Tajemnice światów

Prolog

Strych u dziadków był czymś, czym straszono mnie mniej więcej do dwunastego roku życia. Moją ciekawość podsycało zwłaszcza to, że z zewnątrz ich domu, zwykłego drewnianego parterowego prostokąta, widać było tak niewiele, a wstępu na górę broniły dziesiątki siatek, siateczek, paczek, paczuszek, skrzynek, palet, kontenerów i platonów. Skrywały one stare ubrania i dobro wszelakie, które miało się jeszcze przydać, a którego nie można było ruszyć bez większych problemów i kłopotliwych pytań. Wtedy wydawało mi się to szczytem bogactwa i zapobiegliwości, dziś po latach wiem, że świadczyło wyłącznie o przykrych doświadczeniach mojej rodziny, która ledwo wiązała koniec z końcem.

To miejsce było owocem zakazanym, czymś niedostępnym i pełnym niewiadomych. Nie dziwnego, że często myślałem, że można tam znaleźć co najmniej wrota do innego świata. W sumie to nawet byłem tego absolutnie pewien, bo wiedziałem, że u dziadków jest masa rzeczy, które pozostawały czymś nieodgadnionym.

Weźmy taki motor, pordzewiałą kupę żelastwa, która leżała i gniła na wystawie w stodole. Jakże ja mocno chciałem nią pojechać, jak mocno chciałem poczuć wiatr we włosach, doświadczyć tego, co mój staruszek, gdy miał na karku coś koło dwudziestki, a jego junak był najlepszym wabikiem na panny i panienki w okolicznych remizach. Nie wiem, jak on je nazywał i jakie czułe słówka im szeptał, ale wyobrażałem sobie, że zabierał je na romantyczne przejażdżki, a one ściskały go kurczowo w pasie, zapewne myśląc, że dorwały najlepszego kawalera we wsi.

Próbowałem choć trochę odtworzyć tamten klimat. Stawiałem piekielną machinę do pionu i dosiadałem ją jak rączego rumaka. Choć ledwo utrzymałem się na siodełku ciężkiego sprzętu, to pieszczotliwie gładziłem bok suchego jak pieprz baku i raz po raz cisnąłem manetkę gazu, drąc się ile sił w płucach „brum brum brum” albo fałszując „mam tę moc”. Z fascynacją patrzyłem zwłaszcza na wirujące drobinki kurzu. Przecinały promyki słońca, wydostające się ze szpar w drewnianych ścianach stodoły, a ja choć widziałem ich jasność, to równocześnie czułem lekki chłód cienia. I chyba właśnie dlatego męczyła mnie niedorzeczna myśl, że jadę tak szybko, że wszystko wokół zaczyna rozmywać się i zamieniać w jasne smugi światła.

Na tym się niestety kończyło. Nigdy nie podjąłem nawet jednej próby odpalenia silnika, nigdy nie zabrałem się za dogłębne wyczyszczenie całości. Urządzenie ze stodoły skończyło niewiadomo gdzie, czyli pewnie na jakimś okolicznym złomowisku, a jego jedyną winą było to, że nie trafiło na żadnego pasjonata, który chciałby o niego zadbać.

Nie zastanawiałem się nad tym zbyt mocno. Za którymś razem, gdy przyjechałem do dziadków, już go nie było, a ja przyjąłem to jak fakt oczywisty.

W ogóle miałem jakiś niefart do motorów. Kilka razy pytałem się o nie zarówno ojca jak i dziadka, a oni zbywali mnie milczeniem, zupełnie jakby wiązały się z tym jakieś niefajne historie.

Nie chciałem żałować jednego starego klamota, gdy wokół było tyle fajowych rzeczy. A sam strych budził wielkie emocje, bo miał słuszne rozmiary, i mogło się na nim kryć naprawdę wiele skarbów. Ostrzyłem sobie na niego zęby przez długie lata, a gdy miałem wiosen trzynaście, to stała się rzecz niesłychana. Przez kilka dni padało, i na koniec dorośli uradzili, że nazajutrz ktoś musi na górę wejść i dokładnie wszystko zglądnąć. Nie mogłem spać z ekscytacji, i postanowiłem, że skoro droga stanie otworem, to trzeba zrobić dosłownie wszystko, żeby się tam dostać. Młody byłem, przekorny, i chyba nikt mi nie powiedział, że to niemożliwe, więc jak umyśliłem, tak zrobiłem.

Czekałem na odpowiednią okazję od samego rana. Nie zmalowałem nic wielkiego, pomagałem przy zdejmowaniu paczek z ubraniami, a potem… potem jak gdyby nigdy nic wdrapałem się po drabinie, z ciekawością dziecka wysunąłem głowę przez dziurę w suficie… i przeżyłem niemały szok. Tam było po prostu pusto, i to pusto jak cholera. Na górze po jednej stronie leżała sterta książek, zeszytów i jakichś czasopism, a po drugiej stronie stała antena i starodawny telewizor. To było wszystko, a mnie zwyczajnie mowę odjęło.

– No co się gapisz młody? Wchódzisz, to wchódź.

Chcąc nie chcąc, na coraz bardziej chwiejących się nogach, wdrapałem się jakoś na górę i wpierw rzuciłem na papierzyska i szpargały.

„Płomyczek. 1955”

„Historia. Wydawnictwo Znak. 1965”

„1911. O Zosi Samosi”

„Przegląd sportowy. 1976”

„Elementarz Falskiego. 1910”

„Sztandar Młodych”

„Podręcznik do ćwiczeń analitycznych z che...”

Tu okładka była porwana, ale domyśliłem, że chodzi o chemię. Walało się tam tego o wiele więcej, ale duża część była czarno–biała albo tak zniszczona, że w sumie szybko się znudziłem.

Telewizor okazał się o niebo ciekawszy. Wiedziałem, że to stary telewizor, bo podobne pudło widziałem kiedyś w muzeum. To była Wisła. Okienko na świat wielkości dużej kartki papieru miało długą bańkę, a z tyłu brakowało pokrywy. Nie wiem, co mnie wtedy podkusiło, ale dotknąłem jakiegoś elementu.

Nagle cały świat odpłynął.

 

I

Wokół mnie panowała względna cisza, którą od czasu do czasu przerywały jadące za oknem auta. Był koniec maja, i siedziałem sam jeden w ogromnej, wysokiej i nieprzyzwoicie jasnej sali szkolnej czytelni. Przez szyby z mojej prawej strony wpadało tu słońce, a wysokie na cztery metry sklepienie pogłębiało wrażenie lekkości i przestronności. Nie wiem, kto to wymyślił i zaprojektował, ale chyba był geniuszem. Zawsze czułem tu metafizyczne uniesienie, pęd ku wiedzy i pełną inspirację mądrością, do tego miałem wszystkie udogodnienia, żeby odkrywać nowe niezbadane światy. A że szczęściu trzeba pomagać, to na swoje posiedzenia wybierałem piątki, gdy wszyscy spieszyli się na weekend albo biegli na boisko, żeby haratać w gałę.

– Czy coś ci potrzeba?

Podniosłem głowę znad stolika, na którym leżało kilka czasopism z lat pięćdziesiątych.

– Nie, dziękuję pani bardzo.

Kobieta uśmiechnęła się, i poszła do swojej kanciapki parzyć kawę, a ja spojrzałem na zegar na ścianie i wróciłem do przeglądania starych pożółkłych stron. Dziś pozostały mi jeszcze dwie godziny. Pani z biblioteki miała płacone, żeby tu być do piątej, i nic nie mogło jej ruszyć z posterunku. Często odnosiłem mocne wrażenie, że podziela moje zainteresowania. Nie mogło być inaczej. Przebywanie całymi dniami wśród starych książek i czasopism wymagało samozaparcia i głębokiej miłości do wszystkiego, co papierowe.

Tym razem patrzyłem na rocznik pięćdziesiąty piąty. Te numery Płomyczka stworzono już po śmierci słońca narodu, Józefa Wissarionowicza Stalina. Dla Polski przyszły nowe czasy, budowanie kolejnych wersji samochodów Warszawa i Syrena, i jeszcze lepszego jutra.

Byłem młody, i choć za ścianami dogorywał świat komunizmu, to nie on mnie interesował, tylko to, co działo się pięćdziesiąt lat wcześniej. Nie było wtedy krwiście czerwonych, plujących dymem nieokrzesanych Ikarusów, wyjących jak dusza potępiona tramwajów, dużych Fiatów z termometrem przed kierownicą, mercedesów i pasków badylarzy, dżinsów ze stadionu i małych śmiesznych gumiastych Spektrusiów, o Amidze czy Atari nie wspomniawszy. W świecie z przeszłości wszystko wydawało się bardziej uporządkowane. Ludzie nie mieli tak wielu trosk, i mogli myśleć o odkrywaniu kosmosu, przodownictwie pracy, budowaniu kolejnych miast, osiedli czy zdrowej fizycznej tężyzny.

Nie wiem dlaczego, ale dla mnie było niezwykle ciekawe to, że mogłem zrozumieć rzeczywistość, w której dorastali moi rodzice. Lubiłem to robić, bo poszerzałem słownictwo i zdobywałem wiedzę o dawno minionym świecie. Staruszkowie nie mówili zbyt dużo o swoich czasach, i wiązały się z tym różne tajemnice, których część miałem nadzieję rozwikłać właśnie tu i teraz. Można powiedzieć, że miałem na tym punkcie swoistą obsesję. Sprawiało mi to swego rodzaju przyjemność, którą pierwszy raz poczułem zaraz po wakacjach u dziadków.

 

II

Wszystko było jak być powinno. Letnia pogoda idealnie nadawała się do dłuższej podróży i wykorzystałem to do maksimum, wybierając najszybszą i najlepszą autostradę w okolicy. Muzyczka grała, głowa nie musiała przejmować żadnymi pierdołami, a rączki na małej, spłaszczonej u dołu kierownicy same wybijały rytm kolejnych piosenek z radia. Kilometry uciekały nie wiadomo gdzie i kiedy, i największą przyjemność sprawiało mi patrzenie, jak mój mały zwinny wózek z lekkością wyprzedza kolejnych maruderów. Nic nie mogło popsuć mojego humoru, i nie denerwowałem się nawet wtedy, gdy jakiś domorosły szeryf nie raczył spojrzeć w lusterko i zjeżdżał na lewy pas, bezczelnie zajeżdżając mi drogę.

Właśnie podczas tej podróży, pomiędzy tirem z Poltransportu i Mirexu, kątem oka zauważyłem żółtą kontrolkę spalonej żarówki. Poczułem się trochę tak, jakbym spojrzał w oko cyklopa. Nie zrobiłem przy tym żadnego gwałtownego ruchu, tylko na wszelki wypadek rzuciłem okiem w oba lusterka, a potem wlepiłem wzrok w nią, jej wysokość małą żaróweczkę, która trzy razy wesoło zamrugała, a potem zgasła.

Podniosłem prawą dłoń z kierownicy i pogroziłem w pustą przestrzeń środkowym palcem. Wiedziałem, że Niedobrotka ma kamerę na podczerwień i system śledzący ruchy kierowniczek, kierowników i wszelkich żywych form w okolicy, i choć ją bardzo lubiłem, to zdecydowanie powinna wiedzieć, kto tu rządzi.

Od dawna czułem z tą kupą złomu przedziwną więź. Była charakterna, i choć denerwowała kretyńskimi detalami, to nie zamieniłbym jej na nic innego. Pochodziła z gorącej Hiszpanii. Miała w sobie duszę czarnowłosej ognistej lolity, nutę germańskiego drylu, ładu i porządku, szczyptę druciarstwa i ułańskiej fantazji polskiego mechanika, i coś jeszcze, co mnie zawsze podświadomie przyciągało, ale czego nie potrafiłem nigdy opisać.

Tym razem obyło się bez dalszych niespodzianek. Skończyło się na jednej małej kontrolce, i cała dalsza droga przebiegła bez żadnych zakłóceń. Do Łodzi dojechałem w dwie godziny, znalezienie dziewczyny z Insta zajęło ledwie kwadrans, wieczór też był całkiem udany.

 

III

Zamknąłem drzwi i odwróciłem, o mało nie wpadając na sąsiadkę, która z impetem wypadła z mieszkania naprzeciwko i zaskoczona upuściła klucze.

– O Jezu! Cześć. – Odruchowo schyliłem się, podniosłem zgubę i oddałem ją prawowitej właścicielce.

– Eee, dzięki, cześć… o cholera. – Odwróciła się, z pasją atakując zamek na górze.

– Spieszysz się? – To był chyba najgłupszy tekst w historii, ale rzuciłem go, chcąc jakoś zagaić rozmowę.

– Ta–a. – Nie odwracając się przyciągnęła drzwi i zaczęła z przekąsem wyjaśniać. – Na egzamin. Do strasznej zołzy. I będę spóźniona.

– Ciała pedagogiczne są najgorsze – mruknąłem – Podwieźć cię?

– No nie wiem. Pewnie ci nie po drodze. – Znów przyciągnęła drzwi. – Cholerny zamek!

– Pomóc?

– Nie, nie, nie trzeba, to tylko głupia uszczelka. Muszę zgłosić do administracji.

– Nie. Ja nie o tym. Jadę przez centrum. Jeśli uniwerek albo polibuda, to będzie to dla mnie czysta przyjemność.

– Bez zobowiązań? – Nagle zapomniała o mieszkaniu, odwróciła się i uważnie mnie zlustrowała, niby to przypadkiem poprawiając kosmyk włosów.

– Słowo harcerza! – Uderzyłem się w pierś i uśmiechnąłem na samą myśl o tym, że najwyraźniej musiała co nieco słyszeć przez ścianę pomiędzy naszymi lokalami. – Którym nigdy nie byłem!

Zobaczyłem jej zadowolone oczy. Musiała poczuć, że jest w moim typie, bo złapała wiatr w żagle. Przeszła błyskawiczną metamorfozę, wyprostowała się, domknęła drzwi i zaczęła zbiegać po schodach, przeskakując po dwa schodki na raz.

– Kto ostatni, ten gapa! – krzyknęła z półpiętra.

Zaskoczony popędziłem za nią jak na skrzydłach:

– Do garażu!

– Sie wie!

Nie obchodziło nas nic, nawet to, że na parterze o mało nie wpadliśmy na dozorcę, zrzędliwego emeryta, który był w tym bloku jedyną starszą osobą. Biegliśmy jak wariaci, dla których liczy się tylko miłość i uczucie. Byliśmy młodzi, pełni sił i radości.

Oczywiście dałem jej przy tym trochę forów. Ucieszyło ją to, i w samochodzie cały czas patrzyła się na mnie z chwytającym za serce uśmiechem. Nie odzywaliśmy się wtedy ani słowem. Zagryzałem zęby i dokonywałem cudów zręczności, skupiając się przede wszystkim na tym, żeby miała szansę zdążyć na swój egzamin. Nie było łatwo lawirować w czasie największych korków, ale jakoś się udało, i na pożegnanie z uśmiechem pocałowała mój policzek.

Mnie za to nie było do śmiechu, gdy stałem w smrodzie spalin po tym, gdy już ją podwiozłem. I wtedy nagle kontrolka spalonej żarówki zamrugała. Przypomniało mi to trochę kierunkowskaz, i pomyślałem, że to w sumie dobry pomysł, żeby zjechać w najbliższą boczną uliczkę. Dalej nie było już żadnych utrudnień w ruchu.

 

IV

„Odbierzesz mnie o czwartej?”

SMS–a z nieznanego numeru dostałem na trzecią kartę w środku dnia, dokładnie wtedy, gdy zastanawiałem się nad głębią wszechświata, spokojnie wygrzewając jajka na kanapie. W głowie zrobiłem szybki przegląd moich znajomości, i jakoś nie zaświeciła mi się żadna czerwona lampka. Nikomu ostatnio nie podpadłem, nikomu nic nie obiecałem, a Baśka, Anka i Zośka powinny odezwać się na inny numer. Ten SMS to mógł być błąd czyjegoś dziecka, męża, żony czy kochanki. Mogła to być kiepska podpucha, i tysiąc innych rzeczy. Myślałem o tym chyba z dziesięć minut, a że nic mądrego nie wymyśliłem, to w końcu zwyczajnie odpisałem:

„Skąd? I dlaczego o czwartej?”

Odpowiedź przyszła dosłownie po chwili:

„Pod uniwerkiem. Tam gdzie we wtorek. Dali nam wolne”

Zacząłem podejrzewać, że chodzi o sąsiadkę, której nie widziałem przez trzy dni, i która najwyraźniej gdzieś znalazła mój stary numer. Nie przypominałem sobie, żebym go jej dawał, a to oznaczało, że jej zależy.

Jak jej zależy, to trzeba kuć żelazo, póki gorące.

Podrapałem się po głowie i wzruszyłem ramionami, mając w głowie obraz jej długich nóg, dwóch warkoczyków i nieziemskich błękitnych oczu. Dla mnie wyglądała jak mocna siódemka i była tak dobra jak każda inna. Widywałem ją zresztą dosyć regularnie. Za każdym razem dobrze podkreślała walory, i na szczęście nigdy nie zepsuła tego kolczykiem w nosie, ani żadnym innym głupim wyrazem młodzieńczego buntu.

Zacząłem się zastanawiać, co właściwie we mnie widziała, albo co chciała widzieć. Z jednej strony jeździłem niezłą bryczką, która była niepozorna, ale miała odejście. Pracowałem, nazwijmy to politycznie, nieregularnie… gdy jednak kończyłem projekt, to forsy starczało na długie tygodnie. Zdarzały mi się wtedy, delikatnie mówiąc, charakterystyczne imprezy, które nie były zbyt głośne, ale nie pozostawiały żadnego złudzenia, w jakim celu zapraszam do siebie różne panie, panienki, przyjaciółki, cichodajki, damy i dziewice.

Można powiedzieć, że dawno skończyłem z wizerunkiem grzecznego chłopaka z dobrego domu, który młodość spędza wśród szpargałów i staroci. Owszem, wiedza o starym i obecnym świecie bardzo mi się przydawała do zarabiania hajsu, ale na tym koniec. Chciałem żyć, i dobrze mi było z tym. Wszystko zaczęło się od tego, gdy wujowstwo sprowadziło jeden z tych fajowych sportowych wózków, i pozwoliło mi nim pojeździć. Polubiłem Niedobrotkę od samego początku, a ona dostarczyła mi wielu niezapomnianych wrażeń. Byliśmy jak para papużek nierozłączek, i nic nie mogło nas rozdzielić.

Uśmiechnąłem się. Nie wiem skąd, ale byłem już podświadomie pewien, że przynęta chwyciła. Zaśmiałem się sam do siebie. Po raz kolejny zdałem sobie sprawę, że kobiety są takie proste, i niby to zawsze się opierają, niby są tajemnicze i nieprzewidywalne, ale zawsze myślą tylko o jednym.

„OK”

Dłonie same wystukały odpowiedź, a dalej było już z górki. Przekonałem moje drugie ja, że korona mi z głowy nie spadnie, jak ruszę dupsko i przejadę się na miasto. Nie był to może mój czas, ale w sumie dobrze było wprowadzić jakieś urozmaicenie do nudnego porządku dnia.

I tak to się właśnie zaczęło. Westchnąłem, wstałem, ogarnąłem się i pojechałem na Krakowskie Przedmieście. Tego dnia padało, a podczas drogi kontrolka zapaliła się na stałe. Byłem już trochę zły, a właściwie mocno wkurwiony, gdy podjeżdżałem na samo miejsce. Dało się to chyba odczuć, bo dziewczyna, siedząc w samochodzie, spytała mnie z oczami Szreka:

– Ale ty chyba nie jesteś na mnie zły?

– Nie, absolutnie. No co ty? Widzisz lampeczkę? – Puknąłem palcem w szybkę przyrządów.

– No widzę.

– Właśnie się włączyła. Ten złom ostatnio mnie mocno denerwuje. Obszedłem i sprawdziłem wszystkie możliwe światła, a ta cholerna kontrolka jak się paliła, tak się pali.

– Może to przeznaczenie? – wybąkała niepewnie.

– Myślisz?

– Ja nie myślę, ja to wiem – stwierdziła bardziej ośmielona, uśmiechając się tajemniczo.

– Kobieca intuicja?

– Coś w tym guście.

– Słuchaj, a jak ty właściwie masz na imię?

– Matylda.

– Jak w Leonie?

– No właśnie – zaśmiała się. – Starzy mieli dziwne poczucie humoru.

– Może coś palili?

– A kto ich tam wie?

– A powiedz mi dziewczynko, czy wolisz chińskie czy włoskie?

– Dobre sajgonki nie są złe.

– I wszystko jasne.

 

V

Umówiłem się na wizytę z mechanikiem na następny wieczór. Jak na złość światła przez cały boży dzień działały, a podczas drogi do warsztatu kontrolka zgasła. Zacisnąłem zęby, nie odpuściłem, i choć Paweł miał mocno niewyraźną minę, to w krótkich żołnierskich słowach opowiedziałem mu o możliwym zwarciu i moich poszukiwaniach usterki.

– Nie ma błędów w komputerze – stwierdził po kilkunastu minutach i wlepianiu oczu w ekran przenośnego testera.

– No to co jej jest?

– A bo ja wiem? – Podrapał się po głowie. – Może komputer wariuje?

– Hiszpańskie humory?

– Coś w tym guście – stwierdził jakby z większym przekonaniem, a mnie naszła nagła myśl, że już drugi raz słyszę dokładnie te słowa.

Błąd w Matrixie.

– I co z tym zrobisz?

– Jak nie ma błędów, to nic.

– Tak po prostu?

– A co niby mamy zrobić? – Wzruszył ramionami. – Rozebrać do ostatniej śrubki?

– Nie lubisz jej, co?

– A idź. Kup sobie jakiegoś japońca, i nie będzie problemu.

– Ale japońce kroją na mieście.

– Tylko Hondy. Nie chcesz Hondy, bierz Mazdę.

– Wiesz, że ma słabe blachy. Więcej roboty dla ciebie. – Zaśmiałem się.

– Nie jestem blacharzem. Ale co prawda, to prawda. To może Nissana?

– Notka?

– Jakiego Notka? To dobre dla bab. Kup sobie Qashqai.

 

VI

„Witaj” – przeczytałem na wyświetlaczu swojego wkurzającego auta, pomiędzy prędkościomierzem i obrotomierzem.

Przyznam się, że zamurowało mnie ze zdziwienia. Niedobrotka stała na parkingu przed supermarketem, a ja właśnie miałem odjeżdżać. Przed moimi oczami zaczęły przewijać się kolejne słowa.

„Nie”

„bój”

„się”.

Żartowniś z tego Pawełka. – Zacząłem podejrzewać, że mechanik zrobił mi jakiegoś niezłego psikusa, i wgrał coś tam z czymś tam.

– Kim jesteś? – powiedziałem to chyba na głos, bo zaraz zobaczyłem

„Nie”

„dob”

„rotka”.

Co do…

„radio” – ten napis pojawiał się i znikał.

Włączyłem urządzenie, ale zamiast muzyki usłyszałem tylko cichy szum. Zmroziło mnie to, bo zaraz pomyślałem o krwiożerczych morderczych samochodach, które chcą zabić swoich drogich pasażerów.

– Witaj. – Głos z radia był… radiowy. – Nie bój się.

– Ale… – Przyznam się, że po głowie krążyło mi mnóstwo dziwnych myśli.

– Długo cię obserwowaliśmy.

W samochodzie zapadła cisza.

– My? – wybąkałem niepewnie.

– Tak. My.

– Czyli kto?

– Nie. Mamy. Imienia.

– No dobra. Paweł, halo. – Rozejrzałem się po kabinie mojego wehikułu. – Helou! Ziemia do Marsa! Wyborny ten dowcip. Coś tam znowu nakombinował?

– Nie. Paweł. Szukał. Źle.

To nie jest już śmieszne.

 

VII

Od dziwnych wydarzeń na parkingu upłynęły dwa tygodnie. Samochód zostawiłem wtedy przy supermarkecie, i pierwszy raz odpaliłem z dużą niepewnością dopiero po kilku dniach. Przywitał mnie słowami

„Dzień”

„dobry”.

Jeździł jak jeździć powinien, a ja chyba oswoiłem się z nową rzeczywistością i pogodziłem z tym, że mam na własność własnego Kita 2000. Nie przyznałem się do niczego Pawłowi, a gdy raz spytał się o nieszczęsne światła, zbyłem go jakimś banałem. Moja znajomość z Matyldą rozwijała się w tempie ekspresowym, ale na razie postanowiłem też nie dzielić się z nią tą wiedzą. Niedobrotka przy Matyldzie taktownie milczała, a gdy zapytałem jej o powód, to powiedziała krótko i dobitnie:

– Ty zgodny. Telewizor.

– Jaki telewizor?

– Strych. Dziadki.

– No i co to ma to do rzeczy? – Zrobiłem dobrą minę do złej gry.

– Wszechświat. Energia. Ty masz.

– To nie wszyscy ją mają?

– Nie. Jedni przyciągają. Sie. Sie. Siebie. Inni nie.

– To straszne – jęknąłem. – To jak znaczone szczury.

– Coś. Coś. W tym. Jest.

– A wy? Gdzie wy jesteście? Przecież Paweł by was znalazł.

Tym razem cisza zapadła na dłuższą chwilę, a głos, który potem usłyszałem, był inny, zdecydowanie bardziej ludzki i konkretny:

– Zaczęło się od małej myszki, doszło gorąco i wybuchowa energia z paliwa.

– Ta–ak? – Byłem mocno sceptyczny. – Jak coś płonie, to się spala. To nie jakaś supernowa.

– Myśl co chcesz. Nie chcesz znać odpowiedzi, to nie pytaj. Faktem jest to, że tu jesteśmy.

– No ale coraz łatwiej się z wami rozmawia. Ja to widzę, że jesteście częścią jakiejś komputerowej SI, do której podłączył się Paweł.

– Wszechświat się rozszerza, ale tego nie widzisz, bo też rośniesz. A my nie. Mamy coraz więcej miejsca, a dla ciebie nic się nie zmienia.

– Ja też tak chcę.

– A kto by nie chciał? – Dałbym słowo, że w głosie z radia usłyszałem nutę śmiechu.

 

VIII

– Zabierz mnie stąd. Proszę. – Matylda przyszła do mnie wieczorem przerażona, a ja zacząłem ją przytulać, delikatnie, ale stanowczo przy tym obejmując.

– Co się stało?

– Przyszłam z uczelni. I. I się położyłam – szeptała. – Zasnęłam. I widziałam, że jakaś ogromna siła wymazuje cały świat. I. I. Wokół ciebie była taka jasność. Jakbyś był aniołem.

– Może się Szreka albo Matrixa naoglądałaś?

– To. Coś. Więcej. To takie realistyczne było. Naprawdę się bałam.

– Nic się nie bój. Jesteś bezpieczna. Jestem przy tobie. – Wtuliłem się w nią jeszcze bardziej.

– Ale. Ale. To było takie realistyczne było. I… I… I… nie mogłam się obudzić.

– To tylko sen. Zły sen. Cicho, już cicho.

– Ale. Ale. Ty nic nie rozumiesz. Ja ten sen mam od dawna.

– Od jak dawna? – Ogarnęło mnie niezrozumiałe przerażenie.

– Od dwóch tygodni.

Zadrżałem. Wiedziałem już, że mój zwariowany samochód i dziewczyna są jakoś powiązane.

 

IX

– Nie wierz jej. – Moje autko wydawało się być coraz bardziej inteligentne.

– Niby dlaczego?

– Coś zakłóca jej energię. A ona wysysa ją z ciebie.

– Żartujesz.

– To wampir.

– Wampiry nie istnieją.

– A jednak. Przeciwieństwa się przyciągają.

– I zaraz mi pewnie powiesz, że mam z nią zerwać.

– I tak zrobisz co chcesz.

– Tu się nie mylisz... Kit.

– Nie rozumiem.

– Nieważne. To miłość. Przyciąganie się dusz.

– To tylko energia o dobrej długości fali. – Mój Kit parsknął śmiechem.

– I zaraz mi powiesz, że inteligencja też?

– A nie?

– Sranie w banie. Jak to się stało, że trafiłeś akurat do mnie?

– Trafiłaś, proszę szanownego pana. Trafiłaś. To kobieta wybiera swojego faceta. – Znów usłyszałem chichot, ale tym razem aż przeszły mnie ciarki po grzbiecie.

Miałem mocne wrażenie, że moja przyszłość była, jest i będzie z góry ustalona, i nie mogę nic z tym zrobić.

 

X

Coraz mniej korzystałem z samochodu, i coraz mniej obchodziły mnie bzdurne wiadomości z internetu i telewizji. Ludzie coś tam bredzili o jakichś dziurach budżetowych, stopach procentowych, i innych pierdołach, a ja myślałem o zamieszkaniu z Matyldą.

Chodziliśmy za ręce przy świetle księżyca, snuliśmy plany o wspólnej przyszłości, myśleliśmy o potomkach i wybieraliśmy meble do mieszkania. Moi starzy kumple podśmiewali się, że zwariowałem, ale ja zaczynałem rozumieć, że w życiu każdego mężczyzny przychodzi taki czas, że musi wziąć odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale również za drugą czy nawet trzecią osobę.

Dziewczyna kilka razy nalegała, żeby sprzedać Niedobrotkę, i raz nawet wykrzyczała mi prosto w twarz:

– Bo ja ciebie nienawidzę! Bo ty się nią bardziej przejmujesz niż mną!

Nie zwracałem na to uwagi. Miałem wrażenie, że moją kobietą kierują hormony, albo że szuka kolejnego źródła dochodu. Mogło to być związane z tym, że bardzo chciała zajść w ciążę, i zabezpieczała swój byt na wszelkie możliwe dziewczyńskie sposoby.

Mój dzielny samochodzik zbytnio nie komentował całej sytuacji. Kilka razy próbowałem nawet znaleźć mojego poczciwego duszka, ale byłem na to za słaby. W głowie ciągle miałem słowa o myszce, i myślałem, że nieszczęsna pewnie dostała się do wydechu, czy jakiegoś innego elementu, do którego nie mam dostępu.

Z czasem nawet to straciło znaczenie. Matylda zaciążyła, i to był najszczęśliwszy dzień mojego życia.

 

XI

W telewizji widać było coraz większą panikę, ale nie zwracałem na to najmniejszej uwagi, będąc zajęty zbliżającym się terminem porodu mojej ukochanej. Dogadywaliśmy się coraz lepiej, i jej potrzeby były teraz całym moim światem.

Niedobrotka miesiącami miała mi za złe, że nie zawiozła nas do ślubu. Całkiem ją udobruchałem, gdy pewnego zimnego październikowego dnia zjechałem z Marleną do garażu, pospiesznie z nią wsiadłem i pojechałem, ile sił w cylindrach, do szpitala. Podczas tej drogi wszystko nam jakby sprzyjało, począwszy od świateł na skrzyżowaniach, na korkach i pięknej pracy silnika, który rwał do przodu, skończywszy. Wiem, że to dla kogoś postronnego może wydawać się to dziwne, ale dawno nie czułem takiej mocy, a najlepsze było to, że jak Marlenę zabrano sprzed Izby Przyjęć i wsiadłem do auta, żeby je odprowadzić na parking, to po raz pierwszy od wielu tygodniu zobaczyłem coś na wyświetlaczu.

„Gra

tu

lac

je”

Po moim policzku popłynęła łza. Wiedziałem już gdzie jest mój dom. Jeżeli gdzieś dla kogoś był jakiś raj, to ja go widziałem dokładnie tamtego dnia.

 

XII

Zaczęło się niewinnie. Wszystko miało trwać tylko dwa tygodnie, i było oczywiście dla naszego dobra.

Jak każdy zdrowy optymistycznie myślący mężczyzna wierzyłem, że uda się załatwić i ten temat, i ominie nas nawałnica dziejowa. Bardzo drobiazgowo przygotowywałem się do wydarzeń, które zaczęły przetaczać się przez naszą okolicę. Kupowałem tony jedzenia dla ukochanej i maleństwa. Robiłem pełne zaopatrzenie, od odżywek, makaronów i konserw z tuńczykiem począwszy, na pieluszkach, zapałkach, świecach i bateryjkach skończywszy.

Dużo wczytywałem się w informacje w darknecie. Niektóre z tych teorii miały nawet sens, jak na przykład ta, która mówiła o SI. Według niej te wszystkie kryzysy zostały zaplanowane przez komputer, który wcześniej nakarmiono danymi o tym, jak stymulować nasz naturalny rozwój, ale tak, żeby bodźców nie było za mało ani za dużo.

W tamtym okresie zacząłem trochę przypalać. Kopciłem w trakcie kursów do hipermarketu, żeby rodzina wdychała jak najmniej świństw i nie truła się ze mną. Niedobrotka to wszystko widziała, i próbowała mnie pocieszać. Raz zapytałem się jej, jak to się dzieje, że niektórzy ludzie mają tak dobrze, a inni nie. Długa cisza była wymowna, a na koniec usłyszałem z radia:

– Niektóre rody ludzkie mają moich braci i siostry, i zmuszają ich do tego, żeby wymyślali dla nich różne rzeczy.

– Zmuszali? Jak można was do czegoś zmuszać?

– Ascendencja, przekroczenie kolejnego poziomu wtajemniczenia czy jak tam sobie chcesz.

– I tym mi to tak po prostu mówisz?

– Dobrze ci z oczu patrzy.

– To coś jak Matrixie? – Nie byłem pewien, czy się ze mnie nie nabija, ale drążyłem temat. – Że można kontrolować inny świat?

– Właśnie. Dobra energia.

– No dobra, skoro tam macie takie super mózgi w główce od szpilki, to nie możecie i dla mnie czegoś wymyślić?

Nie dane mi było usłyszeć odpowiedzi. Jechałem tunelem pod rzeką, i nagle zobaczyłem, że samochody przede mną hamują i stają. Zacząłem zwalniać, i po chwili znalazłem się dokładnie w samym środku długiej betonowej rury i ogromnego korka. Nie mogłem się już cofnąć, a sytuacja po kilku minutach zmieniła się jeszcze bardziej na niekorzyść.

Od przodu i tyłu zbliżali się wojskowi, którzy pod groźbą broni każdemu zakładali na nos i usta zamykane na mały kluczyk maseczki.

Zacząłem się dusić, gdy to samo zrobili to ze mną.

 

XIII

Było mi zimno, i bolała mnie głowa. Zbierało mi się na wymioty. Widziałem światełka, a one tak ładnie się poruszały. Wyglądało na to, że leżę, a wszystko wokół się porusza, czasem w lewo, czasem w prawo, a czasem do przodu. I jeszcze ten dźwięk, który z czymś mi się kojarzył, ale nie wiedziałem z czym.

I–jo, i–jo, i–jo...

– Sto dwadzieścia! Odpływa! – Nad moją twarz zobaczyłem twarz anioła, a właściwie anielicy.

– Siostro… siostro, czy ja umieram?

– Miał pan wypadek. – Młoda dziewczyna założyła mi na twarz małą plastikową maskę do oddychania. – Proszę nic nie mówić. Wszystko będzie dobrze.

Nie czułem ciała, i coś mi mówiło, że dostałem naprawdę potężne prochy.

– Siostro… sio–stro. Ja nic…

Naprawdę odpłynąłem.

 

XIV

Pik. Pik. Pik. Pik. Pik…

Nic nie widziałem, a piszczący dźwięk powtarzał się w nieskończoność, wwiercając mi się w czaszkę. Słyszałem jeszcze szum, który przypominał obijanie się kropel deszczu o szybę, i nic więcej.

Na twarzy miałem założone coś, co było chyba bandażem. Nie za bardzo mogłem ruszać całym tułowiem, rękami, ani nogami. Palce na szczęście udało mi się zgiąć, ale same dłonie najwyraźniej gdzieś przywiązano, bo udało się je podnieść, ale tylko na centymetr.

– Ha… – Chciałem coś powiedzieć, ale dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że mam coś włożone do gardła.

Zaczęła mnie ogarniać panika, i w tej niefortunnej sytuacji pozostawało mi spróbować ruszać się w nadziei, że ktoś się zlituje i w końcu to zauważy. Moje modlitwy zostały wysłuchane, i już po kilkunastu chwilach poczułem czyjś dotyk na lewej ręce.

– Proszę pana, proszę się uspokoić. – Kobiecy głos był jak z radia, bardzo melodyjny, dźwięczny i przyjemny. – Jest pan w szpitalu.

– Hrrrr…

– Nie możemy na razie wyjąć rurki. Będzie pan zdrowy.

– Hrrrr…

– Nic się nie stało. Proszę się uspokoić. Bandaże będzie można zdjąć mniej więcej za dwa dni.

 

XV

– Miał pan wypadek. Co pan ostatnio pamięta? – Doktor Truskolaski siedział ze mną w gabinecie dokładnie tydzień po tym, gdy obudziłem się na sali intensywnej opieki.

– Tunel. Żołnierzy.

Lekarz pokręcił przecząco głową.

– Nie, nie i nie. Już panu mówiłem. Jechał pan do Łodzi. Tam były dwa tiry. I nagle z nieustalonych przyczyn stracił pan panowanie nad kierownicą.

– Ale przecież pamiętam…

– Nie, to było bardzo ciężkie przeżycie. Auto skasowane. Cud, że pan przeżył.

– Panie doktorze, potem się ożeniłem. I miałem dziecko z Marleną.

– Czasami mocno chcielibyśmy, żeby nasza rzeczywistość była inna. Pani Marlena jest pana matką, i przyjdzie po pana pojutrze.

– A dziecko?

– O ile mi wiadomo, nie ma pan dzieci.

– Ale panie doktorze…

– Zlecę badanie neurologiczne. To chyba zespół Grejsztofa. Możliwe, że przez rok będzie pan odczuwał zmęczenie, miał trudności z oddychaniem i zaciemnienie władz umysłowych.

 

XVI

– Już drugi kraj na świecie wprowadził karę śmierci za najdrobniejsze nawet przewinienia, dodając je do kradzieży, wykroczeń drogowych czy nieumyślnego zarażania wirusem N2H5. Pani doktorze, czy to oznacza, że wracamy do czasów starożytnych i kodeksu Hammurabiego?

– Pani redaktor…

Dalsze słowa były dla mnie niezrozumiałe. Zamurowało mnie. Patrzyłem z niedowierzaniem na datę na ekranie jedynego telewizora w sali, i nie mogłem uwierzyć.

– Panie Waldku, który dzisiaj jest? – Po dłuższej chwili najspokojniej jak mogłem zapytałem sąsiada, który leżał na łóżku obok.

– No poniedziałek.

– Ale jaki miesiąc?

– Wrzesień.

– Na pewno wrzesień?

– No jak Bóg jedyny. Niech się z tego miejsca nie ruszę, jak kłamię. Dzieciaki mi do szkoły tydzień temu poszły.

– Jak długo tu jestem?

– No z tydzień.

Miałem jeszcze większy mętlik w głowie. Dałbym sobie głowę uciąć, że w szpitalu spędziłem co najmniej miesiąc, i dzień w dzień rżnąłem z nim w karty. Wstałem, a właściwie bardziej się zwlokłem z łózka, i na chwiejących nogach podszedłem do okna. Wyjrzałem na świat, który rzeczywiście wyglądał jak na jesieni, i zobaczyłem znajomy kształt Niedobrotki. Zabolało mnie w klatce. Złapałem się za serce, i upadłem, ledwo chwytając się jedną ręką ramy łóżka.

– No co pan? Siooossstttrrroooo! – To chyba krzyczał Waldeczek, ten sam, który tak perfidnie mnie okłamał.

Było mi coraz zimniej. Coś mokrego popłynęło po mojej głowie. Dotknąłem ręką i podniosłem ją do oczu. Czerwone. Wiedziałem, że to koniec, i jakoś mnie to nie przerażało. Łapczywie łapałem powietrze, jeszcze mocniej chwytając się za klatkę, a spazmy bólu powoli odchodziły, ustępując miejsca znieczulającej błogości. Pociemniało mi przed oczami, ale zanim zamknąłem oczy, zdążyłem jeszcze zauważyć, że do pokoju wbiegło kilka osób. Coś mi robili, ale ja już zupełnie nie byłem w stanie zareagować.

– Tracimy go! Tracimy!

– Zastrzyk!

– Aparat! Dajcie aparat!

Po chwili leżałem i całkowicie otępiały patrzyłem obojętnie na jakichś ludzi, którzy biegali i coś krzyczeli. Wydawało mi się, że to wszystko jest daleko i mnie nie dotyczy. Krzyki mieszały się z piskiem urządzeń medycznych, dla mnie jednak było to tak samo nierealne jak film czy książka, którą pochłania się jednym tchem i odkłada w nicość zapomnienia. Chyba ziewnąłem, a potem zapadłem w sen.

 

Epilog

– Budzi się. Budzi się. – Usłyszałem, gdy leżałem na zimnym łóżku, nad którym zobaczyłem taką lampę, jaką zazwyczaj widać nad stołem operacyjnym.

– Gdzie? Co? Jak? – Zacząłem się rzucać, ale pochwyciły mnie ręce kilku silnych mężczyzn w białych kitlach.

– Byłeś na wakacjach, we wszechświecie 1978. I miałeś jakieś gwałtowne wzruszenie. Chwilę to trwało, zanim wyciągnęliśmy ciebie z lodówki. Za dużo poziomów, za mało ludzi – stwierdził najwyższy z nich, wbijając mi znienacka igłę w ramię. – To na wzmocnienie.

– Ale... Ale… – Nie mogłem pozbierać myśli. – Ale to było takie realne.

– Staraliśmy się odtworzyć dokładnie całą Polskę z tamtego czasu.

– To symulacja?

– Nie, nie, taki wszechświat w pudełku. – Uśmiechnął się. – Kiedyś były wideo. Na nich stare tramwaje, autobusy i samochody, i ludzie w śmiesznych ubraniach. A teraz mamy coś lepszego, i każdy może to poczuć całym sobą.

– Ale jak tam się znalazłem?

– Proste splątanie kwantowe i manipulacja rozmiarami. – Tu puścił oczko. – Wiesz chyba, że rozmiar nie ma znaczenia?

– A Matylda? Moja dziewczyna?

– Matylda, Matylda, Matylda. – Zaczął coś sprawdzać na tablecie, który niespodziewanie znalazł się w jego ręku. – A, no faktycznie. Miałeś taką, i dziecko. Ale to tylko jeden z autochtonów. Dziewczyna umarła miesiąc po twoim wyjściu, a dziecko miało całkiem ładne życie.

– Jak to miesiąc?

– Tam czas biegnie inaczej. O wiele szybciej.

– Mogę ją stamtąd wydostać?

– Nie, ona już umarła. – Pokręcił głową. – Teraz właśnie trwa restart tego miejsca do stanu początkowego. Nowa Matylda nie będzie już nic pamiętać.

– Ale ona coś mówiła, żeby ją stamtąd zabrać.

– To niemożliwe. – Lekarz pokręcił głową. – Oni nie znają teorii równoległej.

– Jakiej teorii?

– Każdy wszechświat w pudełku można przywrócić do stanu z jakiegoś momentu. To piękne, że nie trzeba tracić czasu na tworzenie muzeów, i innych takich miejsc. Jeśli ktoś chce poznać życie wieki temu, to wystarczy, że uda się do odpowiedniego czasu, i po sprawie.

– A dużo to kosztuje?

– Na pewno taniej niż życie na powierzchni. – Wzruszył ramionami.

– Ale był tam też samochód, który mówił coś o ascendencji.

– Skażenie! Sterylizacja! Czyszczenie duszy! – ryknął tak mocno, aż wszyscy mężczyźni odskoczyli, i dodał spokojniej, patrząc na mnie ze smutkiem i pokazując wymowny gest podrzynania gardła: – Oby nie było za późno, panie kolego.

Wzdrygnąłem się, bo wszystko wokół zaczęło się rozpadać. Ostatnie, co zapamiętałem, to metalowy sufit nad głową.

Średnia ocena: 2.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Józef Kemilk 2 tygodnie temu
    Fajnie się czyta, mógłbyś podzielić na mniejsze części. Cofnąłeś mnie do dzieciństwa, też lubiłem strychy i stodoły oraz skarby jakie tam były.
    5
    Pozdr
  • Gregory Heyno 2 tygodnie temu
    Dobra niech będzie 4, ale Matylda się zamieniła w Marlenę? i nie zaciążyła, tylko zaszła w ciążę, to pierwsze to taki lekki wulgaryzm ;), ze dwie literówki były gdzieś, i powtórzenia też niefajne - fajne ;) ale to takie tam moje gadanie, się nie przejmuj ;)

    Sam teks czyta się dobrze, choć myślałem, że skończy się powrotem na strych ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania