nieśmiertelny?

- Do szturmowania budynków przodem wysyłamy tanki, Polaków i przygłupów, a jak ich zabraknie, to żółtych. Tankiem bądź Polakiem nie jesteś na pewno, może przygłup? - spytał zrzędliwym głosem Doktor.

- Ja bardzo cenię agenta Tykę, chcę być taki jak on. A pan przecież też jest Polakiem, agencie Leszy - tłumaczył się po swojemu Gunter.

- Ja? Polakiem? W żadnym razie. Jestem Europejczykiem. I nie jestem ani tankiem, ani przygłupem - ogłosiłem radośnie.

- Rozumiem. A pana partner Jacek pobiegł jako Polak czy jako tank?

Zakląłem soczyście. Cienkiego oczywiście nie było. Spojrzałem na interfejs, jego kropka była tuż obok Tyki. Nie zostało mi nic innego, jak ruszyć za tymi dwoma deklami.

 

xxx

 

Po wejściu do halu ponownie sprawdziłem interfejs. Tyka i Cienki już prowadzili sporą grupę głównym korytarzem, podążanie za nimi nie miało sensu. Doktor zgarnął jednego żołnierza i kazał dwóm pilnować wejścia. Ruszyliśmy w czwórkę jednym z bocznych przejść. Aktywuję kanał ogólny.

 

- Podstawową zasadą walki rozproszonej na otwartej przestrzeni jest ruch. Walka w przestrzeniach zamkniętych to coś zupełnie odmiennego, szczególnie kiedy szturmujesz. Podstawą jest skupienie, rozwaga oraz takie ustawienie się w formacji, żeby pod żadnym ale to żadnym pozorem, nie iść jako pierwszy. Zrozumiałeś, Gunter? To powtórz. -

 

- Tak jest! Najważniejsze to żeby nie iść jako pierwszy. - Potwierdza głosem pilnego ucznia, któremu mistrz właśnie objawił tajemnicę osiągnięcia Nirwany.

 

Prycham.

 

- Jesteś perfekcyjnym włazidupcem, Gunter, to ci przyznaję.

 

Na ogólnym rozlegają się śmiechy i słychać kilka docinków, powtarza się określenie Brązowy Nosek.

 

- Nie ukrywam, że bardzo zależy mi na stałym angażu, agencie Leszy. Tylko czy to źle, że chcę się uczyć od najlepszych i pracować z najlepszymi? - Jakoś mu się udało połączyć potwierdzenie, że dla blachy wydziału zrobi praktycznie wszystko, z gładkim komplementem.

 

Idziemy wąskim korytarzem, praktycznie gęsiego. Gunter jako pierwszy, żołnierz jako drugi, dalej Doktor, tyły ubezpieczam ja.

 

- Drzwi po lewej - raportuje żołnierz.

- Sprawdź, Gunter ubezpieczaj go. - wydaję polecenie i ruszamy dalej, po kilku metrach natykając się na parę drzwi, jedne po lewej, drugie po prawej. Klepię Doktora po ramieniu. Rozumiemy się bez słów, otwiera te po lewej, zerka na ścianę przy drzwiach, wchodzi.

- Czysto - informuje po chwili i wycofuje się.

Naprzeciw, w korytarzu, Gunter ubezpiecza żołnierza który sprawdza pokój po prawej. Ku mojemu zdumieniu widzę jak trep starannie zagląda za kanapę a potem wielki monitor.

- Czysto - raportuje.

 

Idziemy dalej. Teraz ja prowadzę, Doktor idzie za mną. Gunter na pierwszej pozycji zaczyna wyglądać zbyt entuzjastycznie, a entuzjazm w korytarzu to najkrótsza droga do zmiany koloru w interfejsie. Na szary.

 

- Gunter, słuchaj uważnie. Tekst o tym żeby nie iść jako pierwszy był głównie żartem, choć faktycznie, idealnie by było gdyby zawsze prowadził tank w power armourze, albo choćby jakiś przygłup który to lubi, niestety nie zawsze są pod ręką. To co powiem teraz nie będzie żartem.

Przełączyłem kanał na taktyczny, od ogólnego różniący się tym, że nie służy do wygłupów, i nie da się go ściszyć. Teraz naszą grupę słyszą dosłownie wszyscy agenci i żołnierze.

- Jak myślisz, czy my gramy w capture the flag albo last man standing?

- Nie agencie Leszy, jesteśmy na misji bojowej której celem jest schwytanie bądź eliminacja konkretnego nieprzyjaciela.

- No właśnie Gunter, no właśnie. I dlatego nie ma sensu zbyt szczegółowo sprawdzać pomieszczeń. Owszem, ryzykujemy, że przeoczymy jakiegoś ochroniarza który schowa się za szafą albo za kanapą. Nie da się tego wykluczyć. Tylko, jak myślisz Gunter, czy typ którego mamy przechwycić, byłby zadowolony z tego, że on zginął, ale za to wynajęty przez niego najemnik przeżył jako jedyny?

Pozornie mówię do Guntera ale tak naprawdę uwaga jest dla żołnierzy których nam dorzucono na tę misję. Byli szkoleni inaczej, zapewne dużo lepiej, niemniej inaczej. Jakby to ujął mój przemądrzały partner, suboptymalnie dla tej konkretnej misji.

- Nie agencie Leszy. Nie byłby. Z wielu powodów, chyba przede wszystkim tego metafizycznego - odpowiada po namyśle Gunter.

- Ni chuja nie rozumiem powodu metafizycznego ale ogólnie zaliczam odpowiedź. No kurwa nie byłby. Dlatego wystarczy szybka kontrola wzrokowa. Jak nie ma widocznych wrogów, pokój jest czysty. Jeśli nasz cel schował się gdzieś w szafce albo w kiblu, to przecież zabezpieczyliśmy wejścia i znajdziemy go po sprawdzeniu reszty lokacji. Byłoby nawet zabawniej.

 

Idziemy dalej.

Korytarz.

Drzwi, lewo.

Pusto.

Drzwi, prawo.

Pusto.

Zakręt.

Drzwi, prawo.

Jeden przeciwnik.

Zdjęty bez strat.

 

Ponownie się zmieniamy w formacji, teraz prowadzi Doktor, ja za nim.

 

Korytarz.

Zza rogu w odległym końcu nagle wychyla się ochroniarz z krótkim karabinem, strzela - w wąskiej przestrzeni rozlega się w miarę głośne, metaliczne KLANG - i chowa się z powrotem.

Moje ciało rozpoznaje ten dźwięk, zanim zdąży to zrobić mózg - granatnik. Rzucam się na plecy, choć wiem, że nie zdążę. Widzę jak napastnik obrywa w ramię i biodro, chyba żołnierz zdołał strzelić, Doktor spokojnie stoi i mierzy. Słychać kolejne KLANG. Chcę krzyknąć, żeby ...

 

Wystrzelony granat dolatuje i wybucha.

A potem wybucha drugi, dokładnie na końcu korytarza, tam gdzie pojawił się napastnik.

Z drzwi po obu stronach, gdzieś tak w połowie korytarza przed nami, wychodzi dwóch kolejnych ochroniarzy. Gunter rozwala tego po lewej, ten z prawej rozwala Guntera.

 

Cisza.

 

Żołnierz leży i mierzy w głąb korytarza. Typ który wystrzelił granat został rozwalony na kawałki ale przecież może mieć kolegów. Dobrze, że mierzy.

 

Gunter leży i rzęzi. Jest podziurawiony jak durszlak, zostały mu sekundy.

 

Ja leżę i żyję. Ledwo, ledwo ale żyję.

 

Nawet nie próbuję wstać, przetaczam się do Guntera i wbijam mu w klatę Regeneratora.

Mija kilka sekund.

- Oddawaj mi Regeneratora - mówię natychmiast po tym, jak otwiera oczy.

- Przepraszam ale nie mogę, zużyłem już - odpowiada zrezygnowanym głosem.

- A masz jeszcze mini? - dopytuję rozzłoszczony.

- Tak, jeden - mówi zdziwionym głosem, zapewne nie spodziewając się, że będę aż tak małostkowy.

Bz słowa wyciągam nadgarstek.

- Wbijaj - mówię.

 

Wersja mini działa dużo słabiej ale na moje obrażenia w pełni wystarczy. Wracamy na pozycje bojowe.

- Skończyliście? To trzymajcie po prezencie - mówi żołnierz i wyjmuje dwa Regeneratory. Wręcza nam po jednym. Przyjmuję lewą ręką, prawą dalej trzymając karabin.

- Dzięki! - mówię ze szczerym uznaniem. Hojny dar.

 

- Teraz każdy z nas ma przynajmniej jeden. Ruszamy?

Patrzę na ciało Doktora. Nogi, korpus, ręce, trzy pełne strzykawki z Regeneratorami, wszystko dosłownie poszatkowane. Tragedia.

- Super gość był. Świadomie przyjął na siebie większość impaktu. I jeszcze rozwalił niemilca granatem. Ocalił nas. Szkoda że nie ma z nami doktora, może by go też ocalił - mówię.

- Większość energii wybuchu chyba. Zgadzam się, że równy kolega był, ale jestem dobrej myśli, sądzę, że przeżyje - mówi żołnierz.

 

Zbliżamy się do połowy korytarza, żołnierz prowadzi, ja za nim, Gunter pilnuje tyłów.

- Na czym opierasz swoją diagnozę? - pytam zaciekawiony.

- Buty mu nie spadły - odpowiada żołnierz.

Gunter chichocze, ja prycham.

Sprawdzam na interfejsie imię żołnierza. Henryk.

- Jesteś może Polakiem, Heniu? - dopytuję.

- Z dumą potwierdzam - odpowiada Henryk.

- Tak myślałem. Chamski, prymitywny i rasistowski humor to typowa cecha Polaków. Ten żart jest bardzo polski.

- Właściwie to wyrażenie chyba ma znacznie szerszy kontekst kulturowy. W Niemczech też jest znane - odzywa się Gunter.

- Aha. Czyli nawet ten żart Polacy Niemcom ukradli. Typowo polskie. Dziękuję za wskazanie na ten fakt, agencie Gunter - mój głos to sama słodycz.

- Nie to powiedziałem, a taka interpretacja jest nadużyciem i jest fałszywa - Gunter chyba się lekko wściekł.

Coś sobie uświadamiam! Ochroniarz z prawej! Kto go załatwił?! I w tym samym momencie przychodzi olśnienie i spokój. A, no tak, ja go zdjąłem.

- Dziękuję, stażysto Gunter. Wystarczy.

 

Henryk zerka za róg.

- Czysto.

Idziemy dalej.

- Czy mogę coś dodać? To bardzo ważne - pyta Gunter po chwili.

- Oczywiście -

- Chciałem panu podziękować za ocalenie mi tyłka, i za wcześniejszą wskazówkę, ma pan całkowitą rację, agencie Leszy.

- Zawsze mam rację. Konkretniej zatem, Gunter, konkretniej.

- Najważniejsze, w walce w zamkniętej przestrzeni, to znaleźć idiotę, który pójdzie jako pierwszy - mówi Gunter i z uśmiechem klepie w ramię Henryka, zastępując go na prowadzeniu.

 

Drzwi, prawo.

Czysto.

Drzwi, lewo.

Czysto.

- Po co oni w ogóle zostawiają ludzi w pokojach? Znaczy przecież jeden był? Do tego tych trzech. A inne grupy napotkały większy opór - pyta Gunter. I jest to pytanie tak debilne, że nie wiem co odpowiedzieć.

- Mam kolejne pytanie. Skąd niby tych trzech wiedziało, że przyjdziemy? Muszą mieć czujniki, znają naszą dyslokację.

Heniu jeszcze bystrzejszy. Zadaje pytanie retoryczne, po to by samemu na nie odpowiedzieć.

 

Coś sobie uświadamiam, włączam znowu taktyczny.

 

- Odpowiadając na wasze genialne pytania, stażysto Gunterze i jumaczu Henryku, pojedynczych członków ochrony zostawia się w zamkniętych pomieszczeniach w jednym i tylko w jednym celu. Tym samym w jakim organizuje się ataki samobójcze małymi grupami, kiedy zna się rozmieszczenie oddziałów przeciwnika. - Celowo na tym kończę. Nie ja dowodzę, niech się Biedronkarz zastanawia.

 

- Kurwa mać! No jacha! Spowalniają nas, jak podejrzewałeś Cienki! Tylko po co? Przecież to bez sensu tak rozpraszać siły w takiej sytuacji? - Tyka zadaje kolejne dobre pytanie.

-Nie wiem i nie sądzę, żeby ktokolwiek z nas wiedział. Bez znaczenia. Na plan A nie mamy co liczyć, czyli musimy jak najszybciej zająć teren, i tyle. - Cienki po swojemu rozwiązuje problem omijając go. Nieważne po co, ważne że to robią, spowalniają nas, celowo.

- Inne grupy raportują, że teren dookoła budynku w którym jesteście, został zabezpieczony minami swobodnymi i automatycznymi wieżyczkami strażniczymi. Tego domu nie da się tak po prostu z marszu obejść. Zgadzam się, darujcie sobie pełne przeszukanie i z maksymalną bezpieczną szybkością przejdźcie przez budynek. - Biedronkarz daje nam zielone światło, zarazem kryjąc swoją dupę.

 

Czuję jak mojej twarzy dotyka delikatna i cienka pajęcza nić, strząsam ją ręką. I coś sobie przypominam.

 

-Chwila! Gdzieś pewnie przygotowali większą zasadzkę, ja bym obstawiał - przywołuję minimapę, na szczęście któryś z agentów albo żołnierzy już wysłał minidrona i z grubsza zmapował teren, zaznaczam zarys na końcu - to wielkie pomieszczenie.

- Great room, obecnie chyba nazywany też open space, przecina wszystkie trzy kondygnacje. Idealne miejsce na zasadzkę i nie da się go lepiej zmapować, pomieszczenie jak i większość rezydencji, jest zabezpieczone mikrolaserami antydronowymi. To co widzicie udało się uzyskać skanami zewnętrznymi. Tag ostrzegający przed możliwą zasadzką dodaliśmy tam już wcześniej - ponownie odzywa się Biedronkarz.

- Dobra, ciśniemy na pełnej, wpadamy i wymiatamy ich. Chyba że ktoś dotrze przede mną. Wtedy czeka. Ja idę pierwszy.

Tyka Napoleonem nie zostanie, to na pewno.

- Myślę, że będzie najlepiej jak taktykę ustalimy po dotarciu, wstępnie sugerowałbym wejście przynajmniej kilkoma grupami, jeśli to możliwe kilkoma wejściami, moi ludzie jako pierwsi, pozostałe oddziały tuż za nami - dowódca żołnierzy odzywa się pierwszy raz odkąd rozpoczęliśmy operację.

- Tak zróbcie - Biedronkarz zamyka temat.

 

Trochę nam jeszcze utrudniają dotarcie, między innymi opuszczając wszystkie grodzie bezpieczeństwa. To nas trochę spowalnia, ale tylko trochę, bo mamy przecież szpule NovaTermitu. Niestety, spryciarze w niektóre odcięte grodziami korytarze wpuszczają dodatkowo jakiś łatwopalny gaz. Stoimy właśnie przy jednym z tych przypadków, razem z Tyką, Cienkim, Malajem i dwoma żołnierzami czyli wszystkimi ocalałymi z ich wcześniej dwunastoosobowego oddziału.

 

- Jebany szajs! Pierdolone zwierzęta! - Malaj lekko się trzęsie. Rozumiem, go. Sam odwracam wzrok od zwęglonych zwłok.

- A ten chory pojeb, twój partner, jeszcze mówi, że to zajebiście dobrze! - wściekły Malaj wskazuje się na Cienkiego.

- Jak ty się do mnie odezwałeś? - Cienki w mgnieniu oka jest już przy Malaju. Ten w oczach ma czyste przerażenie.

- Cienki, ja -

- Zamknij mordę i nie otwieraj jej dzisiaj więcej, dobrze? - ton głos Cienkiego jest wręcz uprzejmy, i jest to bardzo ale ale to bardzo zły znak.

Malaj potulnie kiwa głową, nie ważąc się odezwać.

 

- A poza tym śmierdziel przekręcił. Stwierdziłem, zgodnie z prawdą, że niewątpliwie to smutne, że spłonęli żywcem. Równocześnie, wskazałem na aspekt pozytywny tej sytuacji, czyli dobrze, że odcięło za nami i tym samym to nie my spłonęliśmy. -

Uśmiecham się lekko pod nosem i nic nie mówię, Cienki i te jego filozofowanie.

Henryk z zadumą patrzy na spalone ciała.

- W sumie fakt, najważniejsze, że nie my. -

 

xxx

 

Dotarliśmy do głównego wejścia do Great Roomu kilka minut przed oddziałem żołnierzy. Wykorzystujemy ten czas na wysłanie paru minidronów. Oczywiście chwilę później lasery robią bzzz i tyle jest z rozpoznania ale Cienkiego coś zainteresowało na uzyskanych nagraniach.

- Żyrandol! Muszę zobaczyć ten żyrandol - mówi rozgorączkowanym głosem z szaleństwem w oczach.

Patrzymy na niego jak na wariata. Niby jak mamy patrzeć. Jaki kurwa żyrandol?!

- Nie przejmuj się tym Heniu, mój partner jest z deczka jebnięty ale poza tym to swój chłopak. Polak, faszysta, rasista, seryjny zabójca, ma debilne poczucie humoru, polubicie się - tłumaczę Henrykowi zachowanie Cienkiego, żeby nie myślał, że wszyscy agenci mają nierówno pod sufitem.

- W takim razie zapraszam. Możecie wejść. Bez broni i kamer. Warunki sub rosa. Ze swojej strony, jako szef ochrony obiektu, gwarantuję nietykalność. I mogę trochę opowiedzieć o tym żyrandolu, a jest rzeczywiście unikalny, jedyny w swoim rodzaju.

Głos dobiega z głośników które muszą być gdzieś w pobliżu. Jestem zbyt zaskoczony, żeby choćby poczuć się zaskoczony.

Cienki bez słowa zaczyna pospiesznie ściągać z siebie kamo.

- Cienki nie ma kurwa mowy, nie wejdziesz tam, debilu - Tyka choć raz mówi rozsądnie.

- ETA naszych superkomandosów to ponad siedem minut, oddziału Gerty prawie dziewięć. Wejdę na siedem. A ty się na to zgodzisz Tyka. W zamian za to wejdziesz ze mną, i to jako pierwszy - mówi spokojnie Cienki.

Już wiem co się stanie.

Tyka ściąga z siebie swój ciężki pancerz szybciej niż Cienki swoje lekkie kamo. Staje pod drzwiami i czeka. Jakby miał ogonek to by nim teraz merdał, taki jest szczęśliwy.

10 sekund później obaj debile bez pancerzy, kamer i broni wchodzą do sali, zamykając za sobą drzwi.

 

Docierają żołnierze. Dowodzi wysoki, szczupły rudzielec w grubym szarym płaszczu. Interfejs nie podaje stopnia, jedynie imię i tag specjalny funkcji: Konrad, dowódca. Bardzo wojskowe.

 

Tuż po przybyciu żołnierzy otwierają się drzwi. Wychodzą nimi nasze dwie agencyjne gwiazdeczki.

 

- W sumie spoko typ z tego zielonego skurwiela, przywitał się, przeprosił że nie może przedstawić, poopowiadał o tym żyrandolu, jak dla mnie lampa jak lampa ale ładna jest, nie powiem. Na koniec pożegnał się uściskiem ręki i życzył nam powodzenia. Oczywiście go zabiję ale klasę ma, to mu przyznaję - mówi Tyka sam z siebie, choć przynaglany naszymi spojrzeniami.

- Tak jak podejrzewałem, jest z kryształów górskich. To arcydzieło. Dostałem w prezencie zdjęcia i holo, gospodarz wysłał na maila ale najważniejsze, że sam obejrzałem. Czy wiedzieliście, że każdy kryształ górski jest jedyny w swoim rodzaju? Nie ma dwóch identycznych. Teraz mogę umrzeć spełniony - odzywa się nagle Cienki, zakładając pancerz.

- Może jakieś uwagi taktyczne, coś odnośnie potencjalnych stanowisk ogniowych na przykład? - pytam ledwo powstrzymując wściekłość.

Cienki patrzy na mnie rozbawionym wzrokiem nie odpowiadając ani słowem, obraca się w stronę dowódcy żołnierzy i wskazuje ręką na motyw dekoracyjny nad drzwiami. Ten się nie obraca, zamiast tego patrzy z powagą na Cienkiego.

- Zauważyłem. Dobrze, że ten zwyczaj wciąż istnieje - mówi uśmiechając się lekko.

Przyglądam się uważnie. Kwiaty jak kwiaty, chyba róże. Dalej nic nie rozumiem ale wiem, że nie ma sensu dalej pytać. Może ktoś mi wyjaśni po misji.

 

Konrad sprawnie omawia plan ataku, wyznacza nam stanowiska, czasy wejść i to wraz z rozwiązaniami alternatywami na wypadek gdyby coś tam A, coś tam B, coś tam C. Na koniec wszystko co powiedział dostajemy w interfejsie jako rodzaj automatycznej nakładki. Fajna sprawa. Z jednej strony złoszczę się, że jakiś trep który został nam, agentom, dodany jako wsparcie, przejął dowodzenie. Z drugiej przyznaję sam przed sobą, że Biedronkarz nie zrobiłby tego lepiej. Może niekoniecznie byłby dużo gorszy ale na pewno nie byłby lepszy. No i to żołnierze wchodzą pierwsi. Czyli jako żywe tarcze.

 

Gerta raportuje przybycie swojej grupy. Wyżeł wcześniej zabezpieczył wejście na galerię piętro wyżej, obie grupy wejdą tamtędy.

Konrad ściąga swój płaszcz, pod spodem nie ma pancerza, nawet lekkiego, tylko ściśle przylegający do ciała kostium. Wśród żołnierzy już wcześniej zauważyliśmy sporo takich cyrkowców ale żeby głównodowodzący też do nich należał, to jednak lekkie zaskoczenie. Z drugiej strony ochrona jaką dają pancerze jest złudna, może i ci armijni cyrkowcy mają rację? W sumie zaraz się przekonam.

 

Zaczyna się odliczanie do wejścia. Oddział szturmowy zajmuje pozycje. Dowódca staje w drugim rzędzie. Poza nim prawie połowa oddziału jest bez pancerzy, przynajmniej się nie wyróżnia.

 

Ruszają.

Podglądam na interfejsie widoki z ich kamer.

Great room.

 

Wielka Sala, znaczy.

I jest wielka, naprawdę wielka.

Wysokości trzech pięter, marmurowa posadzka, dwie galerie ze szklanymi balustradami biegnące wzdłuż ścian na drugiej i trzeciej kondygnacji, schody, marmurowy bar przy wejściu, kominek wielkości garażu no i ten kryształowy żyrandol, który wygląda jak lodowiec zawieszony na łańcuchu. Po drugiej stronie też galerie i wielkie okna, a za nimi ogród i kawałek nieba.

 

Do tego oczywiście fortepian, meble które pewnie zrobiono z jakichś sekwoi czy tam innych mahoni wyrosłych milion lat temu i pozłacane świeczniki. No takie klimaty, żeby goście bywający na rautach w wielkich rezydencjach, na szczytach 150-piętrowych wieżowców, nie mieli wątpliwości, że tego gospodarza stać bardziej.

 

Żołnierze rozchodzą się łukiem, część luf prosto, część w górę, w galerie.

Pusto.

Wchodzi druga fala żołnierzy.

Pusto.

Na pierwszym piętrze wchodzą na galerię oddziały Gerty i Wyżła.

Pusto.

 

Cisza jest taka, że słychać, jak ktoś przełyka ślinę.

 

Wiemy. Wszyscy wiemy.

Tylko co to zmienia? Co możemy z tą wiedzą zrobić?

Nic.

 

Pierwsza salwa dziesiątkuje żołnierzy na parterze.

Druga agentów na piętrze.

 

Sala, która przed chwilą była statyczną ciszą, zamienia się w wyjący blender, mielący zawartość na pełnych obrotach. Szklane balustrady pękają, marmur eksploduje chmurami pyłu, drewniane, rzeźbione meble rozlatują się na drobne kawałki, po posadzce toczą się fragmenty ciał żołnierzy trafionych z granatników. Dwunastu naszych pada w trzy sekundy.

 

Nasza kolej. Wchodzę do sali i od razu rzucam się za marmurowy bar przy wejściu. Marmur wytrzymuje kilkanaście pocisków z RKMu. Nasty robi w nim dziurę wielkości pięści, kolejny robi dziurę we mnie. Wbijam sobie w klatę prezent od Henryka. Kończy życie w moim ciele po niecałym kwadransie od wręczenia. To chyba rekord w historii prezentów.

- Parter, jeden z KMem zdjęty - raportu ktoś na taktycznym.

Na jednej z galerii powietrze migocze i na chwilę coś się w nim pojawia po czym znika.

Pierwsze piętro, północna galeria, jeden zdjęty - raportuje Gerta.

Domyślam się że tym co się pojawiło była zawartość czaszki po headshot’cie.

Henryk, przyklejony do baru obok mnie, strzela krótkimi seriami, prawie pionowo w górę. Do kogo? Dostrzegam utworzony z pyłu, kurzu i krwi obrys sylwetki na pomoście pod sufitem. Aktywuję moduł granatnika. Granica zasięgu ale doleci. Strzelam. Lodowiec żyrandola odrywa się od sufitu razem z kawałkiem pomostu i spada na marmur z hukiem, który słychać chyba w całym wieżowcu. Ktoś spadł razem z nim. I właśnie przestał być niewidzialny. W sumie przestał być czymkolwiek poza plamą.

- Pomost pod sufitem, jeden zdjęty. Przepraszam za żyrandol, Cienki - melduję.

- Parter, jeden zdjęty - melduje drugi, a raczej druga z naszych stażystów, Inya.

 

Strzały cichną. Osiemnaście szarych kropek. Zdjęli nam osiemnastu ludzi. Drugie tyle pewnie przeżyło tylko dzięki Regeneratorom. Sprawdzam interfejs. Dowódca żołnierzy i połowa jego akrobatów żyje, najwyraźniej jakoś wyfikali się spod kul. Obejrzę sobie po misji te ich ruchy rodem z Matriksa.

 

- Zapłacisz mi za ten żyrandol, Lichy. Jest jeszcze jeden, rusza się ale dalej ma aktywne kamo, nie wiem czy go trafię, spróbuję - melduje Cienki spokojnym głosem.

Jedna z szyb na drugim piętrze wybucha na zewnątrz.

Dopiero kiedy dobiegam do okna, widzę linę. Cienka, stalowa, napięta od ściany przy dolnej framudze w dół, nad ogrodem, w stronę zasłoniętego drzewami lądowiska.

Zwiał nam, pewnie ten ich boss, gościnny esteta, skurwysyn jebany. Dobrze, że przynajmniej rozwaliłem ten żyrandol. Może to go zaboli.

 

xxx

 

Biegniemy luźną tyralierą nawet się nie kryjąc. Nie ma potrzeby. Przełamaliśmy ostatnią linię obrony, jaką była Wielka Sala, pozostałe grupy przeszły przez posiadłość zaraz za nami. Jakieś niedobitki próbują jeszcze stawiać opór ale mamy taką przewagę liczebną, że jak tylko jeden z nich się pojawi natychmiast koncentruje się na nim ogień kilkunastu naszych. Mają takie szanse jak pojedyncze osy przeciwko rojowi szerszeni.

Mijam ostatni szpaler drzew i kamienny murek. Przed nami otwarty teren, z zaledwie kilkoma niskimi betonowymi garażami czy innymi szopami na części i lądowiskiem na końcu.

 

Na interfejsie pojawia się obraz z czyjej cyfrowej lornetki, zbliżenie na cel. Stoi na lądowisku przy samej krawędzi dachu. Jest przy nim tylko trzech ochroniarzy. Nie panikują ale miny mają nietęgie. Owszem, są osłonięci polem energetycznym ale co z tego? Wiedzą jak to się skończy. Za to blady sukinsyn o chudym ryju, na którego polujemy, śmieje się i macha nam ręką. Zaraz ja mu pomacham. Uśmiecham się radośnie zastanawiając się ile dostaniemy premii i na co ją wydam.

 

I nagle wszystko się komplikuje.

 

W połowie dystansu pomiędzy nami a celem, z prawej strony dachu, nagle wyjeżdża spod ziemi platforma z dwoma szybkostrzelnymi działkami obrotowymi, oczywiście oba stanowiska opancerzone od przodu, do tego trzech typów ze snajperkami, i na koniec włącza się mini pole siłowe. Ustawione tak żeby mogli pruć do nas jak do kaczek. Lufy działek i snajperek przed polem, oni za.

Na tej samej linii, po lewej stronie dachu otwierają się drzwi jakiegoś małego bunkra czy tam garażu. I wychodzi z nich Mech.

Nie jest kolosalnie wielki. Ma może sześć metrów wysokości, zwarte opancerzenie, dwie potężne nogi i ramiona zakończone systemami uzbrojenia. Obraca się w naszą stronę. I odpala dwie rakiety.

Dokładnie w tej chwili otwierają ogień oba działka a zaraz po nich snajperzy.

 

Powietrze przecinają chmary pocisków i smugi rakiet.

 

— Wycofać się! Do ogrodu! Za linię drzew! Natychmiast! - w głosie dowódcy żołnierzy słyszę coś. Nie emocje, to zdecydowanie nie ten typ.

 

Tyraliera rozpada się w sekundę. I zamienia w paniczną ucieczkę.

 

Nam się udało. Mi i Gunterowi. Ukryci za drzewem patrzymy na przedpole na którym leży kilkanaście ciał, w tym Heniu.

- Fajny kolega był. I hojny. Był.

Mówię to nie tylko dlatego, że wypada. Naprawdę tak uważam.

- Tak jest! Niemniej, najważniejsze, i naprawdę pozytywne jest, że znowu nie my. - odpowiada mi Gunter.

Zerkam na niego dyskretnie. Uśmiecha się, też dyskretnie.

 

Na horyzoncie pojawia się helikopter. Przesyłają nam na interfejs zbliżenia i dodatkowe info, na wypadek gdybyśmy byli upośledzeni i nie zrozumieli co oznaczają oznaczenia. Helikopter należy do suwerennego kraju, wypełnia misję dyplomatyczną, nie wolno nam do niego strzelać.

 

Wypruwam cały magazynek w jednego ze snajperów i dokładam mu granat z modułu. Pole przed nim faluje i lekko ciemnieje. Snajperowi gówno robię, ale osłabiam pole. Wszyscy to robimy: albo osłabiamy pole, albo walimy w Mecha. Za chwilę wygramy. Tylko czy zdążymy, zanim ewakuują cel? Nie zdążymy, nie ma chuja, żebyśmy zdążyli. Znam się na swojej robocie. Inni agenci też się znają, większość nawet lepiej niż ja. Żołnierze, których nam dorzucono, są znakomici. No i mamy taką wspaniałą przewagę liczebną. I co z tego? I gówno z tego. Nie zdążymy.

 

- Nie muszę nawet sprawdzać interfejsu, żeby wiedzieć, że operatorem Mecha jest ten sam dowódca obrony, który nam nawiał minutę wcześniej - odzywa się na ogólnym Cienki z zadumą w głosie. - Przyznaję, że mi zaimponował. A wam?

 

Nie mam czasu na jego durne gierki. Łupię w pole i staram się nie dać zabić, więc go olewam.

 

- Prawie natychmiast po naszym wejściu zorientował się, jaką mamy przewagę liczebną - mówi Biedronkarz. - Zmodyfikował plan obrony tak, żeby kupić szefowi czas, i miał na taką ewentualność dobrze przygotowany i przećwiczony plan. Gdyby nie dodatkowe wsparcie, ta platforma i Mech by nas rozgniotły. Jest bardzo kompetentny.

 

Biedronkarz, ładniejsza połowa duetu strzelców wyborowych, dowodzi, ale poza tym głównie kampi, więc ma mnóstwo czasu na filozofowanie. A niech se filozofują, te dwa filozofy.

 

- Zgadzam się. - Odzywa się dowódca żołnierzy. Tym samym tonem, którego nie potrafiłem rozpoznać wcześniej. Teraz rozpoznaję, to podziw.

- W wielkiej sali wykorzystali wszystkie swoje atuty - kontynuuje Konrad - Geometrię terenu, układ przestrzenny pomieszczenia dający trzem z nich przewagę wysokości a dwóm kolejnym, rozmieszczonym na parterze, dobrze osłonięte i odległe stanowiska ogniowe. No i wszyscy korzystali z pełnego kamuflażu, nie zapomnieli nawet o dodaniu tłumików błysku na karabinach maszynowych i pełnych na szturmowych.

 

Dochodzę do wniosku, że Cichego najwyraźniej czeka wielka kariera dowódcza. Najwyraźniej bowiem, żeby zostać dowódcą, trzeba być kompletnie pojebanym i jeszcze mieć skłonność do mocno odrealnionych dygresji. Co jak co ale to całą trójkę łączy.

 

Działka nie strzelają. Działka koszą. Dąb, tuż obok tego, za którym ja leżę, właśnie powoli pada. Jedno z walących po okolicy działek podziurawiło mu pień tak, że go przecięło.

 

- Moim zdaniem współczesnym grom akcji brakuje akcji - oznajmia nagle Cienki na ogólnym.

Gdzie on w ogóle jest? Kropka mówi, że za drzewami po prawej. Kiedy ostatnio patrzyłem. Teraz zniknął z interfejsu. Kamo.

 

Mech znowu odpala dwie rakiety. Rozwala kilku naszych i dwa drzewa.

 

- Wszyscy chcą coś powiedzieć - ciągnie Cienki tonem znudzonego wykładowcy. - Wszyscy są tacy inteligentni, wysublimowani, życiowo mądrzy, że nawet gangus z getta, zanim umrze, musi się jeszcze podzielić z bohaterem tak głębokim spostrzeżeniem, że ten zapamięta je na zawsze.

 

Kolejna rakieta Mecha rozrywa trawnik kilka metrów ode mnie. Żołnierz, który przed chwilą głupio się wychylał, przestaje się głupio wychylać.

 

- Ten problem jest znacznie szerszy niż tylko gry. Dotyczy również filmów, seriali i książek. Całej kultury popularnej.

 

Wychylam się, strzelam w pole, chowam się. Pole ciemnieje jeszcze bardziej, zaraz je przeciążymy.

 

- Pal licho jakość tych mądrości. To oddzielny temat.

 

Ładuję ostatni granat w pole i orientuję, że znowu jest jasne. Mają podpięte dodatkowe baterie. Rozjebią nas. Do ostatniego. Kurwa kurwa kurwa mać!

 

Mech robi krok. Ziemia, którą ktoś przywiózł tu razem z korzeniami, drży pod moim brzuchem. Korpus Mecha obraca się. W moją stronę.

 

- Problem, o którym mówię, leży w tym, że wszystkie te wysrywy z dupy, przepraszam, nadzwyczaj empatyczne, życiowo mądre i przydatne, jaśnie oświecone porady, pojawiają się zamiast akcji.

 

Przetaczam się za kolejny pień w chwili, w której poprzedni przestaje istnieć.

 

- Jakby scenarzyści i pisarze, i ludzcy, i AI, nie potrafili ogarnąć tak elementarnej podstawy

 

Chciałbym bardzo głośno zauważyć, że typ gadający w środku czegoś takiego jest dla mnie psychiatryczną oczywistością studium klinicznego popierdoleńca, ale nie mogę, bo mam usta pełne ziemi.

 

- jak multitasking .-

 

Powietrze za platformą migocze.

Pojawia się Cienki, z swoim A.U.A. w dłoniach.

- Bang bang bang bang - recytuje, strzelając równocześnie.

Głowy i karki dwóch operatorów działek i dwóch snajperów eksplodują jedna po drugiej. Cztery pojedyncze strzały. Czterech wyeliminowanych. Działka milkną, natężenie hałasu spada o jakieś sto decybeli.

 

Problem w tym, że ostatni snajper się orientuje.

Robi przewrót w przód, przez pole siłowe na naszą stronę. Pole przepuszcza go bez oporu, bo pole zatrzymuje to, co szybkie, a nie to, co wolne. Teraz jest przed tarczą, na otwartym terenie, w teorii podatny na kule kilkudziesięciu luf. W praktyce z tych kilkudziesięciu zaledwie kilka ma kąt do strzału i potrzebuje czasu żeby wycelować a jemu i tak to zwisa. Chce tylko jednego: dorwać tego, który zabił jego kolegów. Obraca się na plecy i wyciąga snajperkę przed siebie, przez pole. Lufa jest nie dalej niż kilka metrów od klatki Cienkiego. Snajper się uśmiecha.

 

Czas staje w miejscu. Chcę krzyczeć, ale nie jestem w stanie nawet otworzyć ust.

 

Głowa snajpera eksploduje.

- Bang - mówi Biedronkarz.

- Finis coronat opus. Świetny strzał, Stanisławie, i oczywiście dziękuję - głos Cienkiego robi się nagle dość cienkawy.

 

Powiększam obraz w interfejsie. Jego twarz jest biała.

 

- Bo wiesz, Cienki, nie żeby coś, ale twój brzydki pysk jest kredowobiały, gadasz jak eunuch, możliwe, że obsrałeś spodnie, ale i tak wszystko chuj w porównaniu z tym, że właśnie kompletnie rozjebałeś w miarę udaną scenę akcji, przegadując ją, filozofie za dychę - zauważam.

 

- Jebać, kurwa to - rzuca Tyka. - Ja i armia bierzemy tego w power armorze. Reszta zapierdala dorwać cel. Teraz mamy szansę. Naprzód!

No to reszta zapierdala dorwać cel. Wyskakuję zza pnia i biegnę razem z innymi agentami przez trawnik poorany jak pole po bombardowaniu, między pniami, które jeszcze godzinę temu były drzewami za miliony, a teraz są opałem.

Mech, pozbawiony działek i snajperów wycofuje się z walki. Błyskawicznie cofa się tyłem, wielkimi, ciężkimi krokami, w stronę lądowiska. Strzela sporadycznie, rakiety mu się chyba skończyły więc ma jedynie działko impulsowe, a to jest w stanie zabijać tylko jednego z nas na raz. Jest dużo szybszy od nas, dociera do lądowiska i staje tam między nami a celem i helikopterem. Ostatni strażnik.

 

Helikopter już tam jest. Kiedy zdążył wylądować? Gdzieś między czwartym dębem a ostatnim snajperem. Cel i trzech ochroniarzy wsiada pod osłoną Mecha. Ochroniarze dźwigają walizki. Wielkie, sztywne, takie, jakie bierze się na wyprawę, z której nie planuje się wracać. Każdy po dwie. Cel wsiada z pustymi rękami, jak król, któremu noszą rzeczy.

Nie zdążymy. Mówiłem.

 

Helikopter unosi się, odsuwa za krawędź dachu i nie odlatuje, zawisa pięć metrów od krawędzi, tuż nad linią dachu. Pole siłowe, które osłaniało lądowisko, przesuwa się jak kurtyna na sam skraj dachu, tak że teraz w pełni chroni helikopter od naszych ewentualnych strzałów i rozdziela świat na dwie strony. Po po tamtej jest Cel w helikopterze, po naszej trawa, wiatr, krawędź i ponad pięćset metrów pustki.

 

To nie ma sensu. Powinien odlecieć. Wszystko wskazuje na to, że powinien. A wisi.

 

Mech zamiera. Nie wybucha. Nie pada. Staje z opuszczonymi ramionami jak pomnik własnej kompetencji. Użył kamo? Może. Nie wiem co myśleć ale nie przejmuję się typem. To nie on jest celem.

 

Tyka dobiega do Mecha w chwili, w której ten przestaje być Mechem i patrzy na maszynę z miną człowieka, któremu odwołano wigilię.

 

Dobiegamy do krawędzi lądowiska i nie ma co robić. Do helikoptera nie wolno strzelać, a nawet gdyby wolno było, pole zatrzymałoby wszystko, co leci. Stoimy więc w półkolu, zdyszani, zakrwawieni, z karabinami w rękach, i patrzymy w otwarte drzwi.

 

Stoi w nich on. Blady sukinsyn o chudym ryju, na którego polowaliśmy przez cały ten cholerny budynek. Trzyma się framugi z nonszalancją człowieka, który nigdy w życiu nie musiał się niczego bać. Wiatr ze śmigieł szarpie mu marynarkę.

 

- Panowie! Szanuję upór! - woła, a głos niesie się tak wyraźnie, że ktoś musiał zadbać o nagłośnienie. - Tyle wysiłku, tyle ofiar, a ja nawet nie miałem okazji się spocić!

Ktoś z żołnierzy unosi karabin, po czym opuszcza go z powrotem.

- To jest, jak państwo widzą, helikopter przyjaznego kraju na misji dyplomatycznej - ciągnie pogodnie. - Ale proszę strzelać. Naprawdę, proszę. Zawsze chciałem dostać salwę honorową, na wiwat, na moją cześć.

Jeden z ochroniarzy dopina pasy tuż przy najwyższej walizce. Cel przesuwa po niej dłonią jak po głowie psa.

- A walizki? Proszę nie zwracać uwagi. Drobiazgi. Pamiątki z domu.

 

Śmieje się. Ma śmiech człowieka, który nigdy w życiu nie przegrał, nigdy.

 

Cienki stoi obok mnie. Nie odzywa się i ma bardzo uprzejmą minę. Jak na Cienkiego to wyjątkowo niepokojące.

- Cienki - mówię. - O czym byś nie myślał, przestań. Nawet o tym nie myśl.

- Zawsze wydawało mi się to głupie - odpowiada. - Ten moment kiedy główny antagonista musi się na do widzenia rozgadać, wygłosić jakiś durny monolog. Teraz to rozumiem. On właśnie na nas szczy, sika znaczy. A my stoimy jak te, nie powiem co i nic nie możemy z tym zrobić. To musi być naprawdę przyjemne doznanie. Dlatego to robi. To jego przemarsz przez Łuk Triumfalny, parada zwycięstwa.

 

- A teraz czas się pożegnać. Pies was jebał, suki Hipnosa, i waszego pana też - rży ze śmiechu Cel, maska uprzejmości spada, pojawia się prawdziwe oblicze, niewyobrażalnej wręcz buty i arogancji.

Cienki nagle, po krótkim rozbiegu, skacze odbijając się od krawędzi budynku, prosto przez pole siłowe. Wyciąga rękę z pistoletem, strzela raz.

Blady sukinsyn przestaje się śmiać w połowie słowa. Potem przestaje istnieć.

 

- Technicznie rzecz biorąc, nie strzelał do helikoptera, a poza tym to była samowola! - mówi Biedronkarz na taktycznym tonem człowieka, który już układa raport dla przełożonych.

 

Cienki zaczyna opadać.

 

Helikopter odlatuje.

 

- Jako partner Jacka Cienkiego, tego skończonego sukinsyna piekielnej pamięci, pozwolę sobie na krótkie epitafium. Był tylko zbiorem pikseli, a pojęcia świadomości do tej pory nie udało się zdefiniować więc chuj z nim. - Wygłaszam już dawno przygotowaną na tę okazję przemowę, po czym dodaję coś od siebie, tak spontanicznie. - Niech ci ziemia lekką będzie Cienki, może się nawet odbijesz, ze dwa razy.

 

Symultanicznie Tyka rzuca się do krawędzi patrzy w dół i krzyczy:

- Misja zaliczona! Dzięki Cienki! Ogólnie ja tam ciebie zawsze lubiłem, i mam trójkę dzieci które muszę wykarmić. Pamiętaj o tym! Kasy ze sobą nie zabierzesz, a moje bombelki będą ciebie na zawsze pamiętać. Przesyłam numer konta! -

 

Tyka to jednak czasami prawdziwy geniusz jest, cza mu przyznać. Na to bym nie wpadł.

 

- Około 500 metrów do ziemi, czyli jakieś 15 sekund lotu. Zostało 7 - mówi Gunter, o dziwo ze smutkiem w głosie.

 

Mnóstwo czasu na filozofowanie.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania