Tajemnica pod latarnią
Cofnijmy się na chwilę do mojego dzieciństwa, do jednej letniej nocy sprzed ponad dwudziestu lat, która wciąż budzi we mnie dreszcz.
Było już po dwudziestej trzeciej. Ciepła lipcowa noc, ciężka od powietrza, które zdawało się stać
w miejscu.
Wracaliśmy powoli - ja, brat, kuzyn i dwóch znajomych - z pobliskiego baru, gdzie jak co lato gromadziła się cała młodzież z okolicy. Śmiechy, rozmowy, zaczepki - wszystko to jeszcze w nas buzowało, gdy ruszyliśmy w stronę domu.
Szliśmy główną ulicą. Latarnie stały co jakiś czas, rzucając ciepłe, żółtawe światło, między którymi rozciągały się ciemniejsze fragmenty drogi. Po obu stronach ciągnęły się ogrodzenia
i zabudowania. Siatki blisko ulicy sprawiały, że przestrzeń wydawała się węższa, niemal przytłaczająca.
Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym - o dziewczynach, wakacjach, głupotach, które w tamtym czasie wydawały się najważniejsze.
I wtedy go zobaczyłem.
Jakieś sto pięćdziesiąt, może dwieście metrów przed nami, pod jedną z latarni stała postać. Mężczyzna. Płaszcz do kolan, kapelusz na głowie – zupełnie niepasujący do ciepłej, letniej nocy. Przy jego nodze stała niewielka teczka. Stał nieruchomo. Zbyt nieruchomo. Jakby na coś czekał.
Zatrzymałem na nim wzrok tylko na chwilę. Coś w nim było niepokojącego, ale zaraz wróciłem do rozmowy. Śmiech, słowa, czyjeś opowiadanie. Wszystko znów mnie wciągnęło. Minęło może kilka minut. I nagle coś mnie tknęło.
- Gdzie on jest? – pomyślałem - Powinien już być za nami. Musieliśmy go minąć. A ja nie pamiętałem momentu, w którym to się stało.
Odwróciłem się. Pusto. Spojrzałem przed siebie. Też nikogo.
- Gdzie jest ten facet? - zapytałem nagle.
- Jaki facet? – zdziwił się brat.
- Ten w kapeluszu... Stał pod latarnią. - odezwał się kuzyn.
- No i w płaszczu – dodałem szybko.
Brat pokręcił głową.
- Ja nikogo nie widziałem.
Zrobiło się dziwnie cicho. Rozmowa urwała się jak przecięta nożem. Przez chwilę każdy patrzył gdzieś w bok, przed siebie, jakby próbował coś jeszcze dostrzec. Ale ulica była pusta. Tylko latarnie i noc.
Do domu babci wróciliśmy już spokojniej, choć w powietrzu wisiało coś ciężkiego, niewypowiedzianego. Opowiedzieliśmy wszystko od razu - jeszcze w progu. Kuzynka machnęła ręką.
- Coś wam się przewidziało. Albo ktoś wyszedł przed bramę i wrócił, a wy nie zauważyliście. - Brzmiało rozsądnie. Za rozsądnie.
Już mieliśmy to zostawić, gdy zauważyłem, że babcia się zamyśliła.
- Jak on wyglądał? I gdzie to było? - zapytała powoli.
Opisaliśmy dokładnie. Miejsce, odległość, płaszcz, kapelusz.
- Hmm... - Babcia westchnęła cicho. A po chwili milczenia dodała - Dziwne.
- Co takiego Babciu?! - niemal chórem zawołaliśmy, podchodząc bliżej. W głosach mieszał się niepokój
i dziwna ekscytacja.
- Jakieś piętnaście lat temu... mniej więcej tam... zmarł Zbyszek.
Zamilkliśmy. Słychać było jednie ciężkie przełknięcie śliny. Dokładnie pamiętam, że moje serce podskoczyło niemal do gardła. Babcia spojrzała gdzieś w bok, jakby widziała coś sprzed lat. A po chwili dodała.
- Był lipiec, ale wyjątkowo chłodny i deszczowy. Pracował na zmiany. Wyszedł przed bramę,
bo miał się zabrać ze znajomymi... I wtedy dostał zawału.
Cisza, która zapadła po tych słowach, była cięższa niż noc na zewnątrz.
Spojrzeliśmy po sobie, ale nikt nic nie powiedział.
Tamtej nocy długo nie mogłem zasnąć. Wciąż widziałem go pod latarnią – nieruchomego, czekającego. Jakby nadal tam stał...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania