Tak było

Jako że ostatnio nie żyję, to postanowiłem coś z tym stanem zrobić.

Wskrzesić się, a przynajmniej wykrzesać jakąś iskrę, która mogłaby potencjalnie ogarnąć pożarem moje cieniste istnienie.

Wydobyć mnie z głębi tego dołu do którego wpadłem. Chociaż trafniej ująć by można "osunęła się pode mną ziemia".

Nieważne. Zwyczajnie wypadłem z orbity życia powszechnie uznawanego za normalne. Nic mi się nie chciało, chorowałem, bardzo dużo wątpiłem nad sensownością moich kroków, które zaprowadziły mnie do tego nieciekawego momentu w życiu. Albowiem wiedziałem że będzie to jedynie moment, dłuższy ale muszący się skończyć, wtedy gdy do cna wypali się zbierana od kilku lat sterta śmieci w mojej głowie. Zdezaktualizowane przekonania, wybrzmiałe obsesje, nerwice, natręctwa objawowe i bezobjawowe, na wpół strawione uczucia, różne treści żołądkowe samego serca mojego umysłu.

Musiałem tylko sobie podzielić, podliczyć, co jak i z czym do czego. I dlaczego...

Stan ów tego intensywnego myślenia przypomina bycie zatopionym pod zamarzniętym jeziorem, głęboko gdzieś w fioletowo-czarnych otchłaniach podświadomości, tam gdzie panuje ogromne ciśnienie oraz często czają się starożytne potwory, sumy zebranych doświadczeń.

Wykrzywione przez brak światła.

 

Pojechałem więc do miasta koleją. Kupiłem bilet i wsiadłem do pociągu.

Prawdopodobnie nie wsiadłbym, gdyby nie jakaś miła, normalna pani pospiesznie pytająca ostatnich wsiadających.

Wsiadłem za nią, wdzięczny losowi. Muszę tu nadmienić, co jest dość istotne dla dalszej historii, i powiedziałbym podkreśla jej morał:

Byłem trochę na haju tego dnia, wziąłem coś co nie jest istotne i miałem tego więcej. Chwdp.

Moje emocje i postrzeganie są wtedy bardzo podkręcone, dociera do mnie w krótkim czasie bardzo duża ilość informacji, które uderzają mnie z dużą intensywnością.

Do tego stopnia że dostaje mikro napadów paniki, gdy dojdę nagle do jakiegoś wniosku na który nie jestem przygotowany.

Na przykład patrzę się na kogoś i widzę części składowe sytuacji - łysiejący mężczyzna w starannie wyprasowanej niebieskiej koszuli, i bardziej eleganckich spodniach.

Gładko ogolony, wyraźnie pobudzony opowiada historię siedzącej naprzeciwko niego kobiecie, kobieta musi mieć jakoś trzydzieści-kilka lat, pewnie czyjaś żona, może matka.

I opowiada jej jakąś historię, o domkach o emerytach, o domkach emerytów, i swoje miejsce w tym wszystkim. Wyraźnie przeinacza pewien fakt, by pasował do kreowanej tezy.

Chce zabrzmieć na człowieka bardziej bywałego niż jest. Pociera nos, jakby chciał ukryć fałszywą nutę w swojej melodii. Wyraźnie widoczne pobrużdżone wiekiem czoło zwiększa poziom wilgotności, odbijając światło z okna pociągu. Jedziemy.

W końcu dotarliśmy, a ja miałem czas by się zdekompresować. Dużo ludzi na niewielkiej przestrzeni potrafi być mocno rozpraszająca.

Choć zwykle każdy jest zajęty samym sobą, nie zwraca uwagi na innych, jedynie pobieżnie skanując na oznaki potencjalnie niebezpieczeństwo lub inny bazowy rodzaj emocji.

Lubię jazdę pociągiem, chociaż nie każdym pociągiem jedzie się tak samo i w to samo miejsce. Podróż tym rodzajem transportu zawsze wydawała mi się podobna do rodzaju surrealnego snu - gdzie szybkość mijanych krajobrazów, jego zmienność i malowniczość potrafiły zaczarować mnie i wyrwać z torów myślenia małego parowozu, jakim często staję się podczas stanów depresji.

 

Przywitało mnie miasto! Wszystkie nieistotne myśli zaczęły klaskać, wyraźnie gratulując dokonania tak przełomowego na przestrzeni tych - zbyt wielu miesięcy - ruchu.

Oto jestem. Do fryzjera miałem jeszcze trochę czasu więc poszedłem się przejść, chłonąc, tym razem już obrazy z jednego miejsca, wiele obrazów do wielu osób przemieszczających się w przeróżne strony po wielu stronach ulicy. Panował ruch, ruch ruchliwego miasta, skrzyżowania starej i nowej dzielnicy, walki o przestrzeń, jednego z drugim, rywalizacji, ale przede wszystkim...

Życia... Miasto tętniło życiem, dudnieniem piersi, w której pobudzenie kazało chciwie wciągać nowe i wciąż nowe doświadczenia.

Puls miasta zawsze był nerwowy, niecierpliwy, nie do końca szczęśliwy, nienasycony, chcący za razem nowego i starego. Schizofreniczny, podzielony i scalony, razem i osobno.

Wszędzie obcy ludzie. Kilka lat temu miałem tutaj sporo przyjaciół.

Już ich nie mam. I chociaż myśl o nich nastawia mnie zazwyczaj sentymentalnie, dzisiaj przyjąłem ten fakt jako kolejną z wielu informacji tworzącej pole widzenia, mojego znajdującego się pod rodzajem przyjemnego oszołomienia umysłu.

Zdjąłem kurtkę, poprawiając czapkę. Włosy miałem już stanowczo za długie, niemal do ramion. Z dwu-tygodniową brodą wyglądałem jak jakiś kolejny niedzielny Chrystus spod monopolowego.

 

Zbyt młody by umrzeć, jednak w wieku w którym wymówki zdecydowanie brzmiały jak rodzaj wypowiedzenia umowy własnym ideałom.

Człowiek budził się w różnych stanach zwęglenia osobowości, gotowy na kolejne baty od sparszywiałego systemu, którego kraty widzą tylko ci wiecznie nigdzie niepasujący.

Fryzjer przeniósł się z miejsca na miejsce. Obciął mnie. Podczas strzyżenia byłem już praktycznie trzeźwy.

Pomyślałem sobie że dobrze jest być na tyle trzeźwym że posiada się tego zwyczajną świadomość, i fakt ten za bardzo nie przeszkadza w normalnych życiowych czynnościach jak np. zapłacenie przy kasie czy przejście na światłach przez ulicę.

Człowiek idzie powoli, niespiesznie i chłonie.

 

Co dalej to może napiszę w drugiej części jeśli stwierdzę że jednak powstanie. Obecnie jem zupę i bardzo mi smakuje. Nic więcej nie muszę robić. Pozdrawiam serdecznie miłej reszty dnia :)

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania